Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Tak. Łabędzią Gwiazdę. – potwierdziłem mrużąc oczy. – Coś nie tak? – dopytałem, chociaż nie spodziewałem się nic poza zbywającą mnie wiadomość, tak po prawdzie. Jeśli nieznajomy miał jakiś problem z tym przywódcą to zachowa go dla siebie, a nie będzie się nim dzielić z przypadkowym kotem, który mógłby naskarżyć wspomnianemu przywódcy, gdy tylko ten się zjawi by osądzić czy Biała Łapa będzie mógł wrócić do klanu. Nie miałem świadomości, że to mogło być zdziwienie wynikające z szalonej rotacji Rzecznej władzy, akurat miałem szczęście dołączyć zaraz po ustabilizowaniu sytuacji.
Tak samo jak nie byłem świadomy, że pytanie o czas mogło być problematyczne. Zresztą – nawet nie pytałem o konkretne liczby, więc nieco się zdziwiłem gdy takie mi zostały zaserwowane. Starczyłaby mi informacja orientacyjna, czy była to długa nieobecność czy krótka, a w efekcie sam musiałem wysilić szare komórki by zrozumieć ile to było. Chyba mniej więcej nie było go w klanie tyle ile ja chodziłem po świecie? Patrząc na to ile zdążyło się zmienić w moim życiu od narodzin do teraz, mogłem optymistycznie zakładać, że i nieznajomego spotkały jakieś... atrakcje.
– To chyba całkiem... sporo? Czy nie? – zawahałem się. Może im dalej w życie tym taki okres był mniej emocjonujący i ogólnie zniknięcie na tyle czasu to było tyle co nic? Och, może pospieszyłem się z odejściem po zniknięciu matki. Szybko odgoniłem tę myśl i wróciłem do zalepiania ciszy. – Przydarzyło ci sie coś... ciekawego? Jak byłeś poza klanem, znaczy się. Albo może widziałeś coś interesującego? – miałem nadzieję, że to dość lekki temat. W końcu nie wypytywałem ani o powody zaginięcia, ani o całość, jedynie o... jakieś małe, sympatyczne rzeczy. Tak mi się wydawało. Przez moment chciałem przyznać się, że też niedawno jeszcze znajdowałem się poza klanem, ale prędko zrezygnowałem z uzewnętrzniania się.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Warczące Gardło przekazał Łabędziowi informacje o czekającej na granicy (co ciekawe, wraz z Minogową Łapą) Białej Łapie. Którą, wstyd przyznać, przywódca kojarzył raczej średnio. Nie był w stanie wiele powiedzieć na temat jej osobowości, wiedział natomiast tyle, że była córką Kwiatowej Przełęczy i powróciła w klanowe strony niedługo po swojej również zaginionej siostrze, Głośnej Łapie. Czyż to nie wspaniały zbieg okoliczności? Tak sobie myślał, przemierzając kolejne lisie długości rzecznych ziem, kierując się na Jeżynowy Zagajnik, wszak w tych okolicach rzekomo czekała dwójka kotów. I gdyby wiedział, co niosła przyszłość, i że starsza nie nacieszy się powrotem swego dziecka zbyt długo, pewnie zmierzałby na to spotkanie z goryczą na języku oraz poczuciem bolesnej niesprawiedliwości na sercu. Ale żaden z darów od przodków nie był darem przewidywania przyszłości, wobec czego szedł z niezmąconą radością z odnalezienia się jeszcze jednego Rzeczniaka.
Wkrótce dotarł na miejsce. Jako pierwsze ujrzał szylkretowe futerko syna Karasiowej Ości, następnie spojrzenie błękitnych oczu opadło na jasne futerko Białej Łapy, będące najpewniej powodem, dla którego Kosowa Gwiazda zdecydowała się nadać kotce właśnie takie imię.
— Dzień dobry — przywitał się, nie szczędząc zebranym delikatnie niezręcznego skinienia głowy. Zawsze czuł się dziwnie spotykając kota z przeszłości, który o jego awansie nie wiedział bądź dopiero się dowiadywał. Spodziewał się nieprzyjemnego zaskoczenia, jakiegoś zawodu, że przyszło mu wracać do takiego domu. Ciężko dorównać poprzedniczkom Łabędziej Gwiazdy. — Warczące Gardło przekazał mi, że tu na mnie czekacie. Biała Łapo, dobrze znów cię widzieć. Rozumiem, że chcesz powrócić do Klanu Rzeki?
No raczej nie kierowała nią chęć poplotkowania z rodziną na granicy, bo i na co byłby im potrzebny? Odchrząknął.
