Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Wkrótce umrze.
Ta świadomość przyszła wraz z ostatnią wizytą Jodłowej Gałązki. Nie było subtelnych sugestii ze strony przyjaciółki, ani tym bardziej ostrzeżeń wprost. W ich rozmowie nie przewijał się ten temat w żaden sposób. Jednak był jeden sygnał, łatwy do przeoczenia dla innych, ale aż nazbyt wyraźny dla Oriona – łagodniejsza postawa Gwiezdnej.
Jodłowa Gałązka nigdy nie byłaby dla niego miła w taki sposób, gdyby nie miała istotnego powodu.
Tym powodem mogła być jedynie zbliżająca się śmierć.
Nie było to nic niespodziewanego per se – samotnik od księżyców balansował na granicy śmierci, co rusz patrząc na nią z wyzwaniem w błękitnych oczach. Nie zastygł na wieczność w kropli żywicy, odczuwał upływ czasu jak każdy inny żywy organizm. Wiedział, że kiedyś nadejdzie jego ostatni dzień. To stwierdzenie faktu. Czasami, zupełnym przypadkiem, próbował namieszać w kalendarzu i skrócić okres oczekiwania, choć gwiazdy, które zwykły być bezstronne, w tej sytuacji zdawały się dbać o niepowodzenie takiego kuszenia losu.
Obudził się na moment przed wschodem słońca. Pierwszy raz od księżyców czuł głód. Pierwszy raz od księżyców poranne niebo nie wydawało się szare, a pastelowe barwy rozganiały noc. Pierwszy raz od księżyców czegoś pragnął – nigdy więcej tutaj nie wracać. Nie wiedział ile miał czasu. Jeden dzień? Kilka wschodów słońca? Pół księżyca? Nie potrafił oszacować jak wcześnie zaszłaby zmiana w zachowaniu Jodłowej Gałązki, ale nie potrzebował tej wiedzy. Starczyła świadomość końca, która zdjęła z jego barków ostatnie zawahanie, przez które był gotów zdechnąć tutaj jak pies.
Znalazłszy się na stacji kolejowej, nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie spędził dzisiejszą noc. Wiedział, że przyszedł tu bezpośrednio z tamtego miejsca, jednak całą drogę pokrywała gęsta mgła. Nie patrzył za siebie, skupił się na widoku przed sobą. Potrzebował łatwo dostępnego pociągu. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd, nie było skuteczniejszego sposobu niż skorzystanie z dobrodziejstwa cywilizacji.
Ten plan miał jeszcze jedną zaletę – uniemożliwiał wycofanie się z decyzji.
Skąd ta pewność?
Może w tym życiu jeszcze nie jedna rzecz zaskoczy? A może zostanie się wiecznym?
Ach! Żeby to tylko było możliwe, prawda? Nigdy nie odchodzić. Naprawić wszystko, zmienić swoje błędy, zapomnieć o tych żalach i smutkach? Nie… to nie było w stylu tego cynamonowego pointa, prawda? Nigdy nie było. Łzy nie ściekały po jego policzkach, był na ostatniej prostej, ostatnich dniach podróży. Wydawał się pogodzony, pewny… na jak długo? Niemożliwe, żeby się oszukiwał, prawda? Jak tego dnia kiedy zasnął przy zwłokach lisa. Tego, który przez półmrok wyglądał jakby posiadał rdzawe futro; nie dał się wtedy oszukać, nie da i teraz. Niemożliwe.
Stacja kolejowa o tej godzinie była opustoszała, a niebo skąpane było w odcieniach delikatnej pomarańczy, może żółci, barwy te tańczyły swoje własne nieznane nikomu choreografie, ledwo przebijały się przez mgłę; może próbowały przypomnieć kocurowi, że nawet teraz, nawet w tym momencie, kolory potrafiły być odrobinę wyblakłe? Śmieszne. Tak jakby o tym nie wiedział od tylu księżyców, tak jakby nie zapoznał się już z tą apatią. Tylko dziś był głodny, ale nie po jedzenie, prawda? Czy był dziś kotem z żołądkiem bez dna? A może najdrobniejsze okruszki zamierzały go zadowolić?
