Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Cisowa Gałązka nie mógł spać. Sam nie wiedział, czy to on przypadkiem nie był bardziej podekscytowany od własnego terminatora na wieść, że mogą wybrać się na mianowanie. Niemniej starszy już kocur nie odczuwał jedynie pustej ekscytacji - może tak by było, gdyby nie miał ponad siedemdziesięciu księżyców, gdyby nie miał trosk i wszystko dookoła było takie... łatwe jak kiedyś. Teraz jednak dusił go także stres, obawa i strach. Tak bardzo, że noc przed wyprawą była dla niego katorgą. Koszmary coraz bardziej nasycone atakowały jego głowę, myśli, wiatr świszczał mu nieprzyjemnie w uszach, szeptał słowa, których nie potrafił zrozumieć, a jednak wiedział że były one złowrogie, straszne, były... czymś, czego powinien się bać. I bał się. Noc pozostała dla niego nieprzespana, kiedy lęk odbierał mu możliwość spokojnego i miarowego oddechu, a myśli nie chciały oddać się w błogi spokój. Był przerażony nie tylko koszmarami, które nawiedzały go coraz to częściej, nawet nie złowrogim wiatrem czy słowami słyszanymi z ciszy, przerażony był wizją odwiedzenia gwiezdnych, ponowne znalezienie się na Srebrnej Skórce sprawiało, że chciał wymiotować. Nie chodziło o sam akt, nie chodziło o samo miejsce - chodziło o to, kogo mógł tam spotkać. Chodziło o potwierdzenie. Chodziło o to, że jeżeli zobaczy wśród gwiazd te jedne, zielono-niebieskie oczy, jego życie straci jedyną jasną rzecz, którą potrafił odnaleźć na końcu tunelu - nadzieję. Śmierć Rybołów będzie dla niego znakiem, że posiadanie złudnych nadziei i marzeń o jej powrocie były naiwne, a on był zwyczajnie głupi.
Gdy nadszedł nowy świt, Cis stał już przed Królikarnią. Nie poszedł obudzić swojego terminatora, wiedział, że on sam doskonale zdawał sobie sprawę jaki był dziś dzień i sen nie będzie trzymać go długo. Pod łapami trzymał popielnicę - już wpół zjedzoną, bo to było jego śniadanie. Dla Poety czekała spora wzdręga. Cis nie wypuściłby srebrnego bez odpowiedniego posiłku, to na pewno.
Godzina zero wbiła. Tik-tak.
Obaj stali mieszkańcy Królikarni - wyłączymy z tej listy Kasztana, młody nie jest medykiem - nie miewali ostatnio dobrych dni. Poeta czasami się zastanawiał, czy jego przygnębienie wypływa w ten sam sposób na Cisa, przez co jego rezolutny mistrz podupadł na duchu. Miał też wrażenie, że obaj zgrywają przed sobą szczyt ekscytacji i podekscytowanie, argumentując jeden drugiego najzwyklejszymi przypadkami - a to ze stresu przed wyprawą, przed przejściem Grzmiącej Ścieżki, przed zostawieniem lecznicy bez opieki, można tak bez końca. Prawda u każdego z nich jest inna. A Poeta tylko wiedział o swojej.
Czy spał? Nie. Czy spał wczoraj? Też nie. No to może chociaż uszczknął czegoś przez parę ostatnich dni, jakaś przypadkowa drzemka na rozgrzanej skale? Błąd!
Poeta nie spał, a jeśli jego ciało zmusiło go do zmrużenia oczu, przewracał się z boku na bok i był jeszcze bardziej zmęczony niż przed zaśnięciem. Ustalił już sobie wcześniej, jak to będzie - że Gwiezdni nie istnieją, więc jego obawy są zbędne, a jeśli tak jest i są zamkniętą, troskliwą elitą tylko dla klanowych kotów, Poeta zostanie najlepszym aktorem w historii lasu i dalej. Czy dawało mu tu spokój ducha? Bzdura! W swojej pieczarze przynajmniej trzy razy przetrenował całe przedstawienie i kolejne pięć szlifował je w środku nocy, po ciemku.
Jedynym plusem było to, że chociaż Cis się tak nie palił. Gdyby medyk skakał co chwila z radości, kocura dręczyłoby niszczenie marzeń starszego. Ów marzeń raczej nie posiadał.
