Księżyce: 150 Mistrz: Ćmia Gwiazda, Kos Płeć: kocur Matka: Pajęcza Noga Ojciec: Gęsiopióry Trwałe urazy: oddziobana 1/3 nosa, rozerwany pysk i policzek, oba z lewej strony
Ogromny, piękny kocur. Prezentuje się urokliwie, porusza z gracją. Ma chude, gibkie ciało z zarysem silnych mięśni, jego nogi są długie, a krótka, czarna sierść o głębokim odcieniu i oleistym połysku przylega do ciała. Oczy ma ognistopomarańczowe, uszy spore, nos prosty, ogon długi i cienki jak bicz.
Jest bardzo bystry. Zna swoją wartość, lubi być w centrum uwagi i nie brakuje mu pewności siebie, łatwo przejmuje stery. Ukrywa emocje, panuje nad mimiką i mową ciała, jest czujnym obserwatorem, a każdy jego ruch jest efektem dokładnych kalkulacji. Zdarza mu się jednak działać impulsywnie, szczególnie pod wpływem silnych emocji. Jest bardzo ambitny i ekscytują go wyzwania wymagające wysiłku. Ma problem z kontrolowaniem złości, w starciach jest bardzo brutalny.
Powracające Echo [MGBG]
Sprzeciw Tundry, jej stanowczy i władczy głos był dla niego jak melodia. Rozpalił trzewia Czarnej Wrony. A więc tego chciała. Uniósł powoli szczupły pysk znad karku kocicy, przesuwając go po jej szyi. Przymknął ślepia, rozkoszując się przyspieszonym rytmem swojego serca, szumem krwi, tętnem odbijającym się echem w czarnych uszach.
Przysiadł, zniżając ciało. Ugiął przed nią kark, opuścił łeb, by znalazł się pod pyskiem kocicy. Wyciągnął szyję i uniżenie szorstkim językiem przejechał po jej brodzie. Chętnie oddawał swoje ciało, siebie, w jej władanie.
- Jak każesz. - szepnął, gorącym oddechem ogrzewając jej podgardle. Nie patrzył w jej oczy. Powoli ułożył się przed nią na grzbiecie, tak, by mogła obserwować każdy ruch smukłego, czarnego ciała, którym szarpało podniecenie, które drżało w napięciu, w oczekiwaniu. Bierz mnie, Tundra. Wbij mnie w ziemię, wydrzyj ostatni oddech z mojej piersi, wyrwij mi serce.
Księżyce: 112 Mistrz: Tajga Płeć: kotka Matka: Tajga* Ojciec: nie poznałam imienia Partner: Pokrzywa
szczupła kotka w typie devon rex o czekoladowej szylkretowej klasycznie pręgowanej sierści z bielą. Ma nieco płaską głowę i żółte oczy.
Poważna, twarda, zdecydowana. Ma w głowie własny kodeks postępowania, własny sposób postrzegania dobra i zła. Dla przykładu, bicie nie zawsze jest złe jeżeli jest środkiem do osiągnięcia wyższego celu. Rzadko można uświadczyć uśmiech na jej pysku. Ostatnie, co można o niej powiedzieć to to, że jest wyluzowana i swobodna. Jest uparta ale przez to niezwykle lojalna. Samotnicze życie sprawiło, że jest bardzo samodzielna; również w podejmowaniu decyzji czy inicjowaniu znajomości. Asertywna. Od sterczenia i wiecznego analizowania zdecydowanie woli działanie. Zdarza jej się również najpierw działać, potem myśleć, chociaż to akurat z wiekiem ma miejsce coraz rzadziej. W wielu sytuacjach jest małomówna, a wyrażanie emocji przychodzi jej z trudem. Inteligentna, choć posiadająca obniżony poziom empatii
Pęd [NŚ], Płocha [KR]
Nie była przekonana, jak kocur zareaguje. Nie znała go i była przygotowana, że może zareagować w dowolny sposób. Tego dnia była jednak gotowa na każde ryzyko. Każde. Jeżeli tylko miała dostać to, czego chciała.
A chciała jego.
Przesunęła się tak, by zapewnić sobie widok na niego i wygodę. Drżenie rosło w jej wnętrzu. Zaczęło się w okolicach ogona i rosło, rozprzestrzeniało się dalej, doprowadzając ją do szaleństwa, do ekstazy, do ostateczności. Każde jego słowo sprawiało, że pragnęła pożreć go, zamknąć w sobie, stać się z nim jednością.
(...)
Zapomniała.
