Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Jej cios był celny. No może nie tak, jakby chciała, a to wszystko przez to, że ta zgniła karma dla wron, postanowiła się cofnąć. Ale trafiła. Zaorała mu pazurami po policzku. Uszy nadal znajdowały się na jej czaszce, a ona sama wystawiła swoje kły, aby były w pełnym pokazie. Pazury, jeszcze nie obmyte, ociekały krwią samotnika. Ogon czekoladowej córki Zakurzonego Grzbietu ruszał się jak wąż, bijąc co chwila to w lewo, to w prawo.
Syk aprobaty wydobył się z Wiedźmy na słowa towarzyszki. Szczerze mówiąc, była ona niezłą aktorką. Raz słodka słodka i niewinna, a raz ostra i oschła. Takie zachowanie budziło w terminatorce jednocześnie zmieszanie, które rzadko miewała, a również i... podziw. Sama tak nie potrafiła. Jedynie agresja, jaką niemalże potrafiła eksplodować, wykorzystywana miała być dla jej dobra. Tak. Mogła być równie niebezpieczną bronią. Jej mięśnie nadal były spięte, a sama kotka była gotowa do kolejnego ataku.
- Lepiej się rusz, bo cierpliwa to ja nie jestem - syknęła ostro, wlepiając zimne, zielone ślepia w rudo białego.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Mistrz: Fiołkowy Świt Płeć: Kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus
Niewiele można powiedzieć o kimś, kto niemal pół życia spędził w lecznicy - długotrwała choroba pozbawiła go nie tylko masy i rysujących się pod skórą mięśni, ale też iskier w oczach i połyskującego futra. Mimo to, gdy już do końca dojdzie do siebie okaże się, że drobny kociak wyrósł na dość masywnego kocura - może nie najwyższego i nie najsilniejszego, ale z obiecującą budową ciała - jakby jednak miał szansę na stanie się kimś silnym. Mokry wyróżnia się więc przede wszystkim futrem. Jego sierść składa się bowiem z dwóch barw - czarnej i białej, kłócącej się o palmę pierwszeństwa i dominacji. Czerń osiadła nieprzerwanie na grzbiecie i ogonie, kiedy to biel znalazła się z przodu, na piersi i na brzuchu, a także na łapach.
w KP
Kosowa Pieśń i Wrzosowa Łapa[R];Ognisty Żar[G/GK];
Zmiana tonu u czarnej kotki wywołała na pysku Bielinka więcej widocznego bólu niż fizyczne uderzenie. Spojrzał na Ćmę ostrzej niż poprzednimi razami, jakby przez żółte oczy przebijała się igła zdrady.
- Wiesz dobrze, że przyszedłem stąd. To jest mój dom - powiedział cicho, ale zrobił krok w tył -Potrzebuję tylko pióra, żeby przenieść to miejsce do historii - powiedział, z nadzieją, że może jednak któraś z nich podaruje mu tą ostatnią namiastkę matczynej miłości, jaką miał w swoim życiu. To jedno jedyne pióro, jakie miało jakiekolwiek znaczenie w jego samotniczym, pełnym przygód życiu. Stanął przy brzegu wysepki i wskoczył do wody długim susem, by po chwili znaleźć się po drugiej stronie. Grzecznie poczekał, aż któraś z pań do niego dołączy, przecież nie zamierzał szlajać się po cudzym terenie. Nie po takim ostrzeżeniu. Miał jeszcze trochę księżycy do przeżycia, miał jeszcze kilka przygód do zapamiętania, sny do wyśnienia, czas na ustatkowanie się. Tak wiele do stracenia! Nie mógł na to pozwolić, nie mógł stracić swojej przyszłości, po raz kolejny z łap jakiegoś pieszczocha! A przynajmniej kogoś kto jak owy wyglądał - To dokąd ma się kierować, żeby nie zwiodły mnie inne syrenie śpiewy, co? - dodał, nadal pochmurno, ale jednak bez tej melancholii co poprzednio.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Zachód położyła po sobie uszy, kiedy to kocur poprosił o możliwość wzięcia pióra. Czekoladowa już niemalże chciała powiedzieć, że jak już jest dużym kotkiem, to do mamusi latać nie powinien lecz... uhg... Tak zostało w niej odrobinę kociego współczucia. Sama - chociaż przyznać się nie chciała - też wolałaby odejść z czymś, należącym do kogoś z jej rodziny. Wypuściła tylko powietrze z nozdrzy, wyraźnie oburzona ale nic nie powiedziała.