Nie spał nic, więc nie miał z czego się budzić i na co wstawać. Gdy Cis gdzieś wyszedł, wychynął z legowiska, rozejrzał się po chorych, poprawił zioła w składziku i mistrz zdążył już wrócić, z piszczką. Poeta powstrzymał odruch wymiotny. Nie ma szans, że coś w siebie wciśnie.
Wyszedł. Ziewnął. Usiadł przy mistrzu. Westchnął. Odwrócił się ze wstrętem od jedzenia. Ogarnął się. Przywołał na pysk nikły uśmiech. - Dobrze się nam spało, co? - mruknął z ironią.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Wzdrygnął się, gdy Poeta zjawił się obok. Niby się spodziewał, a jednak nie. Przez... połowę swojego życia był sam w tej lecznicy. Sam w niej żył, sam leczył, sam zbierał zioła i sam brał odpowiedzialność za każdego kota w tym klanie. Czasami dalej ciężko było mu zrozumieć, że już nie wszystko jest na jego barkach. Pomimo, że srebrzysty kocur miał całą wiedzę medyczną, miał się stać kimś równym jemu samemu, równym Rybołowiemu Lotowi... czuł, że jakikolwiek jego błąd będzie też błędem Cisa Juniora. Że cokolwiek robi srebrzysty, odpowiedzialność zawsze przekłada się na dwóch. Ufał Poecie. I choćby teraz kogoś zabił, wielkouchy stałby po jego stronie. A jednak w środku, gdzieś w głębi czasem dalej zdarzało mi się myśleć, że jest sam. Nie wyzbędzie się już też samotności nigdy. Zawsze będzie mieć paranoje, że nie ma pomocy, a nawet jeśli chwilowo ma, to ta zaraz zniknie. Znikniezknieknieznikniezniknie. Już ktoś jeden zniknął. Cis nie pozbierał się do dzisiaj. Powtórka z rozrywki skończy się śmiercią, to na pewno. - Ta - mruknął cierpko. - Zjedz. Nie wypuszczę cię bez śniadania, żebyś nie myślał, że masz jakieś pole do dyskusji - miauknął już nieco cieplej, spoglądając na niego zmęczonym wzrokiem. Jeżeli Poeta odmówi, Cis może iść na wyprawę i jutro. Nie ma sprawy. Niemniej to był jego warunek. - Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Chyba nie masz się... o co martwić, w końcu oni już od dawna wiedzieli, że się tam zjawisz. Wszystko będzie dobrze - dodał. Przecież jego uczeń był wybrańcem, był przepowiedziany, dokładnie tak jak i ich przywódca. Cis był medykiem z przypadku, to Poeta został wybrany. Urodził się, by być w tym miejscu. - Jeżeli masz jakieś pytania, albo czymś się martwisz, to wal śmiało. Po to dla ciebie jestem. Tuż obok, żeby ci pomóc. Nie próbuj ogarniać sam, bo nie ogarniesz. Ja nie ogarniam. Ale ja nie miałem takiej możliwości jak ty, więc skoro masz, to korzystaj - dodał, a potem uśmiechnął się tak, jak miał to w zwyczaju. Mógł być zmęczony, przerażony i słyszeć niezrozumiałe szepty. Mógł. Ale wciąż był jednym i tym samym Cisem, wciąż się uśmiechał jak głupi do sera i robił wszystko, by jego towarzystwo miało trochę... lżej.
Obaj nie chcieli na nią iść.
Poeta w życiu nie czuł się z czyjąś myślą lepiej. Odetchnął z ulgą, słysząc cierpkość w tonie mentora. Dlaczego więc musieli na nią iść? Co im to dawało? Czemu Łabędź nie mógł tego zrobić tu i teraz, bez ryzykowania zostawieniem lecznicy bez opieki?
Chciał się o to zapytać. Odpuścił. Podniósł się i polizał Cisa między uszami i objął go ogonem. - Siedzimy w tym razem - pocieszył go. Niechętnie, z wyraźnym rozczarowaniem i obrzydzeniem w oczach przełknął powoli popielicę do wyczyszczonej skóry. Prawie zwymiotował, ale obeszło się bez nieprzyjemnych widoków.
Nastawił się już dzisiaj. Wolał to mieć za sobą.
Skończyli śniadanie i mogli ruszać. Poeta zerknął tęskno za lecznicą i podreptał za mistrzem. Cóż im pozostało? Zjeść zioła na energię? Miód? Odejść? Pożegnać się? Odebrać błogosławieństwo?
