Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Nie dość, że tamten atak ze strony Zgniłej Łapy był niezrozumiały i bezsensowny w oczach Pająka, to teraz jej zachowanie wcale nie było lepsze. Kocur zmrużył lekko oczy i położył jedno ucho, wyraźnie mocno skonfundowany i niepewny tego, jak w ogóle się zachować. Normalnie pewnie wyśmiałby kotkę jeszcze bardziej, ale gdy widział ją tak jakby zawstydzoną, sam też zrozumiał swoje zakłopotanie. Czy naprawdę dał się ponieść emocjom aż tak, że na nią skoczył? Wyraźnie tego chciała, ale teraz mówiła coś innego... Oby nikt się o tym nigdy nie dowiedział! On się i tak nie przyzna.
Uniósł brwi na jej słowa i zdawały się one wyrwać go z otępienia, bo kocur prychnął głośno.
- Jasne, że nie! A nawet jeśli... to nie byłoby to nic takiego. To taka różnica, wiesz? Z kocurami to da się normalnie kumplować i takie rzeczy nie są wcale dziwne. - przewrócił oczyma przekonany, że to co właśnie powiedział jest oczywistą oczywistością. Potem ruszył za szylkretką, i milczał przez dłuższą chwilę. Jej wcześniejsze słowa zdawały się do niego dotrzeć z opóźnieniem, bo dopiero po tym wydłużonym okresie milczenia biały kot spojrzał na towarzyszkę, nieco zdziwiony.
- Jak nie interesuje? Myślałem, że kotki szaleją na tym punkcie. - niewiele go to interesowało, ale inność Zgnilizny trochę go zaskoczyła. Właściwie może nie powinna, jako że jego rozmówczyni nieraz pokazała że jest dziwaczką, ale co tam.
Potem znów milczał jakiś czas, skupiając się bardziej na swoim otoczeniu niż na Zgniłej Łapie.
- Przyznam. To co się tutaj dzieje i tak jest ciekawsze od siedzenia w obozie... - mruknął, jakby sam do siebie. - Nie bierz tego do siebie, ale może powinniśmy się rozdzielić? Poszukać czegoś do upolowania, żeby nie wracać bez niczego do obozu. - spojrzał na kotkę, robiąc znudzoną minę. Czy była przesadzona? Może trochę. Ale prawda była taka, że książę nudził się szybko, gdy drugi kot nie dawał mu wystarczająco dużo uwagi.
Podczas gdy jej rodzeństwo rosło wzwyż, ona zdecydowanie zwolniła. Początkowo średniej wielkości, teraz śmiało można powiedzieć, że została najmniejszą ze swojego miotu i ma zadatki na bycie jedną z najmniejszych z kociąt Trawiastej Polany i Wietrznego Dnia, ku własnej irytacji. Nie zostanie jednak zdmuchnięta przy pierwszym mocniejszym podmuchu wiatru, bo mimo, iż niska, to nie jest wychudzonym chuchrem. Jest co prawda bardziej szczupła niż pulchna, jednak jej tułów jest kanciasty, zbudowana niczym klocek, osadzony na mocnych, szerokich łapach, na których już można dostrzec rozwijające się mięśnie. Równie kanciasta jest jej mordka, trójkątna i o ostrych rysach, które wyraźnie zaznacza rozczochrane, odstające futro, o które kocica nigdy nie raczy zadbać. Jej sierść jest szorstka i w wiecznym nieładzie, odstająca w każdą możliwą stronę, przez co wygląda ona miejscami na dłuższą niż jest w rzeczywistości, barwy równie chaotycznej co jej ułożenie. Zgnilizna jest dymnym szylkretem o turkusowych ślepiach, które zdecydowanie przyciemniały odkąd wybarwiły się z kocięcego błękitu. Jej umaszczenie to mieszanka czerni, szarości, bieli i rudości, którą głównie widać w miejscu gdzie jej sierść jest krótsza i rozjaśnienie od spodu włosia nie jest tak widoczne. Gdyby ktoś się bardzo postarał, to być może byłby w stanie dojrzeć skryte na jej boku dymne, klasyczne pręgi, skryte pod tysiącem plam. Nawet nos, który na pozór wydaje się czarny, czy wibrysy sprawiające wrażenie białych, po dokładnej inspekcji okazują się być pomieszane kolorystycznie. Jedyne stabilne znaczenia na ciele kotki to niewielkie ilości bieli, osadzone na jej piersi w kształcie podłużnego rombu, brodzie, końcówce długiego ogona, lewej tylnej łapie, przedniej prawej łapie, oraz końcówkach zdecydowanie za dużych uszu, na których znajdują się ubogie pędzelki, które ledwie można takimi nazwać.
