xxxxKarasiowa Łapa przeżył najgorsze dni w swoim życiu. Nie dość, że nie łowił ANI RAZU od tego felernego zebrania, to jeszcze faktycznie STAWIAŁ SIĘ na treningach z... eh... Nocnym Szkwałem. To wszystko jednak nie było najgorsze. Najgorsze było to, że Topolowy Bór ani nie stała się ponownie jego mistrzynią w międzyczasie, ani nie wyszła z lecznicy, ani właściwie... wcale nie wróciła. Przepadła. Zniknęła z Klanu i nikt jej nie widział, nawet patrol, który został wysłany, by jej poszukać. I Karasiowej Łapie było wyjątkowo przykro, bo naprawdę lubił swoją mistrzynię, a także skrycie miał nadzieję, że zmiana kota, który go naucza jest tylko tymczasowa, że niedługo wróci do wspólnych spotkań z Topolowych Borem. Teraz to już chyba nie było na co liczyć. xxxxALE. Dzisiejszego dnia to chyba NIKT nie mógłby mu zepsuć. Nawet, jakby przyleciało sto takich małych Nocy, a sto Wyjących Wilczyc by go upomniało - NIC. Chyba tylko zamarznięcie rzeki sprawiłoby, że Karasiowa Łapa by się dziś podłamał. W końcu dobrze wiedział KTO na niego czekał i PO CO i GDZIE IDĄ i CO BĘDĘ ROBIC. Podekscytowany młodzieniec skakał z radości, gdy tylko szedł z Łabędzią Gwiazdą nad Zatopione Korzenie. - Nie nie, nic się nie pochoruje! Rybacy nie chorują, widziałeś kiedyś mojego tatę w lecznicy? No właśnie! To są te prawdziwe rybackie geny - uśmiechnął się szeroko. Faktycznie było dziś ekstremalnie zimno, ale oprócz tego, to wszystko było dobrze. Śnieg mu się nawet prawie wcale nie kleił do łapek, o! - Sopelkiem też nie będę, nie! Jak myślisz, co dziś złapiesz? Ja bym chciał płotkę. Albo szczupaka. O, no, szczupaka!
Poruszył wąsami w rozbawieniu, decydując się nie psuć argumentu terminatora przypomnieniem, że owszem, jego ojciec jak najbardziej bywał w lecznicy, tylko raczej na krótko i bez wyciągania wniosków na przyszłość... Pozostawało liczyć, że młodszy, odporniejszy Karaś nie podzieli jego losu i ani nie złapie kataru, ani nie odczuje sztywności stawów. To byłby bardzo niefortunny wynik dzisiejszej wyprawy, która przecież miała być miłą odskocznią od ponurej codzienności.
— Hmm, no tak, rybackich genów nie wolno lekceważyć — zgodził się z humorem, nim przeszedł do zastanowienia się nad odpowiedzią. — Ja to chyba wolałbym nie zetknąć się ze szczupakiem, ale taką płotkę to też bym chętnie przygarnął. Albo lina.
Dotarli na miejsce i po usadowieniu się na jednym z wystających korzeni, Łabędź musiał wykazać się wielką siłą woli, żeby zmusić się do zanurzenia choć końcówki ogona w lodowatej wodzie. Starał się zamoczyć wyłącznie futro, ale nagłe ukłucie zimna na skórze było dobitnym dowodem niepowodzenia misji. Brr, chyba pierwszy raz miał łowić w taką pogodę!
