— Cóż, niewątpliwie istnieją lepsze i gorsze miejsca na łowienie — odparł z uśmiechem. — Jak i pory. Wiedziałeś, że najlepiej łowić o poranku lub o zmierzchu? Wtedy ryby są najaktywniejsze. Z kolei chłodne temperatury sprawiają, że są bardziej śnięte i wtedy, jak już jakaś do ciebie podpłynie, łatwiej taką schwytać.
Pamiętał, jakby to było całkiem niedawno, jak Kornikowy Konar przekazywał całą tę wiedzę jemu, Mętlik i Szafirkowi. Ileż to musiało minąć czasu... Nie sposób zliczyć te wszystkie księżyce, które przeleciały mu nad głową od tamtego dnia.
— Moją ulubioną miejscówką są Zatopione Korzenie; dosyć płytko i wygodnie, a i ryby dobrze biorą... To spory kawałek stąd i dzisiaj już nie będziemy iść w tamtą stronę, ale mogę zaproponować przejście się odrobinę dalej, zobaczymy, czy tam dzieje się więcej. Biały Jeleń na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Chętny? — Szkoda byłoby nie skorzystać z zapału terminatora i nie pokazać mu dzisiaj czegoś nowego.
Księżyce: 53 Mistrz: Rześka Pszczoła Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Śnieżny Płatek [npc] Ojciec: ??? [npc] Trwałe urazy: -1 Zr, -1 Sz na stałe Urazy mechaniczne: -1Zr, -1Sz na stałe (powód: złamanie kości promieniowej)
czarny srebrny cętkowany; z białymi znaczeniami na tylnych łapach, brzuchu i brodzie; zielone oczy;
"Miał całkiem ładne, srebrzyste futerko i głupie oczka. Dla niej wyglądał zupełnie jak rybka, którą ktoś wyrzucił na brzeg." ~Pustynna Róża
trochę people pleaser, trochę idealna owieczka Śnieżnego Płatka, która bardzo chciałaby być wilkiem, ale nie ma ku temu predyspozycji
Roziskrzona Gwiazda, Traszkowy Grzbiet [KW], Wędrujące Światła [S]; Ruletka [P]
Pokręcił przecząco głową. Oczywiście, że pierwszy raz o tym słyszał. Ale postanowił zapamiętać, bo chyba nie było to tylko pocieszaniem marnego łowcy. Łabędzia Gwiazda nie miał interesu w pocieszaniu go zresztą. Więc pewnie sprawdzona informacja, musiała być.
Zastrzygł uszami na propozycję. Walczyły w nim dwa szczupaki, jeden chciał skorzystać z okazji, może dowiedzieć się czegoś więcej, może faktycznie coś złowić. Drugi chciał uniknąć upokorzenia w przypadku, gdyby okazało się, że problem nie leżał w miejscu tylko w nim. Nie chciał przecież zajmować czasu przywódcy (a teraz jeszcze Białemu Jeleniowi), to też ważny argument.
– Jeśli to nie problem... – odparł ostrożnie, po chwili namysłu. Chciał pozbyć się ciężaru decyzji ze swoich barków.
In the { fullmoon's } light — I listen. to the stream— andin between the silence. . . . . . . . . . . .ˏˋ°•*⁀➷hear you callingme But I don't know whereI am. . . . . . . . . . . .and I don'ttrustwho I've been ╭────── · ☾ · ──────╮ And if I comehome . . . how will I everleave? ╰────── · ☾ · ──────╯
Popielna Łapa nie brzmiał na przekonanego — może od całej tej rozmowy i nieudanych prób stracił zapał do łowienia, zresztą od początku chyba był to bardziej pomysł na zabicie czasu niż ambitny plan łowiecki. Ale nie powiedział stanowczego nie, i tym sposobem kocurek niestety oddał się na łaskę przywódcy, który już napalił się na możliwość nauczenia młodego flagowej umiejętności Rzeczniaków. Co im szkodziło wykorzystać ich patrol podwójnie produktywnie? Kto wie, może nawet dorzucą coś na stos.
— W żadnym razie — zapewnił, już gotowy do drogi. Obejrzał się jeszcze na wojownika, który nie uczestniczył w ich wymianie zdań, i rzucił głośniej: — Biały Jeleniu? Chodź do nas proszę. Idziemy na ryby.
No i poszli.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Pogoda była dziś idealna. Ciepło, w miarę sucho, a słońce pięknie odbijało się w liściach. Szkoda było nie skorzystać z takiej okazji.