Nie wiedział. Zachwiał się na łapach. Ciekawiło go, czy kiedykolwiek istniała wyprawa dwójki medyków, gdzie w równym stopniu oboje z nich nie mieli żadnych chęci jej odbyć. Zaczynała go boleć głowa. Jak ma odpowiedź na słowa mistrza? Srebrny o niczym nie wiedział, nie miał na to planów, od momentu urodzenia chciał tylko łazić po terenach Nowego Świtu z rodziną, znajdować rymy do słów i może znaleźć jakieś przystojne futerko... Nic więcej. Na wschodzące słońce, na cóż mu była ta ścieżka medyka...?!
- Wszystko będzie dobrze - powtórzył za nim mechanicznie. Czy w to wierzył? Nie. Cis nie musiał o tym wiedzieć. - Z takim mistrzem nic nie może pójść źle - w to akurat wierzył i dał po sobie poznać, że ufa liliowemu.
- Też tutaj jestem - szepnął, bo Cis chyba o tym zapomniał. Zastanowił się chwilę, rozważył, jakie może uzyskać odpowiedzi i zaryzykował: - Jak... Jak będą wyglądać rozmowy z Gwiezdnymi?
Serce zabiło mu szybciej. A co, jeśli powinien już to wiedzieć? Jeśli już powinien z nimi rozmawiać wcześniej.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Uśmiechnął się do niego. Oczywiście, że byli w tym razem. Będą w tym wszystkim razem już... już do końca życia. Cisa na pewno. Poczekał, aż ten przełknie śniadanie, nieważne z jak wielkim obrzydzeniem. Nie mogli iść na tak daleką wyprawę bez jedzenia, w życiu by na to nie pozwolił. Dlatego cieszył się, że pomimo wstrętu Poeta zdołał się przemóc i zjadł całą, nawet, jeżeli nie był to najprzyjemniejszy posiłek w jego życiu.
Wstał z miejsca i kiwnął głową w kierunku wyjścia, mogli iść. Przed nimi i tak spory kawał do zwiedzenia, bo choć Cis był tam tylko raz w życiu, znał drogę idealnie na pamięć. Sam nie wiedział dlaczego, bo on ogólnie nie miał dobrej pamięci do drogi... ale czuł, jakby w kościach, gdzie iść. Gwiezdni nad nimi czuwali. - Ooo, no to tak. Idziemy do Szepczącej Sadzawki, którra jest... w takiej grrocie, no! Wypijemy wodę z sadzawki, którrra powinna nas uspać w bardzo krrótkim czasie. Zrrresztą, pewnie sam zaśniesz, bo drogę mamy... barrdzo wyczerrrpującą. Będziemy musieli prrzejść prrrrzez Grrzmiącą Ścieżkę, daleko za terrreny klanów. Generalnie to, gdzie zjawimy się we śnie jest zależne od gwiezdnych właśnie. Niekiedy może być to nasza własna lecznica, nasz obóz, nasz terrren... a może zjawimy się w zupełnie obcym, innym miejscu. Wiesz, gdy ja byłem mianowany, dowiedziałem się, że klany żyły kiedyś na zupełnie innych terrrrenach. Tam było nasze mianowane - moje i Rrybołowiego Lotu. Zjawił się po nas Mrrrroźny Nos, dawny medyk Klanu Rrrzeki, którrry pokazał nam starrą lecznicę, obóz... no, trrrochę pozwiedzaliśmy. Bo wiesz, spotkanie z Gwiezdnymi to nie musi być tylko mianowanie. Pogadać też zawsze można! Wśrrród nas będą inni gwiezdni, zmarrli wojownicy, terrrminatorrzy, kocięta, zastępcy, prrrzywódcy, medycy klanu Rrrzeki. Wypowiem twoje imię, a także twoją nową posadę, a oni będą je skandować. Wiesz, jak na norrmalnej cerrremoni. Nie musisz się strrresować, serrrio! Zwłaszcza, że mam nadzieję, taką totalnie cichą! Że po nas prrzyjdzie Barrwna Woda. Obok niego nie musisz się krrępować - uśmiechnął się, tłumacząc mniej więcej cały proces. On właśnie tak wspominał swoją ceremonię, ale słyszał, że każda może być zupełnie inna, prowadzona przez kogoś innego, w innym miejscu. Cis jednak miał nadzieję, że to właśnie Barwna Woda się u nich zjawi. Potrzebował tego. Zaczęli dreptać w stronę Kretowiska, by dojść do granicy z Szarymi Brzozami.