— Mamy szczęście, że rzeka nie zamarza tak łatwo, co? — zauważył. — Ciekawe tylko, czy ryby w ogóle do nas przyjdą, raczej nie przepadają za niskimi temperaturami. Będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość. — Zamilkł na chwilę, ale zaraz dodał, ściszonym tonem ze względu na ryby: — Jak mijają ci dni? Mam nadzieję, że do zniesienia?
xxxxKarasiowa Łapa ostatnio nie widywał się z ojcem, jakoś tak się nigdzie nie minęli... więc odważnie bury terminator stwierdził, że Karpi Strumień jest po prostu całymi dniami na rybach, a skoro on nie mógł wychodzić z obozu, to się nie spotykali, o! Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że staruszek jest chory... xxxxSzybko dotarli do rzeki, szczerze mówiąc to Karasiowa Łapa nie pomyślałby nawet, że Łabędzia Gwiazda umie jeszcze tak żwawo chodzić! Ale nie powiedziałby mu tego w pysk, może jak nie zauważy, że jest już bardzo, bardzo stary, to nie spotka go śmierć... oszuka sam siebie, ha! Genialne. xxxxCiało burego kocurka owiał chłodny wiatr, a Karaś z trudem powstrzymał drżenie pyszczka. Wyjątkowo krótkie futerko pregusa nie pomagało w takich sytuacjach, miał wrażenie, że nawet Łabędziej Gwieździe jest zimno, a on to przecież miał tyle futra, co sto takich Karasi! Nie przyznał się jednak, że mu zimno, bo co, jak przywódca zarządzi natychmiastowy powrót? Nie spodziewał się po nim tak brutalnego zagrania, ale nigdy nie wiadomo... wolał nie ryzykować! xxxx- No... jakby rzeka zamarzała to bym chyba UMARŁ. Tak dawno już nie łowiłem... z... z parę dni na pewno! Wszystko przez tego... - ugryzł się w język. Eh. - Przyjdą przyjdą, na pewno. Jak nie przepadają za niskimi temperaturami, to ja im tu pomogę. Nieżywe nie czują chłodu - uśmiechnął się szeroko, w kontraście do tego, jak brutalne słowa wypowiedział. Karasiowa Łapa wsunął końcówkę ogona do wody, mając wrażenie, że przez to cały faktycznie zamienia się w sopelek... ale zagryzł zęby i nie pisnął ani słówka. Nie zamieni się w sopelek, to gdyby to zrobił, to wyszłoby na to, że okłamał przywódcę - a tego absolutnie nie chciał zrobić. Gdy Łabędzia Gwiazda ponownie się odezwał, podniósł wzrok by go zbesztać, no bo przy rybach się nie gadało! Co on! Przemyślał jednak sprawę i stwierdził, że taki cicho ton... szept będzie w porządku, no. Karpi Strumień by tego nie pochwalił, kiedyś jak Karaś zaczął rozmowę przy rybach, to dostał łeb. Nie mocno, ale ostrzegawczo, no... ale chyba Łabędzia Gwiazda nie miał z tym problemu. - No, no... jest okej chyba... jakbym mógł łowić jeszcze, to byłoby super. No ale nic. Topolowy Bór zniknęła - zaczepił, mając nadzieję, że kocur coś wie o zniknięciu mistrzyni, Miał nadzieję, że wróci z nią do treningów jak tylko wyzdrowieje, ale teraz wychodziło na to, że będzie skazany na Nocny Szkwał już do końca.
Może Łabędź nie zarządziłby natychmiastowego powrotu, ale słusznie Karasiowa Łapa obawiał się konsekwencji przyznania się do marznięcia — zdrowie było najważniejsze, więc dowiedziawszy się o odczuciach młodszego, przywódca z pewnością mocno sugerowałby chociażby skrócenie pobytu nad wodą. Co prawda i tak miał swoje obawy, czuł przecież na sobie, że chłód nie oszczędzał, jednak na tamten moment wydawało się co najmniej znośnie, a wiedział przecież, jak ważne było to wyjście dla terminatora. Dla niego zresztą też.
— Przynajmniej dzięki temu ten dzień jest wyjątkowy, hm? — postanowił zaczepić od tej optymistyczniejszej strony. — A złowione dzisiaj sztuki będą jeszcze smaczniejsze.