Gdzieś w oddali zawyło coś, a gdyby oriental tylko obrócił łeb w tamtą stronę zobaczyłby rude futro z białą końcówką ogona. Jego przyjaciel, wróg, dobry kompan. Zawsze obok, zawsze z nim. Znajomy drapieżnik jednak zniknął za drzewami równie szybko co się pojawił. Jakby go tam nie było… a mimo to wyglądał jakby specjalnie został skąpany w promieniach, które przedzierały się przez drzewa, przez mgłę. Nie było ich dużo, pokazały się tylko tam tak naprawdę. Chmury zaraz kazały im zniknąć.
Zimne powietrze, parę pajęczyn z poranną rosą rozwieszonych przy daszkach obok ławek i on. Pochłonięty jeszcze w ciemnościach. Może on też obrośnie pajęczynami? Będzie skąpany w porannej rosie? Może następnym razem to lis go dopadnie? Tyle pytań… a pociągu jeszcze brak.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nie musiał się odwracać żeby wiedzieć czyją sylwetkę dostrzeże w oddali. Widział ich już wystarczająco wiele, by starczyło zamknąć oczy dla podobnego efektu co uważne oględziny. Jednak bezwiednie obrócił łeb, akurat by dostrzec jak ruda kita znika między drzewami, zabierając ze sobą nieliczne promienie słońca. Pożegnanie bez słów. Oriental z zamaszystym ruchem ogona ruszył dalej, wgłąb peronu. Poranna wilgoć osadzała się na wszystkim w zasięgu wzroku, więc kocur przysiadł pod daszkiem – tam dotarło jej najmniej, choć wciąż była obecna. Z braku ciekawszych bodźców z otoczenia, zajął się pielęgnacją sierści przed podróżą.
Pogoda była dość przyjemna, ale kto normalny o tej porze ma ochotę na podróże? Najwyraźniej jedynie babcia z nastoletnim wnuczkiem, którzy właśnie przyszli na peron; jedynie szło się domyślać o co mogło chodzić, ale wyglądało na to, że kolega miał przed sobą swoją pierwszą samodzielną przygodę. Plecak na plecach, bagaż zaraz obok i zapłakana babunia w kożuszku i z chusteczką. Może Orion mógł się utożsamić z ludzkim młodzieńcem? Kobieta co jakiś czas zerkała również i w jego stronę, jakby jej uśmiech miał dodać mu otuchy, chociaż czy w ogóle go widziała bez okularów? Ciężko było powiedzieć.
Ostatecznie jednak ziemia zaczęła drżeć, a głośny dźwięk zwiastujący nadjazd pociągu w końcu się pojawił, lekko spóźniony, ale był; podmuch wiatru wzniecił paprochy, a pajęczyny ledwo wytrzymały szarpnięcie, Orion mógł poczuć jak kłaczki latają mu na wszystkie strony.
Pociąg podjechał.
Drzwi otworzyły się w prawie wszystkich wagonach, nie było ich wcale tak dużo, ale można było naliczyć ich z pięć, może sześć, ten najdalszy, odległy… pomiędzy wysiadającymi osobami coś przemknęło. Samotnik znał tę sylwetkę, znał tą czarną jak smoła sierść i ten błysk zielonych oczu, prawda? Spojrzała się na niego wskazując głową na pociąg, ale po chwili zniknęła między ludźmi. Zachęcała go podróży? Ale jakim sposobem? Drzwi przed nim otworzyły się dzięki młodzieńcowi jadącemu samotnie na pierwszą wycieczkę, babunia już szukała okna, przy którym powinna stanąć, a konduktor był powoli gotowy do gwizdu – teraz była szansa Oriona. Środek pociągu lekko śmierdział, ale wagony po obu stronach były dość puste. Ze strony młodego chłopaczka słychać było dziwne dźwięki, chyba kobieta słuchała coś na słuchawkach kiedy mężczyzna czytał książkę… w przeciwnym wagonie zaś ktoś chrapał, ale widać było dwie pary innych nóg. Wybór.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Starał się skupić na własnym ogonie i nie spoglądać w stronę intensywnych ludzkich emocji. Chociaż nim zaoferował tej dwójce odrobinę prywatności, miał już obraz sceny rozgrywającej się tuż obok – tak odmiennej od tej, w której on brał udział. Młody chłopak, z plecakiem większym od siebie, miał wsparcie w postaci babci i mimo bycia głównym bohaterem, nie pochłaniał świateł wszystkich reflektorów. Ten akt był zaledwie początkiem, zapowiedzią czegoś dużo większego, a pożegnanie było jedynie tymczasowe – widz już teraz mógł sobie wyobrażać radość starszej kobiety, gdy za ileś wschodów słońca inny pociąg sprowadzi jej wnuka z powrotem. Orion znajdował się tutaj sam. Ostatnie dwa reflektory oświetlały smukłą sylwetkę o starannie ułożonej sierści, pozwalając ciemności pochłonąć resztę sceny. W tych warunkach jego szata niemal świeciła, choć jej właściciel był świadom, że w rzeczywistości gasnął. Znajdował się na scenie sam. Należała do niego jak do głównego bohatera, ale także po prostu – to była jego scena. Mógł poruszać się po niej z zamkniętymi oczyma, bezbłędnie omijając każdą skrzypiącą deskę. Wiedział na jak długi skok może sobie pozwolić by pozostać w swojej klatce. Tej, którą wybrał samodzielnie i zawsze ignorował otwarte drzwiczki z tyłu.