Czy spanikował? Troszeczkę.
Przygotował się na rozmawianie z niczym - w sensie, z duchami - na ganianie za nimi po pustych polach, na cały monolog o tym, jak śnił, jak objawił mu się jakiś brązowy kocur przedstawiający się... Powiedzmy, że Miodowy Plaster - jest do dość zabawne, ale brzmi medycznie - który zmarł dawno temu i wybrał Poetę z takiego i takiego powodu, przygotował się na milczenie i na to, że zesłano mu wizję, o której z nikim nie może mówić... Na wszystko. Ale nie na picie z sadzawki.
Poeta, choć nawet nie przekroczyli granic Rzeki, miał już ponad setkę pytań. - Myślisz, że kto mnie będzie mianował? - spytał się najpierw. Wolał wybadać grunt małymi pytaniami, by w razie czego dać teatralny popis sezonu. - Myślisz, że... Gwiezdny Klan jest miejscem tylko dla klanowych kotów? - dorzucił. Czy mógł tam spotkać ojców? Wątpił, on wciąż żyli. I nie chciał ich tam widzieć. Jeśli Gwiezdni ekskluzywnie wybierają sobie, komu pomagać, a czyj doom spalić, to nawet gdyby istnieli, nie chciałby ich wspierać. - Ach, Barwna Woda... - jego pytanie uzyskało odpowiedź. - Opowiesz mi trochę o nim? Nie chcę naciskać... Ale chciałbym poznać kogoś trochę bliżej, kto będzie mnie mianował...
Szli. Poeta badał grunt. Ile czasu mają? Wiedział, że zbliżają się do Grzmiącej Ścieżki i nie bał się jej, skoro już raz jakimś cudem ją przeszedł, teraz będzie prościej. Wytężył wzrok w konkretnym kierunku, w kierunku obozu Nowego Świtu. - Gdzie dokładnie jest Szepcząca Sadzawka?
// Już może odpisywać MG!!
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Dzięcioł jest przeciętnej wielkości kociakiem o szczupłej sylwetce. Może teraz tego nie widać z powodu kocięcego tłuszczyku, ale w przyszłości kocur będzie mógł poszczycić się dobrze zbudowanym ciałem o widocznych dobrze zarysowanych mięśniach Całe ciało młodzika pokryte jest krótką, gładką śnieżnobiałą sierścią nie odznaczająca się żadnymi szczególnymi znaczeniami. Jak jesteśmy już przy ciele należy wspomnieć że jest ono utrzymywane przez długie, mocne, choć jeszcze nieco pulchne łapki. Dzięcioł posiada niebieskie oczka, które z wiekiem zabarwią się na kolor jasno zielony. Nie wiele wyżej nad oczami znajdują się średniej wielkości trójkątne uszka. Pysk kocura jest niemalże okrągły, można powiedzieć że praktycznie zawsze, choć mimowolnie wyraża on obojętność.
Charakter kocura można porównać z tym jego matki. Jest spokojny i jak na swój wiek dość cierpliwy lecz w przeciwieństwie do Jałowcowej Jagody nie stroni od towarzystwa. Chętnie zamieni słówko lub dwa z innym klanowiczem. Jeżeli już mowa o rozmowach trzeba przyznać że kocurek jest lepszym słuchaczem niż rozmówcą, ale gdy już ma zamiar się odezwać stara się być przy tym uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do rozmówcy. Przez specyficzny sposób wychowania swoich rodziców uważa że Klan Cienia jest najważniejszy i najwspanialszy, ponadto ceni sobie zasady i dyscyplinę. Lecz mimo tych wszystkich poglądów i słów rodziców na temat brudnokrwistych nie wywyższa się ponad nich, ani nie czuje się lepszy, wręcz przeciwnie stara się traktować je niemal na równi z pełnokrwistymi członkami Klanu, jednak nie oznacza to że nie jest wobec nich czujny, bo jest i to bardzo, jeden fałszywy ruch i uprzejmość syna Zroszonego Pąku może przemienić się w zniewagę.