Uśmiechnął się ubawiony, słysząc tę gorliwość do zatopienia kłów i pazurów w rybach. Prawdziwy pasjonat, nie dało się zaprzeczyć. Chyba nie widział jeszcze nikogo, komu aż tak wielką przyjemność sprawiałoby łowienie; Karpiego Strumienia wliczając.
Rozpoczęli połów, ale jak na razie nie przerwało im to rozmowy. Łabędź spojrzał współczująco na Karasia. Nie uważał, by kara była bezzasadna i ufał, że Nocny Szkwał, jako nowy mistrz burego, będzie wiedział najlepiej, kiedy nadejdzie pora ją zdjąć, mimo to... Chyba każdy, kto go znał, wiedział, że nie był fanem karania. Miał do tego zbyt miękkie serce, i nawet jeżeli bycie Gwiazdą powinno było potężnie zweryfikować tę postawę, to chyba jakoś średnio mu się udało. Zwyczajnie żal mu było kocurka, nie mógł nic na to poradzić.
A do tego dochodziła sprawa zaginionej mistrzyni.
— Patrole wciąż się za nią rozglądają. Niestety nie pozostawiła po sobie tropu... — westchnął cicho. — Z dwojga złego lepsze to niż ślady walki. To oznacza, że Topolowy Bór gdzieś tam jest i być może niedługo wróci.
Urwał, dostrzegając przy swoim ogonie cień. Zastygł, spięte mięśnie oczekiwały odpowiedniego momentu. A kiedy rybka zaczęła skubać... Łabędź gwałtownie zamachnął się łapą. Poczuł na palcach dotyk łusek, jednak śliska rybka zdążyła umknąć, nim zaczepił o nią pazurami.
— Och! — rzucił, prostując się w siadzie. — Było tak blisko. Spora sztuka, oby mimo wszystko to była dobra wróżba na dzisiaj.
Aczkolwiek jeżeli kolejne też będą umykać spod jego łap, wielkość ryb przestanie mieć znaczenie.
— Aaa... co u mamy? — zagaił ostrożnie, gdy na nowo zarzucił ogon do wody i zajął odpowiednią pozycję.
xxxx- Mhm... - mruknął bez przekonania. Ten dzień byłby wyjątkowy też wtedy, gdyby mógł wcześniej łowić, no ale niech mu będzie. Nie będzie się z starcem wykłócał, bo jeszcze coś mu w krzyżu łupnie i koniec. Z takim delikwentem to już nie są żarty, no! Wpatrywał się intensywnie w wodę, czekając na pierwszą ofiarę. Nie pilnował cienia, bo słońce nie świeciło, a więc i cień się nie pojawił. Przynajmniej jeden obowiązek z głowy - choć Karaś i tak siedział nieco bardziej wyprostowany, tak, jak siedział przy pilnowaniu, by cień nie opadł na taflę. To już chyba pamięć mięśniowa, nie umiał inaczej. Niemniej nie skupiał się na tym tak bardzo, jak zwykle. xxxxWestchnął ciężko. - Szkoda, była fajna. I ćwiczyła ze mną łowienie na pierwszym treningu, tak, jak chciałem! I też się znała na rybach, wiesz? Normalnie wymieniała ze mną wszystkie te, które można w rzece znaleźć! I umiała opisać wygląd okonia! Niezła była, wiesz, ale myślę, że jeszcze wróci... miała łeb na karku, no, to se poradzi! - przynajmniej miał taką nadzieję. Naprawdę zdążył polubić Topolowy Bór i żal mu było, że zaginęła... no i przez to jego trening do końca był skazany na Nocny Szkwał, co wyjątkowo bardzo uwierało młodego rybaka. Ehh... xxxxAle halo halo, bo tu akcja się działa! Przymknął się od razu, gdy do Łabędziej Gwiazdy podpłynęła rybka. Całkiem spora, mogła być to płotka. Wziął głęboki wdech, gdy przywódca próbował złapać rybkę, jednak ta wyślizgnęła się i uciekła. - No nie! Kuuurde, a taka niezła! Dobra, ale to nic, tyle ryb w rzece! Na pewno jeszcze coś przypłynie - uśmiechnął się pocieszająco. Jeszcze do niego nic nie przypłynęło, ale Karasiowa Łapa nigdy nie tracił wiary. Nie w ryby. xxxxNastępny temat jednak sprawił, że uśmiech zniknął z burej mordki. - Nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi. I jakiej mamy w ogóle. Nie mam mamy - prychnął zbulwersowany, że Łabędzia Gwiazda w ogóle insynuował istnienie jakiejś matki. On żadnej nie znał.
