Dość duży choć szczupły, lekko zbudowany kocur o gładkiej sierści. Oczy zadziwiające, niezwykłe, o głęboko orzechowej barwie. Lekko postrzępione prawe ucho i cienka długa blizna ciągnąca się po prawym boku od kręgosłupa, poprzez żebra aż do brzucha. Wyraźne oznaki siwizny widoczne na pyszczku i świadczące o zaawansowanym wieku kota przed śmiercią. Futro miedziano rude poprzecznie prążkowane czarnym pigmentem. Wierzch głowy, grzbiet oraz pyszczek wyraźnie ciemniejsze- czarna pręga wzdłuż kręgosłupa oraz końcówka ogona. Spód ciała nieco jaśniejszy.
To typ który nigdy nie mówi niczego wprost. Jest tajemniczy, małomówny, stoicko spokojny i cierpliwy. Nie ma sposobu rozszyfrowania go, a tym bardziej wyciągnięcia z niego jakiejkolwiek informacji.
Jak sama nazwa wskazuje, spora, choć nie gigantyczna wierzba, rosnąca trochę dalej od Czterech Dębów. Jej giętkie gałęzie są tak długie i gęste, że sięgają one samej ziemi, tworząc ciemne i przytulne, a przede wszystkim odizolowane od wzroku osób trzecich miejsce wewnętrz, w których można się skryć przed całym światem i spędzić trochę czasu z samym sobą… lub z towarzystwem, bo aura, jaką roztacza wierzba i miejsce, jakie tworzą jej pędy stworzyły idealny obszar spotkań dla kotów, które potrzebują troszeczkę więcej prywatności.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXMusiałam odpocząć, pobyć sama ze swoimi myślami i po prostu zniknąć na jakiś czas z obozu. Brak poczucia bezpieczeństwa doskwierał mi chyba najbardziej, pomimo obecności wielu innych medyków w Korzennej Jamie, nie czułam się tam bezpiecznie. Byłam oczywiście świadoma, że nie zrobiłam niczego złego, nigdy publicznie nie stanęłam przeciwko Psiej Gwieździe, więc nie powinnam była się bać, nie powinnam była czuć zagrożenia, a jednak nie mogłam pozbyć się poczucia, że coś złego wisiało w powietrzu. I dlatego musiałam stamtąd zniknąć, pod wieczór, kiedy reszta wojowników znajdowała się na nocnych patrolach lub po prostu odpoczywała czy spała. W Lecznicy również było wystarczająco medyków, aby w razie jakiegoś wypadku ranni mogli otrzymać pomoc. XXXXCztery Dęby zawsze były dla mnie w jakiś sposób uspokajające, czułam zapach innych Klanów, dzięki temu czułam, że nie byłam sama, że gdzieś tam mogły być koty, które również miały problemy i czuły się okropnie we własnym domu, który miał być dla nich bezpiecznym schronieniem, a nie więzieniem. Zniknęłam wśród gałęzi wierzby, przyciskając się do jej spękanego pnia i ułożyłam swój policzek przy jej korze, owijając ogonem resztę ciała. Może choć na chwilę uda mi się zapomnieć o tym wszystkim, co działo się w Klanie Cienia.
xxxxOstatnio właściwie nie polowałem. Każdy patrol, do którego się wplątywałem zahaczał albo granicę z terenami niczyimi, albo Cztery Dęby. Nocny Szkwał to zauważył, trudno, żeby nie, skoro sam układa każdy patrol. Wtedy kazał mi polować, chodzić choćby sam, żebym przestał wręcz paranoicznie sprawdzać jedne i te same miejsca. Zapewne również zastępca znał oba moje powody, dla których to robiłem. xxxxPierwszym z nich był Czereśniowa Łapa. Terminator, mój terminator, który zniknął zaraz po mianowaniu swojego rodzeństwa. Nie chciałem dopuszczać do siebie myśli, że to moja wina. Jednocześnie ona zalewała mój mózg, głowę, każdą myśl, w końcu kocur był bardzo ambitny, narwany do nauki, a ja... chory. Nie zgraliśmy się, a on zniknął. I szukam go, będę szukać tak długo, aż w końcu się znajdzie. Najbardziej przykro mi było, kiedy patrzyłem na samego siebie. Na ranę, do której czułem odrazę, dopóki Czereśniowa Łapa nie spotkał mnie po raz pierwszy, mówiąc, że jest kozacka, że jest dowodem męstwa i odwagi. xxxxDrugi powodem była Jaskółka. Wypatrywałem jej rozpaczliwie za każdym razem, gdy byłem przy Czterech Dębach. Szukałem jej zapachu, jej pięknego futerka... nigdy jej nie było. Nie było jej, bo ją wystawiłem. Nie miałem okazji się wytłumaczyć. Nocny Szkwał mówił, że powinienem poprosić patrol Klanu Cienia o spotkanie, by móc jej wszystko wyjaśnić, ale nigdy nie zdobyłem się na odwagę. xxxxLedwie przyszedłem w okolice Ckliwej Wierzby. Skupiłem się na niebie, było tak ładne, już niemalże ciemne. Uderzyło we mnie tyle nowych zapachów, że nie rozpoznałem niczego konkretnego... postawiłem uszy, gdy wyczułem zapach Klanu Cienia. Rozejrzałem się, ale nie widziałem nikogo. Straciłem więc zaraz czujność - nie łudziłem się o jej obecność o tak później porze.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXDo moich nozdrzy docierały zapachy Klanu Rzeki, Wichru, Gromu. Mieszały się ze sobą, ale jeden zaczynał wybijać się ponad inne, był intensywny, na tyle, że wybudził mnie z rozmyśleń. Uniosłam głowę, zaciągając się mocniej, łapiąc do płuc tyle, ile mogłam. I po chwili podniosłam się na cztery łapy, z rozdygotanym sercem rozglądając się dookoła, czy nikt nie wszedł pod wierzbę. Żaden… obcy. Przeszłam kilka kroków, z ulgą stwierdzając, że ten ktoś znajdował się dalej i najwidoczniej nie był świadomy mojej obecności. Zastanawiałam się, czy się nie wycofać, nie chciałam widzieć się z kimkolwiek, chyba, że był to… Ogniste Serce? Nastawiłam uszy, uginając łapy i powoli ruszyłam przed siebie, w pozycji łowieckiej nie wydając praktycznie żadnego dźwięku, żadnego szelestu, co było teraz dla mnie kluczowe, gdybym się pomyliła i nie był to Ogień, musiałabym zmyć się stąd jak najszybciej. Ostrożnie, powoli wyjrzałam zza gęstych gałęzi Wierzby i stanęłam przed nim. Poznałam go od razu, to rudo-białe futro… ale zaraz obraz mi się zaszklił. XXXX– Ogień… – wydusiłam z siebie, cienko, wysoko, ale wystarczająco głośno, aby usłyszał. Łzy zalały mi oczy i wszystko było rozmazane, każdy wcześniej wyraźny kształt był teraz plamami scalającymi się w jedną wielką plamę. Pociągnęłam nosem, stojąc tam jak jakiś pień, nie mogąc ruszyć się choćby o krok, w przód czy to tyłu, po prostu nie mogłam. Może to w ogóle mi się śniło? Może zasnęłam pod tym pniem i teraz Ogień był tylko wytworem w mojej głupiej głowie.