Tak, jak tego pragnęła, na jakiś czas z jej głowy znikła rodzina, znikł Nowy Świt. Znikła władza i obowiązki. To wszystko zastąpił Czarna Wrona.
Księżyce: 150 Mistrz: Ćmia Gwiazda, Kos Płeć: kocur Matka: Pajęcza Noga Ojciec: Gęsiopióry Trwałe urazy: oddziobana 1/3 nosa, rozerwany pysk i policzek, oba z lewej strony
Ogromny, piękny kocur. Prezentuje się urokliwie, porusza z gracją. Ma chude, gibkie ciało z zarysem silnych mięśni, jego nogi są długie, a krótka, czarna sierść o głębokim odcieniu i oleistym połysku przylega do ciała. Oczy ma ognistopomarańczowe, uszy spore, nos prosty, ogon długi i cienki jak bicz.
Jest bardzo bystry. Zna swoją wartość, lubi być w centrum uwagi i nie brakuje mu pewności siebie, łatwo przejmuje stery. Ukrywa emocje, panuje nad mimiką i mową ciała, jest czujnym obserwatorem, a każdy jego ruch jest efektem dokładnych kalkulacji. Zdarza mu się jednak działać impulsywnie, szczególnie pod wpływem silnych emocji. Jest bardzo ambitny i ekscytują go wyzwania wymagające wysiłku. Ma problem z kontrolowaniem złości, w starciach jest bardzo brutalny.
Powracające Echo [MGBG]
(...)
Tundra dostarczyła mu prawdziwej przyjemności. Och, jaka to była gorąca kocica. Przeżył z nią pierwszy w swoim życiu stosunek i była to wspaniała inicjacja. Dała mu dokładnie to, czego potrzebował, dokładnie to, czego pragnął. Ten poranek nie mógł być lepszy. Jak dobrze, że udało się ją odnaleźć.
Zamruczał, wzdychając głęboko, próbując uspokoić przyspieszony oddech. Zmęczenie ogarniało jego ciało. Przechylił głowę, wciągając do płuc zapach więdnących wrzosów zmieszany z wonią jej rozpalonego ciała. Położył łapę na barku kocicy, wczepił palce w jej kędzierzawe futro i zacisnął je delikatnie.
- Tundra... jesteś wspaniała. - powiedział przekręcając głowę w jej stronę. Polizał ją delikatnie w policzek.
Księżyce: 112 Mistrz: Tajga Płeć: kotka Matka: Tajga* Ojciec: nie poznałam imienia Partner: Pokrzywa
szczupła kotka w typie devon rex o czekoladowej szylkretowej klasycznie pręgowanej sierści z bielą. Ma nieco płaską głowę i żółte oczy.
Poważna, twarda, zdecydowana. Ma w głowie własny kodeks postępowania, własny sposób postrzegania dobra i zła. Dla przykładu, bicie nie zawsze jest złe jeżeli jest środkiem do osiągnięcia wyższego celu. Rzadko można uświadczyć uśmiech na jej pysku. Ostatnie, co można o niej powiedzieć to to, że jest wyluzowana i swobodna. Jest uparta ale przez to niezwykle lojalna. Samotnicze życie sprawiło, że jest bardzo samodzielna; również w podejmowaniu decyzji czy inicjowaniu znajomości. Asertywna. Od sterczenia i wiecznego analizowania zdecydowanie woli działanie. Zdarza jej się również najpierw działać, potem myśleć, chociaż to akurat z wiekiem ma miejsce coraz rzadziej. W wielu sytuacjach jest małomówna, a wyrażanie emocji przychodzi jej z trudem. Inteligentna, choć posiadająca obniżony poziom empatii
Pęd [NŚ], Płocha [KR]
Na komplement zareagowała lekkim uśmiechem, nie będąc przyzwyczajoną ani do taktowanego reagowania na nie, ani do ich przyjmowania ani do ich prawienia. Stąd jedyne, co potrafiła zrobić to posłać kocurowi uśmiech. Wylizywała teraz ukurzone futro. - Niech to spotkanie i to, co się podczas niego wydarzyło zostanie naszą słodką tajemnicą. - powiedziała cicho, nie będąc w stanie przyjąć normalnego głosu. Wciąż była jeszcze pod wpływem tego, co się stało i nie chciała odchodzić, rozdzielać się do Czarnej Wrony. Pragnęła teraz ułożyć się przy jego boku i zasnąć, zmęczona i błoga. Jednak nie mogła go o to prosić. - Teraz, kiedy nie jesteś już kotem klanowym możesz czasem usłyszeć moje imię i chcę, byś udawał, że spotkaliśmy się tylko raz, wtedy za Grzmiącą Ścieżką, ja się przedstawiłam i wymieniliśmy parę zdań a potem zaczęło padać i więcej się nie spotkaliśmy. Rozumiesz? - spytała i musiała być przy tym rzeczowa. Mimo, że wciąż odczuwała do niego czułość, nie mogła sobie pozwolić na to, by to wiedział. Musiała być stanowcza i rzeczowa, jeżeli jej polecenie miało być wykonane. Jeżeli dało się uniknąć ujawnienia informacji o bliskich stosunkach Tundry z młodym samotnikiem, Tundra chciała by tak się stało. - Ja zrobię to samo w twoim przypadku - dodała.
