Mistrz: Tylko jam swym panem Płeć: kocur Matka: Black Pearl Simmonis Ojciec: William de Levant
Markiz, jako dumny przedstawiciel rasy kotów burmskich, posiada typowe dla nich krótkie czekoladowe futro z ciemniejszą maską, łapami i ogonem. Kocur nie należy do najwyższych, ale nie jest też szczególnie niski jak na swój wiek. Zważając na jego bierny styl życia, nie dziwnym jest, że miast masy mięśniowej, dostrzega się u niego głównie sporą warstwę tłuszczu.
Niebieskie oczy osadzone w okrągłym pysku brzmią jak obraz przyjazny dla oka, prawda? Jest tak tylko na papierze. Kto go spotkał, ten zrazu dostrzeże swoistą obojętność wobec wszystkich innych, bijącą ze ze wzroku kocura, a przynajmniej na takową wyglądającą.
[...]
Po długiej chorobie, Markiz schudł. Nie było to w znaczącym stopniu, ale z pewnością zauważalne. Od stałego przesiadywania w lecznicy widać też po nim słabszą formę, nawet jeśli jego kondycja nie była najlepsza już z początku. Ma też stale zachrypnięty głos, który na zawsze będzie mu przypominać o dawnej chorobie.
Znając jedynie dostatek domu dwunogów, Markizowi trudno dostosować się do warunków życia w lesie. Jest arogancki i uparty, twierdzi, że wszystko mu się należy, a obowiązkiem innych jest mu to zapewnić. Jest kotem dumnym, nie pozwoli sobie grać na kompetencjach. Z tego samego powodu chce też udowodnić, że jest w stanie zostać równie dobrym wojownikiem co klanowicze urodzeni w lesie.
[...]
Zważając na fakt, że kocur większość czasu spędzał samemu, z pewnymi wyjątkami, charakter Markiza nie zmienił się znacząco. Stał się jednak nieco pokorniejszy. Zrozumiał też dlatego, że nie będą w klanie spełniane wszystkie jego zachcianki. Pozostał jednak nadal dumny, i nie pozwoli innym go poniżać ze względu na pochodzenie.
Piaskowy Podmuch (KG)
Kocur skinął łbem na znak zgody i akceptuję mruknął, na tyle głośno by tamten usłyszał, "Powodzenia". Potem odszedł nieco dalej, tak, by faktycznie nie przeszkadzać Wiewiórczemu Ogonowi, który à propos faktycznie był tym, o którym mówiła Ryk i rozpoczął poszukiwanie zwierzyny.
Przypadł do ziemi uginając łapy, choć nie na tyle, by szurać brzuchem po podłożu. Kroczył pod wiatr, miękko, przenosząc ciężar na tylne łapy. Ogon i brzuch stale trzymał na równi z grzbietem.
Był w pełni świadom swojego otoczenia, unikał wszystkich przeszkód i śmieci, a wypatrywał zwierzyny i zagrożenia. Przy czym orzeczenie jest w tym przypadku o tyle mylące, że wykorzystywał do tego oczywiście nie tylko wzrok, ale i węch oraz słuch.
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Wiatr lekko poruszał pobliskimi kępami traw, ale to było chyba najciekawsze zjawisko, jakie Wiewiórczy Ogon był w stanie zarejestrować przez dość długą chwilę. Wojownik poruszał się w ciszy, a wokół nie było żadnych interesujących śladów… do czasu. Wreszcie wpadł na słaby zapach. Ciężko mu było sprecyzować, z czym dokładnie ma do czynienia, jednak był to najprawdopodobniej jakiś gryzoń, a przynajmniej tak podpowiadała jego woń. Tyle tylko, że Wiewiór nic szczególnego nie widział, ani też nie słyszał w okolicy, jakby mimo wszystko był za daleko od źródła tego zapachu.