— Co się stało? — spytał z troską, mając rzecz jasna na myśli powody, dla których terminatorki w Klanie nie było. Nie chciał jednak sprawiać wrażenia kogoś, kto pierwsze co, to atakuje zarzutami, a wydawało mu się, że dobitne "Gdzie byłaś?" dokładnie tak by zabrzmiało. Patrzył na powracającą łagodnie, od czasu do czasu zerkając na Minogową Łapę. Kocurek od niedawna przebywał w Klanie, to dla niego nowa sytuacja i Łabędź zastanawiał się, jak się w niej odnajdywał. Gwiezdni, jak odnajdywał się w Rzece w ogóle. Nie mieli okazji porozmawiać. Jakie zdanie musiała mieć o nim Ość?
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Niebieski szynszylowy, niski i drobny kot pokryty dużą ilością bieli. Jego długie futro jest bardzo zadbane, a złociste oczy są duże i okrągłe. Na szyi widnieją trzy blizny.
fajny
Gwiezdna Łapa [KRz], Śniąca Łapa [KW]
Coś nie tak? Patrząc na to, jak krótko rządziła Kos to tak, coś nie tak. Chociaż nie pamiętał, czy Kos była wybitną przywódczynią, czy nie. Nie zapadło mu to bardzo w pamięć - Nie, chodzi tylko o to, że jak jeszcze byłem, to przywódcą była Kosowa Gwiazda i nie spodziewałem się, że tak szybko odejdzie - padła jak mucha. Spadła z rowerka. Kopnęła w kalendarz. Bo musiała nie żyć, jeśli łowcy ryb mieli nowego przywódcę.
- No chyba ta - bo gdyby tak nie patrzeć, to jednak wciąż sporo. Ponad 1/4 jego życia, zmarnowana na kiszeniu się na osiedlu. Chociaż czy jego większość życia nie polegała właśnie na tym? Na siedzeniu i gniciu gdzieś? Przecież swoje pierwsze... Dwadzieścia? Księżyców spędził na leżeniu w lecznicy. Wychodzi na to, że tylko jakieś ledwie kilkanaście księżyców spędził faktycznie należąc do klanu. Śmieszne.
- Byłem przez sporo czasu zamknięty w gnieździe dwunogów na osiedlu, więc miałem okazję ich poobserwować z bliska. Dziwne stworzenia. Podchodzą do ciebie, podnoszą na przednie łapy, często głaszczą, wydają do ciebie dziwne odgłosy, machają jakimiś dziwnymi rzeczami przed pyskiem. Ale tak to... Nie wydaje mi się - życie na osiedlu było raczej... Nadzwyczaj spokojne, jako kot domowy. Ktoś, kto nie musi się martwić o to, że jeśli sobie czegoś nie upoluje, to nie niczego nie zje, kto zawsze miał ciepły kąt do zaśnięcia. Nie musiał z nikim o nic raczej walczyć. Czy ciekawym było poznanie słownictwa którym posługują się pieszczoszki? Może. Ale nie sądził, by było to coś... Wartego do opowiadania i nawet mu to nie przyszło na myśl.
Zawilc wstał, gdy spostrzegł zbliżającego się Łabędzia, którego pamiętał jako Łabędzią Szyję, chociaż, no, nie poznał go osobiście, tylko tak z widzenia, jak większość klanu.
Nareszcie - Dzień dobry, Łabędzia Gwiazdo - skinął mu z szacunkiem głową, chociaż jeszcze nie był do końca pewien, czy Łabędź na szacunek faktycznie zasługuje. Jeszcze nie wie, jak wyglądają jego rządy. Nie wie, jak prowadzi klanem i w ogóle. Ale da mu szansę. Nie ocenia go na razie. Nawet życzył mu w tej chwili, by nie skończył swoich rządów tak szybko, jak jego poprzedniczka. Chciał się spytać, co tak właściwie się stało z Kos, ale bardziej mu zależało teraz na powrocie i spotkaniu się z matką, niż słuchaniu teraz wytłumaczeń - Tak, chcę wrócić. Ale nie jako Biała Łapa. Proszę o zmianę imienia, jeśli mogę. Mój starszy brat nazywał się Biały, a potem starsza siostra nazywała się Biała Burza i... Nie chcę być dalej tylko kolejną Bielą z rodzeństwa. Mam nadzieję, że rozumiesz - może i Kos miała jakiś genialny pomysł na super wojownicze imię i w ogóle, ale myśl o byciu trzecią Bielą z rodzeństwa? Okropna. Kłująca. Tak bardzo gryząca. Czuł się porównywany w taki sposób do zaginionej wojowniczki. Siostry, której nawet nie poznał. On nigdy nią nie będzie. I nie miał zamiaru nią być. Ani nie miał zamiaru też nosić podobnego do niej imienia. Chce imię, które faktycznie będzie czuł, że jest jego.
- Złapali mnie dwunodzy, zabrali do potwora, potem do jakiegoś dziwnego miejsca, a potem na osiedle. Przez kilka księżyców siedziałem zamknięty w ich gnieździe, a gdy mogłem je opuszczać, dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie jestem wcale tak daleko od terenów klanów i postanowiłem wrócić - wytłumaczył oczywiście wszystko tak, by ktoś, kto nie zna osiedlowego słownictwa od razu zrozumiał. Zero ludzi, samochodów i tym podobnych. I liczyło się, że nie postanowił jednak zostać na osiedlu po dowiedzeniu się o tym. Przynajmniej dla niego samego. Bo był bardzo blisko pozostania na osiedlu. Ale jednak wrócił. I nie było już odwrotu. Nie pozwoliłby sobie na to.
apersonwhothinksallthetime hasnothingtothinkaboutexceptthoughts so,he losestouchwith reality and lives in aworldofillusions
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Kosowa Gwiazda. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym imieniem, jednak zmiana przywództwa pod nieobecność Białej Łapy rzeczywiście wyjaśnia zdziwienie istnieniem Łabędziej Gwiazdy. Kusiło mnie by spytać ile w takim razie rządziła, że było to uznawane za krótkie dzierżenie rangi, jednak się powstrzymałem. Kiwnąłem tylko łbem na znak, że dotarło i porzuciłem zupełnie temat.
Z zaciekawieniem za to słuchałem o przygodach z osiedla, bo technicznie – moje rejony. Chociaż w przeciwieństwie do jasnego kocura, spędziłem cały ten okres swojego życia na ulicach, oglądając wszystkie konstrukcje jedynie z zewnątrz. O gniazdach dwunogów najczęściej opowiadał mi Luna, w samych superlatywach. I co ciekawe skupiał się w tych historiach na wygodach życia, a nie na łysych istotach, które je zapewniały. Pamiętałem, że kilka razy mama coś o nich napomknęła, jednak też nigdy nie zagłębiała się w szczegóły życia w czterech ścianach. Temat więc był wystarczająco ciekawy, moim zdaniem, by jakoś zająć czas oczekiwań.
– Podnoszą na przednie łapy? Ale że po co? – spytałem, marszcząc brwi. Nie potrafiłem w tym dostrzec jakiegokolwiek sensu. Głaskanie, wydawanie dziwnych odgłosów, a nawet machanie czymś przed pyskiem brzmiało... jakoś bardziej znajomo. O podnoszeniu nie wydawało mi się bym kiedykolwiek słyszał.
Niewiele później Biała Łapa wstał, co spotkało się z moim uniesieniem brwi – zdziwienie jednak szybko ustąpiło, gdy połączyłem kropki i przypomniałem sobie na kogo tu czekaliśmy. A jednak uderzenie serca później, gdy Łabędzia Gwiazda się odezwał podskoczyłem lekko i zaraz również się podniosłem, w ślad za Białym. Ustawiłem się bokiem do towarzystwa i na przywitanie odpowiedziałem skinieniem łba, które swoją niezręcznością spokojnie mogło konkurować z tym łabędzim. Zaraz cała rozmowa skupiła się na powrocie, a ja mogłem obrać rolę biernego obserwatora. Cofnąłem się jeszcze o krok i skupiłem na słuchaniu, przeskakując spojrzeniem na tego, kto akurat się odzywał. Powiedziałbym, że byłem ciekawy tego jak bardzo będzie się różnić to od mojego dołączania do klanu, ale szczerze mówiąc niewiele pamiętałem z tamtej rozmowy przez stres. Dlatego też teraz, gdy to nie moje dalsze losy znajdowały się pod znakiem zapytania, mogłem wreszcie przyjrzeć się jak wygląda taki proces przyjmowania.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Gwiezdni nad nim czuwali, nie wsuwając mu do pyska pytania "Gdzie byłaś?". Pomińmy już potencjalnie wrogie wybrzmienie tego układu słów. Łabędź nie miał do czynienia z kotką, co uświadomiła mu dopiero wypowiedź Białej Łapy.
Miał na koncie kilka przyjęć powracających Rzeczniaków, i jak dotąd powtarzał się konkretny schemat. Grzeczne przywitanie, wyjaśnienie okoliczności zaginięcia, w razie niedopowiedzeń bądź wątpliwości dochodziło kilka pytań pomocniczych, ponieważ po incydencie z Paprociową Łapą musiał pochować zasadę mówiącą, iż każdemu od łapy należy się kredyt zaufania — był teraz przywódcą Klanu, naturalnie bezpieczeństwo Klanu górowało nad jego osobistymi przekonaniami. I koniec, stosunek pomyślnego przyjmowania wynosił na ten moment sto procent. Po raz pierwszy coś w utartym schemacie uległo zmianie, wypłynęła prośba o zmianę imienia. Zamrugał w zdumieniu, wyczuwając w kocurze niezrozumiałą determinację. Wystarczyło jednak wysłuchać jego tłumaczeń, aby pojąć istotę rzeczy. Zdziwiony wyraz na łabędziej mordce przekształcił się w zrozumienie, puchata głowa poruszyła się w górę i w dół w chyba nie do końca uzmysłowionym geście akceptacji. Pomimo drobnych sygnałów, z wypowiedzeniem jakichkolwiek słów poczekał do samego końca, aż prócz powodów pragnienia zmiany miana, wyjaśniła się także przyczyna nieobecności terminatora.