Nie jest już tak wycofana jak wcześniej, teraz nie bojąc się zabrać głosu i palnąć to co ślina przyniesie jej na język, bez wcześniejszego przemyślenia jak jej słowa mogą wpłynąć na jej rozmówców. Nie jest rozgadana, wypowiada się raczej krótko, ale dobitnie, często nieświadoma tego, że jej komentarze mogą kogoś urazić, czy też po prostu są nie na miejscu, co w połączeniu z jej niewzruszonym, chłodnym wyrazem mordki maluje obraz szorstkiego gbura... czemu nie pomaga fakt, że jest bezpośrednia i nie zawaha się powiedzieć tego co myśli. Bliższe jej osoby potrafią się jednak przebić przez jej maskę i wywołać na jej mordce uśmiech, który mimo, iż rzadki, to jednak czasami się pojawia, bo kotka jak najbardziej ma jakieś tam poczucie humoru, nawet jeżeli niekiedy bywa ono dość złośliwe, czy nawet dziwne, co nie do końca pomaga jej w nawiązywaniu nowych przyjaźni. Inna rzecz, która jej w tym przeszkadza to jej chorobliwa zazdrość, która często w niej buzuje, sprowokowana o największe głupoty, podsycając w niej negatywne emocje i potrzebę samo-idealizacji. Przeraża ją możliwość porażki, zwłaszcza na oczach innych, a jednocześnie łaknie cudzej aprobaty i komplementów, co stworzyło w niej niezdrowe tendencje do unikania pomocy i wsparcia, zamiast których zawsze wybierze samotne dążenie do celu.
Skrząca Łapa [KC]
Co? Zgniła Łapa nie odwróciła się w jego stronę, jednak jej uszy drgnęły z zaintrygowaniem, kiedy dotarły do niej tłumaczenia Pajęczej Łapy. Prychnęła cicho pod nosem i trzepnęła łbem, tak jakby miało jej to pomóc w odegnaniu niechcianych myśli. Jak się jednak można było domyślić, w niczym to nie pomogło. Kotki i kocury. Eh. Tak bardzo nienawidziła tego tematu, a ten zdawał się co jakiś czas do niej wracać.
- "Szaleją". - warknęła pod nosem, na tyle cicho, że nie była pewna czy Pajęcza Łapa w ogóle ją usłyszy. Nie miało to jednak zupełnie znaczenia, bo słowa te nie były do niego skierowane. Już powiedział wystarczająco. Ranga matki nie istniała bez powodu. Kotki mogły próbować sobie być wojowniczkami, jednak prędzej czy później oczekiwano od nich znalezienia partnera i urodzenia kociąt. Na samą myśl o tym czuła się jakby pod skórą pełzały jej glizdy. Nie potrafiła. Nie byłem sobą. Teraz jestem. Powiedział kiedyś Róża. Nienawidziła tych słów.
Nie powiedziała już nic więcej, pozwalając niekomfortowej ciszy wpłynąć między ich dwójkę, jeszcze bardziej uwidaczniając panujące tam napięcie, teraz tak gęste, że można by je było ciąć pazurami. Na ratunek tej sytuacji przyszedł jednak właśnie Pajęcza Łapa. Pstrokata zatrzymała się i obejrzała się na niego, zerkając pierw na białe futro, a potem na szemrzący obok strumyk.
- Dobra. - odparła i kiwnęła łbem. - Spotkajmy się w takim razie na granicy sadu i barwnej łąki. Wolisz iść przy czarnym ogonie czy głębiej w tereny? - zapytała się i poczekała na jego odpowiedź. - Powodzenia i widzimy się za jakiś czas. - rzuciła i ruszyła trasą niewybraną przez białasa. Miała nadzieję, że uda jej się coś spotkać, to polowanie pomogłoby jej oczyścić nieco umysł. Przydałoby jej się to.