Humory zdecydowanie nie dopisywały, co z całych sił próbowała naprawić pogoda. Poranny wiaterek delikatnie smagał futra obu kocurów, chmurki leniwie sunęły po niebie, swoim zachowaniem i kolorem nie zapowiadając deszczu, pomarańcz nieba odbijała swoje barwy na tafli pobliskiej rzeki. Jakiś poranny ptaszek zaczął nastrajać swój głosik, racząc rzeczną kadrę medyczną swoimi próbami. Natura jakby chociaż minimalnie chciała umilić kocurom i tak długą już przeprawę. Czy się udało? Mogła mieć jedynie nadzieję. Jedno było pewne, póki co nie czekały ich żadne niespodzianki. Kretowisko wydawało się całkiem spokojne, ani jednego krecika na horyzoncie, na szczęście również i żadnego lisa, który zadowoliłby się dużym śniadaniem. Pytanie co przyniesie Grzmiąca Ścieżka, wykluczając morale i chęci podróżników, zdecydowanie największy ich wróg tego dnia. No chyba, że Gwiezdni będą mieli coś do powiedzenia...
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- Nie wiem. Myślę, że to... kwestia bycia dobrrym. I wierrrzącym. Ufam, że jeżeli ktoś opuścił Klan z... jakiegoś powodu i odejdzie z świata już w nim nie będąc, a jednak pielęgnował pamięć o zmarrłych, to także do niego trrrrafi - odpowiedział. Jeżeli... Rybołów już nie ma, to musiała trafić do Gwiazd. Jeżeli okaże się, że nie, rozpęta chyba największą kłótnie na tej ceremoni. Niemniej jedynie o czym myślał to o tym, by nie zobaczyć jej z jednego prostego powodu - bo żyła. Była gdzieś tam i próbowała wrócić, Cis w to wierzył nawet bardziej niż w istnienie wszystkich zmarłych na niebie. Jedynie o czym był w stanie myśleć to ona, ona i jej powrót. Kiedyś musieli się zobaczyć, Rybołów nie odeszłaby bez pożegnania.
Pokiwał głową, susami pokonując kolejne części rzecznych terenów. Trafili na dobrą pogodę - to dobrze, gdyby szli w deszczu nie zwiastowałoby to niczego dobrego. Wręcz przeciwnie. - Hm... Mogę, mogę! O nim zawsze, spoko. Po prrostu nie wiem co ci powiedzieć - wzruszył ramionami, zastanawiając się chwilę. - Był barrrdzo opiekuńczym kotem, dobrrym. Nie wiem co we mnie widział, biorrąc mnie na swojego terrrminatorra, serrrio! Jedyne co robiłem to darrrłem ryja w śrrodku, tak, że chorrrrzy nie mogli spać. A wtedy on beształ mnie, tak w kółko. Moja mama go strraaassznie nie lubiła, wściekła się jak zostałem jego uczniem - zaśmiał się. - Miał parrtnera! Srrroczy Ogon, nasz wojownik. Serrio był spoko, tylko... za bardzo się przeprracowywał. Barrwna Woda, nie Srrroka. I nie myślał w ogóle o sobie. Tak sobie myślę, że nie rrradził sobie też dobrze z strrratą... lwią część rodziny mu po prostu zabrrano. No i tak - nie, żeby on sobie radził z utratą kogoś, absolutnie. - Ale to najlepszy medyk w całym lesie, serrio. Na sto prrrocent wyczuje, że się czegoś boisz albo strresujesz... i będzie chciał pomóc, ale nie będzie na to naciskał! Będzie spoko - posłał mu ciepły uśmiech, szturchając go w bok. - Kawał stąd. Musimy prrzejść prrrzez Grrzmiącą Ścieżkę, tam są Borrrrsucze Pagórki... tak na wysokości grranicy wichrrru z Szarrrrymi Topolami. Potem jeszcze trrochę lasu i Szepcząca Sadzawka.
Mimo łagodnej odpowiedzi mistrza, nie ufał mu. Nie, że nie ufał Cisowi - Cisowi ufał ponad wszystko i gdyby mistrz kazał mu zjeść jagodę o nazwie jego imienia, bez wahania przełknąłby ją. Nie ufał jednak Gwiezdnym. Koty Srebrnej Skórki brylowały zadowolone pośród Gwiazd i ze zdobytych informacji, pomagały w razie katastrof. Katastrofą był też pożar Nowego Świtu. Nikt mu nie pomógł. Nikt.