Kiedy usłyszała słowa Ćmy, spojrzała na nią tylko ze zmrużonymi oczami. Czyżby podobał jej się ten samotnik? Zamachała biczowatym ogonem, po czym zielonymi ślepiami jeździła to od jednego a to do drugiego. Wypuściła powoli powietrze z nosa, po czym skrzywiła się jedynie. Jednakże na jej drugie słowa kiwnęła głową.
Miała racje. Wichrzacy to psychopaci i imitacje kotów jak ten tutaj. A zwłaszcza taki jeden, który dostał imię od wroniej karmy oraz jego złota siostra, która myśli, że wszystko jej wolno. Następnie ruszyła powoli za córką Czerwi, aby wleźć do wody i popłynąć na drugi brzeg rzeki, gdzie oczekiwała na samotnika.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Księżyce: 151 Mistrz: Czaple Skrzydło[*] Płeć: kotka Matka: Pierzaste Serce[*] Ojciec: Trawiastooki[*] Partner: ... Trwałe urazy: Na grzbiecie nosa ma trzy cienkie blizny po pazurach, a na prawym boku, dużą, nieregularną szramę.
Księżyce: 151 Mistrz: Czaple Skrzydło[*] Płeć: kotka Matka: Pierzaste Serce[*] Ojciec: Trawiastooki[*] Partner: ... Trwałe urazy: Na grzbiecie nosa ma trzy cienkie blizny po pazurach, a na prawym boku, dużą, nieregularną szramę.
Średniego wzrostu, czarnofutra kotka. Zadbana, pełna gracji. Ma piękne, okrągłe ślepia o szmaragdowej barwie. Na pyszczku i na szyi znajdują się pojedyncze białe włoski. Na grzbiecie nosa ma trzy cienkie blizny po pazurach, a na prawym boku, dużą, nieregularną szramę, pamiątkę po dwunogach.
Pełna ciepła i miłości i w końcu z ułożonymi rzeczami w głowie. Ma serce po dobrej stronie, jest lojalna, obowiązkowa. Łatwo stracić jej zaufanie, nie ma już w niej tak wiele naiwności jak kiedyś. [WIP]
Na zgodę Ćmy susem wskoczył na Błyszczące Głazy, włożył łapę w jakąś szczelinę i po chwili wyciągnął dużą, piękną lotkę kani. Zadowolony z wyniku zgarnął pióro w zęby.
Będąc po drugiej stronie, już z dwiema kotkami. Czekoladowa się nie odzywała, więc mógł spokojnie udawać, że jej nie ma, za to na słowa czarnej wojowniczki zareagował krzywym uśmiechem. Jednocześnie był zadowolony z siebie, słysząc jakby nie było, komplement kotki, ale jej dalsze słowa wykrzywiły mu pyszczek w drugą stronę.
- Kłody są fajne. Możesz o nie ostrzyć pazury, skakać przez nie, chować się w nich w deszczowe noce. Tak samo sentyment. Motywuje cię do walki, angażuje cię w zmianę swojego życia albo koi emocje, których nie chcesz. Życie bez emocji byłoby dla mnie zbyt smutne, Zmierzchnico. Lubię je. Lubię gdy pysk sam mi się szczerzy, gdy zimna, słona woda uderza mi w nos, lubię gdy podczas walki buzuje we mnie wściekłość, gdy w czasie głodu czuję nadzieję. Lubię czuć smutek, który jest cieniem po dawnych czasach, bo wtedy doceniam to co mam teraz - powiedział, po czym się zaśmiał - chyba się starzeję… i to bezdzietnie, starzeję! - mruknął. Nie skomentował w żaden sposób wypowiedzi o „złu” ani o kotach-psychopatach.