Z Karasia wręcz wylewała się sympatia do Topolowego Boru. Z jednej strony było to przyjemne do obserwowania — to dobrze, że doskonale się dogadywali i, póki trwał, trening szedł im jak z płatka... Z drugiej strony, jej zaginięcie uderzyło w terminatora z podwójną mocą, a kontrast między lubianą mentorką a zastępcą, do którego kocurek trzymał urazę, jedynie się pogłębiał. Łabędź po części wiedział, jak to jest; nigdy nie odżałował zniknięcia swojego mistrza, Kałużowego Kroku. I mimo że z Kornikowym Konarem od samego początku trenowało się świetnie i bynajmniej nie był on jego mentorem za karę, w oczywisty sposób nie zastępował osoby towarzyszącej mu przy stawianiu pierwszych kroków w dorosłe życie.
— Brzmi jak wymarzony mistrz — przyznał. Chyba sam, dobierając ich razem, nie spodziewał się, jak dobrze trafił. — Tacy jak ona często wracają, wiesz? Czuję w kościach, że jeszcze nieraz wspólnie połowicie.
Akcja się działa i równie szybko, co zaczęła, już było po wszystkim. Kocur uśmiechnął się na pocieszające słowa Karasiowej Łapy.
— Następnym razem muszę być szybszy. To zaskakująco trudne, kiedy jest tak zimno! — zauważył dość pogodnie jak na te okoliczności. — Chociaż mam podejrzenia, że ty nie będziesz miał z tym żadnego problemu.
Kiedy tylko jakaś ryba znajdzie się w zasięgu zahartowanego rybaka... Na razie nic na to nie wskazywało, woda w obu okupowanych przez nich miejscach wiała pustką. Nie należało jednak tracić czujności.
— No właśnie... Czym ci się naraziła? — spytał niezrażony reakcją burego. Z ich rozmowy w Słonej Grocie wywnioskował, że zebranie potężnie nadszarpnęło relację Kormoraniej Szyi z synem, jednak nie wiedział, czy detale mu umknęły w natłoku całego karasiowego słowotoku, czy nigdy ich nie poznał.
Ani wielki, ani mały, taki w sam raz. Ozdabia go długie futro w srebrzystym kolorze poprzecinane czarnymi tygrysimi pręgami. Ma obecnie błękitne oczy (po wybarwieniu nabiorą koloru soczystej wiosennej zieleni z delikatnym żółtawym zabarwieniem), jest krępej, masywnej budowy, daleko mu do smukłości; właściwie przypomina odrobinę mały czołg.
Gwiazda to klasyczna cicha woda. Jest spokojnym, cichym kocięciem, ale brak w nim nieśmiałości, wręcz przeciwnie, wydaje się że nie zna strachu i taktu; wepchnie nos do legowiska samego przywódcy bez krzty refleksji, że tak nie można. Jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co sobie pomyśli i co zrobi, trudno przewidzieć jego reakcje ze względu na wrodzoną skrytość. Rządzi nim pragmatyzm i szukanie korzyści własnej, daleko mu do altruisty czy bezinteresownej życzliwości. Wyrasta na introwertyka, który kroczy własnymi ścieżkami.