Starał się trochę rozpogodzić. Mistrz nie rozpłakał się na wspomnieniu o Barwinku, a pogoda dopisywała. Wymusił na siebie lekki uśmiech licząc, że zarazi nim również Cisa. Polepszyło mu się, słysząc śmiech mistrza. I informacja o partnerze... Czyli tego typu związki, choć były całkowite popularne w Rzece - no przecież ma siostrę z partnerką - nie są także zakazane na wyższych strefach, strefach medyków. Ta wiadomość ukoiła go, choć nawet nie wiedział czemu.
Przemykali przez kolejne tereny i zbliżali się do celu podróży. Na całe szczęście odbijali od domu i jezioro zostawiają daleko za sobą. Nie spotkają się z popiołami i domem. To dobrze.
- Cieszę się, że mam ciebie, Cisie - mruknął wreszcie. Oby wszystko było, jak mistrz mówił: akceptujący Gwiezdni i miły Barwinek.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Dzięcioł jest przeciętnej wielkości kociakiem o szczupłej sylwetce. Może teraz tego nie widać z powodu kocięcego tłuszczyku, ale w przyszłości kocur będzie mógł poszczycić się dobrze zbudowanym ciałem o widocznych dobrze zarysowanych mięśniach Całe ciało młodzika pokryte jest krótką, gładką śnieżnobiałą sierścią nie odznaczająca się żadnymi szczególnymi znaczeniami. Jak jesteśmy już przy ciele należy wspomnieć że jest ono utrzymywane przez długie, mocne, choć jeszcze nieco pulchne łapki. Dzięcioł posiada niebieskie oczka, które z wiekiem zabarwią się na kolor jasno zielony. Nie wiele wyżej nad oczami znajdują się średniej wielkości trójkątne uszka. Pysk kocura jest niemalże okrągły, można powiedzieć że praktycznie zawsze, choć mimowolnie wyraża on obojętność.
Charakter kocura można porównać z tym jego matki. Jest spokojny i jak na swój wiek dość cierpliwy lecz w przeciwieństwie do Jałowcowej Jagody nie stroni od towarzystwa. Chętnie zamieni słówko lub dwa z innym klanowiczem. Jeżeli już mowa o rozmowach trzeba przyznać że kocurek jest lepszym słuchaczem niż rozmówcą, ale gdy już ma zamiar się odezwać stara się być przy tym uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do rozmówcy. Przez specyficzny sposób wychowania swoich rodziców uważa że Klan Cienia jest najważniejszy i najwspanialszy, ponadto ceni sobie zasady i dyscyplinę. Lecz mimo tych wszystkich poglądów i słów rodziców na temat brudnokrwistych nie wywyższa się ponad nich, ani nie czuje się lepszy, wręcz przeciwnie stara się traktować je niemal na równi z pełnokrwistymi członkami Klanu, jednak nie oznacza to że nie jest wobec nich czujny, bo jest i to bardzo, jeden fałszywy ruch i uprzejmość syna Zroszonego Pąku może przemienić się w zniewagę.
Szli przed siebie, coraz bliżej celu, a jednak wciąż nie na miejscu. Przez krótką chwilę ponad nimi frunął wróbelek, jakby sam chcąc posłuchać historii o zacnym medyku, jakim był Barwna Woda. Ulotnił się on jednak prędko, gdy tylko ponad szmer lasu wybiło się głośne ziuuuum. Mimo odległości dało się wyczuć dudnienie ziemii. Zaraz potem nastała cisza, byli blisko. Niedaleko przed nimi rozpostarła się szeroka szara ścieżka zwana Grzmiącą, znad której unosił się duszący smród potwora, który przed chwilą tędy przejechał. Póki co było zaskakująco pusto. Jaki zatem teraz ruch obiorą nasi podróżnicy? Podejmą szalone ryzyko, czy może rozważnie wykażą się odrobiną cierpliwości.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Uśmiechnął się do Poety. Był z niego naprawdę dumny, że mogli być razem w tym miejscu. Nie wyobrażał sobie w życiu lepszego ucznia niż ten, który dreptał teraz obok niego z leciutkim uśmiechem, a jednak wyraźną obawą w oczach. Był gotowy. Oczywiście, że był i Cis doskonale wiedział, że nawet jeżeli nie przepowiednia z Gwiazd - i tak był kimś, kto urodził się po to, by już niedługo zostać mianowany medykiem. Cis bowiem nie myślał nawet o tym, by ten zostawał pomocnikiem... nie. Był zdecydowanie na tym samym poziomie co on sam, jedynie dzieliło ich doświadczenie, które te już niebawem na spokojnie zdobędzie. To była tylko i wyłącznie kwestia czasu. - Jestem z ciebie barrdzo dumny, Poeta. Nie obawiaj się niczego, jestem pewny, że cokolwiek nie będzie prrzed tobą - dasz sobie rrradę. A ja będę obok ciebie tak długo, jak tylko mogę - zapewnił go z szerokim uśmiechem, przyśpieszając nieco kroku. Wizja spotkania się z gwiezdnymi była dla niego bardzo ekscytująca, z drugiej strony przepełniało go przerażenie i obawa. Nie o samą ceremonię, wiedział, że ta przebiegnie bez komplikacji. O to, kogo zobaczy wśród martwych... jak najbardziej.