xxxxLubiłem widok nieba, zwłaszcza tego nocnego. Kojarzyło mi się z Migoczącą Łapą, z tym, że kiedyś razem oglądaliśmy gwiazdy, że wtedy było tak... tak beztrosko, miło. Słodko. Tęskniłem za jej obecnością, za jej zapachem, za delikatnym, wrażliwym głosem. Niebo migotało tak, jak ona. Nie dziwiłem się, że właśnie takie imię dostała - było idealne dla niej. xxxxTrochę miałem wrażenie, że śnie już na jawie. Myślałem o Jaskółce zawsze, gdy byłem przy Czterech Drzewach. Byłem zmęczony dzisiejszym dniem, właściwie, naprawdę bardzo chciało mi się spać i nagle... nagle się ona się pojawiła. Pojawiła się przede mną jak zjawa, jak piękny sen, a ja zamrugałem kilka razy, będąc pewnym, że nie była prawdziwa. Szybko jednak dostrzegłem, jak jej oczy się szklą, a jej wysoki, cienki ton tylko uświadomił mi, że tu była. I że coś było nie tak. xxxxNiemalże natychmiast doskoczyłem do cienistej kotki, znalazłem się tuż przy niej. Och, ile bym dał, by zawsze być przy niej. - Jaskółko, hej, Jaskółko... - szepnął tak miękko, jak tylko byłem w stanie. Byłem przerażony, Jaskółka nigdy nie płakała. Nie wiedziałem, czy to przeze mnie, czy coś się stało, ale moje serce ścisnęło się i rozsypało na milion kawałków, gdy widziałem ją tak kruchą, tak małą. - J-ja... mogę cię przytulić? Tak za tobą tęskniłem, Jaskółko, tak bardzo - mówiłem drżącym głosem. Nie odpowiedziała mi, a ja objąłem ją delikatnie, nieśmiało polizałem czule po głowie. - Przepraszam, przepraszam że mnie nie było. Już... c-co się stało? Jaskółko...
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXTo naprawdę był on. Nie były to moje własne wyobrażenia, żadne zwidy, naprawdę stał tutaj, był tutaj, prawdziwy Ogniste Serce, którego tak dawno nie widziałam. Słysząc jego głos rozryczałam się jeszcze bardziej, i łapy same zaczęły mi się trząść. XXXX– Ogieeeeeeń – rozwyłam się niekontrolowanie, rzucając na niego i wciskając się w jego krótkie futro, obejmując go łapami i przyciskając do siebie. Potrzebowałam go teraz, potrzebowałam, aby był przy mnie, bo tylko wtedy mogłam się uspokoić i wyciszyć, Nie chciałam zasypywać go tym wszystkim, co wydarzyło się w obozie… och, i dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że Ogień nie wie nic. Nie wie o Psie, nie wie o jego tyranii, nie wie, jakim potworem jest i co się wydarzyło. Biłam się z myślami, czy mu o tym mówić, czy powinnam? Czy zdradzanie tak ważnych informacji nie było już zdradą? Ale jak mogłabym się nimi z nim nie podzielić? Okłamywanie go było ostatnim, czego chciałam. Serce by mi pękło. Pociągnęłam nosem i załkałam raz jeszcze, aby potem spróbować wziąć kilka normalnych oddechów. XXXX– Jest źle-ee, Ogień. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jest źle… – powiedziałam, nie panując nad drżącym tonem mojego głosu. Wcisnęłam się tylko bardziej w niego, wdychając jego cudowny, kojący zapach. Dlaczego musiał być tak daleko ode mnie, dlaczego nie mógł urodzić się w Cieniu i być przy mnie cały czas? Choć wtedy… wtedy musiałby żyć w takim paskudnym miejscu, a tak, w Rzece, było zapewne o wiele bezpieczniej, niż u nas. Przymknęłam oczy. – Nnie... nie chcę wracać do obozu. Chcę tu zostać. Z tobą… – dodałam, ciszej, prawie szeptem, czując narastającą gulę w gardle, ale i poczucie, że powinnam mówić. powinnam wyrzucić to wszystko, co we mnie .