Trójka kotów bez problemu znalazła się na granicy i kotki mogły już spokojnie wracać w swoją stronę, wiedząc, że Bielinek nie znajdzie się w łapach wichrzaków, ani nie wróci za nimi. Sam w sobie, rudy kocur spojrzał na obydwie rzeczniaczki żółtymi oczami i skinął im głowami.
- Dziękuję za spotkanie, było wyjątkowo ciekawe. Trzymaj się Zmierzchnico, może jeszcze się spotkamy. Oczywiście poza granicami tego całego Klanu - mrugnął do niej - A ty… wybacz za urażenie twojej dumy, yyy jak wy to tam nazywacie? A tak, wojowniczko - i nie czekając na nic więcej, okręcił się na pięcie i ruszył w losową stronę, z raną na policzku i kanim piórem w pysku.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Wysoka po patrolu nie miała ochoty wracać do obozu. Ruszyła więc wzdłuż brzegu Grzmiącej Rzeki, w zamyśleniu przechodząc coraz dalej i dalej, aż w końcu od granic trafiła na tereny Błotnistej Wysepki. Zatrzymała się na brzegu, podnosząc wzrok zamglony przeróżnymi myślami na tamte tereny. Trochę trwało, nim się zdecydowała ruszyć wpław, powoli kierując się w stronę osamotnionych terenów, na które rzadko kto zagląda. Było to idealne miejsce do przemyślenia swojego życia, swoich błędów oraz tego, co się dzieje aktualnie, chociaż nie miała absolutnie pojęcia nawet, czyje kocięta będą następne do mianowania na ceremonii. Świat realny przytłaczał ruda wojowniczkę masa bodźców i negatywnej energii, dlatego coraz częściej uciekała w bezpieczne schronienie do swojej głowy, zamykając się w sobie i tworząc wokół siebie ścianę oddzielającą od reszty klanu, pomimo że swoje obowiązki wykonywała. Ruszyła wgłąb wysepki, gdzie ujrzała czarnego kocura, na co się zatrzymała. Co on tu robil...? Chciał pobyć sam? Tak dawno się nie spotkali, córka Paprociowego Kwiatu tęskniła za swoim jedynym przyjacielem tak naprawdę, który pozostał w klanie. Podeszła więc powoli, nieco nieśmiało, siadając niedaleko niego po prawej stronie, by nie czuł się skrępowany zwisającym językiem, w ciszy witając się z nim jedynie spojrzeniem i delikatnym skinieciem głowy. Jak Czarny będzie chciał, przerwie dzieląca ich ciszę, nie przeszkadzała ona Wysokiej. I była gotowa ruszyć gdzieś indziej, gdyby wyczuła, że kocur chce naprawdę być sam lub nie chciałby się z nią dzisiejszego dnia widzieć.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
Jego łapy już przestawały być tak irytująco mokre, a wracały do swojej poprzedniej formy. Zostało mu już tylko dopucowanie jednej ostatniej, a potem... Właśnie, co dalej? Nie musiał jednak zamartwiać się brakiem czegokolwiek, bo rozwiązanie problemu przyszło samo.
Nic dziwnego, że ktoś przechodził po terenach rzeki. Właściwie dziwnym by było, gdyby Bez nie natknąłby się na nikogo. Jednak Wysoka Fala? Kontakt ostatnimi czasy im podupadł, pewnie wojowniczka ma mu za złe, że znikał na całe dni, pojawiając się w obozie od święta. Zupełnie nieświadomie jego mięśnie się spięły, gdy tylko oczy wojownika padły na postać rudej kotki. Na jej skinięcie głową, odłożył łapę na ziemię, przełykając powstałą gulę w gardle. Spuścił chwilowo wzrok, biorąc głęboki wdech. Czy jak się odezwie będzie to obraza w stronę wojowniczki? W końcu milczał tak wiele dni, a teraz tak nagle... och, zdecydowanie teraz za wiele myśli. Jak wcześniej jego umysł wypełniała pustka, tak teraz – gdy jest to najbardziej potrzebne – jej nie ma. - Przepraszam... - mruknął w końcu w jej stronę, podnosząc wzrok na postać Wysokiej Fali.
mieć złamane serce
i wierzyć w miłość? to największa odwaga
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Czarny Bez miał swoje życie. Ona również wolała uciec do samotnej wegetacji, przez którą wyrobiła sobie okropną opinię u przywódczyni. Której raczej nie dało się tak szybko naprawić. Jak raz sie cos zniszczy, niewielkie są szanse na odbudowanie dobrego zdania u innych, nawet gdyby wypruwała sobie żyły na treningach, polowaniach i patrolach. Podniosła zdziwiony wzrok, słysząc przeprosiny ze strony syna Gilowego Gardła, nie mogąc połączyć faktów. Owszem, nie widywała kocura w obozie, jednak sama w nim bywała tylko po to, żeby coś zjeść i wrócić do swojej nory, by wegetować do następnego zadania. Przełknęła ciężko ślinę, nie wiedząc, co odpowiedzieć na wypowiedziane przez niego to jedno słowo. Wszyscy praktycznie ją przepraszali. Cichy Krok również tak robił, obiecywał poprawę, po czym zniknął, tym razem na dobre. Czy jest sens wierzyć w to niby magiczne słowo, które dla większości kotów absolutnie nic nie oznacza?
- ... N-Nie m-musisz... P-Przepraszać - powiedziała cicho, próbując pozbyć się natrętnie dzwoniącej w głowie myśli, która kazała jej uważać i nie pozwolić się ponownie podejść jak ślepe, głupie kocie. Chciała wierzyć, że wojownik jest inny od reszty, która składała jej obietnicę, że będą zawsze przy niej, po czym zniknęli. Zmarli lub odeszli. Jak Czarny podniósł wzrok, ona go opuściła na ziemię kocięcy krok przed swoimi łapami, które owinęła ogonem porośniętym dłuższą, dużo bardziej zdrowo wyglądającą sierścią.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
Miał życie, to prawda, jednak jakie to życie było? Szare, bez żywych barw. Gdy dzień w dzień wszystko wygląda tak samo, zaczyna aż mdlić przy jakiejkolwiek czynności. Bez jednak tak bardzo nie potrafił nic zmienić w swym grafiku i poddał się szarej rzeczywistości, która swą pustką przytłaczała go jeszcze to bardziej. Czy jego przepraszam również było puste i tak nic nieznaczące jak reszty, Cichego Kroku na przykład? Sam Bez chciałby wierzyć, że nie rzucił swych przeprosin na wiatr i jednak jest o wiele więcej znaczące. To od wojownika zależy czy takie właśnie będzie, czy coś zmieni, czy jednak znów powróci do swej pustki. Słysząc głos wojowniczki, strzepnął uszami, kręcąc od razu głową. Miał za co przepraszać, miał i o tym bardzo dobrze wiedział. - Muszę, bo... bo... - zakłopotał się w swoich słowach, a już szczególnie w natłoku myśli, które spadły na niego tak gwałtownie i niespodziewanie, że miał uczucie jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody - ...bo powinienem być, p-p-p-powinienem poświęcać ci czas i...i...i... ale ta p-p-p-pustka mnie przytłoczyła... - przez całą swoją wypowiedź nie spojrzał ani razu na Wysoką Falę, błądził wzrokiem po obiektach w jej pobliżu, jednak ani razu nie skupił ślepi na jej osobie, gdyby to zrobił zakłopotał się jeszcze bardziej.
mieć złamane serce
i wierzyć w miłość? to największa odwaga
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Kiedy kocur przeciwstawił się jej słowom, podniosła na niego wzrok, kierując go na garbaty profil wojownika w łagodnym wyrazie oczekiwania na odpowiedź. Gdy ją dostała... Trudno było określić, czy była z niej zadowolona. Zacisnęła mordkę, spuszczając wzrok z lica rozmówcy, by wlepić go w jeden z niewielkich kamieni, które ugrzęzły w błocie przy brzegu, tuż na styku wody i lądu. Może nie rozumiała, przez co syn Mysiego Kroku musiał przechodzić, jednak po części mogła się domyślić, jak bardzo przytłaczająca może być wegetacja, która i tak zakończy się śmiercią.
- M-Mnie... Mnie t-też... K-Każdy p-potrzebuje być ch-chwilę sam... Cz-Czasem n-nawet dłuższą ch-chwilę... R-Rozumiem to - powiedziała cicho, dopiero po chwili zdołając z siebie wydusić chociaż te parę nieskładnych słów. Częściowo rozumiała, dlaczego starszy wojownik się odizolował od większości klanu i dlaczego wolał spędzać samotnie czas. Ona również najchętniej siedziałaby w swoim prowizorycznym legowisku, gdzie jedyne, co czuła, to wilgoć powietrza i chłód ziemi pod swoim barkiem. Wiedziała, że Czarny Bez sam wybrał taki sposób bycia i być może mu on pomaga, dlatego nie chciała zbyt mocno ingerować w jego życie. Nie była kimś wpływowym, była jedynie szarym kotem, który mógłby równie dobrze zniknąć z dnia na dzień i praktycznie nikt, prócz jej przyjaciela z dzieciństwa i być może brata, by o niej nie pamiętał. Są przecież młode koty, z dużo większym entuzjazmem i dużo lepszymi perspektywami na przyszłość, w klanie nie potrzeba takich jednostek, jak ona.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
Czarny miał tendencje do wyolbrzymiania i zdecydowanie żył przeszłością, nie potrafiąc się od niej odciąć. Choć... czy chciał się odcinać od przeszłości? Niby sprawia mu to ból, ale jednak wspominane chwile dawały mu szczęście. Zawiesił wzrok, wbijając go w bliżej nieokreślony punkt przed sobą. Wysoka była za dobra, zdecydowanie za dobra. Powinna go pocisnąć, wyrzucić wszystko, a ona podchodziła do wszystkiego tak delikatnie, na spokojnie, była za dobra wprost mówiąc. - Ja nie po-po-potrzebowałem... - spuścił głowę, kręcąc nią przy tym. Jego głos był znacznie cichszy i mniej pewny – choć wcześniej i tym nie grzeszył. Pociągnął nosem, przesuwając ogonem po podłożu i owijając nim swoje łapy. Czuł dość nieprzyjemne ciarki, przebiegające wzdłuż jego grzbietu, czy to z zimna? Nie... wtedy jest inne uczucie, zdarza się nawet, że zaczyna się trząść z zimna, teraz jednak było to uczucie jakby w jego grzbiet wbijała się masa szpilek. Czuł się winny i tak nieprzyjemnie zakłopotany, a jedyne co mógł zrobić do mówić, bo na cóż innego się odważy? - mówiłaś, że j-j-j-jestem ważny i... i... powiedz po p-pr-pro-prostu, że zawiniłem... zepsułem? - czuł wręcz potrzebę, że musi to usłyszeć, że musi usłyszeć jak to bardzo spieprzył sprawę i relację? Wysoka go tłumaczyła, wydawało się, że nie miała mu za złe tego braku czasu – choć miał go aż nadto. Podniósł wzrok, biorąc głębszy wdech. No już... powiedz, że jest najgorszy i nie tłumacz jego głupoty.
mieć złamane serce
i wierzyć w miłość? to największa odwaga
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Rzucała ukradkowe spojrzenia czarnemu kocurowi podczas chwili ciszy, skupiając się na jego reakcji na słowa kotki, niż na swoich odczuciach. Wiedziała, że Czarny Bez nie chciał zrobić tego celowo. Znała go dość dobrze i jak choć trochę był podobny do Wysokiej, czuł się winny temu, że jego stan psychiczny nie pozwalał na normalne funkcjonowanie. Na zajęcie się swoimi terminatorami w należyty sposób tak, jak wojownik powinien to robić. Na zajęcie się klanem, kociętami i starszyzną. Mógł mieć poczucie, że jest gorszy od innych, że nie jest… Wyjątkowy. A zdecydowanie było przeciwnie. W oczach wojowniczki, był kimś niezwykle ważnym i oryginalnym, głównie ze względu na swój charakter.
- J-Jesteś ważny… D-Dlatego r-rozumiem t-to, że ch-chcesz cz-czasami p-pobyć sam… T-To nic złego – odpowiedziała cichym, miękkim głosem na jego słowa, długo zbierając myśli po tym, co usłyszała. Nie chciała wypominać wojownikowi ciężkich chwil, jakich mógł doznać w przeszłości, była świadoma, jak boleśnie wspomnienia mogły ranić w najczulsze miejsce duszy, krojąc bezlitośnie na pół pragnące jedynie miłości i akceptacji serce.
- N-Nie z-zepsułeś n-niczego… N-Nadal tu j-jestem, z t-tobą – dodała dopiero po chwili, również po namyśle przerywając ciszę, by następnie zamknąć pysk i spuścić wzrok z lica syna Gilowego Gardła, chowając głowę w barkach i biorąc głębszy wdech. Czuła, że nie powinna takich słów wypowiadać na głos, jednak nie miała innego pomysłu, jak ubrać w czyny to, co chciała przekazać starszemu kocurowi.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
I tu właśnie tkwi szczegół... Bez nie chciał być sam, jednak nieustannie doprowadzał do swej samotności i dążył by pozostawała z nim jak najdłużej – robił to nawet nieświadomie. Wzdychnął jedynie, lekko ociężale, poruszając ogonem po ziemi. Syn Gilowego Gardła być typem kota, który nieustannie się nad sobą użalał, robił to nawet wbrew sobie i zupełnie podświadomie. Swą przyszłość widział w pesymistycznych barwach, a wszystko go strasznie przytłaczało i... och, znów myślał o sobie i o swoim złym losie. Może powinien skupić się na innych? Odstawić swe nieszczęścia na bok, poświęcając się całkowicie reszcie... może to sposób na szczęście? - Pójdźmy kiedyś gdzieś... p-po-poz-poza tereny rzeki - ziemie niczyje jednocześnie przerażały, jednak i jakoś fascynowały – nie już tak młodego – wojownika. Swoimi czasy był gotów nawet wkroczyć na tereny nienależące do nikogo i... no już nie wrócić, stać się samotnikiem. Czemu miał takie marzenie? Uroiło mu się coś w głowię, że gdzieś tam czeka na niego jego rodzina, jego rodzeństwo, które poznikało i wyparowało, nie pozwalając by Bez miał szansę choć trochę ich poznać -. nie musi b-b-b-być daleko, już o-o-o-od dawna myślałem by tak się przejść, chciałem j-j-j-jednak by była przy mnie osoba, k-kt-któ-którą kocham, wiesz... nie chciałem i-i-iść sam - podniósł powoli wzrok na młodszą wojowniczkę, wydając się być zupełnie nieświadomym tym co powiedział... Zupełnie jakby przed chwilą wcale nie wyznał... och, może po prostu to przemilczmy, może Wysoka również nie zauważy co wkręciło się w całą wypowiedź paskudnego wojownika? I pozostanie nieświadoma zupełnie jak on w danej chwili. Przybity, a jednak zerkający na nią z zalążkiem nadziei.
mieć złamane serce
i wierzyć w miłość? to największa odwaga
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Pozwoliła, by między nimi zapadła cisza, w głębi duszy ciesząc się, że Czarny Bez nie nalegał na swoją wcześniejszą prośbę o to, żeby wytknęła mu jego brak czasu czy zainteresowania. Wysoka była w stanie dużo uczuć zrozumieć, dodatkowo nigdzie jej się nie spieszyło. Wiedziała, że czarny wojownik będzie zawsze gdzieś w pobliżu, nawet jak nie rozmawiali. Przeniosła na niego wzrok, patrząc jedynie kątem oka, gdy wysłuchiwała w zdziwieniu jego propozycji. Tereny niczyje zawsze dla Wysokiej były czymś przerażającym, nie rozumiała pragnienia pogoni za wolnością niektórych kotów, podczas gdy ona widziała korzyści, jakie zapewniał klan kotom takim, jak ona. Tchórzliwym istotom, które bały się zaczerpnąć pełnymi garściami z życia, dopóki było się młodym, a obecnie życie rudej przypominało bardziej smętną egzystencję, której jedyną podporą był Czarny Bez oraz terminatorzy, których otrzymuje i którzy znikają po pewnym czasie. Niektórzy szybciej, niektórzy wolniej, ale każdy z nich nie wytrzymuje długo w klanie. Serce kocicy mocniej zabiło, gdy usłyszała, jak spokojnym głosem syn Gilowego Gardła kontynuował, wplatając również w swoją wypowiedź zlepek słów, który przyprawił wojowniczkę o zatrzymanie serca, by potem mogło ruszyć ze zdwojoną prędkością. Czuła, jak jej zaczyna brakować tchu, dlatego wzięła głębszy, drżący oddech, zanim zdecydowała się na odpowiedź, a wśród szybko przebiegających myśli starała się uformować składne zdanie, które również będzie odzwierciedlać to, co czuła wobec kocura. Nie nawykła do okazywania uczuć, długo również cierpiała po stracie Cichego Kroku, jednak teraz... Teraz miała wrażenie, że może dać komuś drugą szansę. Szczególnie jeśli tym kimś był jej bliski przyjaciel z dzieciństwa, tak podobny do niej.
- P-Pójdę. Z-Zawsze lepiej j-jest p-przeżywać t-takie chwilę... M-Mając u b-boku osobę, k-którą się k-kocha - odpowiedziała cicho na jego słowa, na moment spuszczając wzrok z profilu wojownika i dopiero pod koniec starając się nawiązać kontakt wzrokowy. Widziała w starszym kocurze odbicie siebie samej, byli powiązani grubą więzią, którą ciężko będzie rozerwać, pomimo że nie rozmawiali ze sobą zbyt często. Z całego bezdennego smutku, jaki ją ogarniał od księżyców, obecnie zaczęła wyłaniać się nadzieja, jednak powiązana ze strachem przed obronną reakcją kocura. Uwierzyła, że mogą nastać lepsze czasy, jednak gdzieś z tyłu głowy wiedziała, że zaraz nadzieja może zostać roztrzaskana na tysiąc kawałku pod wpływem jednego ruchu czy słów Czarnego Bza.
Kopytko przypomina swojego ojca w bardzo dużym stopniu. Tak jak on nie jest kotem za wysokim, raczej przeciętnym, dokładnie jak ojciec posiada długie, silne łapy. Jednak od ojca wyróżnia go czarne, błyszczące futerko. Krótkie futro, jednolitego koloru pokrywa całą szczupłą sylwetkę kocurka, na jego ciemnym tle wyróżniają się skośne oczy, które przybrały kolor sztabki złota, bądź jak kto woli zachodu Słońca. Spośród reszty kotów wyróżnia go iście orientalny pysk oraz duże, trójkątne uszy. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą jest brak kilku zębów z lewej strony, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego jest to, że je sobie wybił. Przez brak zębów jego język zwisa z lewej strony pyszczka.
Na pierwszy rzut oka może wydać się strachliwy, nieśmiały, wstydliwy. Taki typowy synalek mamusi. Może był taki przez pewien czas, bardzo krótki czas, ale od zawsze ciągnęło go na jakieś przygody, jakieś nowości, ciekawość wzięła górę i pewnego dnia wrócił bez zębów. Od tamtego momentu stał się spokojniejszy i bardziej opanowany, mimo wszystko nadal ulega swoim emocją, co niekiedy ciągnie za sobą spore konsekwencje. Gdy nie jest czegoś pewien prosi kogoś o radę, najczęściej tą osobą jest jego matka - Mysi Krok. Nawiązywanie nowych znajomości idzie mu z oporem, lecz kiedy się przed kimś otworzy można dostrzec jego gadatliwość, pomimo jąkania się potrafi gadać jak najęty.
Nawet przez głowę mu nie przeszło, że jego słowa mogą wywołać taką reakcję u wojowniczki. Pewnie dlatego, że nie od razu sobie uświadomił co przeszło mu przez gardło. Dopiero jak Wysoka sama w końcu się odezwała, ten zanalizował bardziej swą wypowiedź... Przełknął gulę, która tak nagle powstała w jego gardle, napinając nieco swoje mięśnie. - Tak... - odparł cicho, przechodząc powoli wzrokiem z Wysokiej Fali na przestrzeń przed sobą, by następnie znów skupić się na swoich łapach. Teraz poczuł się jakby siedział na pełnym słońcu, które w upalne dni sięga naprawdę wysokich temperatur. Gdyby nie czarne futro, zapewne przybrałby teraz barwę soczystej czerwieni, widocznej z drugiego końca lasu. Ach... jak on coś palnie, tak wtedy nie wiadomo co powie pogrąża się jeszcze to bardziej, pewnie dlatego milczał, starając się poruszać w jak najmniejszym stopniu. Gdyby Wysoka nie była tak dobra, zapewne wygarnęłaby mu, wyśmiała, czy... czy co tam można by jeszcze zrobić. Wypuścił powoli powietrze z płuc, które nieświadomie wstrzymał, zaciskając na chwilę powieki. No cóż... niezręcznie, jeszcze bardziej niż było wcześniej. - To... ten - odezwał się w końcu, przerywając jednak, by odchrząknąć - ...gdy tylko b-b-b-będziesz chciała to przyjdź, j-j-ja zawsze znajdę czas dla ciebie i... będę cz-cz-cze-czekał - jego wzrok przeskakiwał z postaci Wysokiej, na jakiś punkt w otoczeniu, nie mogąc się dłużej skupić na oczach wojowniczki... Czy Bez ośmieszył się w jej oczach? Tym zajmie się potem, kiedy już będzie w cichym, osamotnionym miejscu i pozwoli sobie na analizę każdej wypowiedzianej i zrobionej głupoty, podczas tego krótkiego spotkania. Podniósł się powoli, unosząc nawet lewy kącik ust w pół uśmiechu – a to ci rzadki widok – by następnie skinąć lekko głową i ruszyć na sztywnych łapach w stronę obozu. Wysoka mogła jeszcze słyszeć chlupnięcie – które powstało gdy tylko Bez się potknął i jego tył zamoczył się w nieprzyjemnej wodzie. Syn Gilowego Gardła wyskoczył pospiesznie z wody, otrzepując się i przeklinając siebie samego w myślach. Może chociaż się zaśmiała? Jak tak, to warto było się zamoczyć...
[size=67]//zt, dziękóweczka za sesję
mieć złamane serce
i wierzyć w miłość? to największa odwaga