Stanęli przed grzmiącą ścieżką. Zmarszczył nos, czując jej okropny swąd, jednak zdusił w sobie narzekania. Robił sie stary - młody Cis na pewno teraz wyplułby z siebie poemat o tym, jak było okropnie. Stary Cis... wiedział, że nie na to była pora. - Terrraz to cuchnące ustrrrojstwo. Słuchaj mnie uważnie. To jest najniebezpieczniejszy moment w twoim życiu, jak się zderrzysz z potworrrem, to zdychasz. Rrrrozumiesz? Biegniemy na mój sygnał. Jak najszybciej, choćby cię parrrzyło - nie masz prrawa się zatrrrzymać - mówił poważnie, już się nie uśmiechał. Jeżeli teraz popełnią błąd, skończy się ta wyprawa. I po rangę, i całego życia. To nie były żarty. Były koty, które zmarły właśnie tu, właśnie przez swoją nieuwagę. Choćby Bawełniana Nić, rozjechana raz a dobrze, umierająca w ciszy, agonii.
Przykucnął przy Grzmiącej Ścieżce. Nasłuchiwał, patrzył na drgania, słuchał, czy nic nie nadjeżdża. Pustka. - TERRRRAZ - krzyknął, po czym pędem rzucił się przez Grzmiąca Ścieżkę.
Poeta na razie nie trapił sobie głowy większością myśli, jednak wizja bez Cisa u boku...? Nie. Wtedy oznaczałoby, że on musi kogoś wziąć pod swoje łapy i go uczyć. A on wie przecież tak niewiele. Tak niewiele kotów zaleczył, tak niewiele potrafi. Nie, mistrz musiał wytrzymać do przynajmniej stu dwudziestu księżyców, by zostawić go tylko z przyjemnym, słodkim zapachem starości w lecznicy. Wtedy pozwoliłby mu odejść. Ze starości.
- Dziękuję - wymruczał.
Do jego nozdrzy doleciał gorzki, dobrzy znany mu zapach. Niedługo później na horyzoncie zalśniła Grzmiąca Ścieżka i Poeta już wiedział, że będzie nieciekawie. Nie lubił jej, a ostatni raz, kiedy po niej przechodził, był naprawdę szczęśliwy. Wciąż dziwi się, że żaden samochód go nie potrącił i jakimś cudem bezpiecznie dotarł na drugą stronę. Zdziwił się również słysząc określenie "potwór", jakim klanowcy chyba nazywali auta. Dziwne. Jak dobrze, że nie są skazani odwiedzać terenów Nowego Świtu i mogą odejść od nieprzyjemnych wspomnień.
- Tak jest. Będę pędzić, jakby mnie borsuk gonił - odparł stanowczo Cisowi i stanął na granicy. Czekał na sygnał z napiętymi mięśniami. Średnio się bał. Nie podobał mu się zapach, wiedział, jakie to ryzyko i nie miał zamiaru dać przejąć się brawurze, ale jakie są przecież szanse?