xxxxNie usłyszałem odpowiedzi na moje pytanie, Jaskółka sama rzuciła się w moje łapy, wciskając się w rude futro. Kiedy słyszałem, jak wypłakiwała się głośno w moją sierść, czułem, jak samemu chciało mi się płakać - jej skowyt był nie do zniesienia, jej cierpienie przebijało mi uszy, głowę i serce. Bolało mnie, naprawdę mnie bolało, gdy zaciągała nosem. Czułem, jak moczyła mnie łzami, choć nie miałem jej tego za złe. Jeżeli chciała, mogła wypłakać mi tutaj całą rzekę - o ile wcześniej nie umrę z zmartwienia, niech robi to dowoli. Trzymałem w swoich łapkach małą, kruchą koteczkę. Przyciskałem ją mocno do siebie. Drobinka tez przy mnie płakała, jednak jej nigdy... nigdy nie przytuliłem. Nigdy nie chciałem. Drobinka nie była tą, którą chciałem trzymać w swoich ramionach, z którą czułem się na tyle komfortowo, by być blisko... też fizycznie. Z Jaskółką nie miałem takiego problemu. Cienista terminatorka mogła zrobić ze mną wszystko, a ja bym jej pozwolił. xxxxPrzeszły mnie dreszcze, gdy drżącym głosem dukała wszystko to, co chciała powiedzieć. Coś się stało. Coś się stało, a ja byłem przerażony, bo... bo nie wiedziałem jak jej pomóc. - Jestem z tobą, jestem - szepnąłem cichutko, a jednak by mogła mnie usłyszeć. Co się stało, Jaskółko? Co się stało w twoim domu? - Ćśś... zaraz mi powiesz, obiecuję, że posłucham. Najpierw... najpierw się wypłacz. Jestem przy tobie, nigdzie nie idę - obiecałem jej, przyciskając ją tam mocno do siebie, jak tylko byłem w stanie. Jestem przy niej. Zawsze będę, jeśli mnie potrzebuję. Nie chciałem by mówiła, jednocześnie dławiąc się łzami. Bo ja wiedziałem jak to jest, i że to wcale nie jest fajne.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXJego dotyk był kojący. Jak opatrunek na ranę, ale czułam, że to nie pomaga. Ogień mógł mi dać wsparcie, mógł mi pomóc, ale zupełnie nie wiedział, co się działo w moim domu, nie był tego wszystkiego świadomy, więc... więc chyba powinnam mu o tym powiedzieć. Powinnam, jeśli sama chciałam doznać ulgi w tym wszystkim. I poczuć, że nie jestem sama i mam wsparcie. A jego wsparcie liczyło się dla mnie najbardziej. Więc przez kilka długich, ciągnących się chwil po prostu próbowałam oddychać, powoli, głęboko, zbierając jednocześnie te kłębiące się w mojej głowie myśli. XXXX– Nasze… nasze Martwe Drzewo zostało zniszczone. Stamtąd przemawiał przywódca. Ono już nie istnieje. Zostały po nim tylko kawałki, okruchy, Ogień. To… to się stało na ceremonii, Psia Gwiazda chciał mianować czteroksiężycowe kocięta na terminatorów, zrobiła się awantura, zaczęli się rzucać na siebie i… i – chciałam mówić dalej, ale zapowietrzyłam się na moment przez łzy i katar tkwiący mi w nosie. Wzięłam kilka głębszych oddechów, próbując się uspokoić. – Podobno… podobno zeszła tam Gwiezdna, chwilę przed tym wszystkim, groziła Psiej Gwieździe, on jest. Ach. On jest tyranem, Ogień, on jest najgorszy – na samo wspomnienie jego imienia mój żołądek ścisnął się do granic możliwości. – Gardził m-moim rodzicem, gardził moim rodzeństwem i wszystkimi, którzy nie byli dostatecznie silni i którzy nie mieli czystej krwi. Ja… ja miałam tylko jednego rodzica i dlatego nas nienawidził. Bo nie mieliśmy czystej krwi. A-a on sam… on sam przyjmował samotników do Klanu. Sieje w nich strach, chce ich sobie podporządkować i kontrolować. I… i tyle kotów za nim jest, Ogień, nie wiem dlaczego. Tyle kotów go popiera, boję się już cokolwiek tam mówić, bo jeszcze palnę coś głupiego przy niewłaściwej osobie i zostanę ukarana – mówiłam i mówiłam i czułam, że zbiera mi się na mdłości, ale nie mogłam przestać wyrzucać z siebie tego wszystkiego. – Boję się, że pewnego dnia po prostu stwierdzą, że się nie nadaję i będą chcieli się mnie pozbyć. Mnie i mojej siostry i… i jeszcze mojej znajomej z Lecznicy, ona… ona była od zawsze słabsza i przez to traktowana jak śmieć. Psia Gwiazda upokarzał ją na ceremonii, potem ją trenował, nie wiem czy… nie wiem czy się nad nią nie znęcał. Ja n… nn-nie wiem, co robić. Boję się – mruknęłam, czując w kącikach ust słone łzy, których nie mogłam powstrzymać. To było okropne uczucie, ochydne. XXXX– Jak byłam na wyprawie, to mojej mistrzyni ukazała się wizja. My… my byliśmy wtedy w Szepczącej Sadzawce, kiedy była ta ceremonia, kiedy drzewo upadło… to był znak, Ogień. Gwiezdni pokazali, że musimy wspólnie podjąć jakąś decyzję, zjednoczyć się, przecież medycy… medycy mają kontakt z Gwiezdnymi, moja mistrzyni ma, ja… ja nie, ja nie wiem nic, nie wiem co mam robić, jestem żałosnaa-a – załkałam po raz kolejny, osuwając się w dół, do samej ziemi. Chciałam się pod nią zapaść, zniknąć już na zawsze. Zaczęłam drżeć, całkiem nieświadomie. Powiedziałam mu. Powiedziałam mu to wszystko… czy dobrze postąpiłam? Byłam teraz zdrajcą? Czy medyk może w ogóle zdradzić? Powinnam być lojalna, powinnam wykonywać swoje obowiązki jak potrafię najlepiej, a nie umiałam wytłumaczyć tego, co się teraz działo w Klanie, inni może liczyli na moje… na nasze zdanie w tej kwestii, a ja nie potrafiłam udzielić im żadnej sensownej odpowiedzi. Co ze mnie za medyk… no właśnie. XXXX– I jeszcze, na żabie flaki i gluty, przez to wszystko zapomniałam ci powiedzieć, że skończyłam trening i zostałam mianowanaa-a – pociągnęłam nosem, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że zupełnie wypadła mi z głowy ta informacja, ale musiałam najpierw to wszystko z siebie wyrzucić, aby móc się uspokoić, aby móc jakkolwiek racjonalnie myśleć.