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
Był przypał. Lekutki. Lekka kraksa. Wydarzyło się coś, co Różyczce śniło się jedynie w koszmarach i nigdy by nie pomyślała, że może ją to spotkać naprawdę. I oto była na granicy z klanem Wichru, okrągła jak bombka prosząc patrol o przysłanie do niej Krwawnikowego Liścia, bo tylko z nim zamierza rozmawiać. Nie chciała nawet słyszeć o tym, że kogoś takiego w klanie już nie było, bo osobiście wydrapałaby oczy kotu, który taką wiadomość jej przekazał. Nie przedstawiła się, nie mówiła kim jest. Nie zamierzała. Cokolwiek powie, jest to skierowane tylko i wyłącznie dla Krwawnika. Wiedziała, że jeśli ktoś jest skłonny jej pomóc, to tylko i wyłącznie brat.
Usiadła nad brzegiem Czarnego Ogona i próbowała ułożyć swoje futerko, ale niestety nie wszędzie już sięgała przez swój gabaryt. Dlaczego musiało to spotkać akurat ją? Miała takie wspaniałe życie!
Brokat na obroży świecił się niesamowicie w słońcu, przez co kotka mogła być dostrzeżona już z dużej odległości. Umiałaby się jej pozbyć gdyby chciała. Ale nie chciała. Lubiła ją.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
Kiedy pewnego dnia - któżby się spodziewał - patrol ponownie go zaczepił w obozie, miał wielką ochotę przewrócić oczami. Znowu Klan Cienia?, spytał z rezygnacją widocznie przejętego Klekoczącego Bociana, który jednak, ku zdziwieniu medyka, zaprzeczył. Kotka, która pojawiła się na granicy, i która zażądała przyjścia nikogo innego, a Krwawnikowego Liścia, według wojownika pachniała trochę jak samotnik, ale nie do końca. I, co najdziwniejsze w tym wszystkim, nie wyglądała na chorą czy ranną. Te rewelacje mocno zdziwiły medyka. Przecież on nie znał żadnych samotników, żeby plotkować sobie z nimi na granicy, z kolei owa kotka zdawała się znać jego. W pierwszym odruchu pomyślał o tej czarnej samotniczce, której niedawno pomógł, i która miała przynieść mu kocie ziele, ale przecież się jej nie przedstawił, a zresztą, to niemożliwe, żeby wróciła z gniazd dwunogów tak szybko. Szczerze, nie chciał za bardzo iść na granicę, by spełnić kaprys jakiejś kotki, której prawdopodobnie nie znał. Ale z drugiej strony… był ciekawy o co mogło chodzić. Poprosił więc wojownika, żeby dotrzymał mu towarzystwa, tak w razie czego, a następnie wyruszyli. W trakcie drogi Klekoczący Bocian pokrótce opisał mu wygląd samotniczki - miała być biała, upstrzona gdzieniegdzie plamkami. Opis, zdawałoby się, bardzo pomocny, a jednak medyk nie pomyślał o Różyczce, której nie widział tak dawno, że już stracił nadzieje na jej ponowne zobaczenie. Ale gdy już się zbliżali, a Krwawnik z oddali zobaczył sylwetkę kocicy, nie miał wątpliwości. Poprosił Klekoczącego Bociana, żeby zaczekał, a już w pojedynkę zbliżył się do samotniczki. Z każdym krokiem był coraz bardziej pewny, nie było drugiej takiej kotki jak ona. W większości białej, z nielicznymi rudymi i burymi plamkami, o oliwkowych oczach. A teraz jeszcze z czymś błyszczącym na szyi, co, musiał przyznać, bardzo mu do niej pasowało - niekoniecznie przez jej wygląd, a charakter.
– Płatek...? – odezwał się cicho, głosem przerażająco wysokim; widząc kotkę zapomniał o wszystkich troskach. W głowie miał teraz wczesne księżyce, kiedy pomimo kłótni, jakie się czasami między nimi wywiązywały, zawsze byli ze sobą blisko. Nie zwrócił nawet uwagi na jej brzuch, teraz najważniejsze było dla niego to, że ją widział, że była tu obok niego.
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
Przejście z granicy do obozu i z powrotem zajmowało trochę czasu, a Różyczka nigdy nie należała do najcierpliwszych. Nerwowo tupała łapą, a jej ogon kołysał się na boki. W końcu jednak na horyzoncie pojawił się braciszek, do pewnego momentu z asystą wojownika, którego wcześniej spotkała. Ciekawe.
- Aż tak się mnie boisz, że potrzebujesz obstawy? - parsknęła, w pewien sposób przełamując lody. Tęskniła za Krwawnikiem, w pewnym stopniu i cieszyła się że go widzi. Poczuła swego rodzaju ulgę, bo dalej był w klanie, pamiętał ją i mógł jej pomóc. Z tym wszystkim.
Wyjrzała za jego bok, chcąc upewnić się, że nikt ich nie będzie podsłuchiwał.
- Mam problem, Krwawnik. Zacznijmy od tego że porwali mnie dwunodzy i nie bardzo mogłam wrócić, dlatego mnie nie było. - wytłumaczyła pokrótce, choć nie do końca zgodnie z prawdą, bo po klanowych terenach łaziła kilkukrotnie, celowo unikając wichru. Nie miało to jednak teraz znaczenia. - Życie z nimi nie było takie złe, tym bardziej że jak tu byłam to był problem z jedzeniem, a tam go miałam pod dostatkiem, ale chciałam wrócić, wiesz? Tylko nie miałam jak za bardzo. Tak się sprawy potoczyły, że mam wpadkę. Nie wiem kto jest ojcem, a jak ludzie się dowiedzieli, wyrzucili mnie z domu na zbity pysk. Nie muszę wracać do klanu, nie wiem czy bym się tu odnalazła, ale chciałabym żebyś ich wziął. Nie nadaję się na matkę, nie będzie im ze mną dobrze, a mi z nimi jeszcze gorzej. U was przynajmniej się na coś przydadzą. - powiedziała prosto z mostu, a w oliwkowych oczach pojawiły się łzy. Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że ta sytuacja była dla niej ciężka, ale jak myślała co ciąża i poród zrobi z jej pięknym ciałem to chciało jej się płakać, zawsze. Jak myślała o tym, że będzie musiała zostać z nimi sama i znosić te ich płacze dopóki nie umrą z głodu albo nie podrosną... Ugh. No żyć się odechciewało.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Nie mówię nie – odpowiedział z lekkim rozbawieniem. Szybko jednak spoważniał. – Płatek, ja nie rrozmawiam z samotnikami. Inforrmacja, że jakaś samotniczka chce spotkać się ze mną i tylko ze mną była dla mnie zaskoczeniem. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że to możesz być ty. Widzieliśmy się tak dawno… Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. Barrdzo za tobą tęskniłem.
Może wzięcie ze sobą Klekoczącego Bociana nie było konieczne, ale w tamtej chwili rozsądne. W momencie, w którym Różyczka wyjrzała za jego bok, Krwawnik się odwrócił i skinął wojownikowi głową w niemym potwierdzeniu, że nie potrzebuje pomocy. Następnie wysłuchał przybranej siostry, na informację o porwaniu wzdychając i kręcąc głową na boki. Cholerni dwunodzy. Najbardziej poruszyły go jednak słowa o wpadce, przez które ponownie uniósł spojrzenie, najpierw taksując spojrzeniem widocznie zaokrąglony brzuch kocicy, a następnie spoglądając jej w oczy. Z każdym słowem było coraz gorzej. Podrzucić im? A co z nią?
– A co z tobą? Nie chcesz wrrócić do klanu? – spytał z przejęciem. – Czeka cię jeszcze porród, jak sobie porradzisz? Choćbym chciał, nie mógłbym ciągle przy tobie być – mówił z troską, nie chcąc nawet myśleć o zostawieniu jej samej w takiej sytuacji. Ale nie mógł stawiać jej nad cały klan, nie mógł, mimo że była jego siostrą. – Poza tym, Płatek… Prroszę, powiedz mi, że ty tego chciałaś. Nikt nie zrrobił ci krzywdy? – spytał o coś, co było dla niego najważniejsze. Wiedział, jakim kotem była Róża, ale mimo wszystko… martwił się o nią. Mogła mówić o „wpadce”, ale kto wie, ile było w tym prawdy?
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- No dobra, dobra, wyluzuj. Czaję o co chodzi. Na szczęście to tylko ja, twoja ulubiona starsza siostra, łiiiii. - rozluźniła atmosferę, bo zrobiło się trochę za poważnie. No wiadomo że to raczej niecodzienna sytuacja, a i też tyle jej nie było, że Krwawnik miał prawo nawet nie pomyśleć o tym, że to mogła być ona. Nie było jej, no plus minus pół życia. Na szczęście to tylko ona, nikt go nie śledzi i nie przyszedł mu grozić. Jeszcze.
- Nie wiem jak sobie poradzę Krwawnik, nie chcę sobie z tym w ogóle radzić. Ja nie wiem czy się nadaję do waszego klanowego życia. Urodziłam się po to, żeby onieśmielać swoją urodą, nie po to żeby patrolować i polować. Patrole w sumie bym nawet przeżyła, ale te polowania, to wszystko... Ja nie wiem co mam robić. - załkała. Może z litości Krwawnik mógłby ją zwolnić z niektórych obowiązków? Mogłaby sobie wtedy patrolować i poznawać przystojniaków w innych klanach a ktoś inny zajmowałby się wtedy jej smarkami? Może mogłaby wojownikować, ale bez polowań i brudzenia sobie futerka? No bo jak wszyscy polują, to może ona by nie musiała? Zawsze mogła też udawać, że wychodzi na polowania i wkręcać, że po prostu nie miała szczęścia... W sumie było to jakieś rozwiązanie. Może byłaby w stanie, tak jak za dawnych czasów, udawać że wywiązuje się ze swoich obowiązków dla świętego spokoju? Ughhh... ale czy nie po to uciekła z klanu?
- Nie, nie, nikt mnie nie zmuszał, o to się nie martw. Myślałam że jestem bezpłodna, byłam pewna że nic się nie stanie, bo nigdy się nie stało. Weterynarz mówił, że ma być ósemka. To strasznie dużo, prawda?
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– ...wiem – powiedział ze zrezygnowaniem, westchnąwszy. Znał ją przecież, wiedział, że ona i obowiązki się nie kleiły. Również nie przychodził mu żaden złoty środek do głowy. Mogłaby zostać matką, nie musiałaby patrolować i polować, ale… chyba oczywiste, że to także był słaby pomysł, biorąc pod uwagę jej poprzednie słowa o jej jeszcze nienarodzonych kociętach. Chyba dostałaby szału w kociarni. Medyka przecież by z niej nie zrobił, a starszyzna… niby koty przechodziły tam wcześniej w niektórych przypadkach, a jej wiek nie byłby akurat przeszkodą, ale przecież nic jej nie było, więc z jakiej racji przywódczyni miałaby wyrazić na to zgodę? A on… choć chciał dla siostry jak najlepiej, nie byłby w stanie skłamać na temat jej zdrowia, żeby zdjąć ją z obowiązków, które tak naprawdę bez problemu mogłaby wykonywać. Nie miał pomysłu. – Ale... ja chciałbym, żebyś była bezpieczna. Szczególnie terraz. Jesteś w ciąży, czeka cię porród, jest to wyczerrpujące. Będziesz wtedy bezbrronna, przez jakiś czas musisz być z kociętami. To nie jest takie prroste. – Skulił po sobie uszy. – Prroszę, przemyśl to. Jak wrrócisz do klanu, to i tak przez jakiś czas będziesz zwolniona z obowiązków przez swój stan. Ja ci we wszystkim pomogę, zrrobię ci miejsce w lecznicy, pomogę ci wychować kocięta. – Uwierz mi, nie będzie to pierwszy raz. – A potem… potem zdecydujesz. – Nie czuł się dobrze z tymi słowami, był przeciwny darmozjadom, ale miał nadzieję, że kotka jeszcze zmieni zdanie. – Obowiązki nie są złe, mogę ci zawsze pomóc się wdrrożyć. I to też nie prroblem, żebyś nie trrenowała terrminatorrów.
Odetchnął z ulgą, że nikt jej nie skrzywdził. Ósemka to rzeczywiście spora liczba, maksymalna wręcz i nawet poczuł falę radości. Teraz rzeczywiście miał być wujkiem, a nie bratem. Tylko że jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
– Kto?
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- Nie mogę ich urodzić i komuś oddać? Tak od razu? Ja nawet nie wiem jak się mam nimi zająć. - powiedziała zrozpaczona. Była święcie przekonana że jak tylko je wypluje spod ogona, to będzie mogła je wcisnąć do Wichru i uciec w siną dal, a tu się okazuje, że to nie takie proste, bo będzie musiała dać się doić jak jakaś krowa przez nie wiadomo ile i poświęcać im uwagę. To było okropne, paskudne, niewyobrażalne. Straszne, po prostu straszne.
- Może... warto spróbować. Może nie będzie tak źle. Ale ja prowadziłam specyficzny tryb życia. Nawet jeśli będę wykonywać obowiązki - czego robić oczywiście nie zamierzała - co jeśli klan tego nie zaakceptuje? Że się widuję z samotnikami. Bo tego potrzebuję. - zapytała. Udawanie że wykonuje obowiązki to pikuś. Gorzej jakby klan faktycznie miał do niej pretensje o to że oddaje się rozpuście z kim tylko zapragnie, ale nie potrafiła inaczej. Potrzebowała tego i jeśli nie dostawała tego, czego chce przez dłuższy czas, odbijało jej. Była trochę uzależniona. - Nie wiem co mam robić, Krwawnik. Co powinnam zrobić. Boję się tego wszystkiego. - dalej płakała, bojąc się absolutnie nie tego, czego można się spodziewać. Nie bała się o to czy będzie dobrą matką, czy sobie poradzi. Bała się tego jak będzie potem wyglądać i czy ktoś ją jeszcze zechce. Ale o tym wiedziała tylko ona i mało prawdopodobnym jest, by ktoś się domyślił jak paskudna potrafi być. Nie pokazywała tego po sobie aż tak.
- Yyyy.... obrzynacz. Tak chyba na to się u was mówiło? To taki Medyk tylko ze jest dwunogiem i nie używa ziół. Ale też leczy. Ma trochę więcej możliwości. - wytłumaczyła, zdając sobie sprawę że takich określeń może być więcej. Ona już miała przeżarty mózg tą osiedlową gadką, używała tych określeń instynktownie, zapominając że w lesie tego nie znają. Ups.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Powiedziałem, że ci pomogę. Czy ty… naprrawdę ich nie chcesz? To twoje kocięta, z twojej krrwi. – Położył po sobie uszy, spojrzał na dół, na swoje łapy. Odetchnął głęboko. – W klanie ostatnio okociła się jedna kocica, Ciepła Mżawka. Myślę, że nie miałaby prroblemu, żeby je wykarrmić, ale… przetrransporrtowanie ich stąd, z grranicy, do samego obozu… to mogłoby być ciężkie, dla nich trragiczne. Tutaj czy tam – myślę, że powinnaś się nimi zająć, przynajmniej przez jakiś czas.
Zresztą, nie mogła być taką złą matką, prawda? Miała idealny przykład jak nie zajmować się kociętami, a to wszystko dzięki swojej własnej rodzicielce. Głośno nie zaryzykowałby takich śmiałych słów, ale tak podświadomie sądził.
– Przyjaźnie pozaklanowe nie są przecież zabrronione. Sama przywódczyni ma kocięta z samotnikiem. Jeśli nie działałabyś na szkodę klanu, nikomu nic do tego, z kim się spotykasz w wolnym czasie – odparł z powagą. – Ja… nie będę cię do niczego zmuszał, a kocięta oczywiście wezmę. Ale nawet nie wiesz, jak się cieszę, widząc cię terraz, a cieszyłbym się jeszcze barrdziej, gdybyśmy byli znowu rrazem. – Zwłaszcza teraz i nawet nie wiesz, jak bardzo. – Ale to twoja decyzja, mimo wszystko. Nie chcę, żebyś rrobiła cokolwiek wbrrew sobie. Wiedz, że niezależnie od twojej decyzji, to ja ci pomogę. Nie zostawię cię z tym samej. W klanie… byłoby po prrostu łatwiej.
Obrzynacz? Takiej nazwy chyba też nie kojarzył. Tłumaczenie, że to był taki medyk, tylko że nie koci, było już bardziej jasne. To z tymi ziołami było również ciekawe – czego w takim razie używał? Dwunogi nie przestawały go zaskakiwać. Kiwnął jedynie głową, nie czując aż takiego zainteresowania tym tematem, żeby dopytywać.
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- Nie chcę. To był wypadek i gdybym wiedziała wcześniej, zrobiłabym coś żeby ich nie było. Bo tak byłoby lepiej i dla mnie i dla nich. Nie wiem, czy będę w stanie je pokochać. Będę gorszą matką niż wiesz kto. - przyznała. Nie chciała ich, nigdy sobie nawet nie wyobrażała uniwersum, w którym mogłoby do tego dojść i wiedziała, że byłaby gorsza niż Zaśnieżona Ścieżka we własnej osobie. Wiedziała, że to był wypadek i nie chciała tych kociąt. Nie będzie w stanie ich wychować.