Tymczasem Słodki Język wyruszył w nieco inną stronę, jednak, podobnie jak rudy wojownik kawałek dalej, nie mógł nic znaleźć, przynajmniej z początku. Nie ma co się zresztą temu dziwić; w końcu kocury przed chwilą jeszcze ze sobą rozmawiały, co mogła słyszeć okoliczna zwierzyna. Do jego nozdrzy po paru chwilach doleciał zapach Klanu Wichru, jednak to tylko mocniejszy powiew wiatru zawiał w jego stronę woń z granicy, a przynajmniej tak się wydawało. Nagle coś się poruszyło w krzewach kawałek dalej…
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Wiewiór niedługo po rozpoczęciu polowania coś wyczuł. Zapach był bardzo słaby, dlatego też rudzielec nie był w stanie sprecyzować do jakiego zwierzęcia on należy, poza tym, że jest to gryzoń. Wojownik poza tym nic nie widział i nie słyszał. Upewnił się, że idzie pod wiatr i poprawił pozycję łowiecką. Cały czas miał zgięte łapy, a ciężar ciała spoczywał na tylnych kończynach. Głowę, ogon i brzuch miał prawie leży ziemi. Oddech miał spłycony. Kiedy wszystko było jak należy, powoli ruszył w kierunku, z którego dochodził zapach. Uważał oczywiście na podłoże, żeby w coś nie nadepnąć i poruszał się bezszelestnie. Nie chciał w końcu wystraszyć potencjalnej ofiary, do której się zbliżał z każdym krokiem.
Mistrz: Tylko jam swym panem Płeć: kocur Matka: Black Pearl Simmonis Ojciec: William de Levant
Markiz, jako dumny przedstawiciel rasy kotów burmskich, posiada typowe dla nich krótkie czekoladowe futro z ciemniejszą maską, łapami i ogonem. Kocur nie należy do najwyższych, ale nie jest też szczególnie niski jak na swój wiek. Zważając na jego bierny styl życia, nie dziwnym jest, że miast masy mięśniowej, dostrzega się u niego głównie sporą warstwę tłuszczu.
Niebieskie oczy osadzone w okrągłym pysku brzmią jak obraz przyjazny dla oka, prawda? Jest tak tylko na papierze. Kto go spotkał, ten zrazu dostrzeże swoistą obojętność wobec wszystkich innych, bijącą ze ze wzroku kocura, a przynajmniej na takową wyglądającą.
[...]
Po długiej chorobie, Markiz schudł. Nie było to w znaczącym stopniu, ale z pewnością zauważalne. Od stałego przesiadywania w lecznicy widać też po nim słabszą formę, nawet jeśli jego kondycja nie była najlepsza już z początku. Ma też stale zachrypnięty głos, który na zawsze będzie mu przypominać o dawnej chorobie.
Znając jedynie dostatek domu dwunogów, Markizowi trudno dostosować się do warunków życia w lesie. Jest arogancki i uparty, twierdzi, że wszystko mu się należy, a obowiązkiem innych jest mu to zapewnić. Jest kotem dumnym, nie pozwoli sobie grać na kompetencjach. Z tego samego powodu chce też udowodnić, że jest w stanie zostać równie dobrym wojownikiem co klanowicze urodzeni w lesie.
[...]
Zważając na fakt, że kocur większość czasu spędzał samemu, z pewnymi wyjątkami, charakter Markiza nie zmienił się znacząco. Stał się jednak nieco pokorniejszy. Zrozumiał też dlatego, że nie będą w klanie spełniane wszystkie jego zachcianki. Pozostał jednak nadal dumny, i nie pozwoli innym go poniżać ze względu na pochodzenie.
Piaskowy Podmuch (KG)
Kocur kroczył przed się, nic nie mogąc znaleźć, wyczuwszy woń Wichrzaków, nieco bardziej się skupiał na tym, by przypadkiem nie przejść na drugą stronę, gdyby nazbyt się zbliżył. W końcu jednak los chyba się doń uśmiechnął. Coś dalej w krzewach zaczęło się poruszać.
Markiz ugiął łapy i przypadł do ziemi, dbając jednak, by nie szurać po niej brzuchem. Powoli, miarowo kroczył na miękkich łapach pod wiatr, głowę i ogon trzymając na równi z grzbietem. Spłycił oddech, by utrudnić wyczucie go. Po drodze unikał wszelkich śmieci i przeszkód, które mogłyby ujawnić jego pozycję. Ciężar ciała utrzymywał na tylnych łapach, by skradać się jeszcze lżej i w każdej chwili być gotowym do skoku.
Starał się niezauważenie podejść jak najbliżej do, miejmy nadzieję, ofiary, by rozpoznać co to jest i móc lepiej dostosować metodę łowiecką adekwatnie do typu zwierzyny.