Ponadto, dzisiejsza podróż była łabędzim śpiewem Oriona.
Położył uszy po sobie i zamknął oczy, nie ruszając się poza tym z miejsca. Dopiero gdy wiatr przestał wprowadzać artystyczny nieład w jego szatę, a głośny zgrzyt potwierdził zatrzymanie pociągu, samotnik ponownie otworzył oczy. Tym razem obserwował otoczenie z większą uwagą, niż w obecności dotychczasowej dwójki ludzi. A gdy powiódł spojrzeniem do ostatniego wagonu, zastygł jak w czasie polowań na ptactwo. Jak wtedy, gdy nie chciał zostać dostrzeżony. Jednak ich spojrzenia się spotkały. Nie drgnął nawet pojedynczy wąs na cynamonowej mordce. Był przeciwieństwem żegnanego przez babcię chłopaka, ale na kilka uderzeń serca sam również znalazł się we wspomnieniu pierwszej samotnej wyprawy. Wymknął się po cichu – krótko otarł się o policzek matki i poprosił by nie mówiła Onyks dokąd poszedł – pod osłoną porannej mgły. Wciąż pamiętał jak skraplała się na jego futrze, łącząc je w zakręcające się kosmyki. Jak zastanawiał się czy wyjście o tak wczesnej porze nie było przesadą, tylko po to by zaraz potrząsnąć przecząco łbem i uznać, że było niezbędne.
Wpadli na siebie ostatnio. Po obiegach pór rozmijających się ścieżek. Odzyskanie straconego czasu było niemożliwe na tym etapie, a do naprawienia błędów najpierw trzeba by nazwać je błędami. Pojedyncze spotkanie nie zobowiązywało go do pożegnania przed podróżą, nie było odnowieniem kontaktu po obiegach pór. A jednak, gdy ich spojrzenia się spotkały, znowu miał niecałe siedem księżyców i próbował wymknąć się wraz ze wschodem słońca, jednak został przyłapany. Poczucie winy zatrzymało go w miejscu. We wspomnieniu, w chwili obecnej, gdzieś pomiędzy czasem, a przestrzenią. Krótki ruch ciemnej głowy okazał się jeszcze większym zaskoczeniem niż ponowne spotkanie. Orion nie był już uciekającym kocięciem. Był dorosły, a przeciągły, ponaglający gwizd przypominał, że nie wiadomo kiedy pojawi się następny pociąg. Orion wskoczył do środka tuż za bagażem chłopaka, nie oglądając się nawet na inne opcje. Przystanął na moment widząc do jakiego towarzystwa zmierzali. Zmierzali. No właśnie, to nie była wspólna wyprawa, miło było wskoczyć pod osłoną walizki, jednak tu ich drogi się rozstawały – kocur wślizgnął się do chrapiącego wagonu. Chciał zająć możliwie wygodne miejsce bez zwracania na siebie uwagi.
Wędrujący Orion zdecydował się, do którego wagonu wejść w momencie kiedy drzwi za nim zostały zamknięte, a pociąg ruszył, szarpnięcie mogłoby powalić każdego, jednak jeśli kocur był na to przygotowany – mógł mieć szczęście.