Jak tylko Chaber się obudził, postanowił, że jest to dzień na kolejną wyprawę. Konkretnie taką na Bobrową Tamę, ponieważ Listek bardzo ją zachwalała. Co prawda mówiła o niej podczas Pory Nowych lub Zielonych Liści, ale nie chciało mu się czekać. Nawet jak nie spotka bobrów, to opadające, wielobarwne liście były wystarczająco piękne.
Było jednak tak ładnie, że szkoda byłoby mu podziwiać las w samotności. Potrzebował sobie znaleźć jakiegoś kompana.
Trafiło na Wiesiołka, dawno nie miał okazji na spędzenie czasu z kocurem, a akurat był w legowisku.
Prawdopodobnie dużo trenował, jednak ten jeden raz powinien dać się mu wyciągnąć. W końcu była do tego taka świetna okazja, tak długo nie rozmawiali przez więcej niż kilka uderzeń serca, a przecież byli przyjaciółmi!
Podszedł do młodszego terminatora i zagadał. — Hej Wiesiołku, idziesz ze mną na spacer? — Uśmiechnął się do niego, może w ten sposób będzie prościej mu go wyciągnąć.
Ucieszył się, widząc podchodzącego Chabra. Rzeczywiście, ostatnio tyle było do zrobienia, że brakowało czasu na to, by spędzić go z niektórymi kotami. Niestety, bycie jak najlepszym terminatorem było czasem trudne, ale nie mógł zrezygnować.
Wychodził już z obozu, oczywiście, ale do tej pory było to zawsze albo w towarzystwie własnego mistrza, albo też innych wojowników. Jednak czy cokolwiek zakazywało zrobienia tego w towarzystwie innego terminatora, takiego, który już umiał się bronić, dobrze znał tereny i miał prawo samodzielnie po nich wędrować? Zresztą, ufał Chabrowi, a skoro on sam to proponował to musiał wiedzieć co robi. Przecież nie naraziłby specjalnie Wiesiołka na niebezpieczeństwo, prawda? - Możemy to zrobić, prawda? Znaczy, nie proponowałbyś, gdybyśmy nie mogli... Więc jasne, chętnie z tobą pójdę. - Odpowiedział, wstając ze swojego miejsca - A gdzie chciałbyś pójść?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Jasne, nie musisz się o nic martwić. — Chaber nawet urządzał sobie samotne wyjścia na ziemię niczyje i do tej pory jeszcze nikt nie miał o to do niego żadnych pretensji. — Po ostatniej ceremonii wyszliśmy z Ważką na spacer i nikt nawet nie mrugnął. — Dodał, aby utwierdzić Wiesiołka w przekonaniu, że nie ma czym się przejmować i wszystko będzie dobrze. — Myślałem o Bobrowej Tamie, Listek opowiadała mi, że jest ciekawym miejscem! — Opowiadała mu też, że jest Gwiezdnym, ale to zupełnie inna historia. — Chyba, że wolisz iść gdzieś bliżej — Bobrowa Tama nie była daleko, ale Wiesiołek nie wydawał się w pełni przekonany, więc może miejsce bliżej obozowiska będzie brzmieć dla niego bardziej zachęcająco — na przykład Koci Grzbiet lub Trawiasta Dolinka.
Ważka była starsza, więc chyba tym bardziej powinna dobrze wiedzieć, co można robić, a czego nie. A skoro Chaber próbował tego już wcześniej i nikt nie miał nic przeciwko, to naprawdę nie mogło być w tym nic złego. A Bobrowa Tama brzmiała całkiem ciekawie… - Dobrze, chodźmy tam. – Zgodził się, gdy już dał radę przekonać też sam siebie, że mogą to całkowicie legalnie zrobić. - Jeszcze nie wychodziłem poza obóz bez wojowników. A ostatnio też mniej, bo teraz mam trening z Ognistym Sercem i on wolał zacząć od rozmawiania teorii… Ale też uważam, że jest dobrym mistrzem. - Bo przecież to nie tak, że miał coś przeciwko metodom uczenia stosowanym przez wojownika. Ale jednak być może siedzenie w jednym miejscu podczas ostatnich treningów trochę zwiększyło jego chęci, by zobaczyć dokładniej coś dalej.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— No to chodźmy. — Ruszył, starając się utrzymać tępo pozwalające na swobodne prowadzenie rozmowy.
— Mi się zdarzyło kilka razy, a podczas patroli poznałem kilka miłych kotów na granicy! — I miał nadzieję, że pozna ich jeszcze więcej. — A jeśli chodzi o trening to Kałuża też jest bardzo dobrym mistrzem! My zaczynaliśmy od zwiedzania terenów i w międzyczasie omawialiśmy kodeks! W międzyczasie zdążyłem wejść na drzewo i spaść — zaśmiał się delikatnie.