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Wiewiórczy Ogon skradał się praktycznie bezszelestnie do źródła zapachu. Trwało to jednak dość długo, nim w końcu zobaczył niewielką badylarkę, czyszczącą sobie pyszczek i siedzącą na podłożu, pomiędzy dwiema wyższymi kępami trawy. Zwierzątko wydawało się nieporuszone obecnością polującego na nie drapieżnika, zresztą – wciąż znajdowało się parę lisich długości dalej.
Mianowany niedawno wojownik skradał się najciszej, jak potrafił, do krzewów, w których usłyszał jakiś szelest. Gdy jednak podszedł bliżej, okazało się, że nie ma tam zwierzyny, na którą mógłby zapolować jakikolwiek kot. Znalazł się za to… mały jelonek, rozkosznie zwinięty i zapewne oczekujący na powrót swojej matki. Był bardzo młody, z białymi plamkami na grzbiecie i patykowatymi nogami. Nie stanowił zagrożenia, ale jednocześnie zapewne nie był czymś, czego spodziewał się Słodki Język.
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
I opłacało się skradać. Wiewiór zobaczył źródło zapachu szybciej niż by się mógł spodziewać. Była to badylarka. Niby mały gryzoń, ale zawsze coś. Ktoś się tym pożywi. Rudzielec więc nie tracił czasu i zamierzał ją złapać.
Upewnił się, że cały czas idzie pod wiatr, także nie było najmniejszych szans, żeby gryzoń go wyczuł. Syn Świerkowej Igły pilnował tego nieustannie. Spłycił także oddech i poprawił pozycję. Łapy miał zgięte, a ciężar spoczywał na tylnych łapach. Głowa, brzuch i ogon były prawie przy ziemi, jednak jej nie dotykając. Wojownik poruszał się bezszelestnie do przodu, uważając na podłoże, żeby na coś nie nadepnąć. Kiedy był już wystarczająco blisko ofiary, rzucil się na nią, z zamiarem zabicia, najlepiej poprzez kłapnięcie zębów, ale ostatecznie może wyjść inaczej. Na przykład ją zgniecie, albo coś.
Mistrz: Tylko jam swym panem Płeć: kocur Matka: Black Pearl Simmonis Ojciec: William de Levant
Markiz, jako dumny przedstawiciel rasy kotów burmskich, posiada typowe dla nich krótkie czekoladowe futro z ciemniejszą maską, łapami i ogonem. Kocur nie należy do najwyższych, ale nie jest też szczególnie niski jak na swój wiek. Zważając na jego bierny styl życia, nie dziwnym jest, że miast masy mięśniowej, dostrzega się u niego głównie sporą warstwę tłuszczu.
Niebieskie oczy osadzone w okrągłym pysku brzmią jak obraz przyjazny dla oka, prawda? Jest tak tylko na papierze. Kto go spotkał, ten zrazu dostrzeże swoistą obojętność wobec wszystkich innych, bijącą ze ze wzroku kocura, a przynajmniej na takową wyglądającą.
[...]
Po długiej chorobie, Markiz schudł. Nie było to w znaczącym stopniu, ale z pewnością zauważalne. Od stałego przesiadywania w lecznicy widać też po nim słabszą formę, nawet jeśli jego kondycja nie była najlepsza już z początku. Ma też stale zachrypnięty głos, który na zawsze będzie mu przypominać o dawnej chorobie.
Znając jedynie dostatek domu dwunogów, Markizowi trudno dostosować się do warunków życia w lesie. Jest arogancki i uparty, twierdzi, że wszystko mu się należy, a obowiązkiem innych jest mu to zapewnić. Jest kotem dumnym, nie pozwoli sobie grać na kompetencjach. Z tego samego powodu chce też udowodnić, że jest w stanie zostać równie dobrym wojownikiem co klanowicze urodzeni w lesie.
[...]
Zważając na fakt, że kocur większość czasu spędzał samemu, z pewnymi wyjątkami, charakter Markiza nie zmienił się znacząco. Stał się jednak nieco pokorniejszy. Zrozumiał też dlatego, że nie będą w klanie spełniane wszystkie jego zachcianki. Pozostał jednak nadal dumny, i nie pozwoli innym go poniżać ze względu na pochodzenie.