Gwiazda wybrał się z bratem na spacer. Całkiem lubił Bór, był tym przyjemniejszych bratem do spędzania wolnego czasu, poza tym miło wspominał ich sparingi, które faktycznie dużo dały.
Młody ostatnio trzymał się okolic wodnych terenów, gdzie próbował łowić ryby w każdych warunkach. Rwąca rzeka, tama, czy zatopione korzenie - szykował się na połów w każdym miejscu.
- Co tam słychać, jak leci na treningu? - spytał niewinnie, wskakując na wystający ponad wodę korzeń. Trudno powiedzieć czy bratu podobało się to otoczenie, za to Gwiazda miał zabawę w postaci przeskakiwania z jednego suchego miejsca na drugie.
Jego pytanie miało swój ukryty cel: próbował wyczuć czy brat potrafi już łowić ryby i czy będzie brał udział w Rzecznych zawodach.
Za to Bór omijał rzeki jak ognia, chociaż z całkowicie kontrastowego powodu względem tego określenia - bo był zimny jak lód. Nie lubił moczyć łap w takiej zimnicy, lubił swoje palce i nie chciał ich stracić. A gdyby wpadł do wody, to mógłby się w ogóle rozchorować. Nie, nie, nie... nie dla niego taka zabawa. Niekoniecznie z jego niechęci dało się wyczytać, czy jedynie nie lubi zimnej wody, czy nie potrafi łowić. - Nie jestem zbyt zadowolony z kota, którego dostałem, bo nie sprostuje moim standardom... ale idzie. To jest - posuwamy materiał do przodu, choć Wilcza Góra jest typem marzyciela i błąka się w chmurach. - Kiedy to Bór stał twardo na ziemi. Sam omijał wodę, nad którą skakał Gwiazda. Usiadł przy brzegu.
Ani wielki, ani mały, taki w sam raz. Ozdabia go długie futro w srebrzystym kolorze poprzecinane czarnymi tygrysimi pręgami. Ma obecnie błękitne oczy (po wybarwieniu nabiorą koloru soczystej wiosennej zieleni z delikatnym żółtawym zabarwieniem), jest krępej, masywnej budowy, daleko mu do smukłości; właściwie przypomina odrobinę mały czołg.
Gwiazda to klasyczna cicha woda. Jest spokojnym, cichym kocięciem, ale brak w nim nieśmiałości, wręcz przeciwnie, wydaje się że nie zna strachu i taktu; wepchnie nos do legowiska samego przywódcy bez krzty refleksji, że tak nie można. Jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co sobie pomyśli i co zrobi, trudno przewidzieć jego reakcje ze względu na wrodzoną skrytość. Rządzi nim pragmatyzm i szukanie korzyści własnej, daleko mu do altruisty czy bezinteresownej życzliwości. Wyrasta na introwertyka, który kroczy własnymi ścieżkami.
Gwiazda bujał się na korzeniu i popatrywał na wodę starając się wyłapać wzrokiem błysk srebrnych bądź szarych łusek. Na razie niczego nie widział, niemniej to wciąż mogło być dobre miejsce na przyszłe polowania.
- Wilcza Góra, tak? Wiesz że w pierwszej chwili myślałem, że to on zostal zastępcą? Dziadek śmiesznie wmieszał jego imię w ogłoszeniu o mianowaniu zastępcy. Po co nam w ogóle dwa wilki w klanie? Prawdziwym wilkiem jest mama - mruknął pytająco rozgadując się wręcz niesamowicie jak na własne standardy. Zerknął krótko na brata, przeskoczył na kolejny korzeń na którym przycupnął i znieruchomiał. Powinien być cierpliwy...
