Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
Atak Szpona > krytyczny! > (27-21)1,5 = 9 hp Atak Nagietka > słaby > (24-17)0,5 = 3 hp Atak Szczerbatka > krytyczny! > (24-10)*1,5 = 21 hp
Wszyscy skorzystali z momentu w którym ptaszor nie odrywał się od ziemi. Brak próby podjęcia ucieczki przez puchacza była drugim nienajmądrzejszym ruchem i jak się okazało - śmiertelnym. Szpon ze swoją łapą niewiele mógł zrobić, sam wysok zadał mu wiele bólu w ranną łapę, jednak trafił. Może po raz kolejny nie dokonał tego chciał, oczy ptaszora pozostały całe, ale przynajmniej poranił mu czoło. Nagiete kłapnął kłami nie w kark, ale ponownie w piórka, wyrywając kilka. Gwiazdą jednak w tym momencie był zdecydowanie Szczerbatek. Kocur skoczył w stronę grzbietu potwora i przejechał pazurami po jego całej długości. Ptaszor pisnął niesamowicie głośno, wręcz ogłuszająco i tuż po tym padł nieruchomy na ziemię.
Zadarł z niewłaściwym kotem.
Szpon: lvl: 4 | S: 14 | Zr: 11 (13) | Sz: 5 (7) | Zm: 4 | HP: 44 (65) | W: 60-3=57 (65)
• rana 2 stopnia: proste złamanie w połowie prawej przedniej łapy, -2 zręczności i szybkości, póżniej -1 do momentu wyleczenia rany
przerzuty w walce: 2/3
Szczerbatek: lvl: 3 | S: 10 | Zr: 10 | Sz: 6 | Zm: 7 | HP: 63-1=62 (70) | W: 46-5=41 (50)
• rana 1 stopnia: ślady szponów na grzbiecie, krwawi, -1HP do końca walki > brak infekcji
przerzuty w walce: 2/2
Puchacz (na ziemi): S: 12 (16) | Zr: 5(11) | Sz: 2(7) | Zm: 7(10) | HP: 32-21-9-3-3-1=-5 (70) | W: 53 (60) ŚMIERĆ
• rana 0 stopnia: wyrwane pióra na skrzydle
• rana 2 stopnia: długie ślady szponów przechodzące od gardła do brzucha, krwawi, -2HP do końca walki
• rana 1 stopnia: głębokie ślady pazurów na lewym skrzydle, krwawi, -1HP do końca walki
• rana 1 stopnia: rozcięta skóra na czole, krwawi, -1HP do końca walki
• rana 0 stopnia: wyrwane pióra na karku
• rana 2 stopnia: mocno poharatany grzbiet, krwawi, w następnej kolejce -3HP, później po -2HP do końca walki Spadek HP do połowy - obniżenie statystyk o 1/4
Walka 3:1 - zręczność i szybkość obniżona o 3
I... po wszystkim. Szpon zadyszał dwa razy głośniej, patrząc się tylko na cielsko puchacza. Zdechł? Nie ruszał się, tego był pewien. Łapał jeszcze moment łapczywie powietrze, w głowie układając powoli sobie myśli wobec tego, co właściwie się stało. - POKONALIŚMY GO! DZIŚ JESTEŚMY ZWYCIĘZCAMI!! NIEPOKONANA TRÓJKA!!! - obwieścił wesoło najbardziej poszkodowany z całej trójki, uśmiechając się dumnie. Był silny. Najsilniejszy! Walczył w tak przeraźliwym bólu i... i przeżył, i wszystko było dobrze! No, z jego łapą nie było dobrze, ale nie umarł nikt!!! BYŁO WSPANIALE!!! - NIKT I NIC NAM NIE STOI NA DRODZE!! AAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaa teraz może poszlibyśmy do obozu, he?? Bo wiecie.
Podniósł obolałą łapę, korzystając z nadal buzującej w nim adrenaliny, żeby nią machnąć dwa razy i pokazać że jest jakaś zdechlejsza niż jak powinna być.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Cały stres wyparował wraz ze śmiercią ptaszyska. Martwe truchło było teraz deptane przez Szczerbatka, który był niesamowicie dumny, że to ON zadał kończący cios. I miał ochotę to wykrzyczeć całemu światu.
- TAK! NIC NAS NIE POWSTRZYMA!! - zaśmiał się zwycięsko, zeskakując z puchacza.
Skrzywił się następnie, widząc zdechlakową łapę przyjaciela. Fuj.
- Ehheee, chodźmy - zgodził się, rzucając jeszcze jedno dumne spojrzenie w stronę martwego drapieżnika.
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Całe szczęście, puchacz skonał równie szybko, co się niespodziewanie zjawił. Odwzajemnił uśmiech Szpona i Furii, chociaż zachowanie tego drugiego – czyli skakanie po martwym ciele – wydawało mu się dość... infantylne. Mimo to nijak tego nie skomentował, bardziej zmartwiony zdechłą łapą kuzyna. Spojrzał w kierunku obozu, a zaraz po tym utkwił wzrok w puchaczu. – Możecie już iść. Zakopię go i was dogonię – stwierdził wreszcie. Musiał też wziąć ze sobą upolowanego gawrona... Zanim jednak przeszedł do rzeczy, skierował się do białego wojownika. – Oszczędzaj łapę, Szpon. Wesprzyj się na Furii. Potem wam pomogę.
Nie chcąc przyciągnąć uwagi jakichś innych drapieżników, przykrył puchacza sporą warstwą ziemi, a kiedy tylko odnalazł upolowanego gawrona, czym prędzej ruszył w kierunku dwóch kocurów.
/zt x3
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Spontanicznie podczepił się pod patrol łowiecki, uznawszy, że przejście się po terenach i zrobienie czegoś produktywnego dobrze mu zrobi. W pobliżu Ptasich Krzewów rozstał się ze swoim towarzystwem, życząc im uprzednio udanych łowów — wybrali się wspólnie, ale przecież nie będą sobie deptać po ogonach oraz zabierać piszczek sprzed nosa. Wokoło prędko zapanowała cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami ptaków. Łabędź przybrał pozycję łowiecką i zaczął przeczesywać krzewy ze zmysłami wyczulonymi na obecność innych żywych stworzeń, również tych znacznie mniej pożądanych.
Jaszczurka chyba liczyła na to, że zaliczała się do trzeciej, własnej, kategorii stworzeń, na które się nawet nie wracało uwagi, mimo że te musiały profilaktycznie monitorować całą okolicę by dożyć końca dnia. Przebywała na płaskim kamieniu, łapiąc promienie słoneczne póki jej nikt w tym nie przeszkadzał, chociaż była gotowa uciec do norki w razie gdyby otoczenie przestało być takie sympatyczne. A jednak jasnego obłoczka skradającego się między krzewami jeszcze nie zauważyła.
Najpierw działał, dopiero później myślał — nie wychodząc z pozycji łowieckiej przeniósł ciężar ciała na tylne łapy i zaczął powolne skradanie się ku nieświadomej niczego jaszczurce. Łabędź był zdeterminowany skorzystać z pierwszej nadanej mu okazji i wyjść z tego zwycięsko, jakby w przesądnej wierze, że pierwszy sukces (albo pierwsza porażka) rzutować będzie na resztę polowania. Jednak świadomie nad niczym takim się nie zastanowił, pełnię skupienia przeznaczając na piszczkę oraz własne kroki. Uważne i ciche, aż do momentu wyskoczenia z rozpostartymi palcami i wysuniętymi pazurami gotowymi zadać śmiertelny cios.
No i pechowo nie zauważyła w-sumie-już-nie-takiego-młodego przywódcy aż nie było za późno. Łabędź mógł spokojnie polować dalej, pierwsze podejście do zwierzyny zakończyło się sukcesem, toż to prawie jak zachęta od Gwiezdnych do dzisiejszych łowów.
Interesująca sprawa, że ile nie minęłoby księżyców wykonywania obowiązków wojowniczych, ile zwierzyny by się nie odłowiło, każda kolejna budziła emocje niemalże na równi z tymi, jakie czuło się młodym terminatorem będąc. A przynajmniej tak to się miało w przypadku Łabędzia, na którego spłynęła przyjemna fala adrenaliny zachęcająca do dalszego zwiedzania Ptasich Krzewów. Jednak w gruncie rzeczy czasy bycia rozentuzjazmowanym terminatorem daleko za nim, o podstawach nie zapomniał — zanim ruszył w drogę, ukrył martwą jaszczurkę w charakterystycznym miejscu, przykrył cienką warstwą ziemi, i dopiero wówczas wrócił do aktywnego rozglądania się.
Ruszył dalej, rozglądając się i prawdopodobnie zupełnie nie spodziewając się ataku z dołu. A tu jednak, gdy kolejny raz postawił łapę na ziemi rozległ się głośny pisk, który zmroziłby krew w żyłach co słabszych jednostek. Co było źródłem dźwięku? Okrągła, gumowa żabka z wesołym uśmiechem, uwalona ziemią i połowicznie zakopana w gruncie.
Wyskoczył na imponującą wysokość, momentalnie nastroszony i gotowy na kontratak, gdyby oczywiście źródło dźwięku postanowiło przypuścić na niego atak. Dopiero po jakichś dwóch uderzeniach serca dotarło do niego, że ostrzegawczemu odgłosowi nie towarzyszył żaden akt agresji, więcej, przerażone żyjątko nie było ani przerażone, ani nawet nie było żyjątkiem. Z łomoczącym sercem Łabędź przyjrzał się przedmiotowi ewidentnie pochodzącemu od dwunożnych, acz dziwnie podobnemu do... żaby. Kiedy pierwszy szok minął, kocur zebrał się na delikatny uśmiech. Prawdziwy czy nie, płaz budził w nim raczej pozytywne skojarzenia, na tyle, że postanowił koleżkę z gumy ukryć niczym piszczkę i wrócić do niego po skończonych łowach.
Ale właśnie, łowy. Na ten moment powrócił do tropienia zwierzyny.
Na jednym z krzewów drozd czyścił sobie cicho piórka i nikomu nie wadził. Ukryty po zacienionej stronie, między drobnymi listkami liczył na to, że będzie niewykrywalny mimo ze względu na okazjonalne szmery gałązek, którymi poruszał podczas swojej pielęgnacji.
Może gdyby okoliczności były inne, niezakładające polowania, Łabędź przeoczyłby osobistość w cieniu i poszedł dalej, nie poświęcając ruchom gałązek specjalnej myśli. Na nieszczęście drozda, przyszedł tu, chciałoby się powiedzieć, dla niego, i o beztroskim ominięciu okazji na dorzucenie czegoś na stos nie mogło być mowy. Rzeczniak wszedł w pozycję łowiecką i rozpoczął podchody, podobnie jak upatrzony ptak wykorzystując krzewy jako (nieco mniej efektywny ze względu na jasną szatę) kamuflaż, a dla wzmocnienia efektu przystawał od czasu do czasu, zmieniając się w koci posąg. Niemniej ciągle skracał dystans, aby, znalazłszy się na sus od drozda, wyskoczyć nań z pazurami.
No i niestety biedny drozd się przeliczył, jego kamuflaż niewiele dawał w połączeniu z hałasami, jakkolwiek drobnymi, tak pochodzącymi z jego strony niewątpliwie. Kocurowi udało się podejść go bez trudu, a ceną za dorzucenie kolejnej piszczki na stos była jedynie konieczność wyplątania z jasnej kryzy listków i ułamanych gałązek, które się o nią zaczepiły przy skoku. Albo mógł je zignorować, i takie koty po świecie chodziły.
Łabędź do top 10 najbardziej zadbanych kotów w lesie nigdy nie należał, ale listki i gałązki w kryzie uwierały, nie potrafił ich zignorować. Zakopawszy drozda pod jednym z krzewów, przysiadł na moment, poświęcając się pielęgnacji. Dopiero po pozbyciu się największego syfu z gęstego futra (co nie było ani proste, ani przyjemne) dźwignął się na łapy i, tylko troszeczkę wybity z rytmu, kontynuował rozglądanie się za zwierzyną. Tak całkiem bez łupów nie był, ale to wciąż za mało, by uznać wyjście za udane czy mogące się zakończyć.