Wchodząc do wybranego wagonu miał do wyboru miejsce na miękkim bagażu – ktoś wziął sobie torbę, zamiast niemiłej walizki; miał również do wyboru siedzenia, które były bardziej na widoku, ale za to świat za oknem nie umykał mu, wiedział gdzie był – w teorii – ostatnie miejsce znajdowało się pod siedzeniami na niezbyt wygodnej podłodze, jednak w najbardziej bezpiecznym miejscu. No chyba, że Orion zamierzał wybrać czyjeś kolana? Jako… próbę zaprzyjaźnienia sobie człowieka na czas podróży, może nawet by go ukrył gdzieś myśląc, że Instytut Kotów Szukających Domu właśnie się do niego odezwał?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Bardziej niż samo przygotowanie, to posiadanie czterech łap stawiało go w lepszym położeniu niż dwunogów. Szarpnęło nim w przód i tył, ale stabilność nie została mu w pełni odebrana i rozejrzał się po wagonie. Brudna podłoga odpadała, nawet stąd widział jak się lepi od wylanego wcześniej soku – i nie spodziewał się lepszego jej stanu, gdyby zagłębić się dalej w pociąg. Przez chwilę rozważał ułożenie się na torbie. W gruncie rzeczy nie potrzebował wiedzieć dokąd jedzie, a rozmazany krajobraz za oknem mógł co najwyżej zepsuć niespodziankę (o ile byłby w jakimkolwiek stopniu rozpoznawalny), jednak... to była jedyna zmienna w tym miejscu. Jedyna forma rozproszenia. Wybrał siedzenia, przynajmniej póki przedział był względnie pusty i mógł zająć jeden z foteli bez rzucania się w oczy innym pasażerom.
Widok za oknem na początek nie był zbyt rozmazany, właściwie to każde drzewo, każdy przelatujący ptak czy nawet mały robaczek był dobrze widoczny. Orion może nigdy nie podróżował pociągiem, ale na pewno był dobrym łowcą, dostrzeżenie takich rzeczy w wolno jadącym pociągu nie było wcale wyczynem; dopiero jak maszyna przyspieszyła, a koła zaczęły wydawać dźwięki, gotowość do potężnej pracy mogło być już trudniej dostrzec takie drobnostki. Wagon zaczął delikatnie kołysać się na boki, jakby próbując uspać Oriona, pozwolić mu odpocząć. Świat za oknem kąpał się w pięknym złotym kolorze, wszystko budziło się do życia, chociaż gdyby spojrzeć na kocura wydawałoby się, że słońce zachodziło, a świat się kończył – przynajmniej ci zza kulis, mogliby to dostrzec. Siedzenie na które wskoczył było w zwykłym niebieskim kolorze, brązowe kropki i brzydka czerwień nie współgrało to ze sobą najlepiej, a samo obicie dość mocno śmierdziało starością. Może to był jeden z tych pociągów, które jadą parę swoich ostatnich wypraw? A może tak jak z kocurem był to ostatni raz by przejechać się nim? Może dzisiaj żegnać mogli się oboje? Ale nie teraz. Nie w tym momencie. Podróż dopiero się rozpoczęła.
Świat za oknem zmieniły się, pola uprawne zmieniły się w pola budynków, ale sama podróż się nie kończyła, dopiero słońce górowało rzucając blask na stronę po której leżał kocur. Obudzić go – o ile spał – mogły krzyki jakiejś pary po drugiej stronie przedziału, do którego wsiadł, chrapiący pan zaczął się wiercić i rozmawiać przez telefon, a jakieś dwie osoby oglądały coś na swoich komórkach najgłośniej jak się dało. Wszystko po staremu, ludzie nadal byli irytujący, a mimo to Orion mógł złapać kontakt wzrokowy z chłopakiem, który wsiadł wraz z nim do pociągu… A może na odwrót? Zmierzał chyba do toalety, ale jak zobaczył cynamonowego pointa to uśmiechnął się lekko i zawrócił. Chwilę później – o ile Orion nie zniknął – młody chłopak zaoferował mu wodę w czymś dziwnym. Postawił ją przy bagażach, ale nie odważył się dotknąć zwierzęcia, ominął je… poszedł załatwiać swoje własne sprawy.
Ach, jedni mieli serca, a inni… konduktor nienawidził zwierząt, ale tym razem na pomoc przyszła jedna z osób, która przed chwila ze słuchawkami w uszach. Widząc przechodzącego pana od biletów, zasłoniła sobą Oriona – o ile musiała – najwyraźniej czasami ludzie chcieli pomóc, nawet tym którzy nie powinni wyruszać z nimi w podróż. Może współczuli mu wyboru przedziału? A może po prostu naczytali się o psie, który jeździł koleją?