Gwiazda robił susy nad wodą, a ciemniejszy brat obserwował jego poczynania. Byle nie wpadł, bo nieprzyjemnie będzie go ratować z lodowatego strumienia. - Wilcza Góra, tak. Nie wyobrażasz sobie nawet jak zawiedziony byłem, gdy dostałem podróbkę naszej mamy. Chciałem mamę, prawdziwego wilka tego klanu, a nie... jakąś Wilczą Górę. - Brewki mu zjechały niżej, a czoło się zmarszczyło. - Ty dostałeś... zastępcę? Dobrze pamiętam? - Nie był pewny, czy to był Gwiezdna Łapa, ale wiedział, że ktoś dostał Ogniste Serce. I jakby miał mieć wybór, to już wolałby jego. Z Wilkiem jakoś sie dogadywał, lepiej lub gorzej, niekoniecznie z własnych chęci, a jednak obowiązku, bo choć widać było, że mistrz chce po prostu w miłej atmosferze poprowadzić trening, to ich energia wewnętrzna kompletnie ze sobą nie współgrała i gdy jeden zwracał uwagę na szczegół X, drugi uważał ten szczegół za całkowicie zbędny.
Ani wielki, ani mały, taki w sam raz. Ozdabia go długie futro w srebrzystym kolorze poprzecinane czarnymi tygrysimi pręgami. Ma obecnie błękitne oczy (po wybarwieniu nabiorą koloru soczystej wiosennej zieleni z delikatnym żółtawym zabarwieniem), jest krępej, masywnej budowy, daleko mu do smukłości; właściwie przypomina odrobinę mały czołg.
Gwiazda to klasyczna cicha woda. Jest spokojnym, cichym kocięciem, ale brak w nim nieśmiałości, wręcz przeciwnie, wydaje się że nie zna strachu i taktu; wepchnie nos do legowiska samego przywódcy bez krzty refleksji, że tak nie można. Jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co sobie pomyśli i co zrobi, trudno przewidzieć jego reakcje ze względu na wrodzoną skrytość. Rządzi nim pragmatyzm i szukanie korzyści własnej, daleko mu do altruisty czy bezinteresownej życzliwości. Wyrasta na introwertyka, który kroczy własnymi ścieżkami.
- A myślałeś o tym, żeby go wymienić na mamę? Dziadek nie ma powodów zeby ci odmawiać - miauknął odrobinę jakby zamyślony. W rzeczywistości po prostu coś zobaczył. Zastygł w bezruchu i nagle uderzył łapą w wodę, jednakże ryba umknęła, wyraźnie musiała usłyszeć ich głosy i była czujna, co Gwieździe nie przeszkadzało: zaczynał lubić wyzwania i testowanie własnych umiejętności nawet w niesprzyjających warunkach. Był to postęp, na swoim treningu bardzo się boczył przy każdej porażce.
Otrzepał łapę kompletnie niezrażony, woda przestała mu przeszkadzać, nawet jej temperatura już tak bardzo nie bolała.
- Mhm, Ogniste Serce. Jest spoko. Łatwo mi się z nim dogadać.
- Rozmawiałem z tatą i z wujkiem Kałużą. Oboje uważają, że to wcale nie jest nic złego, że go dostałem. Nie chcę mi się tracić czasu na rozmowę z dziadkiem. Teraz bym musiał udowadniać nowemu mistrzowi, że się czegoś zdążyłem nauczyć, a chcę iść do przodu. Straciłbym na tym etapie już tylko czas na dowody, zamiast naukę. - Nie opłacało mu się to w tym momencie... trudno, jest królikiem doświadczalnym Wilczej Góry. Akurat on. Był ofiarą.
- Myślisz, że nadaje się na zastępcę? - Nie znał go osobiście. - Rozmawiałem z nim raz kiedyś, ale wtedy wyglądał jak na wpół zjedzona jaszczurka.
Ani wielki, ani mały, taki w sam raz. Ozdabia go długie futro w srebrzystym kolorze poprzecinane czarnymi tygrysimi pręgami. Ma obecnie błękitne oczy (po wybarwieniu nabiorą koloru soczystej wiosennej zieleni z delikatnym żółtawym zabarwieniem), jest krępej, masywnej budowy, daleko mu do smukłości; właściwie przypomina odrobinę mały czołg.