Piaskowy Podmuch (KG)
... Jeleń? Ups. Co prawda przez umysł kocura przeszła myśl, by mimo wszystko zapolować na młode zwierzę, ale uznał, że nie byłoby to posunięciem mądrym. Gdzie młode tam i matka, a z nią na pewno mogłoby być ciężko.
Kocur zostawił jelonka w spokoju, a następnie na miękkich ugiętych łapach zaczął skradać się pod wiatr. Ogon, brzuch i głowę trzymał przy ziemi, zarazem niczym nie szurając, w czasie gdy ciężar ciała przenosił na tylne łapy. Krocząc powoli, kocur unikał wszystkiego, co mogło okazać się głośne, by nie spłoszyć zwierzyny nim zdążyłby ją nawet dostrzec, co też ciągle starał się uczynić. Był jednak zarazem skupiony na dostrzeżeniu ewentualnego zagrożenia, jeśli takowe się pojawi.
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Badylarka, zwierzątko nadzwyczaj czujne i wyczulone na odgłos kocich kroków, nie zdołała zorientować się mimo wszystko, że ktoś na nią czyha. Zdawała się wręcz beztroska i błogo nieświadoma jakiegokolwiek zagrożenia. Wiewiórczy Ogon podszedł do niej bez większych problemów, gdy wciąż myła sobie mordkę, i przygniótł ją do ziemi, po czym sprawnie pozbawił życia. Okrutne? Pewnie tak. Ale skuteczne i napełniające brzuchy cienistych kotów.
Jelonek spał dalej, nieporuszony wpatrującym się w niego mniejszym zwierzęciem, a Słodki Język, zapewne słusznie, postanowił się wycofać. Był to tym bardziej dobry pomysł, że do jego uszu zaczęły dopływać odgłosy trzaskających gałązek, szeleszczących delikatnie liści, słowem – kroków zbliżającej się matki młodego kopytnego. Po wyruszeniu na dalsze poszukiwania nie było jednak zbyt kolorowo. Szczerze powiedziawszy, brązowo-czarny kocur nie był w stanie nic znaleźć. Żadnych świeżych tropów, śladów, zapachów… nic.
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Złapanie badylarki nie było dla Wiewióra niemalże żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że gryzoń okazał się być wyjątkowo nieuważany i kocura nawet nie zauważył. Nie tracąc czasu, rudzielec zakopał swoją zdobycz i ruszył dalej na polowanie. Pociekła mu trochę ślinka, ale wiedział, że nie może jeść, dopóki nie wykarmi klanu.
Udał się więc pod wiatr, na dalsze poszukiwania zwierzyny. Zgiął łapy, a ciężar ciała przeniósł na tylne. Głowę, ogon i brzuch miał prawie przy ziemi, jednak jej nie dotykał. Spłycił również oddech. Następnie ruszył do przodu, bezszelestnie i delikatnie stawiając każdy krok, uważając przy tym na podłoże. Nie chciał przecież wdepnąć w coś, co byłoby w stanie spłoszyć zwierzynę.
Mistrz: Tylko jam swym panem Płeć: kocur Matka: Black Pearl Simmonis Ojciec: William de Levant
Markiz, jako dumny przedstawiciel rasy kotów burmskich, posiada typowe dla nich krótkie czekoladowe futro z ciemniejszą maską, łapami i ogonem. Kocur nie należy do najwyższych, ale nie jest też szczególnie niski jak na swój wiek. Zważając na jego bierny styl życia, nie dziwnym jest, że miast masy mięśniowej, dostrzega się u niego głównie sporą warstwę tłuszczu.
Niebieskie oczy osadzone w okrągłym pysku brzmią jak obraz przyjazny dla oka, prawda? Jest tak tylko na papierze. Kto go spotkał, ten zrazu dostrzeże swoistą obojętność wobec wszystkich innych, bijącą ze ze wzroku kocura, a przynajmniej na takową wyglądającą.
[...]
Po długiej chorobie, Markiz schudł. Nie było to w znaczącym stopniu, ale z pewnością zauważalne. Od stałego przesiadywania w lecznicy widać też po nim słabszą formę, nawet jeśli jego kondycja nie była najlepsza już z początku. Ma też stale zachrypnięty głos, który na zawsze będzie mu przypominać o dawnej chorobie.