Dojeżdżając na miejsce, maszyna powoli zaczęła zwalniać, świat za oknem tym razem skąpany był w delikatnej pomarańczy, chociaż samo słońce nie zaczęło jeszcze zachodzić to było temu bliżej, niż dalej. Podróż była długa, męcząca, ale na pewno ciekawa – wszystkie infrastruktury, które kocur mógł zobaczyć przez okno, nowi ludzie, dziwne miejsca postoju, a nawet same lasy i pola uprawne. Wszystko to było nowe. Może zapaliła się w nim chociaż raz iskierka ekscytacji? A może żal, że nigdy wcześniej tego nie przeżył?
Młody chłopak i dziewczyna ze słuchawkami spojrzeli w kierunku Oriona, chcąc odnaleźć go wzrokiem, zanim wyjdą – praktycznie na siebie wpadli. Oho? Pociąg się zatrzymał, a maszyna zapiszczała z wysiłku, wszyscy dotarli. Drzwi otworzyły się, a ludzie zaczęli wychodzić; jedna z tych kolei, która omijała niepotrzebne przystanki, może parę nowych osób wsiadło jednak nie do wagonów, które widział i słyszał samotnik. Wędrowiec. Zagubiony?
Wszyscy wylali się na ostatni przystanek – peron – teraz była kolej kocura, miejsce to było duże, o wiele większy peron; nie było porównania z tym, które zostawił za sobą. Krzyk mew i prosta droga na lewo w wolność, do jakiegoś małego lasku… na prawo było dużo ludzi, droga prowadząca w środek budynku ludzi. Zapach morza jednak było czuć, pomimo nieprzyjemnego zapachu ludzkich… odchodów, zimna, metalu i spalin. Ktoś się kłócił, ktoś przepychał. Aj aj…
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion nie spał, ale również nie był przytomny przez całą podróż. Wślizgnął się w wąską przestrzeń oddzieloną pergaminowymi ścianami od obu światów i w niej spędził najbliższe godziny. Siedział z łapami owiniętymi starannie ułożoną kitą. Leżał z przednimi kończynami podciągniętymi pod pierś. Obserwował okno, czasem spod mocno przymrużonych powiek. Czasem leniwie płynące chmury były jedynie obrazem odtwarzanym w pamięci, nie rzeczywistą obserwacją. Jedno z przydużych uszu nasłuchiwało nieustannie, wyczulone na każdą zmianę w dotychczasowym szumie. Błękitne spojrzenie uciekało wtedy w stronę źródła dźwięku, ale większość zdarzeń na tym się kończyła.
Samotnik nigdy nie był blisko ludzi. Ich światy przecinały się okazjonalnie, jasne, niejednokrotnie musiał uważać by nie zostać zdeptanym, oczywiście. Rzecz w tym, że to co dla niektórych było czarno-białe, dla orientala miało kilka dodatkowych szarych tonów pomiędzy.
Urodził się w domu. Jego matka miała właścicieli. W świecie rdzawego wniosek był prosty – Orion również był pieszczochem. Wszelkie dalsze tłumaczenia były jedynie wymówką, może wstydem w związku ze swoim pochodzeniem, którego żadne kłamstwo, żadna półprawda, żadne przemilczenie nie mogły zmienić. Co też było frustrujące – ile razy bez mrugnięcia przyjmował łatkę pieszczocha tylko ze względu na zadbane futro? Ile razy przyjmował bez protestu dużo gorsze obelgi? Ale nie mógł tego wytłumaczyć. Wciąż zostałoby to uznane za wymówki. Wstyd za główną motywację dla dalszego drążenia tematu. A z dwojga złego, wolał już błędną interpretację niż przyznanie, że ten raz jeden chciał żeby to on został zauważony, nie wykreowana persona.
Zamknięty w stukoczącej maszynie w towarzystwie ludzi, miał aż nadto czasu na ponowne refleksje. Zarówno znajoma twarz jak i późniejsza pomoc nowej postaci, zostały przyjęte z obojętnością. A raczej – odczuwana wdzięczność nie była na tyle silna, by chciał się odwdzięczyć miłym gestem. Nie otarł się o żadne nogi, nie podsunął głowy do podrapania za uchem. Mógł pomóc wydobyć przedmiot uwięziony w przestrzeni, na którą ludzkie dłonie były za duże, ale nie chciał czuć ich dotyku na sobie.