Gwiazda to klasyczna cicha woda. Jest spokojnym, cichym kocięciem, ale brak w nim nieśmiałości, wręcz przeciwnie, wydaje się że nie zna strachu i taktu; wepchnie nos do legowiska samego przywódcy bez krzty refleksji, że tak nie można. Jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co sobie pomyśli i co zrobi, trudno przewidzieć jego reakcje ze względu na wrodzoną skrytość. Rządzi nim pragmatyzm i szukanie korzyści własnej, daleko mu do altruisty czy bezinteresownej życzliwości. Wyrasta na introwertyka, który kroczy własnymi ścieżkami.
- Ach, to się faktycznie nie opłaca. Też by mu się nie chciało komuś czegoś udowadniać - przyznał mu rację. Znowu na moment zastygł na korzeniu i uderzył łapą, by tym razem wyciągnąć jakiś podwodny glon. Uśmiechnął się krzywo. - Ale zdobycz, chcesz? Możesz ją podrzucić do legowiska Wilczej Góry - zaproponował, podnosząc wyżej łapę i machając nią z zaczepionym pasmem mokrej zieleni na pazurach.
- Jest spoko mistrzem, tyle wiem. Jeśli chodzi o bycie zastępcą... nie wiem? Właściwie od czego zależy czy ktoś jest dobrym zastępcą czy złym?
Usmiechnął się złośliwie, gdy Gwiezdna Łapa zaczął wymachiwać jakimś dziwnym, zielonym ala glonem. - Dobre. - Jednak pokręcił głową. - Zanim z tym dojdę, to cały się uświnię. Odpuszczę. - Jednak doceniał żarcik dany mu przez brata. Nie był sztywniakiem, to się szanowało. Rozumiał o co tutaj chodzi w tej sytuacji z Wilczą Górą. Był również w końcu mknącym wilczkiem, więc doskonale rozumiał dymnego.
- To trochę niedobrze, nie uważasz? Zastępcą powinien od razu dawać sobą znak, czy godnie reprezentuje ta rangę, czy nie.
Ani wielki, ani mały, taki w sam raz. Ozdabia go długie futro w srebrzystym kolorze poprzecinane czarnymi tygrysimi pręgami. Ma obecnie błękitne oczy (po wybarwieniu nabiorą koloru soczystej wiosennej zieleni z delikatnym żółtawym zabarwieniem), jest krępej, masywnej budowy, daleko mu do smukłości; właściwie przypomina odrobinę mały czołg.
Gwiazda to klasyczna cicha woda. Jest spokojnym, cichym kocięciem, ale brak w nim nieśmiałości, wręcz przeciwnie, wydaje się że nie zna strachu i taktu; wepchnie nos do legowiska samego przywódcy bez krzty refleksji, że tak nie można. Jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co sobie pomyśli i co zrobi, trudno przewidzieć jego reakcje ze względu na wrodzoną skrytość. Rządzi nim pragmatyzm i szukanie korzyści własnej, daleko mu do altruisty czy bezinteresownej życzliwości. Wyrasta na introwertyka, który kroczy własnymi ścieżkami.
Słysząc odmowę strzepnął łapą, a zielony kłak poleciał gdzieś w kierunku odległych korzeni. Gwiazda prychnął mu z cicha na pożegnanie i oblizał łapę czyszcząc ją z resztek roślinnych włókien.
- W sumie nie wiem, nie miał wielu okazji żeby się popisać jako zastępca. Co oni właściwie robią takiego specjalnego oprócz wyznaczania patroli? - mruknął niefrasobliwie. Nie interesowal się tym, na treningu skupiał się na łowieniu ryb i zdobywaniu praktycznych umiejętności. Bić się, łowić, to były jego cele, a te bardziej teoretyczne rzeczy często przelatywały mu obok uszu.