Znając jedynie dostatek domu dwunogów, Markizowi trudno dostosować się do warunków życia w lesie. Jest arogancki i uparty, twierdzi, że wszystko mu się należy, a obowiązkiem innych jest mu to zapewnić. Jest kotem dumnym, nie pozwoli sobie grać na kompetencjach. Z tego samego powodu chce też udowodnić, że jest w stanie zostać równie dobrym wojownikiem co klanowicze urodzeni w lesie.
[...]
Zważając na fakt, że kocur większość czasu spędzał samemu, z pewnymi wyjątkami, charakter Markiza nie zmienił się znacząco. Stał się jednak nieco pokorniejszy. Zrozumiał też dlatego, że nie będą w klanie spełniane wszystkie jego zachcianki. Pozostał jednak nadal dumny, i nie pozwoli innym go poniżać ze względu na pochodzenie.
Piaskowy Podmuch (KG)
No i znowu pudło. Nic a nic. Ciekawe, czy drugiemu Wojownikowi szło podobnie? Hm, tylko co poszło nie tak? Może to zbliżająca się matka jelonka odstraszyła przypadkiem zwierzynę? Nie wiedział, ale przyjął to za prawdopodobny scenariusz.
Ruszył dalej pod wiatr na zgiętych łapach, głowę, brzuch i ogon trzymając przy ziemi. Skradał się bezgłośnie, spłycając oddech i przenosząc ciężar ciała na tylne łapy. Uważał pod łapy, by na nic nie nastąpać i rozglądał się wokoło, dalej szukając zwierzyny.
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Gryzoń został nie tylko pozbawiony życia, ale i zakopany, rudy kocur zaś wyruszył dalej. Przez chwilę skradał się w nieprzerywanej niczym z wyjątkiem jego własnego ściszonego oddechu i kroków ciszy, jednak nagle coś uderzyło mocno w pień drzewa… i zaraz po tym do uszu cienistego wojownika dotarł szum i trzepot skrzydeł lądującego na ziemi ptaka. Dwie długości dalej, jak się okazywało, przysiadł dość dorodny dzięcioł. Szukał pożywienia na ziemi, jednak zachowywał przy tym sporą czujność i coraz się rozglądał na boki.
W mniej więcej tym samym czasie, co kawałek od Wiewiórczego Ogona lądował wyrośnięty dzięcioł, Słodki Język skradał się i szukał zwierzyny. Do tej pory raczej nie miał szczęścia, jednak w końcu fortuna, czy może Gwiezdny Klan, się do niego uśmiechnęła. Wojownik zauważył pośród trawy kawałek dalej zwierzę zbliżone wielkością do szczura, jednak o całkiem innym wyglądzie: gryzoń miał szare futro z jaśniejszymi prześwitami na brzuchu, duże uszy i oczy, a ogon bardzo puszysty. Zazwyczaj piszczka ta była aktywna w nocy i to na dodatek głównie pośród koron drzew, jednak ta tutaj być może zawędrowała w poszukiwaniu pożywienia?
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Wiewiór skradał się w ciszy tak długo, dopóki nie zobaczył dzięcioła lądującego na ziemi. Zobaczywszy go, oblizał się, po czym upewnił się, że idzie pod wiatr. Następnie poprawił pozycję. Upewnił się, że ciężar ciała spoczywa na tylnych łapach i że wszystkie kończyny są zgięte. Głowę, ogon i brzuch trzymał prawie przy ziemi, jednak jej nie dotykał. Następnie spłycił oddech i bezszelestnie ruszył w kierunku ptaka. Starał się być niezauważalnym i co chwila obserwował, czy ofiara nie zerka na niego. Nie mógł przecież dopuścić do sytuacji, w której ptak go zobaczy i sobie odfrunie, co to, to nie.
Kiedy był wystarczająco blisko, a zwierzę nadal go nie zauważyło i się nie spłoszyło, rzucił się na nie, celując w skrzydła, żeby uniemożliwić mu ucieczkę. Następnie wbił zęby w jego szyję, aby raz na zawsze zakończyć jego żywot.
Mistrz: Tylko jam swym panem Płeć: kocur Matka: Black Pearl Simmonis Ojciec: William de Levant
Markiz, jako dumny przedstawiciel rasy kotów burmskich, posiada typowe dla nich krótkie czekoladowe futro z ciemniejszą maską, łapami i ogonem. Kocur nie należy do najwyższych, ale nie jest też szczególnie niski jak na swój wiek. Zważając na jego bierny styl życia, nie dziwnym jest, że miast masy mięśniowej, dostrzega się u niego głównie sporą warstwę tłuszczu.
Niebieskie oczy osadzone w okrągłym pysku brzmią jak obraz przyjazny dla oka, prawda? Jest tak tylko na papierze. Kto go spotkał, ten zrazu dostrzeże swoistą obojętność wobec wszystkich innych, bijącą ze ze wzroku kocura, a przynajmniej na takową wyglądającą.
[...]
Po długiej chorobie, Markiz schudł. Nie było to w znaczącym stopniu, ale z pewnością zauważalne. Od stałego przesiadywania w lecznicy widać też po nim słabszą formę, nawet jeśli jego kondycja nie była najlepsza już z początku. Ma też stale zachrypnięty głos, który na zawsze będzie mu przypominać o dawnej chorobie.
Znając jedynie dostatek domu dwunogów, Markizowi trudno dostosować się do warunków życia w lesie. Jest arogancki i uparty, twierdzi, że wszystko mu się należy, a obowiązkiem innych jest mu to zapewnić. Jest kotem dumnym, nie pozwoli sobie grać na kompetencjach. Z tego samego powodu chce też udowodnić, że jest w stanie zostać równie dobrym wojownikiem co klanowicze urodzeni w lesie.
[...]
Zważając na fakt, że kocur większość czasu spędzał samemu, z pewnymi wyjątkami, charakter Markiza nie zmienił się znacząco. Stał się jednak nieco pokorniejszy. Zrozumiał też dlatego, że nie będą w klanie spełniane wszystkie jego zachcianki. Pozostał jednak nadal dumny, i nie pozwoli innym go poniżać ze względu na pochodzenie.
Piaskowy Podmuch (KG)
Nareszcie coś. Kocur ponownie przypadł do ziemi uginając łapy i ruszył pod wiatr. Pamiętał jednak, by nie szurać po podłożu. Przypominając sobie, na co szczególnie zwrócić uwagę, przeniósł ciężar ciała na tylne łapy i zaczął stąpać miękko i cicho. Spłycił oddech, a głowę i ogon trzymał na równi z grzbietem. Po drodze starał się chować bądź w ostateczności stawać w bezruchu gdy tylko gryzoń miał szansę go zauważyć. Unikał też wszystkich śmieci na ziemi, które mogłyby pomóc piszczkowi nakryć Wojownika.
Gdy tylko dotarł dostatecznie blisko, kocur skoczył na gryzonia z wyciągniętymi pazurami, planując od razu go wykończyć.
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Dzięcioł po chwili stracił czujność, a jako iż Wiewiór wciąż był w trakcie skradania do ptaka, to zadziałało to na jego korzyść; ptaszek nie zerknął nawet w jego stronę, co przełożyło się na to, że rudy kocur mógł podejść bardzo blisko i rzucić się na niego. Udało mu się nawet trafić w jego skrzydła i unieruchomić, a po tym… cóż, los dzięcioła był już przesądzony.
Ciekawa strategia, która bardziej przypominała taktykę polowania na ptaka, zamiast gryzonia, nie miała tu większego znaczenia. Wydawałoby się, że poza tym Słodki Język ma odpowiednią technikę, jednak być może (znowu?) miał pecha. Nagle bowiem wiatr zawiał w inną stronę, a woń znajdującego się już dośćblisko kocura dotarła do popielicy, która uniosła głowę i szeroko otworzyła oczy, patrząc prosto na niego… a następnie rzuciła się do ucieczki w inną stronę.
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Jak dotąd wszystko szło ja z płatka. Rudzielcowi udało się złapać dzięcioła bez większych problemów, tym samym mając już drugą ofiarę na swym koncie. W istocie, cieszyło go to i liczył, że będzie tak cały czas, dlatego zakopał uważnie ptaszka i polował dalej.
Upewnił się, że idzie pod wiatr i zgiął łapy. Ciężar ciała spoczywał na tylnych łapach, a głowę, ogon i brzuch trzymał prawie przy ziemi. Następnie spłycił oddech i bezszelestnie ruszył przed siebie, patrząc pod łapy żeby w coś nie wdepnąć. Nie mógł przecież przerwać dobrej passy przez taką głupotę.