— OH! Jak się nie mylę to Ogniste Serce chyba szkolił też moją mamę! — Jak mógł zapomnieć o czymś takim? Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, ale i tak trochę głupio, że od razu nie skojarzył z tym kocura. W sumie to ostatnio rozmawiał też z Nadpływającą Łapą o nim. Podobno ostatnio nie był w stanie prowadzić treningów, ale stwierdził, że nie będzie poruszać tego tematem z Wiesiołkiem. Wyszli na wspólny spacer, aby się dobrze bawić, a nie zamartwiać.
Ruszył wraz z Chabrem, trzymając się blisko Chabra. To on był tutaj przewodnikiem wycieczki, Wiesiołek wolał trzymać się jednak w jego pobliżu. Tak czuł się bardziej pewnie, bezpieczniej. - I kogo tam poznałeś? - Nowi znajomi, szczególnie tacy mili zawsze byli dobrym dodatkiem. A o takich, których Wiesiołek jeszcze nic nie słyszał, warto było się było czegoś dowiedzieć. Może nawet kiedyś będzie miał szczęście i też akurat na nich trafi? - O nie, ale nic ci się nie stało jak spadłeś? - Niby Chaber w tym momencie chodził i wyglądał jakby był w całkiem niezłym stanie, to jednak taki upadek z wysokości brzmiał dość niebezpiecznie. - To mnie też na pewno dobrze wyszkoli. - Nie wiedział o tym wcześniej, nie miał aż tak dużej wiedzy o tym, kto kogo szkolił w przeszłości. Ale czy jeśli mama Chabra najpierw została opiekunką, a nie wojowniczką, to czy i on zdecyduje się na tą ścieżkę? Czy mógł być to jakiś znak dla niego, by wiedział, jaką drogę ostatecznie wybrać?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Roześmianą Łapę z Klanu Wichru, taki rudy kocur, którego futro pod słońce mieniło się jak mokre, żółte lub pomarańczowe liście! — Z pewnością było bardzo ładne i unikatowe. — Ma też trochę problemy z pamięcią, ale ogólnie to jest bardzo miły i pozytywny! Bardzo fajny kot. Był zdziwiony, że u nas w klanie posiadanie ojców jest raczej normą niż regułą. O poznałem też Morda, szukał drogi do Klanu Wichru, chyba dwunodzy, go porwali. Taki biały kocur, też ma dwukolorowe oczy. Był mniej rozmowny niż Lis.
— Tak, tak spokojnie. Kałuża starał się mnie złapać — powiedział lekko zakłopotany. — Spadłem na nią, ale na szczęście nic jej się nie stało.
— Z pewnością! Nie masz się czym martwić. Łabędzia Gwiazda z pewnością powierzył cię w najlepsze łapy. — Uśmiechnął się do niego.
To, co opowiadał Chaber brzmiało nieco osobliwie. Może jednak zwyczaje w innych klanach rzeczywiście różniły się całkiem mocno od tego, co znali w Rzece. - Roześmiana Łapa musi być naprawdę fajny, tylko dlaczego w jego klanie nie ma zwykle ojców? A Mord to… dość niespotykane imię. Ale mam nadzieję, że udało mu się już trafić do klanu Wichru. - Może gdzieś indziej panowały inne zasady co do tego, co było uznawane za dobre imię? Jakoś sobie nie wyobrażał, żeby tutaj, w klanie Rzeki, jakikolwiek rodzic miałby nazwać swoje dziecko w ten sposób. Jednak jeśli samemu kocurowi się podobało takie mieć, to chyba wszystko było w porządku. - Myślisz, że zostaniesz wojownikiem już niedługo? - Na pewno się cieszył, że jego trening trwał (i nie został przerwany przez żaden wypadek przy upadku z drzewa), więc może zbliżał się już ten dzień?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Też chcielibyśmy wiedzieć — pokręcił głową niezadowolony. Niestety nie znał odpowiedzi na wszystkie pytania, a bardzo by chciał. — Podobno jest u nich dużo więcej kotek niż kocurów, a ich matki raczej nie mają partnerów i kociaki zamiast ojców, mając co najwyżej wujków. Niestety nie wiedział, czemu tak jest. — Może zamiast tego w Gromie lub Cieniu było więcej kocurów? Brak równowagi był w końcu czymś dziwnym.
— Wydaje mi się, że na którejś z najbliższych ceremonii już powinienem dostać swoje imię. — Uśmiechnął się delikatnie, chyba nawet się uda i to Łabędzia Gwiazda, a nie Nocny Szkwał nada mu imię. Cieszył się z tego.