Jeśli przy bagażach wciąż czekała na niego woda, skorzystał wreszcie z wcześniejszej uprzejmości, a następnie ruszył do wyjścia. Na peronie rozciągnął zastygłe ciało i rozejrzał się po nowym krajobrazie. Ciągnęło go do lasu, do powietrza, którym dało się oddychać, gdzie słonej nuty nie przykrywała gruba warstwa spalin.
Potrzebował jednak hałasu otaczającego ludzki świat. Wymuszonego skupienia na otoczeniu. I choć budynek przed nim był aż nad to, Orion ruszył w jego stronę. Prześlizgnie się przez morze nóg na drugą stronę. Po drugiej stronie musiały czekać uliczki. Któraś z nich musiała być mniej męcząca, mniej dusząca, ale wciąż nie tak cicha jak las, prawda? Starczyło ją tylko odnaleźć. Starczyło pokonać śmierdzący moczem i patologią budynek.
Prawdziwa podróż rozpoczęła się w momencie zetknięcia się łap z nagrzanym brukiem, niestety na tym kończyłyby się przyjemne rzeczy; Orion wybrał tortury wśród ludzi, żeby zabić swoje zmysły, te przypominające prawdę – wszystkie inne miały odwracać uwagę.
Kroki wokół niego były niemiarowe, ciężkie, lekkie, szybkie, wolne, wszędzie stukały koła od walizek, kiedy w innych miejscach ktoś kaszlał, by zaraz potem obok niego ktoś próbował rzucić w jego stronę kawałkiem suchej bułki. Cóż za hojność! Niektórzy go odganiali – tak jakby zwracał na nich uwagę – inni próbowali przywołać, a jeszcze inni ignorowali jego egzystencję. Wszyscy mieli jednak wspólną cechę, czekali na coś… na kogoś. Orion był tym niepasującym elementem, tym który na nic już nie czekał. Może dlatego też mógłby odczuć taką wrogość? Może ludzie też to wyczuwali? Że oprócz ciałem to również duszą się od nich różnił. Był obcy.
Ochroniarz przechadzał się akurat z drugim przed wejściem do budynku, w środku dudniło echem i rozmowami, środek budynku był zimniejszy niż to co działo się na dworze, ktoś mówił przez megafon, kłócił się przy kasach. Orion zanim zrobił krok do przodu, krok bliżej wejścia musiał się zastanowić czy chce zostać zauważony przez ochronę. Aktualnie go nie widzieli, więc miał chwilę na schowanie się. Może jak przejdą to przemknie do środka?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion nie sądził by ochrona zarządziła na niego obławę, gdy tylko znajdzie się w zasięgu jej wzroku – kojarzył takie miejsca, kojarzył gołębie plączące się ludziom pod nogami i zakładające gniazda pod dachem. Kojarzył obojętność pracowników. Był jednak daleki od pchania się prosto pod ciężkie buty dwójki mężczyzn. Ugiął łapy, chociaż na bruku wiele to nie zmieniało i zastygł w bezruchu, licząc, że nie zwróci na siebie uwagi. Chciał skorzystać z otoczenia i z pierwszej pary nóg zmierzających do środka zrobić barierę chroniącą przed spojrzeniem mundurowych. A jeśli nikt się nie zbliżał, chciał poczekać w miejscu aż miną drzwi i wtedy pomknąć na ugiętych łapach do środka. Ale szukać kryjówki nie zamierzał.
Orion najwyraźniej wierzył w szczęście, jako dziecko zrodzone z gwiazd, ale ostatecznie świat ludzi był inny, wcale nie spędził w nim dużo czasu, więc może to stąd ta naiwność? A może raczej – obojętność. Nikt nie szedł, może nie widać go było od razu zza filaru, który go zasłaniał z miejsca, w którym akurat byli ochroniarze, ale kiedy tylko podeszli bliżej w oczy rzucił im się cynamonowy point. Rzucili parę słów w jego stronę, próbując go odgonić, ale nie przykładali się do tego bardziej, nie interesowało ich to aż tak, mimo iż zatrzymali Oriona na dłuższą chwilę. A kiedy już im się znudziło to ruszyli dalej na obchód, zostawiając przed kocurem możliwość wejścia głębiej budynek stacji kolejowej.