Teraz wstała z ziemi i z lekko poruszającym się w powietrzu ogonem sygnalizowała, że chce odejść z tego miejsca.
Koniec tego dobrego.
Księżyce: 150 Mistrz: Ćmia Gwiazda, Kos Płeć: kocur Matka: Pajęcza Noga Ojciec: Gęsiopióry Trwałe urazy: oddziobana 1/3 nosa, rozerwany pysk i policzek, oba z lewej strony
Ogromny, piękny kocur. Prezentuje się urokliwie, porusza z gracją. Ma chude, gibkie ciało z zarysem silnych mięśni, jego nogi są długie, a krótka, czarna sierść o głębokim odcieniu i oleistym połysku przylega do ciała. Oczy ma ognistopomarańczowe, uszy spore, nos prosty, ogon długi i cienki jak bicz.
Jest bardzo bystry. Zna swoją wartość, lubi być w centrum uwagi i nie brakuje mu pewności siebie, łatwo przejmuje stery. Ukrywa emocje, panuje nad mimiką i mową ciała, jest czujnym obserwatorem, a każdy jego ruch jest efektem dokładnych kalkulacji. Zdarza mu się jednak działać impulsywnie, szczególnie pod wpływem silnych emocji. Jest bardzo ambitny i ekscytują go wyzwania wymagające wysiłku. Ma problem z kontrolowaniem złości, w starciach jest bardzo brutalny.
Powracające Echo [MGBG]
Przymknął oczy, słuchając tego, co miała do powiedzenia. Ładny miała głos. Delikatnie ubodło go to, że nie miała zamiaru przyznawać się do tego, że go znała, ale nie dał tego po sobie poznać i szybko wyrzucił tę myśl z głowy. Mogła mieć swoje powody. Mogła mieć kochanka, który byłby o niego zazdrosny, albo... to mogło być w gruncie rzeczy cokolwiek. Nie zamierzał się dłużej tym przejmować. Istotne było to, że jej się podobał. Że spędzili razem kilka miłych chwil.
Bo dostał to, czego chciał, ona także.
- Jak sobie życzysz. - zamruczał miło i także podniósł się. W ostatnim wyrazie czułości przejechał cienkim ogonem po jej boku. Być może jeszcze na siebie trafią i powtórzą to.
- Do zobaczenia, Tundra. - pożegnał się raźnym głosem i ruszył przez wrzosy w swoją stronę, wciągając do płuc ich zapach, jak gdyby na pamiątkę tego miłego spotkania.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Wrzosowisko nie było tak urodziwe, jak je zapamiętał – bujny fiolet drobnych, zbitych w hufce kwiatów pobladł i sczezł, rozciągając przed jego oczami łagodną falistość pagórków, lecz nie przyciągając już spojrzenia, a wpełzając jedynie na lico grymasem cierpkiego rozczarowania, biernej naiwności, która tak długo pozwalała mu sądzić, że miejsce to pozostanie nakryte rumieńcem purpurowego kolorytu niezależnie od zmienności pór roku, zatrzymane w kliszy jego przestarzałych, rozbuchanych dziecięcą wyobraźnią wspomnień.
Mimo to, podążył przed siebie, krokiem wolniejszym, pozbawionym wcześniejszej, gorliwej sprężystości, która niosła go pośród podgniłych liści ku przyjemnej suchości poganianej wiatrem wiechliny – rachityczne krzewy ocierały się lekko o ryżą miękkość jego futra, ostatecznie rozstępowały się jednak posłusznie, rozciągając pod łapami szeroką, przyjemną ścieżkę wśród rozległej łąki wrzosowiska. Pamiętał dobrze, że właśnie tutaj mieli się spotkać i dotąd z uporem powstrzymywał się przed ruszeniem ku określonemu miejscu przed czasem, małodusznie przekonany, że mógłby spotkać Oriona wcześniej, dobyć zaszczytu podejrzenia go, gdy ten nie mógłby jeszcze go zauważyć, zawieszenia kotwicy źrenic na jego smukłym ciele, które – o tym był przekonany – nawet wśród tego roślinnego pogorzeliska wciąż poruszałoby się należytą gracją, być może nawet własną aparycją przymuszając fiolet wrzosów do ponownego zakwitnięcia; nie wiedział, a mimo to był pewien, że kwiaty uniosłyby się wokół niego niczym sakralny nimb.
W końcu poruszył nerwowo ogonem, przysiadając ostrożnie na szczycie jednego z pagórków, być może nierozważnie ujawniając swoją obecność każdemu, kto szedłby akurat wśród gęstwiny, zapewniając sobie jednak tym samym znakomity widok na otaczający go krajobraz. Pociemniały bursztyn spojrzenia zawiesił w rozmarzonej refleksji na linii horyzontu – jak długo, zanim będą mogli go przekroczyć?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion był kotem, a w związku z tym wszelkie umawianie na konkretną porę było jedynie orientacyjne. W jego świecie nie istniały zegarki odliczające upływ czasu co do sekundy. Nie istniało nic co by mogło posłużyć za dowód, że powinien wyruszyć już dawno temu, żeby nie kazać na siebie czekać. W ten oto sposób cynamon jednocześnie spóźnił się i nie spóźnił się na wrzosowisko. Zjawił się nieco później niż Kąkol, ale nie na tyle by było to wyraźnie widoczne, na przykład, w położeniu słońca. Nie na tyle by rudzielec zdążył zanudzić się na śmierć, taką miał nadzieję przynajmniej. Bo przed spotkaniem musiał załatwić jedną, niezwykle istotną sprawę, która nie mogła poczekać, chociażby, do jutra.
Przyszedł niosąc cały bukiet stokrotek. Nie był w pełni z tego zadowolony, bo pierwotnie zakładał znalezienie pewnych polnych chwastów o różowych płatkach. Niestety najwyraźniej kąkole już przekwitły o tej porze. Pozostawały tylko nieśmiertelne stokrotki, które może nie rosły już tak obficie jak w środku ciepłej pory, ale wciąż dawały się z łatwością znaleźć.
Po wejściu na wzniesienie, lekko zaczepił pręgusa końcówką puchatej kity w ramach przywitania, jako że pysk miał zajęty. Usiadł obok, tylko pobieżnie spoglądając w kierunku, który tak obserwował Kąkol; nie dostrzegł tam nic wartego uwagi. Więc skupił się na bliskim otoczeniu, odłożył przyniesione ze sobą kwiatki przed swoje przednie łapy, by następnie pochwycić jedną z większych stokrotek i delikatnie założyć ją za rdzawe uszko. Przez krótki moment podziwiał swoje dzieło, aż wreszcie się odezwał.
- Słuchaj, mamy dzisiaj dużo do omówienia. Pojawiły się pewne trudności. Dotyczące realizacji mojego celu tutaj, oczywiście. Klanowe kotki nie są zbyt chętne do dzielenia się informacjami. Większość to zwykłe dzikusy, które chcą się bić na dzień dobry, albo się pultają o głupoty. - między każdym zdaniem robił przerwę na sięgnięcie po kolejnego kwiatka i zaczepienie go o rude futerko, w większości na szyi. - Więc pomyślałem sobie. Skoro nie chcą się dzielić za bardzo z obcymi to mógłbym tymczasowo dołączyć do któregoś klanu. Ułatwiłoby to badania. Co o tym myślisz? To wykonalne?
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Nie miał świadomości mijającego czasu, kolejnych sekund i minut przeciskających się przez wąską cieśninę klepsydry, mimo to, jak mu się zdawało, nie musiał czekać długo – znajomy, pobielały czerep Oriona, a w ślad za nim smukłość całej jego sylwetki, wyłoniły się spomiędzy gęstwiny obumierającego wrzosowiska (mógłby przysiąc, że gdyby kocur dotknął łapą jednego z krzewów, kwiaty rozwinęłyby się na nowo, pochłaniając okolicę fioletowym kolorytem, nie śmiał jednak prosić, nie śmiał zbyt długo sobie tego wyobrażać). Przez chwilę trwał w niemym oczekiwaniu, przyglądając się, jak przyjaciel wspina się łagodną ścieżką po jednym z pagórków, skłaniając pysk do łagodnego uśmiechu dopiero, gdy mógł dostrzec wyraźniej jego fizjonomię, dwa szafiry spojrzenia inkrustowane w cynamonowe płótno poruszanej wiatrem sierści.
– Hej. – odrzekł głupio, nie bardzo wiedząc co innego powiedzieć i poruszając nerwowo uszami, gdy końcówka puchatej kity smagnęła go łagodnie w ramach powitania; zauważył również bukiet drobnych, białych kwiatków i gdyby nie okrywa rudego futra jego poliki z pewnością nakryłyby się pąsowymi kałużami zakłopotanych rumieńców, gdy jeden z nich znalazł się za jego uchem, odznaczając się wyraźnie na tle ryżych, przecinających czoło pręg. Dopiero gdy Orion się odezwał, coś w spojrzeniu Kąkola zmieniło się nagle, cały radosny entuzjazm przesączył się z powrotem do kości – wzrokiem otaksował uważnie stojącego przed nim kocura, nie dostrzegł jednak żadnych ran, strupów czy zadrapań, niczego, co mogłoby sugerować, że jego wędrówka po krainie rzeczywiście skończyła się bijatyką. Westchnął z ulgą, ostrożnie znów spoglądając mu w oczy.
– No… – zawahał się; nie chciał, żeby Orion porzucał swej samotniczej niezależności, znikając przed nim na terenach jednego z klanów. – Wykonalne… na pewno, pytanie czy to rzeczywiście najlepszy z możliwych wyborów. – pochylił lekko łeb, próbując przyjrzeć się bieli stokrotek, które przyjaciel wplatał w jego futro. – Do którego klanu chciałbyś dołączyć? – spytał niepewnie, pilnując, by głos nie pękł mu jak sucha, przydepnięta łapą gałąź.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nie przerywał sobie dekorowania rdzawej sierści drobnymi kwiatkami, podczas gdy Kąkol głowił się nad odpowiedzią. Nie chciał go poganiać, bo może i chętnie poznałby jak najprędzej jego opinię odnośnie planu, tak miał jeszcze przed sobą spory bukiet. Nie śpieszyło mu się nigdzie.
Poruszył z zaciekawieniem uchem, słysząc o potencjalnym istnieniu jeszcze lepszego rozwiązania. Bo chyba właśnie to pręgus chciał w ten sposób zasugerować? Że istnieje mniej upokarzająca droga, na której nie przewiduje się dołączania w szeregi łańcuchowych piesków? Rzecz w tym, że z pyskiem zajętym stokrotką, Orion nie mógł od razu przejść do drążenia tematu, a Kąkol w tym czasie sam zadał pytanie. Ostrożnie umieścił cienką łodyżkę między potarganymi kłaczkami i odsunął się nieznacznie, by spojrzeć na dwubarwną mordkę; chcąc wyczytać z niej to czego nie udało mu się wychwycić z tonu. Nie udało się. Może się przesłyszał.
- Jeszcze nie wiem, to element do dopracowania, dlatego go teraz z tobą konsultuję. Może wiesz w którym klanie są największe szanse na powodzenie tego planu? - nie czekał jednak na odpowiedź, zdecydował od razu przejść do swoich opinii. - Zastanawiałem się pomiędzy Wichrem, a Rzeką. W Wichrze... znam parę kotów, tylko tu się sytuacja komplikuje, bo widzisz, tam jest taka kotka, którą poznałem chyba jeszcze przed tobą? Bardzo przyjemna do rozmów, aż ciężko uwierzyć, że jest klanowym kotem, tylko widzisz, problem jest taki, że nie widziałem jej od tamtego spotkania. Już pomijając, że się martwię i nie chciałbym, żeby stało jej się coś złego to gdybym chciał dołączyć do Wichru, to właśnie na jej wsparcie przed przywódcą mógłbym liczyć. - westchnął ciężko - Bez niej będzie to trudniejsze. Może mógłbym liczyć na, hm, przyjaciela, ale nie chciałbym mu być winny żadnych przysług, bo z dobroci serca z pewnością by mi nie pomógł. Widzisz, jedyne co w nim dobre to ładne, niespotykanie zadbane jak na dzikusa, futro, ale tak poza tym to raczej niesympatyczny typ. Taki strasznie nieufny był jak go pierwszy raz spotkałem, rozmowa też jakaś dziwna była, niesamowicie mi wtedy przypominał psa na łańcuchu, wiesz? No nie sądzę by on był kluczem do dołączenia do Wichru. - przerwał na moment by podsumować sobie to w myślach. To były jego dwie, główne, wichrowe znajomości. Jedna niepewniejsza od drugiej, więc może nie było co o nie opierać próby dołączenia do klanu? - Ach, a co do Rzeki, widzisz, tam znam kogoś ważniejszego niż zwykły wojownik. Jakiegoś ziołoznawcę czy kogoś... no, teraz chyba za wiele o leczeniu nie wie, ale obiecywał czasem wpadać i sprawdzać czy jeszcze żyję. Myślę, że gdybym mu powiedział, że rozważam dołączenie do ich klanu to by pogadał z kim trzeba i wszystko załatwił. - może nieco za bardzo wierzył we wpływy i umiejętności organizacyjne zjawy, ale po podzieleniu się opcjami, Orion musiał przyznać, że opcja z liliowym brzmiała najrozsądniej. Jeszcze była ta półżywa kotka (o niej też będzie musiał koniecznie opowiedzieć rdzawemu), ale nawet jeśli rozmowa z nią była ciekawa to cynamon niekoniecznie chciał się pchać za nią do jakiejkolwiek grupy. O Nurt i Klanie Gromu nawet nie myślał, szara koteczka pewnie wolałaby zjeść własną stopę niż zobaczyć Oriona w swoim klanie. A jeśli jej mamusia rzeczywiście była przywódcą to oriental mógł od razu skreślić ten klan.
Przypomniał sobie o poprzedniej kwestii.
- Ach, właśnie. Jeśli to nie jest najlepszy z możliwych wyborów to co proponujesz?
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Siedział sztywno, słuchając go z uwagą oraz narastającym, kładącym się na karku oszołomieniem, jak przemyślane i pełne zdeterminowania wydawały się być zamierzenia Oriona – od jak dawna to planował? Kiedy zamierzał mu powiedzieć? Poczuł nieprzyjemne mrowienie na myśl, że cynamon miałby popłynąć wraz z ławicą oddanych Kodeksowi, próżnych ignorantów, którzy, niezależnie od klanu, dzielili przecież te same, pompatyczne nad wyrost wartości, na które dotąd otwarcie spluwał, mieszając je z błotem, jakie zwykło rozciągać się o tej porze roku pod jego łapami – był wprawdzie pewien, że point w żaden sposób nie mógłby wtopić się w motłoch którejkolwiek z grup, tak różny od kotów, które znał, tak lśniący na tle ich burej, pospolitej sierści; wyróżniałby się nawet pośród Gwiezdnych. A jednak – w jego piersi zakiełkowało ziarnko obawy.
– Noo… – znów się zawahał, napominając się w myślach, próbując przywołać słowa ku spójnej artykulacji, nigdy nie był jednak uzdolnionym oratorem, silne emocje sprawiały, że potykał się o własne, ledwie wydobywane z gardła głoski i przeciągał fonemy, jąkając się niekiedy, tym silniej zawstydzony dziecinną manierą swego zachowania. Tym razem chrząknął więc cicho, unosząc lekko głowę i mrużąc oczy, próbując nadać własnemu licu wyrazu intensywnego zastanowienia – nie odbiegało to daleko od prawdy, wartki strumień refleksji przeciął bowiem umysł szumem chłodnej, orzeźwiającej wody, skupiał się jednak nie tyle na wybraniu lepszej opcji spomiędzy tych, które przedstawił mu Orion, a na pozbyciu się ich obu; najchętniej za jednym wystrzałem. – Dołączenie do Rzeki wydaje się brzmieć rozsądniej… prezentujesz się, cóż – wątły uśmiech, mimochodem wślizgujący się na pysk – nienagannie, ale musisz wiedzieć, że w klanach obowiązują pewne zasady, surowe zasady, którym będziesz musiał się podporządkować. Co jeśli staniesz się jednym z nich? Jednym z wielu? – westchnął cicho, po czym poruszył rudą kitą, wpierw spoglądając na odległy łuk ginącego wśród wrzosowisk horyzontu, po czym znów przenosząc wzrok na smukłe lico przyjaciela. Czy istniało większe cierpienie?
– Nie rozumiem, dlaczego tak ci na tym zależy. Co jest ciekawego w tych kotach? Ich głupich kodeksach, infantylnych problemach i odgórnie narzuconych zasadach? Cały świat stoi przed tobą – przed nami – otworem, dlaczego go nie zobaczyć? Po co trwać w tej jałowej krainie, która ma sobą tak niewiele do zaoferowania? – miriady pytań uparcie cisnące się na język, zawoalowane w miękki, łagodny ton, pełen sympatycznej dociekliwości. – Z pewnością mógłbyś dowiedzieć się wszystkiego, co cię interesuje znacznie szybciej, gdybyś potrafił należycie się bić. Koty z klanów to szanują, jeśli wygrasz, będą ci winne przysługę, a wówczas możesz spytać o cokolwiek. – odrzekł w końcu, niespełna zgodnie z prawdą, lecz ku własnej satysfakcji, która błysnęła złotym refleksem w stężałej kalafonii jego spojrzenia.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion czekał na reakcję. Można by powiedzieć, że cierpliwie, bo nie poganiał pręgusa ani słowami, ani spojrzeniem, ani postawą. Po prostu... czekał, chociaż gdyby mu tylko zajrzeć do tej jasnej główki, to by się szybko okazało, że ten spokój był mocno pozorny, a cynamon był o krok od implozji, gdyby tylko musiał czekać chociaż sekundę dłużej.
W porządku, czyli Rzeka była rozsądniejszym wyborem i Orion był w stanie się z tym zgodzić. Miał znajomości (sztuk jeden), nie było tam podejrzanych typów, przez których dostawał gęsiej skórki, więc mógłby z miejsca iść szukać Cisowej Łapy i prosić o audiencję u przywódcy. Jednak to nie był koniec wypowiedzi, pojawiło się pewne ale, a wielkie uszy powędrowały do przodu w zaciekawieniu. Szczerze mówiąc? Sugerowanie, że najjaśniejsza z gwiazd, najlepsze co ten głupi las spotkało, miałaby zostać jednym z wielu było uwłaczające. Dla Kąkola, rzecz jasna, że w ogóle przeszło mu coś tak durnego przez głowę. Przynajmniej reszta wypowiedzi nie była aż tak idiotyczna jak pierwsza sugestia, więc Orion powstrzymał się przed wejściem mu w słowo i zapamiętywał pytania na później.
- Przysługi za wygraną w walce? Co za... dzikusy. - pasowało mu to do wyobrażenia klanowych kotków, więc darował sobie sztuczny sceptycyzm. Poza tym rudzielec nie miał powodów by skłamać, prawda? Od pierwszego dnia był z nim szczery, nic by teraz nie odwalił, więc oriental skupił się na ważniejszych kwestiach. - Ty się potrafisz bić? Tak wiesz, po dzikusowemu. Bo ja, rzecz jasna, potrafię walczyć, ale pomyślałem, że jeśli bym stosował te ich... techniki czy cokolwiek to łatwiej by było o ich szacunek. - i same walki by były krótsze, a szkody na jasnej szacie minimalne. I tak krzywiąc się mentalnie na potencjalne błoto na futrze, przypomniał sobie, że nim wszedł temat walk, to poruszali inne istotne kwestie. No właśnie, co to było, co za pytania dopiero co próbował zapamiętać? Spojrzał na trzy mizerne stokrotki, które najbardziej ucierpiały w transporcie i ostatecznie zostały na ziemi przed jego łapami, a nie wplątane w rude futerko. Ach, no właśnie.
- Pytałeś dlaczego mi zależy na śmiesznych dzikusach i ich zwyczajach, skoro świat poza tą krainą jest ciekawszy. - stwierdził na głos, w ramach przypomnienia, żeby nie brzmieć zupełnie od czapy. - Otóż sprawa jest prosta. Nie śpieszy mi się nigdzie, lubię wiedzieć rzeczy, a ten system leśnych kotków, jakkolwiek absurdalny, jest ciekawy. Więc jak sobie to do siebie dodasz to wychodzi na to, że mi zależy, ponieważ ciekawi mnie co te kotki widzą w głupich kodeksach i jeszcze głupszym systemie rang. Czas mnie nie goni, mogę go sobie marnować ile chce na leśne dzikusy. - nigdy nie był zbyt biegły w działaniach matematycznych, nie miał pojęcia czy zsumowanie argumentów da taki wynik, ale brzmiało fajnie. Brzmiało jakby miał to bardziej przemyślane niż w rzeczywistości. A nie jakby jego badania nad klanami były jedynie kaprysem sprzed paru księżyców. Czy twierdzenie, że ma nieograniczony czas było sprzeczne z poglądami, które przedstawił jakiś czas temu Jaśniejącemu? W stu procentach, ale nie przejmował się; takie mu lepiej pasowały do wizji wypowiedzi. - Świat nigdzie nie ucieknie jeśli poświęcę moment na wojowników i ich treningi. No i będzie co opowiadać innym kotom w wielkim świecie, gdy już rozpracuję klany. Wąsy im oklapną z wrażenia jak usłyszą o tem cyrku. - sam by pewnie miał trudności z uwierzeniem w takie bajki, ale właśnie do tego były mu potrzebne szczegóły. Z nimi ciężej będzie innym twierdzić, że to niemożliwe by kotki się mordowały na treningach o puste tytuły. Chociaż nie oszukujmy się, nie myślał jeszcze o innych, po prostu chciał wiedzieć jakim cudem tyle kotów uznało, że klany to świetna sprawa.