— Cieszę się, że udało ci się odnaleźć drogę powrotną — powiedział, pamiętny historii Kosowej Gwiazdy, która przez dwunożnych została potraktowana dwojako; doznała z ich strony wsparcia i krzywdy. To drugie zawsze zdawało się decydować o jej odczuciach względem łysych stworzeń. Łabędź wierzył, że na Osiedlu nie musiało być źle, jednakże nic nie mogło go przekonać o pozytywach bycia zabranym wbrew swojej woli. Ktoś czuje się lepiej w roli pieszczocha? Proszę bardzo, byle to była samodzielnie podjęta decyzja. Nie przymus. — I że postanowiłeś wykorzystać szansę na ucieczkę. — Bądź co bądź, Białej Łapy przez dłuższy czas nie było, wcale nie musiał trzymać się pamięci o swoich korzeniach. — Oczywiście zastosuję się do twojej prośby odnośnie imienia, rozumiem, że bycie kolejną Białą Łapą nie jest spełnieniem marzeń. Nie jesteś swoją rodziną, prawda? — Tu po jego licu przemknął uśmiech, a oczy zmrużyły się z sympatią. — Myślałeś nad jakimś konkretnym?
Ta kwestia ewidentnie miała dla niebieskiego duże znaczenie, Łabędź nie miał intencji robić mu pod górkę. Imię to część tożsamości, nikomu nie powinno się go narzucać, jeśli miało uwierać, przyczynić się do poczucia braku przynależności. A Biała Łapa miał swoje życie poza Klanem, to poza nim dorastał, stał się kotem, jakim był obecnie. Wilcza Łapa niegdyś zwał się Luną i prawdopodobnie to miano, choć obecnie nieużywane, stanowiło cząstkę niego. Kim był syn Kwiatowej Przełęczy?
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Niebieski szynszylowy, niski i drobny kot pokryty dużą ilością bieli. Jego długie futro jest bardzo zadbane, a złociste oczy są duże i okrągłe. Na szyi widnieją trzy blizny.
fajny
Gwiezdna Łapa [KRz], Śniąca Łapa [KW]
- Czasami cię wtedy głaszczą, czasami przenoszą w inne miejsca. Bywa też tak, że cię przytulają - a Zawilec nie lubił być przytulany. Zwłaszcza przez dwunogi. Silne, łyse stworzenia przyciskające cię swoimi silnymi łapskami. Dosyć szybko jednak pokazał swoim właścicielom, że nie chce być miażdżony w ich uściskach i nie musiał tego często znosić.
Nie każdy wykorzystywał szansę na ucieczkę. Bo nie każdy oczywiście chciał uciekać. Dla niektórych życie pieszczoszka było lepsze. Wygodniejsze. Wszystko przecież zapewniali dwunodzy. Jedzenie, ciepły zakątek, opiekę zdrowotną. Nawet towarzystwo, które chociaż nie było tym samym, co towarzystwo innego kota, wciąż mimo wszystko było czymś. A jeśli dwunodzy cię wypuszczają... Masz nawet kocie towarzystwo. Wydaje się, jakby niczego w takim życiu nie brakowało. A jednak - Ja również się cieszę - uśmiechnął się delikatnie, chociaż był trochę gorzki. Bo prawie zostałby jednym z tych kotów, które by już nigdy nie wróciły. Nikt by nie wiedział, czy żyje, czy może od dawna go tu już tutaj nie ma. Ale zapewne nikt by w ogóle przejmował się jego losem i Zawilec nie był pewny, czy było to bardziej dla niego przykre, czy może dawało mu swojego rodzaju komfort.
- Dziękuję - dobrze, że Łabędzia Gwiazda zrozumiał i zgodził się na zmianę imienia. Dostał na razie jeden plusik od Zawilca. Słysząc pytanie pointa szynszylowy kot uświadomił sobie jednak, że nie miał wybranego specyficznego imienia. To zazwyczaj przywódcy zajmują się imionami. Nie sądził, że dostanie szansę na wybranie sobie samemu imienia.
- Nie myślałem. Ale tak szczerze, to będę zadowolony z jakiegokolwiek innego imienia - tak właściwie, to w sumie myślał, ale... Nie wybrał go, pewien, że to przywódca mu je nada. A podejmowanie decyzji jest trudne. Kwestię imienia wolał jednak pozostawić komuś, kto potem na jego podstawie nada mu jego wojownicze imię. Bo zostanie wojownikiem. Nie ma zamiaru być wiecznym terminatorem. Może i mu nie zależało już na byciu na jakikolwiek ważnym stołku, jednak wciąż miał swoją godność, która nie pozwalała mu na uczenie się na wojownika w wieku ponad sześćdziesięciu księżyców. Nawet w jego aktualnym wieku bycie terminatorem było dla niego trochę poniżające.
apersonwhothinksallthetime hasnothingtothinkaboutexceptthoughts so,he losestouchwith reality and lives in aworldofillusions
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Przedstawione zachowania Dwunogów były dziwne, ale nie najdziwniejsze. Przytulanie, głaskanie nie brzmiało jakoś bardzo obco, a nawet przenoszenie nie było zupełną abstrakcją. Przecież matki również przenosiły swoje kocięta, więc zaraz po tym skojarzeniu w mojej głowie wyraźniej zarysowało się wyobrażenie, że (przynajmniej część) łysych istot traktowała koty jak swoje młode. Gładko się to łączyło z karmieniem, o którym wspominał Luna, z zapewnianiem schronienia i nawet z ograniczaniem przestrzeni. Tylko nie odpowiadało wciąż na pytanie – po co? Dlaczego? Przecież nie potrafili porozumiewać się z kotami, nierzadko mieli też własne młode, a mimo to zabierali do swojego legowiska również kociaka. Co oni z tego mieli? O co w tym wszystkim chodziło??
Słuchałem uważnie dalszej rozmowy, wszystkie uwagi zachowując dla siebie. Cały proces przebiegał dość spokojnie, bez niespodziewanych zwrotów akcji, bez ataków całego gangu złych kotów, więc stopniowo się rozluźniałem. Ożywiłem się jednak, gdy przeszło do kwestii zmiany imienia i okazało się, że Biała Łapa jeszcze o tym nie myślał, że będzie zadowolony z czegokolwiek, więc niewiele myśląc wypaliłem, wcinając się w rozmowę.
– Wełnianka? Przypomina twoją sierść, gdy kwitnie... – prędko jednak urwałem zażenowany, bo jakkolwiek skojarzenie wydawało mi się trafne, tak przy Klanowych Standardach Imion Wełniankowa Łapa brzmiało dziwnie. Naprędce zacząłem zastanawiać się nad innymi propozycjami, skoro już się odezwałem, ale jak na złość wszystkie słowa mi uciekały. – Aalbo Pliszka? Pieczarka? Perkoz? – czemu wszystkie potencjalne imiona jakie mi przychodziły do głowy zaczynały się na taką samą literę?? – Albo no nie wiem, Wróbel czy Gołąb... – dodałem już ciszej jedynie po to by jakoś zamaskować ten dziwny przypadek z P. Pora była zapaść się pod ziemię, szkoda że nie miałem żadnej wymówki by zwiać z miejsca zbrodni. Wyczerpałem wszelkie zasoby kreatywności.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Z wolna skinął głową, w zastanowieniu. Czyli decyzja przypadała jemu. Już miał otwierać pysk, gdy wyprzedził go milczący jak dotąd Minogowa Łapa. Obrócił ku niemu głowę i posłał mu pokrzepiający uśmiech, widząc nagłe zmieszanie terminatora. Żeby sobie nie pomyślał, że powinien był siedzieć cicho. Nie było tak przecież; zgoła odwrotnie, Łabędź cieszył się słysząc go udzielającego się jakkolwiek. To napawało nadzieją, że jako tako odnajdował się w Klanie, w jego tradycjach, że chciał być tego wszystkiego częścią. Minęło w gruncie rzeczy niewiele czasu od jego przyjęcia, acz dostatecznie wiele, by mógł podjąć świadomą decyzję o odejściu. Nie chciał pozwolić mu odejść — czuł się dziwnie odpowiedzialny za syna Karasiowej Ości, zależało mu na komforcie kocurka.
— Biała Łapo, od dziś aż do ukończenia treningu będziesz znany jako Gołębia Łapa — rzekł ponownie kierując się do powracającego. Uśmiech nie znikał z jasnego pyska. — Miło mi powitać cię jako członka Klanu Rzeki, którym myślę, że byłeś nawet daleko poza domem. Do kwestii twojego treningu przejdziemy później, najpierw odetchnij, zjedz coś, rozgość się w Klanie. A teraz nie stójmy tak tutaj, czas wrócić do Obozu. Ty też, Minogowa Łapo.
Zerknął czujnie na szylkreta. Co on tu właściwie robił w pojedynkę? Warczące Gardło powiedział, że Minoga spotkał, nie wspominał nic o wspólnym patrolu. Może jednak nie odnajdował się w Rzece tak dobrze, jak mu się przed chwilą wydawało.
Jeżeli ekipa nie miała żadnych obiekcji, zawrócił z machnięciem ogona i pokierował terminatorów do Obozu.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Uśmiech przywódcy nie został przeze mnie zarejestrowany. Jasne, widziałem jak odwracał łeb w moją stronę i to z całkiem przyjaznym grymasem, ale jakoś tak synapsy nie zaskoczyły i nie zarejestrowały, że to było kierowane do mnie. Trzymały każdą z informacji dostarczanych przez otoczenie osobno i odmawiały znalezienia między nimi jakiś zależności, a tym bardziej wysnucia wniosków. Próbowałem siłą woli nakłonić okoliczne mrowki do ekspresowej budowy nowego mrowiska tam gdzie siedziałem, ale najwyraźniej byłem za słaby by rozkazywać tym robaczkom, bo miały mnie głęboko gdzieś. Szybciej by było gdybym sam wziął i zakopał się, jednak niemalże sparaliżowany wstydem mogłem tylko czekać. I bym się zapętlał w coraz gorszych myślach, stopniowo coraz bardziej przygarbiając się do ziemi, gdy dotarło do mnie nowe imię Białej Łapy – teraz już Gołębiej Łapy. Wyprostowałem się z szeroko otwartymi oczami, mrugając intensywnie jakbym to ze wzrokiem miał problemy, a nie słuchem. Spojrzałem niedowierzająco na Łabędzią Gwiazdę, bo... w sumie czemu wziął pod uwagę mój pomysł? I to ten ostatni... w sumie jak ostatni to może z litości, żebym nie czuł się tak głupio, ale w sumie co go obchodziło moje samopoczucie po głupich wyskokach?? No przerastało mnie zrozumienie tego, ale wolałem chyba nie dopytywać by nie wyjść na niewdzięcznego. Więc już tylko do końca procesu siedziałem lekko skołowany i skinąłem łbem, gdy niebieski point się do mnie zwrócił. Już nie pamiętałem co za pilna sprawa mnie wyciągnęła tak blisko granic przed spotkaniem z Gołębią Łapą, więc nie musiałem się nijak wykręcać z powrotu i grzecznie podążyłem za grupą.
z.t
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Ciężki do uchwycenia osobnik, wyraźnie lubiący kamuflować się wśród leśnej roślinności, dzięki swojemu ciemnemu umaszczeniu. Imponującego wzrostu, atletycznie zbudowany, smukły kocur. Łapy ma długie i szczupłe, a gibkie i sprężyste ciało zwinnie porusza się między drzewami i krzewami. Na klatce piersiowej widnieją delikatne zarysy żeber, pysk ma suchy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Czarna, miejscami nieco zbrązowiała od słońca. krótka sierść jest szorstka, mocno poczochrana i zmierzwiona, często brudna. Ślepia szaroniebieskie. Dziąsła i język poplamione są ciemnymi znaczeniami, a kilka jego wibrysów połamało się lub skrzywiło.
Chodzi ścieżkami, które sam sobie wyznacza. Powsinoga i włóczykij, kocha wałęsać się całymi długimi godzinami, a nawet i dniami po lesie, i robi to non-stop, od kiedy zostawił za sobą swój Klan i wszelkie pętle zakładane na łapy, które go ograniczały. Wolność dodała mu wyraźnej werwy i chęci do zwiedzania tego, czego jeszcze nie odkrył. Nie toleruje słabeuszy, miękkich kotów, które nie są w stanie udowodnić swojej siły, nieważne, czy psychicznej, czy fizycznej, bo on sam musiał nauczyć się na przestrzeni księżyców przeskakiwać wszystkie kłody, jakie życie rzuca pod łapy. Nie brak mu pewności siebie i brawury. Wolna dusza o niewielkich hamulcach i małych pokładach cierpliwości.
XXXXNie wierzył, że musiał prosić Klan Rzeki o pomoc. Rybojady były jednak najbezpieczniejszą opcją, bo Cień praktycznie z nimi nie graniczył, więc szansa na to, że rozpoznają w nim Tonącego Kamyka była tak naprawdę bliska zeru. Wolał być incognito, samotnikiem, który dostał wciry i tyle. XXXXBędąc już na granicy powiadomił jakiegoś szaroniebieskiego wypłosza, który akurat patrolował samotnie granicę, aby przyprowadził mu tu medyka, jakiegoolwiek. Trochę mu się tam stawiał i stroszył, ale w końcu mamrocząc coś pod nosem ruszył w głąb Rzecznych terenów, a Toń odprowadził po podejrzliwym wzrokiem, czekając, aż ten doturla się do obozu i sprowadzi kogoś, kto ogarnie jego ranę. Krew co prawda już skrzepła się i nie lała już po łapie, ale skóra wciąż go piekła. Usiadł, owijając łapy ogonem, aby choć trochę ochronić je przez padającym drobniutko śniegiem, który osiadał na jego czarnej sierści.
✿ rana 1. płytka rana cięta wzdłuż kości promieniowej
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- "Prrrzyszedł i zaczął mówić barrrdzo nieprrrzyjaznym tonem, nie, rrrrrrozkazywać, że masz tam prrzyjść. Strrraszył mnie, a ja wcale nie chciałem cię do niego wołać". Nie brrrrzmi jak opis kogoś, komu miałbym pomagać - miauknął na przywitanie, kiedy zza gęstych krzewów wyłonił się przeraźliwie wysoki, myszaty kocur z długim, tym razem szczurzym ogonem. Drobny śnieg padał klimatycznie na ich futra, z czego Cisowi było zdecydowanie zimniej, zdecydowanie gorzej niż nieznajomemu. Zacytował to, co powiedział do niego nieco przestraszony rzeczny kocur, który wbiegł od razu do lecznicy z nowymi informacjami. Mówił jeszcze, by rzeczny medyk tam nie szedł i nie pomagał, ale tego już nie wspomniał czarnemu samotnikowi. Nie przyszedł tu z ziołami, najpierw chciał wiedzieć, czy w ogóle chciał pomagać kocurowi. Choć nie ukrywał, że Cis był podekscytowany wizją, że miałby komuś pomagać spoza rzeki. Niemniej potrafił się pohamować kiedy trzeba, potrafił być poważny. Rzadko bo rzadko, ale potrafił. Poza tym, i tak nie wiedział jakie zioła przynieść, nie wiedział co mu jest. Parę lisich ogonów dalej stał Słony Wiatr, o dokładnie tej samej wielkouchej budowie, co i Junior. Nie przyszedłby tutaj przecież sam, na tyle głupi nie był.
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Ciężki do uchwycenia osobnik, wyraźnie lubiący kamuflować się wśród leśnej roślinności, dzięki swojemu ciemnemu umaszczeniu. Imponującego wzrostu, atletycznie zbudowany, smukły kocur. Łapy ma długie i szczupłe, a gibkie i sprężyste ciało zwinnie porusza się między drzewami i krzewami. Na klatce piersiowej widnieją delikatne zarysy żeber, pysk ma suchy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Czarna, miejscami nieco zbrązowiała od słońca. krótka sierść jest szorstka, mocno poczochrana i zmierzwiona, często brudna. Ślepia szaroniebieskie. Dziąsła i język poplamione są ciemnymi znaczeniami, a kilka jego wibrysów połamało się lub skrzywiło.
Chodzi ścieżkami, które sam sobie wyznacza. Powsinoga i włóczykij, kocha wałęsać się całymi długimi godzinami, a nawet i dniami po lesie, i robi to non-stop, od kiedy zostawił za sobą swój Klan i wszelkie pętle zakładane na łapy, które go ograniczały. Wolność dodała mu wyraźnej werwy i chęci do zwiedzania tego, czego jeszcze nie odkrył. Nie toleruje słabeuszy, miękkich kotów, które nie są w stanie udowodnić swojej siły, nieważne, czy psychicznej, czy fizycznej, bo on sam musiał nauczyć się na przestrzeni księżyców przeskakiwać wszystkie kłody, jakie życie rzuca pod łapy. Nie brak mu pewności siebie i brawury. Wolna dusza o niewielkich hamulcach i małych pokładach cierpliwości.
XXXXSerce mu na moment przyspieszyło, kiedy usłyszał kocura. Sprawy się pokomplikowały, ale musiał dostać od niego tą pomoc, cholera, medycy przecież nie mogą odmawiać rannym. XXXX– Co? Nie, nie mówiłem nic takiego! – oburzył się, choć w jego głosie było słychać emocje podobne raczej do desperacji, aniżeli złości. Wykrzywił pysk w bolesnym grymasie. – Jesteś medykiem? Pomógłbyś? – mruknął spokojniej, wystawiając mu zakrwawioną łapę – pies zaatakował mogą siostrę, musiałem jej pomóc, sam chyba rozumiesz! I... sam widzisz, proszę cię. Spotkałem kilku samotników po drodze i powiedzieli mi, że w Klanach są medycy, którzy mogą mi pomóc, przepraszam, jeśli tamten kocur, który po ciebie posłał odebrał to jako rozkaz albo groźbę... to przez emocje, chcę po prostu szybko wrócić do siostry – mówił, kładąc po sobie uszy, ze ściśniętym gardłem wpatrując się w wysokiego kocura. Toń był brudny, ze zmierzwioną sierścią, otoczony swędem krwi, więc liliowy powinien łyknąć historyjkę o walce z psem.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Patrzył na niego. Jego wzrok cały czas był łagodny, przecież nie zamierzał mu odmawiać, po prostu, może miała być to zwykła lekcja pokory? Nikt przecież nie będzie straszył rzecznych klanowiczów, a potem jeszcze żądać pomocy, przecież to już by było bezczelne. Ziewnął przeciągle, machając biczowatym ogonem w powietrzu. Nie uwierzył w to, że nie mówił nic takiego, w końcu jakim byłby medykiem, jeżeli wierzyłby obcym typom, a nie własnym znajomym? Teraz jednak nieważne było to, kto go okłamał, bo uwierzył w historię kocura. Kiwnął więc sztywno głową po krótkim zawahaniu, uśmiechając się łagodnie w jego stronę. - W porrrządku, pokaż to - mruknął, a potem podszedł luźno do nieznajomego. Ten wyglądał, jakby miał go zmiażdżyć jednym ruchem łapy, może rzeczywiście by tak było, ale syn Kornika się bał. Nie dlatego, że był odważny, tylko dlatego, że naiwnie głupi. - Okej, wrróce za moment. Opatrrzę cię i wrrócisz do siostrrry. Zostaniesz z Słonym Wiatrrrrem - powiedział luźno, a potem wskazał ogonem, że za momencik wróci, po czym rzeczywiście wrócił się do obozu klanu rzeki.