Delikatnie szturchnął swoją łopatką, w łopatkę Wiesiołka. — Byłeś mianowany niewiele później, więc mam nadzieję, że również niedługo złożysz przysięgę. — W jego słowach czy zachowaniu, nie było żadnej złośliwości. Była to zwyczajna, kumpelska zaczepka.
— A no i jeśli chodzi o Morda, to może przyjął takie imię na czas powrotu do domu. Wiesz, aby brzmieć na groźniejszego lub jego rodzic miał specyficzny gust, co do imion. Inne koty z wichru o jakich mówił mi Lis, miały raczej typowe imiona.
- Ah.. To może być trochę smutne, tak nie mieć taty. Chociaż jeśli zamiast tego mają więcej mam, to też w porządku. Mam nadzieję, że im to nie przeszkadza. - Sam Wiesiołek przecież nie miał akurat mamy, ale posiadał dwójkę rodziców, więc wszystko było w porządku. Jednak jeśli tam ojcowie nie istnieli i nikt ich nie zastępował, więc większością kociaków musiały się zajmować pojedyncze kotki, to mogło to być nieco smutne. - Będzie bardzo fajnie, jak je dostaniesz. A ja… Pewnie przez zmianę mistrza może to zająć trochę dłużej, ale na jakiejś następnej ceremonii też to na pewno się wydarzy. - Oczywiście, że Chaber otrzyma jakieś dobre imię. Bo jakie inne miałoby być nadane przez ich przywódcę? Wiesiołek nie myślał zbytnio o tym, jakie sam miał dostać - to nie był przecież jego wybór. A poza tym wciąż pozostawała w nim jakaś niepewność co do tego, kim rzeczywiście miał wtedy zostać, fakt, że nie działo się to już teraz, był pod tym względem jakby zaletą. - Chyba jednak wolę te bardziej tradycyjne imiona. Jak twoje, na pewno gdy już zostaniesz wojownikiem, też będzie bardzo ładne.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Nie wydawał się smutny z tego powodu, po prostu zaskoczony. — Chociaż jak w klanie będą prawie same kotki, to może być ciężko z przetrwaniem klanu, ale Lis chyba nie martwił się niczym takim.
— Nada mi je Łabędzia Gwiazda, z pewnością będzie fajne! W końcu wszystkim nadaje pasujące imiona. — Uśmiechnął się. Nie był jakoś bardzo podekscytowany tym, że rozpocznie nową drogę w życiu, ale strasznie go zastanawiało jakie imię dostanie. Oczywiście dalej będzie przedstawiać się jak Chaber, jednak nie zmniejszało to jego ciekawości.
— Wątpię, aby zmiana mistrza jakoś mocno cię opóźniła. A nawet jeśli to nic złego! Każdy uczy się w swoim tępię. — On przecież też nie był najbystrzejszym kotem w klanie.
— Zgadzam się, nie chciałbym nazywać się Bitwa, Zabójca, ani w żaden podobny sposób. — Skrzywił się lekko. Całe szczęście jego rodzice byli delikatnymi kotami, nie wyobrażał sobie mieć podobnie mocno brzmiącego imienia. W sumie Pies, Borsku czy Lis też nie były jego wymarzonymi imionami. Jak już to mógłby mieć imię po jakimś ptaku, lub rybie jak sugerował mu Karaś.
Skoro tak, to wszystko chyba było w porządku. A imię od Łabędziej Gwiazdy z pewnością miało być najlepsze - nie, żeby Wiesiołek miał cokolwiek przeciw Nocnemu Szkwałowi, bo uważał go za wspaniałego wojownika, ale jednak miał nadzieję, że ich aktualny przywódca przeżyje jeszcze wiele księżyców. - Ale Mord nie chciał nikogo… mordować? - Bo to było chyba najważniejsze. nad samym brzmieniem i znaczeniem imienia można się było zastanawiać, ale jednak póki nie chciał realizować go w praktyce, to można było je zaakceptować - Myślisz, że takie koty, które atakowałyby innych od razu, naprawdę istnieją? Bo niektórzy przed nimi ostrzegają, ale czy ktoś naprawdę mógłby chodzić po terenach, żeby krzywdzić innych? - Rozejrzał się, jakby spodziewał się zaraz pojawienia kogoś takiego. Ale w rzeczywistości trudno było mu w to uwierzyć. Oczywiście, ci, którzy przestrzegali przed obcymi nie mieli złych intencji - chcieli tylko, by na pewno młodzi terminatorzy byli bezpieczni. Jednak czy rzeczywiście ktoś całkiem zły miałby żyć gdzieś nie tak daleko stąd?