xxxxJaskółka mówiła, łkała, wypluwała z trudem słowa, a ja słuchałem. Z każdym słowem opadała coraz to bardziej na ziemię, w końcu osuwając się całkowicie na dół, a ja razem z nią. Jakbyśmy byli jednością, jednym zlepkiem kości, krwi i sierści. Byliśmy jednością, bo gdy ona cierpiała, ja cierpiałem razem z nią. Nie tak bardzo, na pewno nie, nie potrafiłem zrozumieć jej bólu. Nie potrafiłem go poczuć. A jednak czułem, jak rozrywa się moje serce, jak coś przebija każdy z części mojego ciała. Nie zważałem na to, że byłą cała zapłakana, posmarkana, że była w rozsypce. Była najpiękniejszym stworzeniem jakie poznałem, nawet teraz. Zwłaszcza teraz. xxxxIm więcej jednak mówiła, tym ja mniej rozumiałem. Zwalone Martwe Drzewo? Gwiezdna? Przywódca tyran? Czteroksiężycowi terminatorzy, znęcanie się? Z każdym jej słowem zbierało mi się na mdłości i płacz, nie wiedziałem jak mam zareagować. Tak... tak wyglądał Klan Cienia? Tak wyglądał dom Jaskółki? W takiej rzeczywistości żyła na co dzień, a ja... ja nie wiedziałem? Nie miałem pojęcia jak mam się wczuć w jej sytuacje, nie potrafiłem. Mój dom był bezpieczny. Mój przywódca był... był dobry, odpowiedzialny. Dbał o mnie. O nas. W Klanie Cienia... nikt nie mógł liczyć na coś takiego...? Jaskółka byłą zastraszana z powodu swojego pochodzenia? Boi się, że jak popełni błąd, to zostanie wyrzucona? Nie wiedziałem kiedy, ale po moich policzkach bezgłośnie spłynęły łzy. Leżałem z kolorową koteczką na ziemi, na uboczu Czterech Drzew i przerażony po prostu słuchałem o rzeczywistości, w jakiej żyją koty Klanu Cienia na co dzień. I naprawdę, naprawdę bardzo chciało mi się wymiotować. xxxxPodniosłem na nią wzrok, gdy usłyszałem, że skończyła trening i ma nowe imię. Została medyczką. Naprawdę została medyczką, pomimo świata, z jakim na co dzień musiała się mierzyć. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, znała jedynie dwa zioła. A teraz... teraz była medykiem. Jedyna dobra informacja, którą usłyszałem z jej pyszczka. - Gratuluję słońce, gratuluję. Jesteś... jesteś Migoczącą Jaskółką? Tak bardzo jestem z ciebie dumny - szepnąłem, delikatnie ocierając jej łzy z mokrych policzków. Pieszczotliwe słowo wysunęło mi się samo, bez pomyślenia z pyska. Mówiłem do niej ciepło, miękko, chciałem brzmieć najbardziej delikatnie jak potrafiłem. Nie zdążyłem się nawet przejąć tym, że nieco się zapomniałem. Zacząłem mówić dalej. - Nie jesteś żałosna, Jaskółko, nigdy... nigdy tak nie mów. N-ie jesteś żałosna... nie jesteś - powiedziałem zaraz. Z wszystkich jej słów najbardziej zabolało mnie to, że tak myślała. Że ten tyran pozwolił, by takie myśli wpełzły do jej głowy. - J-ja... ja nie wiedziałem. Tak mi... tak mi przykro, Jaskółko, nie... nie tak powinnaś żyć. W-wy wszyscy... w-wy wiecie, że to nie jest normalne? Ż-że... że w innych Klanach tak nie ma, p-przynajmniej nie w rzece. Tak mi przykro, tak bardzo - powtarzałem co chwilę, bo co miałem mówić? Nie rozumiałem. Nie wiedziałem. Nie wiedziałem jak jej pomóc i chyba to dobijało mnie najbardziej. Kolejne dwie łzy spłynęły po moich policzkach. Nawet ich nie zauważyłem, zupełnie się nie liczyły. Liczyła się tylko Jaskółka. Tylko ona. - Skończyłaś trening... tak dzielnie pracowałaś przez cały czas... n-na pewno nie pomyślą, że się nie nadajesz. Udowodniłaś to... j-ja wiem, że się nadajesz. Jaskółko, nikt... nikt się nie sprzeciwił? Przez ten cały czas...? Nawet jak... jak mianował kocięta, jak znęcał się nad twoją koleżanką? Nad tobą? Wiem... przepraszam, przepraszam, że o to pytam, to... to musi być straszne. N-nikt nie zdobędzie się na odwagę, by sprzeciwić się komuś takiemu - dla mnie to było po prostu nie do pomyślenia. Jednocześnie wiedziałem, że gdybym to był ja, nie pisnąłbym ani słówkiem. Nigdy. - Ty - powiedziałem zaraz. - Ty jesteś taka odważna, och, tak bardzo, że mi powiedziałaś. Dziękuję. M-mogę... mogę powiedzieć Nocnemu Szkwałowi. On i Łabędzia Gwiazda na pewno coś zrobią, pomogą wam - musieli pomóc. Byli dobrymi kotami, oboje. Na pewno pomogą. To była jedyna nadzieja dla niej, dla Cienia.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXBałam się jego reakcji, oczywiście wiedziałam, że był dobrym kotem, ale mimo wszystko po mojej głowie chodziło teraz mnóstwo myśli i jedna z nich mówiła mi, że się zbłaźniłam, że właśnie się ośmieszyłam. Nie powinnam była mu tego mówić. Było mi wstyd, zgarbiłam się, przysuwając ogon bliżej ciała. XXXX– Nn-nie ja… teraz jestem Barwnoskrzydła. Ale wciąż pozostanę Jaskółką, to się nie zmieni – takie imię nadano mi po porodzie i takie będę nosić. Poza tym, z ust Ognistego Serca brzmiało ono pięknie. Ale to nic nowego, wszystko to, co mówił, było piękne, i mądre. I... chyba jednak potrzebowałam tego. Wygadania się, sama już nie wiedziałam, ale słowa Ognika uspokoiły mnie. XXXX– Nie wiem, jak jest w innych Klanach. Odkąd pamiętam rządził Psia Gwiazda… – powiedziałam. I