Zaszumiała pustka. Cis wrzasnął. Poeta rzucił się przeraźliwie przed siebie pędząc, ile ma sił w łapach.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Dzięcioł jest przeciętnej wielkości kociakiem o szczupłej sylwetce. Może teraz tego nie widać z powodu kocięcego tłuszczyku, ale w przyszłości kocur będzie mógł poszczycić się dobrze zbudowanym ciałem o widocznych dobrze zarysowanych mięśniach Całe ciało młodzika pokryte jest krótką, gładką śnieżnobiałą sierścią nie odznaczająca się żadnymi szczególnymi znaczeniami. Jak jesteśmy już przy ciele należy wspomnieć że jest ono utrzymywane przez długie, mocne, choć jeszcze nieco pulchne łapki. Dzięcioł posiada niebieskie oczka, które z wiekiem zabarwią się na kolor jasno zielony. Nie wiele wyżej nad oczami znajdują się średniej wielkości trójkątne uszka. Pysk kocura jest niemalże okrągły, można powiedzieć że praktycznie zawsze, choć mimowolnie wyraża on obojętność.
Charakter kocura można porównać z tym jego matki. Jest spokojny i jak na swój wiek dość cierpliwy lecz w przeciwieństwie do Jałowcowej Jagody nie stroni od towarzystwa. Chętnie zamieni słówko lub dwa z innym klanowiczem. Jeżeli już mowa o rozmowach trzeba przyznać że kocurek jest lepszym słuchaczem niż rozmówcą, ale gdy już ma zamiar się odezwać stara się być przy tym uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do rozmówcy. Przez specyficzny sposób wychowania swoich rodziców uważa że Klan Cienia jest najważniejszy i najwspanialszy, ponadto ceni sobie zasady i dyscyplinę. Lecz mimo tych wszystkich poglądów i słów rodziców na temat brudnokrwistych nie wywyższa się ponad nich, ani nie czuje się lepszy, wręcz przeciwnie stara się traktować je niemal na równi z pełnokrwistymi członkami Klanu, jednak nie oznacza to że nie jest wobec nich czujny, bo jest i to bardzo, jeden fałszywy ruch i uprzejmość syna Zroszonego Pąku może przemienić się w zniewagę.
Po uprzednim upewnieniu ruszyli na sygnał starszego z kocurów. Mając z tyłu głowy, że w każdym momencie mógł pojawić się pędzący potwór, bieg mógł się dziwnie dłużyc. Na całe szczęście było spokojnie, zarówno podczas ich przeprawy, jak i na jakiś czas po niej, gdy już oboje znaleźli się bezpiecznie po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki. Wyglądało na to, że cały wszechświat chciał, aby rzeczna kadra bezproblemowo dotarła do swojego celu. Może był to dobry znak wskazujący na wartość Harmonijnej Łapy do przyjęcia nowego imienia i rangi.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Odetchnął z ulgą, ciężko oddychając gdy zjawił się po drugiej stronie, już na trawie. Spojrzał szybko na Poetę - on również był obok. Udało się. - Gwiezdni mają nas w opiece, to dobry znak! Na pewno nie mogą się doczekać, aż cię zobaczą - uśmiechnął się szeroko, próbując unormować oddech. Nic nie jechało, są cali i zdrowi. - Najtrudniejsze za nami, teraz tylko z górki - ucieszył się i z nieco wiekszą energią skocznie ruszył naprzód. Próbował myśleć o spotkaniu z Barwną Wodą, Zachodzącym Światłem i Kornikiem... o mianowaniu jego terminatora, może nawet w pewnym sensie... syna. Odpychał myśli o kuzynce jak najbardziej tylko mógł. Musiał być pozytywny, optymistycznie nastawiony... tak. Tak właśnie miało być.
i po ptakach. Dosłownie. Cis powiedział, że niby najgorsze za nimi, jednak Poeta nie przyjął tego szczególnie do wiadomości. Odnotował to w głowie i przywołał na pysk uśmiech, ale czy w duchu skakał z radości? Najgorsze będzie tuż po tym, jak skończy udawać ze śnieniem. Jak albo zostanie przyjęty z nowym imieniem i nową rangą, albo skończy zostawiony sam sobie, wygnany. Gwiezdni mają nas w opiece!
Kłamstwo. Poeta nabrał chęci, by odwarknąć, że najwyraźniej mieli tylko jego, bo ani przez sekundę czy to podczas pożaru czy to biegnąc przez ścieżkę nie czuł niczyjej opatrzności, powstrzymał się jednak. Skoczył za mistrzem i ruszył za nim. Zbliżali się. Czuł to. Serce mu dudniło.
- Daleko jeszcze? - spytał półgłosem, widząc powoli zbliżające się do nich pagórki.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek