Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Huragnowy Szept cieszył się ciszą i spokojem. Jedyne co go martwiło to przygnębiony nastruj Czosnkowej Łapy. Co prawda nie było to dla niego nic niezwykłego, ale na pewno nie nazwałby go niewdzięcznym. Byli w ciężkiej sytuacji w klanie i nie mógł mieć mu za złego tego że daje mu to w kość. Wiedział jednak że same słowa niezbyt go pocieszą.
Za to niekoniecznie chciał by przemoczone łapy dawały im w kość. Błoto na futrze, było już wystarczająco nieznośne. Nie chciał by Czosnek spędził pierwsze księżyce jako medyk, na byciu pacjentem. Spojrzał w niebo. Mieli czas, mogli obejść kałuże naokoło, ewentualnie, poszukać jakiegoś miejsca, gdzie była na tyle wąska że możnaby ją było przeskoczyć.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Mieli czas, mieli tego czasu dużo... na pewno tak dużo? Nie wiedział. Rwąca Zawieja i jej terminatorki były w obozie, Klan Cienia nie zginie nagle, bo Czosnek sobie wyszedł na wyprawę. Pewnie mało kogo w ogóle to obeszło, mało komu w obozie był potrzebny, a im dłużej odkładali w czasie dotarcie do Sadzawki, tym lepiej. Nie zamierzał dyskutować decyzją mistrza o obejściu rozlewiska - wręcz mu ulżyło, że nie musiał dalej przedzierać się przez brudną wodę i błoto.
Szedł z łapami uniesionymi jak najwyżej się dało, stawiając duże, dalekie kroki, aby zebrać w futrze jak najmniej brudu i błota, które znajdowało się nawet na krawędziach kałuży. Nie znosił Pory Spadających Liści.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Gwiezdni mogli przyklasnąć Cieniasom tego wyboru - nie musieli się martwić o to, że zachorują i będą leżeć po powrocie ledwo żywi... o ile żywi, bo wiadomo jak to bywa, czasem łapa się powinie wprost na Srebrną Skórkę. Spacerek nie trwał długo, na całe szczęście. Na drodze nic ich nie spotkało poza kolejnymi warstwami błota. To może nie było najprzyjemniejsze, ale ryzyko choroby było mniejsze, o ile w ogóle jakiekolwiek występowało... Co najwyżej, mogli się martwić tym że Gwiezdni zobaczą ich w okrutnie brudnym stanie. To chyba jednak nie było aż tak znów straszne? Po chwili - wreszcie! - byli przed swoim celem. Można było przejść do najważniejszego.
Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Huragnowy Szept nachylił się nad Sadzawką. Obejrzał swój biały pysk w wodzie. Dotarli. Czuł dumę. Udało mu się wytrenować Czosnkową Łapę. W dodatku był to kot, któremu mógł zaufać. Byli symbolem tego że tradycja w cieniu przetrwa. Był pierwszym medykiem w klanie, który ukończył trenowanie terminatora, od dawna. No cóż, ale zdecydowanie za bardzo się rozmarzył. Podniósł głowę znad taflii i spojrzał na Czosnka. Przebył długą drogę, pracował ciężko by zasłużył, by tu teraz być.
- Gotowy? - zapytał, to była jego ostatnia szansa na wypowiedzenie się albo niech zamilknie na wieki.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Czosnkowa Łapa widział lśniącą taflę sadzawki na horyzoncie - srebrzyła się pięknie w słońcu przebijającym się przez chmury, tak wspaniała, idealna, krystalicznie czysta, że mógł się tam przejrzeć. Widział swoje odbicie i czuł, jak żołądek wykręcił mu się na lewą stronę. Widział odbicie w sadzawce - patrzył w przerażone, dwubarwne ślepia tchórza i jednostki tak żałośnie wadliwej, tak żałośnie beznadziejnej, że zbierało mu się na wymioty. Miał ochotę wydrapać sobie oczy, serce mu waliło, obijało o żebra z taką siłą, że czuł, że brakuje mu tchu. Miał stanąć przed obliczem przodków i uzyskać pełne imię, zostać czymś więcej niż Czosnkową Łapą, terminatorem - miał zostać medykiem. Nie zasługiwał na to.
Stanął jak wryty, a kilka łez nagle spłynęło po chuderlawym pysku, wpadając do świętej sadzawki. Zagryzł wargi tak mocno, że poczuł jak po języku spływa mu własna krew. Gwiezdny Klan nie istniał, tak sądził, aż nie poznał Ciernistego Kwiatu - to od niej miał krucze pióro, które cały czas nosił jako przypomnienie spotkania z gwiezdną, jako przypomnienie jej słów. Jej przekazu - że był kimś więcej. Ale czy w to wierzył? Chciał, ale nie umiał. Był nikim. Był tchórzem i wcale nie chciał przyjmować tego imienia i tej rangi. Pytanie Huraganowego Szeptu wybrzmiało mu w uszach, a Czosnek niemal spanikował.
Usiadł, w rozkroku, pochylony jak żałosna imitacja gargulca nad Szepczącą Sadzawką, i odwrócił wzrok do swojego mistrza. Podbródek mu drżał, chciał coś powiedzieć ale nie wiedział co. Oddychał ciężko, spanikowany, przerażony. - Nigdy nie chciałem być medykiem - przyznał wprost, zduszonym, cienkim głosem. Było to wyznanie szczere i przepełnione wstydem. Zaszli tak daleko, a on tak się bał i chciał się z tego wycofać. Ale nie było już odwrotu. Więc dlaczego tak się mazał? Och, Czosnku, jak zawsze, jesteś absolutnie bezużyteczny. Zawodził na każdym kroku i w każdym aspekcie.
- To co wszyscy mówili, to- to była prawda, uciekałem tylko od obowiązków wojownika, przerażony... prawdziwym życiem. Nie chciałem być nikim ważnym, chciałem być tylko tłem Klanu i żyć spokojnie, ale- w Klanie Cienia nie da się dać spokojnie, Huraganowy Szepcie, nie, kiedy Kundel zasiada na Trzaskającej Gałęzi - zaszlochał żałośnie. - I- tą rangą mogę- może zdołam udowodnić wszystkim w Klanie, że- się mylili? Ale nie chcę nikomu niczego udowadniać... nie chciałem nikomu niczego udowadniać, chciałem po prostu, aby mnie zaakceptowali. Takim jakim jestem, ale to się nigdy nie wydarzy- nawet jako medyk, to się nie wydarzy, ale- próbowałem, bo... - bo cię kocham, Huraganowy Szepcie. - Dla... dla przyszłości Klanu Cienia, z myślą, że- że coś zmienię. Może. Kiedyś. I- I dla ciebie, Huraganowy Szepcie. Dziękuję ci za... wszystko co dla mnie zrobiłeś, i przepraszam, że byłem tak żałosnym terminatorem, i- kocham cię. Jesteś- jak ojciec, dla mnie, ojciec, któ-rego nie miałem, bo- nigdy mnie nie kochał. A ty mnie kochasz i ja kocham ciebie, i robię to wszystko- tylko dla ciebie, nie dla Klanu Cienia, nie- nie aby cokolwiek udowodnić im, czy Psiej Gwieździe.
Może kiedyś, kilka księżyców wstecz, robiłby to aby utrzeć nosa niedowiarkom. Utrzeć nosa Kundlowi. Udowodnić coś, sam nie wiedział co, ale teraz, stojąc nad sadzawką nad którą w ogóle nigdy nie chciał się znaleźć, wszystko, co miało się wydarzyć dalej - zrobi to tylko dla Huraganowego Szeptu.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Pyszczek Huraganowego Szeptu lekko się otworzył gdy zauważył łzy płynące po białych policzkach i wpadającej do Szepczącej Sadzawki. Wbrew nazwie, nie mogła nikomu nic wyszeptać. Wszystko pozostanie pomiędzy nimi. Zagryzł wargę. Było za późno na takie wyznania, bo nawet jakby chciał, a chciał, naprawdę chciał, dać mu ostatnią szansę na przemyślenie wszystkiego, na ewentualną zmianę decyzji, to nie mógł. Nie gdy mieli Kundla dyszącego im w kark i czekającego na najmniejsze potknięcie. Mógł jedynie wysłuchać. Jedne z czego mógł się cieszyć, o ile można było użyć tego słowa w tym kontekście, to, to że Czosnkowa Łapa mógł to w końcu z siebie zrzucić. Nie był zawiedziony, jedynie zmartwiony. Rozumiał jego ból. Klan Cienia często bywał okrutny, nie tylko dla Czosnkowej Łapy. Nie chciał by przechodził przez to samo.
Był nieco zakłopotany, gdy Czosnkowa Łapa nazwał go ojcem. Nie mógł jednak zaprzeczyć że poczuł niespodziewane ciepło na sercu. Nigdy nie myślał o posiadaniu kociąt. Do tego potrzebny byłby mu partner, a życie miłosne nigdy go zbytnio nie interesowało. Nigdy nie czuł nic romantycznego, wobec nikogo. Potrafił jednak kochać, w platoniczny sposób. Kochał Porzeczkową Pestkę, kochał Tnącą Zawieje i od dawna czuł podobne uczucia wobec Czosnka. Zatem gdyby miałby mieć syna, to chciałby by był nim wrażliwy i pracowity kot jak Czosnkowa Łapa.
Stał przez chwile oszołomiony zbierając myśli, które rozszalałe kołatały się w jego głowie. Gdy w końcu był gotów się odezwać, delikatnie położył łapę na białej brodzie, by przesunąć jego spojrzenie ku górze. Jeżeli syn odważył się spojrzeć mu na pysk, mógł zobaczyć na nim szczery uśmiech.
- Nie musisz mi nic udowadniać Czosnkowa Łapo. Kocham cię takiego jakim jesteś, a na pewno nie jesteś żałosnym terminatorem, więc proszę, nigdy tak o sobie nie mów. Pracowałeś bardzo ciężko by zajść tu gdzie jesteś i możesz za to dziękować przede wszystkim sobie. Moje powody do zostania terminatorem również nie były czyste. Robiłem to by zaimponować ojcu. Myślałem że jako wojownik nie powiedzie mi się. Tym bardziej nie będę więc oceniać twoich. Zaś Klan Cienia... potrafi być okrutny i brutalny. To nie jest twoja wina, ani tego kim jesteś. Możesz pracować za trzy koty, a oni dalej znajdą powód by cię gnębić. Nie przejmuj się więc nimi, jeżeli cię nie akceptują, to oni są problemem, skup się na kotach na których naprawdę ci zależy... Mi na tobie zależy... Jesteś dla mnie jak syn, którego nigdy nie miałem. Dla mnie zawsze będziesz wystarczający - powiedział. Otulił go swoim puchatym ogonem. Chciałby wytrzeć łzy z jego pyszczka, ale niekoniecznie chciał go dotykać brudnymi łapami.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Był gotowy na każdą potencjalną reakcję. Na zawód ze strony Huraganowego Szeptu, na milczenie, na złotą radę od serca - wszystko to mogło się wydarzyć, wszystko brał pod uwagę. Oczywiście, mistrz zawsze tak wyrozumiały wobec niego, tak ciepły, tak kochający i akceptujący, oczywiście, nie zaskoczył go tym, że chciał mu dać otuchy. Chciał go pocieszyć, wesprzeć w tej chwili - ale tej chwili nawet nie powinno być, bo jaki był z niego materiał na medyka, kiedy rozkleił się tuż nad Szepczącą Sadzawką? Przodkowie w oczekiwaniu na niego pewnie przewracali się w grobach ze śmiechu. Nie był gotowy, nigdy nie będzie, ale robił to dla Huraganowego Szeptu... dla Okruszka, Wikliny, Czaszki.
Nie dla siebie i na pewno nie dla Kundla.
Objął Huraganowy Szept obiema łapami, nagle, dociskając kościste, wystające żebra do ciała mistrza, ojca, przyjaciela, kogoś tak mu bliskiego. Chociaż on go akceptował i kochał na każdym kroku, cały ten żałosny trening, wspierał go, a on, och, dopiero teraz zebrał się na odwagę, aby być szczery. Chciał umrzeć. Wielokrotnie, myślał o tym sprzątając składzik, zerkał ku cisowi lub ziarenkom maku, niemalże zamarł na Grzmiącej Ścieżce, pragnął śmierci nawet idąc tutaj, do Szepczącej Sadzawki... aż do teraz. Cokolwiek się nie wydarzy, on będzie miał bliskie mu koty. - Dziękuję. Przepraszam. Proszę, obiecaj mi, że mnie nie zostawisz. Proszę. Nie mogę stracić kolejnego rodzica - wyszlochał w futro Huragan. - Nie zawiodę cię. Na osty i ciernie z Klanem Cienia i Psim Sercem- nie zawiodę ciebie, Huraganowy Szepcie, nigdy.
Odsunął się po chwili, dalej nieco się wahając. Nie był gotowy, ale nie było odwrotu. Niech mają to za sobą. Z kołatającym sercem, Czosnkowa Łapa pochylił się wreszcie nad taflą Szepczącej Sadzawki i zaczął chłeptać lodowatą wodę, czekając. Czekając, aż powieki zrobią się ciężkie, czekając, aż stanie się senny... czekając, aż obudzi się wśród Gwiezdnych. I tym razem, gdy ostatnim, co widział przed zaśnięciem był Huraganowy Szept pijący wodę razem z nim, czuł, że będzie chciał się obudzić.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Zaśnięcie było kluczowym momentem dla obu kocurów, bo teraz byli na finale tego wszystkiego. W końcu mogli się zrelaksować i skupić na myśli, że już zostało im najważniejsze do zrobienia; oficjalnie mianować Czosnka. Cisza która trwała momenty wcześniej, teraz nadal rozbrzmiewała. Nie było ni grama szmeru wokół nich; w Gwiezdnym Klanie jakoby wiatr nie istniał, a bicie serca nie istniało.
Cisza została przerwana, a drobne kroki - niby niesłyszalne, ale jednak jakby instynktownie koty je czuły - zaczęły się do nich zbliżać. Później ujrzeli sylwetkę, spopieloną gwiazdami… o wyrazu pysku takim, który co najmniej sugerował że odczuwa irytację z powodu pojawienia się ich dwójki. Nijak pokrywało się to z realiami. - Jesteście… - wymruczała w końcu Ciernisty Kwiat, mrużąc delikatnie ślepia. Byli, cali i zdrowi. Nieco ubrudzeni, ale zawsze mogło być o niebo gorzej. Niektórzy nie trafiają do sadzawki żywi. Z Gwiezdnymi zwykle spotykają się tylko ci nieszczęśnicy. - Dobrze was widzieć. Czosnkowa Łapo… Ciebie szczególnie.
Odparła, pozbawiona emocji. Szczerze, dobrze było go tu widzieć… ale jak za życia trudno było jej okazywać emocje, tak i teraz nie miała zamiaru tego robić. - Jestem z ciebie dumna. Mimo tego strachu i stresu nie poddajesz się z tym, co chcesz robić. Oby i teraz szło ci dobrze, żebyś czasem nie zrezygnował nagle ze swojej ścieżki - przy Psiej Gwieździe - parszywym przywódcy - o rezygnację z czegokolwiek na pewno nie było trudno nigdy… Nie chciała ingerować w to jakie są emocje między ich dwójką, ale nie była ślepa. Widziała co się dzieje z góry, wiedziała jak jest. - Zaczynajcie.
Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Huraganowy Szept szybko zasnął po wypiciu wody z sadzawki. Obudził się do zupełnej ciszy. Byli zupełnie sami. Zmartwiło go to na chwile, dopóki nie zobaczył znajomego pyszczka. Kroki Ciernistego Kwiatu były ciche, eleganckie, ale zdecydowane. Dawna medyczka Klanu Cienia, miała w sobie wiele gracji, jak na Gwiezdną przystało. Skinął jej głową z szacunkiem i nie chcąc przedłużać odwrócił się pyszczkiem do Czosnkowej Łapy.
- Ja, Huraganowy Szept, Medyk Klanu Cienia, Wołam do naszych Przodków, by spojrzeli na tego Terminatora. Ciężko trenował, by zrozumieć Wasze ścieżki i z Waszą pomocą będzie mógł służyć swemu Klanowi przez wiele księżyców. Czosnkowa Łapo, czy obiecujesz postępować według Kodeksu Medyka, pozostawać z dala od rywalizacji między Klanami i chronić wszystkie koty nawet kosztem własnego życia? - rozpoczął, z dumą, jednak głowę zaprzątała mu inna myśl. Z jednej strony chciał mianować go na pomocnika medyka. Chciał wrócić do dawnej tradycji, która aktualnie stawała się nieco zapomniana. Jednak z drugiej strony pozycja medyka dawałaby mu immunitet wobec gniewu Kundla.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Obudził się w miejscu, z którego jeszcze kilka godzin temu, rozpoczynając tą wyprawę, nie chciałby wracać - otoczony gwiezdnym pyłem, ciszą, spokojem. Pustką. Nie było ani jednej żywej duszy, ha, dosłownie, bo każdy kot, który zaczął majaczyć na horyzoncie był duszą... martwą. Duszą żyjącą w Gwiezdnym Klanie, kotem, który umarł. Czosnkowa Łapa, zaskakująco, nie spanikował. Nie spanikował, przyjął to, co miało nadejść. Obecność martwych kotów nigdy nie była tak kojąca, jak teraz.
Mimo to, serce mu kołatało. Wpatrywał się w sylwetkę Ciernistego Kwiatu, tej, która między innymi była odpowiedzialna za to, kim się stał i gdzie teraz był, jak w największy cud świata. Wzrokiem pełnym wdzięczności. Strachu, niepewności, ale był jej wdzięczny, za wszystko, co dla niego zrobiła, choć odwiedziła go tylko raz. - Ciernisty Kwiecie... dziękuję ci - to wystarczyło. Wiedział, za co dziękował, i ona wiedziała, za co dziękował. Zmusił się na uśmiech, blady, niepewny, ale był to uśmiech. Pierwszy od księżyców.
Huraganowy Szept zaczął ceremonię. Czosnek nie był gotów, ale och, on nigdy nie byłby gotów. Nigdy nie będzie. Trudno. Wszedł w bagno bez wyjścia i teraz musiał nosić ciężar korony - ale zrobi to, dla Huraganowego Szeptu i wszystkich bliskich, jacy mu zostali w Klanie Cienia. Klan Cienia był zepsuty od środka i zjadał sam siebie, jak wąż zjada własny ogon, a Kundel tego wcale nie polepszał. Może Czosnkowa Łapa niczego w tym Klanie nie zmieni - może się nie dało. Ale mając rangę... och, może zdobędzie jakiś autorytet. Albo chociaż immunitet, na tym zależało mu bardziej. Chciał w to wierzyć. Może... kiedyś coś zmieni.
Ach. Nieistotne. Teraz to nieistotne. Teraz, ten jeden raz w życiu, Czosnek chciał uciszyć wątpliwości, gonitwę myśli, natrętny głos z tyłu głowy mówiący mu, jak bardzo nie zasługuje na to, aby teraz tu stać. Wahał się, tylko chwilę, język gryząc do krwi. Nie było odwrotu. Wlepił dwubarwne ślepia prosto w lico mistrza, przyjaciela, ojca.
- Przysięgam.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Nie było czasu na rozmyślanie. Nie potrafił podjąć tej decyzji, do tej pory, więc postanowił postępować zgodnie z instynktem
- Więc z mocy Gwiezdnego Klanu nadaję Ci prawdziwe imię Medyka. Czosnkowa Łapo, od tej chwili będziesz znany jako Czosnkowy Kwiat, bo wiem że rozkwitniesz, tak jak one. Nie dla mnie, nie dla Klanu Cienia, tylko dla samego siebie. - może wychodziło to poza ramy zwyczajnej ceremonii na medyka, ale było to coś co jego syn musiał usłyszeć - Gwiezdny Klan uznaje Twoją pracowitość oraz empatie, a my witamy Cię jako prawdziwego Medyka Klanu Cienia -
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Skakał wzrokiem z mistrza na stojącą nieopodal Ciernisty Kwiat, na tłum kotów które mu towarzyszyły, nieznanych, dla niego bezimiennych. Podjął decyzję. Podjął ją chyba całe księżyce temu, gdy poprosił Huraganowy Szept o rozważenie jego kandydatury - choć była to decyzja impulsywna, desperacka i nieprzemyślana, decyzja, która powstała ze strachu i chęci ucieczki przed obowiązkami, tak, jak Kundel go o to oskarżał. Przypieczętował swój los już wtedy. Czy gdyby mógł, zrobiłby to wszystko inaczej? Sam nie wiedział.
Imię Czosnkowy Kwiat rozbrzmiało w jego uszach; było piękne, dźwięczne, było bezpośrednią spuścizną po kocicy, która jako tako naprowadziła go na odpowiednią ścieżkę. Było wyborem jego mistrza i było jego imieniem, bo nadanym przez bliskiego mu kota. Nie przez Kundla, czy kogokolwiek innego, przez Huragan - imię, które mu pasowało, imię, które mu się podobało i imię, z którego chciał umieć być dumny. Nie był. Chciał, ale nie umiał, a mimo to po jego ciele rozlało się ciepło, rozgrzewając każdy wróbli mięsień i kruchą kość. Serce niemal wyskoczyło mu z piersi.
Nie zorientował się, że płakał. Nie wiedział, czemu. Osiągnął to, do czego dążył całe te księżyce i choć nie umiał być z siebie dumny, był... wdzięczny Huraganowemu Szeptowi, że dał mu szansę, wdzięczny Ciernistemu Kwiatu, że zobaczyła w nim potencjał, wdzięczny im obojgu, że doprowadzili do tego miejsca, do tej ceremonii. Wyprostował się. Uśmiechnął, na kilka uderzeń serca, blado, smutno, z drżącym podbródkiem. Nie odezwał się. Został medykiem, tak, jak do tego dążył. Szach mat, Psia Gwiazdo.
Gratulację, Czosnkowy Kwiecie. Teraz już gorzej być nie mogło... prawda? Zacznie wychodzić na prostą, gdy wróci do obozu. Przytuli się do Czaszki, do Wikliny, do Okruszka i wszystko jakoś się naprostuje. Klan Cienia pozostanie zepsuty, ale może z czasem i to się poprawi. Nadzieja matką głupich. Gratulacje, Czosnkowy Kwiecie, fałszywy medyku, który nie powinien był nim zostać. Zrobił się senny. Zrobiło mu się nagle niedobrze.
Odleciał szybko, ledwie kilkanaście uderzeń serca po mianowaniu, zakręciło mu się w głowie i nagle Huragan, Ciernisty Kwiat, wszystkie duchy kotów zniknęły. Obudził się, nad sadzawką, tak, jak zasnął, w tej samej pozycji. Rozejrzał się za Huraganowym Szeptem - ten leżał obok. Czosnek czuł się tak... jakby to był sen.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Hura jest sporych rozmiarów. Srebrno czarne, długie, klasyczno pręgowane miękkie futro. Biel pokrywa policzki, brodę (nie zakrywając nosa), łącząc się z plamą zakrywającą całą pierś, brzuch i tworzy ala spodenki na tylnych nogach. Skarpetki na przednich łapach. Zielonożółte oczy.
Hura jest cichym obserwatorem. Nie wychyla się i nie wtrąca, nie jest jednak nieśmiałe. Skupione na zadaniu i swojej misji udowodnienia Klanowi Cienia że nadaje się na medyka. Uprzejme i grzeczne, czyli takie jak ich wychowali rodzice i jakiego oczekują. Ogromne pokłady cierpliwości. Wrażliwe na uczucia innych kotów, zawsze stara się pomóc jeśli może.
Huraganowy Szept wpatrywał się w pysk nowo mianowanego medyka. Czosnkowego Kwiatu Czuł dumę, ale też dawało mu to poczucie bezpieczeństwa. Kundel, nie mógł nic im zrobić. Dostali błogosławieństwo Gwiezdnych. Zupełnie jak on. Przynajmniej na razie, bo nie minie dużo czasu zanim znajdzie powód by się ich pozbyć. O ile nie zacznie z nim współpracować. Wolał jednak na razie o tym nie myśleć. Podjął właściwą decyzje, przynajmniej na razie.
Poczuł nadchodzącą senność. Te ceremonie nigdy nie trwały długo, ale może liczył na jakąś radę od przodków. Dotyczącą niechcianej persony w Klanie Cienia. Tylko Gwiazdy chyba chciały kundla w pozycji w jakiej był teraz. Prawdopodobnie nigdy nie zrozumie czemu postanowili podarować mu dar dziewięciu żywotów. Jeden to był zdecydowanie za dużo. Jednak nie zamierzał złorzeczyć. Nieznane są mu wyroki gwiazd.
Zamkną oczy i gdy je otworzył nie było już gwiezdnych kotów. Tylko on i Czosnek. Wstał. Znowu odczuwał chłód Pory Spadających Liści. Ból w kościach dawaj mu się we znaki. Otrzepał wszystkie cztery łapy, niczym po wyjściu z wody, chcąc trochę rozruszać i rozgrzać odrętwiałe kończyny. Zlizał część błota z łap. Nie mógł go znieść ani chwili dłużej. Po zakończeniu mógł ruszać w drogę.
- Gotowy synu? - powiedział z łagodnym uśmiechem, który szybko zniknął gdy pomyślał o wszystkim co czekało ich po powrocie do obozu. Nie sądził by mianowanie Czosnka, zmieniło nastroje w klanie. Klan Cienia nigdy nie szanował swoich medyków. Postanowił się jednak tym na razie nie przejmować. Mieli jeszcze dużo drogi przed sobą
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Przeuroczy koniec, to można było przyznać szczerze i otwarcie. A teraz oby powrót tylko był miły, spokojny i bezpieczny - bez żadnych przeszkód, stresów, czy nie daj boże potworów na ich drodze!