naprawdę żałowałam, że musiałam żyć w takim miejscu. A jednak był on dla mnie domem, znałam już te koty, od urodzenia obracałam się dookoła nich i przywykłam, po prostu. Pomimo tego, co się tam działo, wciąż coś mnie tam trzymało, może było to tylko jakieś głupie przywiązanie, ale przecież byłam medykiem, musiałam tam być, chronić ich, leczyć, obiecałam, po to tyle się uczyłam, po to trenowałam… chyba po to żyłam. Po prostu. Słuchałam Ognia i chciało mi się ryczeć dalej. Charknęłam, czując wydzielinę spływającą mi po gardle. Odczuwałam teraz tak wiele emocji, jednoczesny strach połączony ze wstydem, z panicznym lękiem, ale czułam wsparcie od Ognia. I koiły mnie jego słowa. XXXX– Każdy się go boi. Mój rodzic… Sosnowa Szyszka, on… on kiedyś sprzeciwił się. Głośno. I został za to zdegradowany do rangi kocięcia, niedługo potem zniknął z Klanu… to było wiele księżyców temu. Psia Gwiazda wszystko tłumaczy sobie kodeksem, bo przecież “Słowo przywódcy jest prawem”… ale on sam złamał kodeks na tej ceremonii, mianując własne kocięta tak wcześnie – odpowiedziałam, uspokajając się powoli, choć wciąż co chwila pociągałam nosem. Po chwili jednak zadarłam łeb, słysząc jego propozycję. Że może powiedzieć o wszystkim swojemu przywódcy i zastępcy. XXXX– N-nie! Nie mów. Proszę. Ja… jak to się wyda, że to ja ci powiedziałam… nie mów nikomu. Ja jakoś… sobie poradzę, nie wiem jak, nie wiem, co zrobię, ale poradzę sobie. Zawsze sobie radziłam – och, Ognik... chciał dobrze, oczywiście, że chciał. Pomóc mi, pomóc innym w Cieniu, ale to nie było możliwe. Inne Klany miały tu raczej małe pole do manewru, nie miały jak wpłynąć na Psią Gwiazdę i jego popleczników, nie mogły zrobić nic. Oparłam się o nieco, wtulając w jego ciało. – P-przepraszam, że nie powiedziałam ci o tym wszystkim wcześniej… teraz jakoś tak... zebrało się to wszystko i... – urwałam, przyciskając nos blisko jego policzka. – Powiedz coś o sobie, proszę. Co u ciebie. Chcę usłyszeć o czymś pozytywnym... czymkolwiek – żeby tylko wymazać z pamięci fakt, że niedługo będę musiała wracać do tego obozu i znów oglądać fałszywe pyski na swojej drodze. Chciałam posłuchać o tym, co u niego, może co u jego siostry? Jak mu szły treningi jego terminatorów, cokolwiek. Cokolwiek, co przekieruje moje myśli na inne tory.
xxxx- Śli- śliczne. Barwnoskrzydła. Śliczne imię, Jaskółko, tak bardzo... do ciebie pasuje - wysapałem z trudem. Z trudem, bo czułem okropną gulę w gardle, jednocześnie byłem szczęśliwy, a jednak się bałem, a potem jednak cieszyłem się, że trzymałem szylkretke w swoich objęciach. Czułem tak wiele emocji na raz, tak bardzo byłem tym wszystkim przytłoczony. Chciało mi się wymiotować i naprawdę, naprawdę chciałem uciec. Od emocji, nie od Jaskółki. Ale moja koleżanka... moja przyjaciółka wywoływała u mnie tyle uczuć, że nie byłem w stanie przebywać z nią bez nich. Teraz jednak to wszystko potęgowały jej słowa, to, o czym mówiła. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić, udźwignąć ciężaru jej słów. Ale nie chciałem się poddać. Musiałem... musiałem być przy niej. Przynajmniej ja, jeśli nie było nikogo innego. xxxxSerce mnie bolało. Ona nie wiedziała nawet jak wygląda życie w innych klanach. Życie w... normalnym klanie. Nie wiedziała, że terror który przeżywała na co dzień nie był normalnością też innych kotów. Nie był moją normalnością. Jak mogłem nie zauważyć? Jak mogłem nie zobaczyć po niej, po jej zachowaniu, że coś w jej domu jest nie tak? Zawsze była... zawsze była tak ślicznie uśmiechnięta, gdy ze mną rozmawiała. Zawsze taka szczęśliwa. Zawsze. Przechodziły mnie dreszcze, gdy opowiadała o swoim rodzicu. I było mi tak cholernie wstyd, że nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Nie potrafiłem, nie rozumiałem. To, o czym do mnie mówiła wydawało mi się tylko opowiadanym koszmarem. Nie... nie potrafiłem nawet tego skomentować. Chciałem jej pomóc, a nie mogłem. Żałosny. xxxxOtworzyłem pysk. Chciałem jej powiedzieć, że zrobię tak, by nikt się nie dowiedział, że wiem to od niej, ale... ale jak? Ta informacja na pewno dojdzie do Nocnego Szkwału. Nieważne przez kogo, ważne, że dojdzie do niego. A on wiedział o tym, że czasami widuję się z Jaskółką. Jeśli powiedziałbym, by to Wodny Wir podeszła do zastępcy, Noc od razu ogarnąłby się o co chodzi. On nie był głupi. On zawsze wiedział. Zawsze, gdy go okłamywałem, on wiedział. Zacisnąłem oczy, z których wypłynęły kolejne łzy. Nie chciałem, żeby cierpiała. Chciałem jej pomóc. - N-nie zrobię nic... nic, czego byś nie chciała, Jaskółko, obiecuję. Al-e... ale ja nie chcę, żebyś radziła sobie sama. Nie chce... żebyś była sama. Chciałbym b-być już zawsze przy tobie, już zawsze... zawsze obok ciebie - drżał mi głos, gdy przytulałem ją jeszcze mocniej. Mówiła, że da sobie radę, bo zawsze daje, ale jej dzisiejszy wybuch... jest dowodem, że wcale nie. Wcale sobie nie daje rady. Nikt