Nie zajęło mu to długo, może dziesięć, może piętnaście minut nim był z powrotem. W pysku trzymał pęczkę ziół owiniętych pajęczyną, które zaraz rzucił obok kocura. - Nie wiem, czy wiesz na czym polega leczenie. Wyliżę ci rrranę, żeby ją oczyścić, potem nałożę śmiesznie zimną papkę i owinę pajęczyną - poinformował, żeby potem nie było, że się Toń czegoś nie spodziewał i się spłoszy. Gdy nie usłyszał sprzeciwu, podszedł do niego i rzeczywiście, tak jak zapowiedział, najpierw wylizał mu dokładnie ranę. Wziął tez łopian, który zmielił na miękką papkę, nałożył ją na ranę i owinął pajęczyną. - Gotowe, powinno być w porrrrządku. Na następny rrrrraz rrradzę nie pakować się w kłopoty - dodał, choć była to już przyjacielska rada, nie taka złośliwa.
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Ciężki do uchwycenia osobnik, wyraźnie lubiący kamuflować się wśród leśnej roślinności, dzięki swojemu ciemnemu umaszczeniu. Imponującego wzrostu, atletycznie zbudowany, smukły kocur. Łapy ma długie i szczupłe, a gibkie i sprężyste ciało zwinnie porusza się między drzewami i krzewami. Na klatce piersiowej widnieją delikatne zarysy żeber, pysk ma suchy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Czarna, miejscami nieco zbrązowiała od słońca. krótka sierść jest szorstka, mocno poczochrana i zmierzwiona, często brudna. Ślepia szaroniebieskie. Dziąsła i język poplamione są ciemnymi znaczeniami, a kilka jego wibrysów połamało się lub skrzywiło.
Chodzi ścieżkami, które sam sobie wyznacza. Powsinoga i włóczykij, kocha wałęsać się całymi długimi godzinami, a nawet i dniami po lesie, i robi to non-stop, od kiedy zostawił za sobą swój Klan i wszelkie pętle zakładane na łapy, które go ograniczały. Wolność dodała mu wyraźnej werwy i chęci do zwiedzania tego, czego jeszcze nie odkrył. Nie toleruje słabeuszy, miękkich kotów, które nie są w stanie udowodnić swojej siły, nieważne, czy psychicznej, czy fizycznej, bo on sam musiał nauczyć się na przestrzeni księżyców przeskakiwać wszystkie kłody, jakie życie rzuca pod łapy. Nie brak mu pewności siebie i brawury. Wolna dusza o niewielkich hamulcach i małych pokładach cierpliwości.
XXXXStarał się nie patrzeć na Słony Wiatr, wymienili się może kilkoma spojrzeniami, ale poza tym nic. Kiedy medyk wrócił, nastawił uszu, widząc pakunek, który niósł w pysku. Nie protestował, pozwolił oczyścić ranę i opatrzeć ją, krzywiąc się przy tym trochę z bólu. Przyglądał się zawiniątku uważnie, zapamiętując każde zioło, jakie tam się znajdowało, ale w sumie... pomysł przyszedł mu do głowy. XXXX– Umm, a mógłbym wiedzieć, co to są za zioła? Mógłbym je znaleźć i ci je zwrócić w podzięce za pomoc, przy okazji nie musiałbym już do was przychodzić i marnować waszych zapasów, skoro sam mógłbym leczyć takie rany – zaproponował, spoglądając na owiniętą w pajęczynę ranę, a potem błyszczącymi, szaroniebieskimi ślepiami na liliowego. Oczywiście wiadomym było, że im ich nie zwróci, bez przesady, ale chciał chociaż stwarzać pozory, że chce się im odpłacić za pomoc. To było miłe i kulturalne, kto by się nie zgodził?
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Spojrzał na niego. Wydawał się bardzo miły, naprawdę, nawet chciał zwrócić zioła, jakie na niego poświęcił. Uśmiechnął się więc życzliwie, kiwając głową. W końcu Barwinek zawsze wszystkim mówił o ziołach, informował o nich, by koty w rzece miały jakąś wiedzę. Cis nie był tego fanem i nie robił tego bez pytania, może wynikało to z czystego egoizmu, który gdzieś w nim siedział, a który nie chciał dopuścić do tego, by wszyscy wiedzieli o tym, co miało być wyjątkowe, co miało być tylko dla niego, Rybołów i Gwiazdki. Skoro jednak ten poprosił, jeszcze pod takim pretekstem, raczej nie miał nic przeciwko. - Łopian. A owijasz pajęczyną.