Podłoga mogła parzyć od zimna w łapy, dopiero co zszedł z ciepłego bruku. Nos zaś powinien boleć od wszystkich mieszających się zapachów, nieprzyjemnej stęchlizny, brudu. Kocur mógł zauważyć jakieś mini kioski, miejsca na zjedzenie posiłku przed podróżą, pamiątki, niektórzy właśnie to robili – patrzyli co kiosk miał do zaoferowania, inni jedli, a jeszcze inni kupowali pamiątki. Wielkie ekrany i zegary, wszystko takie… niedopasowane do siebie. Miejsce to było dziwne.
Wyjście po drugiej stronie miało rozsuwane drzwi, ale akurat ktoś przemykał w jedną i w drugą dając Orionowi czas na przemknięcie dalej – na zewnątrz. I jak wcześniej mógł nie zwrócić uwagi na wielkość miasta to teraz już było ono widoczne. Ruchem kompletnie nie przypominało starej mieściny, która znajdowała się obok klanów, w której się urodził. Tutaj samochody jeździły szybciej, autobusu poruszały się co chwila, a ilość ludzi nie umywała się do tego co działo się tam. Można pomyśleć, że dopiero świetność starej mieści nadejdzie… albo już nigdy nie odzyska dawnego blasku. Tutaj co chwila coś się działo. A przed Orionem znowu nadszedł wybór – pójść na lewo w stronę gdzie wcześniej widział las; pójść na prawo w stronę gdzie wszyscy lub wsiąść w autobus, który właśnie podjechał zabrać zmęczonych ludzi.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Starcie z ochroniarzami ciężko było nawet nazywać starciem – kilka nieprzychylnych słów to było zdecydowanie za mało by zniechęcić orientala do realizacji swojego celu. Czy nie spędzał całych księżyców, obiegów pór nawet, słuchając ostrych komentarzy, które faktycznie mógł zrozumieć? No właśnie. Wślizgnął się do środka przy pierwszej okazji i skrzywił się momentalnie. Mimo że pod łapami czuł chłód, atmosfera zdawała się być bardziej duszna niż na zewnątrz. Rozejrzał się pokrótce po wnętrzu, ale nigdy nie zamierzał spędzać tu zbyt wiele czasu, więc gdy tylko namierzył wyjście, porzucił dalsze oględziny. Przemknął przez tłum i skorzystał z zabawy jednego z dzieci, by znaleźć się po drugiej stronie dworca. Prędko odnotował, że cywilizacja tu faktycznie zasługiwała na to miano. Tym samym stracił zainteresowanie pchaniem się w najgłośniejsze rejony okolicy. Ale ta myśl nie skierowała go od razu w stronę lasu, spojrzał jeszcze raz w stronę tłumu, zastanawiając się. Na autobus się nie śpieszył – starczyło mu niedawnej wycieczki pociągiem, teraz zamierzał zrobić użytek z własnych łap. Najpierw jednak zastrzygł uszami i uniósł wyżej nos, licząc że uda mu się określić, z której strony ciągnęło słone powietrze i gdzie mewy krzyczały najgłośniej. Tam gdzie wszyscy zmierzali, czy wręcz przeciwnie? Jeśli tylko udało się w ten sposób wybrać lepszy z kierunków, ruszył lekkim krokiem. W przeciwnym razie odsunął się od wejścia, ale poświęcił jeszcze chwilę na ustalenie dokąd wszyscy zmierzali.
Słone powietrze nadciągało z miejsca zza budynków po drugiej stronie ulicy, gdzieś tam właśnie w tamtą stronę; nieważne którą ścieżkę oriental by obrał dotarłby nad morze, jednak w prawo za wszystkimi mógł zobaczyć sklepy, chociaż najpierw czekało go przejście obok rzędu drzew. Kasztanowce i dęby? Na pewno jakieś duże drzewa.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Druga strona ulicy nieco komplikowała sprawę. Patrząc na to jak chętnie rozpędzały się tu auta, przechodzenie na krzywy ryj nie wchodziło nawet w grę. Oriental musiał znaleźć jedno z przejść używanych przez ludzi i z niego skorzystać. Większość życia spędził w dziczy, ale miał podstawowe obycie miejskie, nie czuł się tu jak zagubione kocię.
Prędzej jak sroka, bo gdy tylko w kącie oka błysnęła mu wystawa sklepowa, przemyślał ponownie swoje priorytety i podążył za tłumem. Tak na moment jedynie, żeby zerknąć co znajdowało się w ofercie.