nie powinien być sam, nikt. A już zwłaszcza ktoś w takiej sytuacji... nie Jaskółka. Nikt, ale przede wszystkim nie moja Jaskółka. xxxx- Nie jestem zły, nie przepraszaj mnie. Nie jestem zły - zapewniłem ją błyskawicznie. Nie miała mnie za co przepraszać, byłem z niej dumny. Dumny, że mi powiedziała. Następne jej słowa mnie jednak zmroziły - o sobie? O czymś pozytywnym? Co ostatnio wydarzyło się u mnie pozytywnego? To, że leżałem chory jakiś absurdalny czas? Że straciłem dwójkę terminatorów, że jeden z nich zaginał, a ja paranoicznie go szukam? Co mogłem jej opowiedzieć? - Och... Drobna Łapa... jest teraz Drobiącą Myszą - miauknąłem. Opowiadałem jej o mojej terminatorce, wierzyłem, że kojarzyła kim jest. - ...jej trening dokończył... Łabędzia Gwiazda. Ale jest już Opiekunem - dodałem z wstydem. To nie było pozytywne Ognik, idioto, myśl dalej. - Och, moja siostrzenica wróciła do Klanu. I... i dostałem ją, by ją uczyć. I... um... och, moja siostra wygrała Połów Rozkwitu. Mówiłem ci kiedyś, co to takiego? Chętni z Klanu zbierają się, by łowić ryby i... i kot z największą rybą wygrywa. Wodny Wir złapała największą. Ona i Senny Świt, nasz medyk. Mieli równy wynik - uśmiechnąłem się delikatnie. Pamiętałem, jak Woda była szczęśliwa. - A ja... a ja... wiesz... ja niedawno wyzdrowiałem. To też pozytywne! D-dlatego... dlatego mnie nie było. Chciałem ci dać znać, jakkolwiek, ale Nocny Szkwał... Nocny Szkwał powiedział, że wyrwie mi wąsy jak wyjdę - uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że robił to z troski, oraz że żadne wąsy nie byłyby mi wyrwane. Posłuchałem się go jednak, nie chciałem robić kłopotów. Większych niż już zrobiłem.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXZ cichym pomrukiem przyjęłam jego pochwałę w kierunku mojego imienia, och, podobało mu się... było w końcu takie inne od Jaskółki czy Migoczącej Łapy, a jednak wciąż wydawało mi się, że całkiem dobrze pasowało. XXXX– Ja też chcę być przy tobie. Zawsze – wyszeptałam mu w futro, wtulając się najmocniej, jak tylko potrafiłam. Miałam wrażenie, że z tych wszystkich emocji zaraz zacznę go nieświadomie dusić. Serce mi przyspieszyło. Był dla mnie najważniejszym kotem, ważniejszym od któregokolwiek innego, przy nim czułam się wyjątkowo i spokojnie, a przede wszystkim bezpiecznie. – Kocham cię, Ogień – wyszeptałam w końcu półszeptem, na wydechu. To były chyba słowa, które najtrudniej przeszły mi przez gardło w całym moim życiu. Zatopiłam nos w jego futrze, bojąc się spojrzeć na niego, bojąc się tego, jak zareaguje, co powie, czy się odsunie. XXXXCzułam, że i on żywi do mnie podobne, jak nie te same odczucia, a jednak obawiałam się, że się pomylę, że to nie będzie to. Że może on traktuje mnie po prostu jako swoją przyjaciółkę… choć czy przyjaciele odzywają się do siebie w taki sposób? Traktują się w tak czuły sposób? Chyba nie. Ale wszystkie czarne myśli i scenariusze przebiegały mi przez głowę i potrzebowałam się ich jakoś wyzbyć, jakkolwiek. XXXX– Połów Rozkwitu... to bardzo ładna nazwa. Gratuluję twojej siostrze... a tobie jak poszło? – zapytałam. Skoro mi o tym nie powiedział w pierwszej kolejności to chyba nie aż tak dobrze, jak jego siostrze czy Sennemu Świtowi, ale i tak chciałam się dowiedzieć. Chciałabym nauczyć się kiedyś łowienia ryb, chciałabym w ogóle jednej spróbować, tak z czystej ciekawości, nie mogło być to takie złe, skoro Rzeczniacy zajadali się praktycznie tylko nimi. Jeszcze jedna kwestia zaprzątała mi głowę… – Byłeś chory? Co się stało? Coś poważnego? – zapytałam, spoglądając na niego uważnie. Cieszyłam się, że wszystko z nim było w porządku i absolutnie nie miałam mu niczego za złe. – I miał rację, ja też bym ci wyrwała wąsy – lepiej siedzieć w Lecznicy i kurować się niż ryzykować zdrowiem i życiem.
xxxxNa słowa, że chciałaby być zawsze... akurat przy mnie, poczułem, jak wpływają mi łzy pod powieki, choć bardzo mocno walczyłem ze sobą, by nigdzie dalej nie wypłynęły. To było dla mnie po prostu trochę... trochę nierealne. Ktoś chciałby być... przy mnie? Akurat przy mnie, ktoś wybrał właśnie mnie? Barwnoskrzydła nie była jedynym kotem, którego miałem w swoim życiu. Miałem... miałem w końcu rodziców, Wodny Wir, Nocny Szkwał. Ale czy ktokolwiek z nich... czy ktokolwiek z nich wybrał mnie spośród wielu innych kotów? Czy rodzice rozmawialiby ze mną, gdyby, no właśnie, nie byli moimi rodzicami? A siostra? A gdyby Nocny Szkwał dnia mojej ceremonii dostał kogoś innego pod swoje skrzydła, czy w ogóle kojarzyłby moje imię? Nigdy nie zostałem wybrany. Nigdy. Zamrugałem, a potem spojrzałem na kolorową, piękną kotkę, którą trzymałem w moim objęciu. Jaskółka nie musiała tu przychodzić. Nie musiała dbać o to, by nasza relacja się utrzymała, nie musiała się ze mną umawiać na spotkania, nie musiała... dalej mnie znać. Ale znała. Znała, bo chciała, bo... bo chciała być zawsze przy mnie. Jaskółka