- Nie chcę dokładać ci problemu, Krwawnik. Zostawię je, pójdę i jakaś matka się nimi zajmie. Jeśli zostanę w klanie, będę potrzebowała twojej pomocy z tym wszystkim. Na pewno jest ci ciężko odkąd tej starej prukwy już nie ma, nie wiem czy kogoś trenujesz... Komu jak komu, ale tobie akurat nie chcę, heh, ciążyć. - powiedziała. Była przekonana, że Lśniącej Sadzawki już nie ma i to Krwawnik jest głównym klanowym Medykiem. Kocica była już stara za ich młodu, jaka była szansa, że dalej będzie żyła?
Dołączenie do klanu również wydawało się kuszące, ale ze wszystkich kotów na świecie, akurat na Krwawniku naprawdę jej zależało i nie chciała mu robić problemu, ale wiedziała, że prawdopodobnie zrzuciłaby mu na głowę dosłownie wszystko poza karmieniem, bo tego akurat on robić nie mógł. Nie chciała mu tego robić. Wiedziała, że ma łapy pełne roboty.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Nie będziesz. Wiesz już, czego jako matka nie rrobić, a to już sprrawia, że jesteś lepsza – zaraz się sprzeciwił. – Ale… dobrze. Nie będziesz musiała się nimi zajmować, po prrostu wykarrm je, przynajmniej przez chwilę, a ja zadbam o całą rresztę. – A przez zadbam o całą resztę miał na myśli zajęcie się nimi, bo choć Płatek miała myślenie jakie miała, to nie zamierzał przed nimi ukrywać, że jest ich matką, a zatem nie zamierzał oddawać ich pod całkowitą opiekę Ciepłej Mżawki, nie mógł pozwolić, żeby one, podobnie jak kiedyś on, dorastały w przeświadczeniu, że ich matką jest inna kocica; w kłamstwie. Chciał być dla nich dobrym wujkiem, a skoro nie Płatek, to on chciał się nimi zająć. Jako ich rodzina. Przybrana, ale to nie znaczyło, że nie prawdziwa sercem.
– To moi siostrzeńcy. Oni nie będą dla mnie prroblemem. Ja chcę ci pomóc. A skorro zwrróciłaś się z tym do mnie, to też pewnie na to liczysz. Płatek, to nie będzie prroste, oczywiście że nie. Ale jest to moja świadoma decyzja i skorro chcę ci pomóc, to prroszę, przyjmij tę pomoc. Ani ty, ani twoje kocięta nie będziecie dla mnie ciężarrem. Jeśli tylko to powstrzymuje cię przed powrrotem, to nawet się nie zastanawiaj, bo dla mnie nigdy nie będziesz ciężarrem.
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- Co z tego że wiem skoro teraz jak o tym myślę, to nie mam najmniejszej ochoty poświęcać im uwagi? Nie kocham ich, nie chcę. I nie czuję nic z myślą, że będą mnie nienawidzić. Tylko im współczuję. Nie dam rady tego zmienić. Swojej natury i uczuć. Ale wiem jak to jest, dlatego chciałabym, żeby miały przy sobie kogoś, komu będzie na nich zależeć. - Nie była w stanie zmienić tego, że ich nie chce, że ich nie kocha i że zawsze będzie je uważała za ciężar. Że żałować będzie tego, że w ogóle powstały. Nikt na to nie zasłużył, wiedziała o tym doskonale, dlatego chciała znaleźć im w zamian kogoś kochającego, a pomimo swojego kija w tyłku, wiedziała że Krwawnik kimś takim był. Sam też nie mógł mieć swoich dzieci, przynajmniej według jej przestarzałych informacji, więc pewnie fajnie mu będzie mieć takie trochę swoje. W końcu wychowywanie takich pełzaków to sama frajda!!
- To bardzo wiele dla mnie znaczy, braciszku. Ja nie byłabym w stanie zrobić tego samego dla ciebie, ale ty zawsze byłeś tym bardziej odpowiedzialnym. Zawsze sprzątałeś jak nabroiłam. - powiedziała łamiącym się głosem i przytuliła się mocno do przybranego brata. - Chciałabym... spróbować wrócić. Ale wiem, że będziesz musiał to przegadać z przywódcą. Ktokolwiek nim jest. Spotkajmy się tu za... trzy dni? Tyle wystarczy? - zaproponowała, przystając na propozycję powrotu. Nie wiedziała czy da radę, czy powrót do klanu jest dobrym pomysłem, ale chciała być przy Krwawniku. Chciała go mieć przy sobie, bo za nim naprawdę tęskniła, a oprócz tego potrzebowała go bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Przestała się przytulać.
- Nie patrz teraz na mnie bo jestem paskudna jak płaczę. - poprosiła, ocierając łzy. - Co się przez ten czas zmieniło? Co u ciebie? - zapytała, bo skoro już tu była to mogli chyba chwilkę porozmawiać o przyziemnych sprawach, prawda?
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Dobrze. Rrozumiem to. – Wcale nie. Ale próbuję. Mógł za to szczerze obiecać, że jemu na nich będzie zależeć. Że nie pozwoli im czuć się tak, jak czuł się on i Płatek, gdy byli kociętami – gdy Zaśnieżona Ścieżka się nimi nie opiekowała. Że będą miały beztroskie, udane dzieciństwo. To mógł obiecać.
– Mogłaś to sobie darrować – odpowiedział na słowa, że ona nie zrobiłaby dla niego tego samego. Ale w jego głosie nie było wyrzutu, raczej rozbawienie…? Radość z tego, że ją widział i że znów będą razem. Nawet lekko się uśmiechnął, odwzajemniając jej uścisk. – Jeden wystarrczy – zaoponował krótko. Co więcej, równie dobrze mógłby to załatwić jeszcze tego samego dnia. Wiedział jednak, że musiał podejść do tej rozmowy na trzeźwo, nie pod wpływem szczęścia, jakim teraz emanował po zobaczeniu siostry. Pamiętał jej reputację przed zniknięciem z klanu, a Lawendowa Gwiazda pewnie tym bardziej. Musiał odpowiednio do tego podejść. – Nie mogę cię zostawić samej na tak długo, nie w twoim obecnym stanie. – To powiedziawszy, nadal przytulając się do kotki, zerknął na jej brzuch. Nie wyglądało na to, żeby miała rodzić lada chwila, ale nie był to również początek ciąży. Należało trzymać łapę na pulsie.
– Cóż, biorrąc pod uwagę, że nie widzieliśmy się z dwa obiegi pórr… Nie tak dużo. Klanowi nadal przewodzi Lawendowa Gwiazda. Chyba że pytasz o mnie. Wtedy nieco więcej – dodał z westchnięciem. – Z tych ciekawszych rzeczy to mogę ci powiedzieć, że twoje kocięta będą pod najlepszą opieką. Nabrrałem już trrochę doświadczenia, pomagałem już w opiece nad jednym miotem.
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- Ale wiesz że bym ci pomogła! Tylko nie w taki sposób. Nie mogłam wziąć twoich dzieci, gdybyś jakieś kiedyś miał. - zaśmiała się, ocierając kolejną łezkę spływającą po białym policzku. Też by mu pomogła, oczywiście że tak, nie zostawiłaby brata w potrzebie! Tylko nie potrafiłaby zaryzykować swoim własnym komfortem, bo w dalszym ciągu była egoistką. ALE pomogłaby mu znaleźć rozwiązanie problemu. Spróbowałaby!
- Nie jestem... w nie wiadomo jakim stanie, też nie przesadzaj. Ale przyjdę jutro, jeszcze zanim słońce zajdzie, dobra? - wolała doprecyzować porę, żeby potem nie było przypału, że któreś z nich czeka na to drugie cały dzień. Trzeba szanować swój czas, prawda?
Otworzyła pysk w niedowierzaniu.
- Seeeeerio? Ja myślałam że ona już gryzie piach, tak jak twoja mistrzyni. Przecież ona widziała na własne oczy jak te wasze cztery dęby dopiero wyrastają z ziemi. Ale jaja. - nie mogła powstrzymać się od takiego komentarza, bo wieść o tym, że klanowa trójka w sumie niewiele się zmieniła była dość szokująca. - Lubisz się bawić w tatę, co? - podgryzła trochę brata, szturchając go w bark. Ciekawe, ciekawe.