mnie wybrała. xxxxI nawet nieźle szło mi nie upuszczenie ani jednej łzy. Nie odpowiedziałem na jej słowa, bo zbierałem się do tego tak długo, że ona mnie uprzedziła. Uprzedziła mnie, wymawiając trzy krótkie słowa, które sprawiły, że serce przestało mi bić na parę chwil, a oczy rozszerzyły się nieco w niedowierzeniu. Całe moje starania na nic, bo łzy bezgłośnie spłynęły po moich policzkach. Patrzyłem w otępieniu, czekałem, aż się z tego wycofa, aż powie, że to żart. Czekałem. Ale nasze splecione ciała otaczała tylko cisza. Ta słodka, mała istotka nie czekała na to, by powiedzieć, że to żart - wcisnęła nos w moje futro, bała się spojrzeć mi w oczy. Bała się mojej reakcji, bo jej... bo jej zależało. Jasna cholera, bo mnie kochała. Duża, piękna Jaskółka kochała mały, niegroźny Ogień. Kiedy zobaczyłem, jak moja łza skapuje na czubek jej głowy, polizałem ją czule, ciepło w tym konkretnym miejscu. Raz, drugi. Tak bardzo kochałem to, gdy była obok mnie. Gdy po prostu leżeliśmy na brudnej ziemi, w nocy, gdy księżyc już wsunął się na niebo. Leżeliśmy całkowicie przed sobą odkryci, tylko dla siebie, sami. Było... było tak cicho, tylko ja i ona. Ona i ja. Nie liczyło się to, z jakiego Klanu pochodzimy i co się u nas dzieje, liczyło się to, że mój język wolno biegał po jej czole, że jej nos wsiąkał mój zapach, a moje serce... moje serce biło szybko pierwszy raz nie ze stresu. Bo nie stresowałem się, gdy obok mnie była. To nie to sprawiało, że nie miałem oddechu. Często traciłem go, gdy dostrzegałem jej piękno, albo gdy plotła tak śliczne słowa, że sam nie wiedziałem, czy jestem w stanie jej uwierzyć. Ale wierzyłem. Bo ufałem mojej Jaskółce. Bo ją... och, bo bardzo ją kochałem. Chyba musiałem przyznać rację Nocnemu Szkwałowi. Znowu. - Ja... ja też cię bardzo kocham, Jaskółko. Bardzo - szepnąłem, mając pysk przy jej czole. Chciałem powiedzieć jej to wszystko, o czym myślałem. O tym, jak bardzo ją cenię, jakim jest dla mnie wsparciem, inspiracją. Jaka jest piękna i jak bardzo nie mogę się doczekać, by znów ją zobaczyć. O tym, że mógłbym zrobić dla niej wszystko i o tym, że dopóki byłem z nią, nic mnie nie ograniczało, nic. Niszczyła każdą barierę w mojej głowie i pomagała wstać na nogi, gdy ja sam nie potrafiłem zebrać choć namiastki siły w sobie. Była dla mnie wszystkim i to właśnie chciałem jej przekazać, ale... ale nie mogłem. Powiedziałem tylko to. I miałem nadzieję, że ona... że ona to wszystko wie, wyczyta, odgadnie. Czytała ze mnie nawet wtedy, gdy nie mówiłem nic wprost. Wiedziałem, że teraz... teraz też tak zrobi. xxxxUśmiechnąłem się. Przy każdym innym byłoby mi wstyd przyznać, że nawet się nie starałem wygrać. Ale Jaskółka nie oceniała. A ja jej ufałem. - Ja... chyba przeciętnie. Wiesz, nie starałem się za bardzo. Gdybym miał więcej od mojej siostry, pewnie oddałbym jej zwycięską rybę po kryjomu. Mi nie zależało na wygranej, a jej tak - wzruszyłem ramionami. Na pytania o chorobę tylko się skrzywiłem. - Uh... nie pamiętam nazwy. Dużo spałem na pewno, zdarzało mi się też wymiotować krwią. Niewiele... pamiętam z okresu choroby. Ale Senny Świt dał słowo, że już wszystko w porządku.
Drobna, i lekka, o ślicznym, smukłym pyszczku. Jest niziutka, na wszystko i wszystkich musi zadzierać głowę. Jej futerko jest niezwykle puszyste, ale dość roztrzepane, długie, szylkretowe, gdzie na przemian mieszają się barwy szarego i piaskowego. Pręgi układające się na sierści przyjmują tygrysi wzór. Prawa część czoła to w większości niebieski kolor, lewa zaś kremowa. Losowa niebieska plamka pojawia się obok nosa po jego prawej stronie. Tułów to nierównomierna mieszanka kremu i szarości, gdzie tego pierwszego jest więcej po prawej stronie, na boku ciała. Niebieskie plamy występują dodatkowo na obu przedramionach na tej samej wysokości. Biel oblewa jej pysk i policzki, spływając na całą pierś, tworząc kołnierz na szyi oraz wysokie, sięgające łokci skarpetki (z wyjątkiem dwóch palców prawej łapy, które są niebieskie). Dalej ciągnie się po brzuchu i tylnych łapach, choć tam sięgają tylko do połowy pięt. Ponad różowo-ceglastym nosem widnieje szaroniebieskich ślepek, które wkrótce przyjmują barwę na pograniczu niebieskiego i zielonego.
Cichsza i spokojniejsza, niż kiedyś. Choć wciąż przepełniona dobrem i współczuciem, doskonale zdaje sobie sprawę z paskudztwa tego świata, bo nieraz się o nim przekonała. Mniej ufna i łatwowierna, niż wcześniej, a do tego bardziej pamiętliwa i ostrożna, starająca się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Cierpliwa, choć dość stanowcza, gdy trzeba, zwłaszcza, gdy dotyczy to zagadnień medycznych, a jej pacjenci nie są zbyt... rozsądni. Pełna wątpliwości, częściej chodzi zamyślona, pochłonięta swoimi własnymi myślami i scenariuszami, a przy tym najbardziej surowa zdaje się być jedynie dla samej siebie. O wiele bardziej ceni sobie teraz równowagę, ciszę i porządek.
wartki potok & żółtko [cień]; grzechotnik [samotnik]; polny chwast [gk]
XXXXPatrzyłam na niego, aż ściskało mnie w klatce piersiowej, a żołądek zrobił już co najmniej kilka fikołków. Nie mogłam uwierzyć w to, jakie szczęście mnie spotkało, pomimo tych wszystkich przeciwności, jakoś go znalazłam, albo on znalazł mnie. Że właśnie on, spośród wszystkich innych kotów pojawił się w moim życiu. A to wszystko tak zupełnym przypadkiem… co, gdybym go nigdy nie spotkała na swojej drodze? Gdybym nigdy nie przyszła w tamtym momencie na teren Czterech Dębów? Czy wciąż w ogóle mogłabym cieszyć się z życia? Kim bym była bez niego? Wtuliłam się w niego mocniej na samą myśl o tym. Nie mogłam się dłużej zatracać w tak czarnych scenariuszach. Musiałam odnaleźć w sobie iskrę do działania, do zmiany czegoś w Klanie Cienia, ale co ja mogłam zrobić? Nie miałam zapewne szacunku u… nikogo tak naprawdę, nie mogłam równać się z nikim ze starszej kadry medycznej, nie miałam posłuchu. Nie zrobię nic. Ale mogłam próbować, razem z Ciernistym Gąszczem i Czosnkowym Kwiatem. XXXXJego słowa utkwiły w mojej głowie. Nastawiłam uszu, przez uderzenie serca zastanawiając się, czy to wszystko mi się aby przypadkiem nie przesłyszało. Nie… no przecież, że nie, to było prawdziwe. XXXX– Ty też…? – powtórzyłam za nim cicho. On też mnie kochał. Onteżmniekochał. Wypuściłam ciepłe powietrze w jego pierś, uśmiechając się pod nosem, a w małżowinach wciąż brzmiały mi jego słowa. – Bałam się, że… że ty nie… nie czujesz tego samego – wyszeptałam, a raczej wymamrotałam mu to do ucha, po czym przejechałam językiem po jego policzku i nosie. Wszelkie obawy nagle zniknęły, z jednej strony, poczułam spokój, jednak z drugiej… co tak właściwie mieliśmy teraz zrobić? Czy związek na tak dużą odległość miał w ogóle jakąkolwiek szansę na przetrwanie? Na zdrową egzystencję? XXXX– Cieszę się, że wszystko już z tobą dobrze – odpowiedziałam, Plucie krwią brzmiało bardzo poważnie, w głowie od razu pojawiła mi się diagnoza zapalenia żołądka, jednak nie był to czas odpowiedni na zalewanie Ognistego Serca takimi rzeczami, nie miał on do tego głowy. Nie mogłam pozbyć się jednak wątpliwości z głowy. – Ogień. Co… co teraz? – zapytałam. Czy powinniśmy w ogóle mówić komukolwiek o nas? Ogień nie musiał się martwić o jakiekolwiek kłopoty, w Klanie Rzeki było o wiele lepiej, niż w Cieniu, ja nie mogłam pisnąć ani słowem, do nikogo… może z wyjątkiem siostry. Reszta nie mogła się dowiedzieć. Ale ile mogłam to ukrywać? I jak to miałoby w ogóle działać? Tak bardzo chciałam mieć go przy sobie cały czas, nie chciałam być odizolowana na całe dnie, zachodząc się w głowę, kiedy spotkam go następnym razem, o ile w ogóle. A jeśli coś mu się stanie, nie będę mogła mu pomóc ani być dla niego wsparciem.
xxxxTrwałem przy niej tak, jak ona trwała przy mnie. Tu, przy sporawej wierzbie, tylko ja i ona, tylko ona i ja. I właściwie, to wszystko przestało się dla mnie liczyć - cały stres związany z zniknięciem Czereśniowej Łapy, całe zamieszanie, które działo się w mojej głowie od kiedy tylko pamiętam. Bo byłem ja i ona, moja cisza, mój drogocenny skarb, który znalazłem i samolubnie chciałem ukryć przed całym światem. Czułem, jak chucha ciepłym powietrzem w moją pierś, jak wtula się we mnie jeszcze mocniej, a ja jeszcze mocniej trzymałem ją w objęciach, uśmiechając się sam do siebie, do niej, do czterech drzew, które widziałem w oddali. Już nigdy nie chciałem wracać do rzeczywistości, chciałem zamieszkać w tej właśnie chwili, trwać w niej już do końca moich dni. W chwili, w której byliśmy sami, a całą pustą przestrzeń wypełniałem ja i ona, ona i ja. I nikt, naprawdę nikt inny. xxxx- Ja... ja też - szepnąłem, trochę tak, jakbym sam był zaskoczony, choć wcale nie byłem. Wiedziałem, że Jaskółka była dla mnie ważniejsza... ważniejsza od kogokolwiek innego. Wiedziałem to już od dawna, a jednak trzymałem się wersji naszej przyjaźni, trzymałem się tego, że czułem się przy niej tak wyjątkowo, bo ona była wyjątkowa. Nic więcej. A jednak.. jednak wiedziałem teraz wiedziałem bardzo dobrze, widziałem jasno i wyraźnie, że każde z moich pozytywnych uczuć prowadziłem do niej, do niej i tylko do niej. - Jesteś... jesteś moim marzeniem, Jaskółko - wyszeptałem jeszcze ciszej, prosto do jej ucha. Marzeniem. Bo od kiedy pamiętam, zawsze marzyłem o spokoju, ciszy. O cieple, o miłości, zawsze marzyłem o tym, by przysiąść przy kimś, wcisnąć w kogoś swój własny nos i po prostu trwać, trwać, jakby wszystko inne nigdy nic nie znaczyło. Jaskółka była moim marzeniem, najprawdziwszym, żywym marzeniem. xxxx- Co... co teraz...? - zapytałem. Nie, bardziej powtórzyłem. No właśnie, co teraz? - M-możesz przyjść... przyjść do nas. Wiesz, Senny Świt leczy sam, miałabyś swoje miejsce w lecznicy! T-to nie byłby pierwszy przypadek, Grzybowy Grzbiet też przyszedł do Klanu Rzeki z innego klanu, by być z swoją partnerką, Wyjąca... Wyjąca Łapa również! Ja-jaskółko, byłabyś bezpieczna... przy mnie, przy innych...! - wystrzeliłem od razu, nie myśląc za dużo. To było idealne rozwiązanie - wydostałbym Barwnoskrzydłą z horroru, który przezywała co dzień w własnym domu. Wiedziałem, że Nocny Szkwał nie miałby przeciwskazań, nikt by nie miał. Bylibyśmy razem, już na zawsze. Bezpieczni. Tylko ja i ona, ona i ja.