Teraz jednak pozostawała ostatnia kwestia, więc Orion nachylił się, niemal uderzając nosem w rdzawą mordkę.
- Nigdy nie stanę się jednym z wielu. - oznajmił poważnie, skupiając spojrzenie na złotych oczach. - To niepoważne tak sugerować. Czy ty serio wierzysz, że parę zasad sprawi, że zostanę kolejnym dzikusem, który już nie może doczekać się ceremonii na wojownika i nowych obowiązków?
Bo Orion, na przykład, był w stu procentach przekonany, że był tym ostatnim (najpiękniejszym) kwiatuszkiem na łące, który jako jedyny się nie uginał pod podmuchami wiatru. Albo coś podobnego, szczerze mówiąc nie był do końca przekonany co do tej metafory.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Zauważył swój błąd już w chwili, w której słowa opuściły rozedrgane struny krtani, wydostając się na zewnątrz szorstkim tonem nieprzyjemnej, bezmyślnej artykulacji, słów zrodzonych z zazdrosnej niechęci i uwłaczających mu łatwością, z jaką opuściły gardło – wystarczyło wprawdzie jedno spojrzenie, by wiedzieć, że się mylił, że wszelkie jego obawy, jakkolwiek chwilę temu realistyczne, były niczym więcej jak tylko delirycznymi oparami umysłu, wciąż zakotwiczonego jeszcze w postrzeganiu świata w sposób nużący i prymitywny. Położył uszy po sobie, walcząc z tchórzliwym nawykiem odwracania wzroku i mierząc się z chłodnym, wyniosłym spojrzeniem Oriona, wyrokującym mu prawdę, wobec której wszelkie układane wcześniej argumenty zburzyły się jak zamek z piasku, nakryty siłą morskiej fali.
– Oczywiście, że nie. – przyznał, kręcąc powoli głową, nieopatrznie tracąc rezon. – Pomyliłem się, oczywiście, że nie. Niczym ich nie przypominasz, nie mógłbyś stać się taki, jak oni, nawet gdybyś próbował. – odrzekł pewnie, lecz w płótno jego świadomości zaraz wdarła się kolejna drzazga zakłopotania. – To znaczy… mógłbyś na pewno… nie twierdzę, że twoje zdolności perswazji… gdybyś chciał, to na pewno... na pewno okazałbyś się przekonujący. – sprostował, przekrzywiając łeb i na moment zatrzymując wzrok na horyzoncie, odległym, ginącym pośród zieleni spłaszczonych pagórków. Orion był przecież wyjątkowy – a on mógłby opisać jego wyjątkowość z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. Dopiero po chwili westchnął więc cicho, powracając nieśmiało do poprzedniego tematu, który teraz wydał mu się ponurą koniecznością, ciążącym nad głową fatum, któremu musiał się podporządkować, świadom, że nie sprostałby nagięciu ścieżki wyżłobionej przez kogoś, kto zdawał się własnoręcznie zarządzać kolejami losu.
– Na pewno mógłbym nauczyć cię kilku… sztuczek. – odrzekł, powoli odzyskując pewność i przenosząc zmętniały błękit spojrzenia z powrotem na smukłe lico kocura, podświadomie poszukując w nim oznak aprobaty. – Z twoimi umiejętnościami… na pewno umiałbyś wykonać je lepiej niż większość z nich, a wówczas bez wątpienia zyskasz przewagę. – zapewnił, rzeczywiście pokładając wiarę w słowach, które z taką łatwością przeszły mu przez gardło. – A za przewagę idzie, rzecz jasna, szacunek. To ordynarne z ich strony, nie dostrzegać twojej wyższości od razu. Do niektórych, zwłaszcza z klanu gromu, nie warto się zresztą nawet, jak to mówią, zniżać, bo poznają się na tym od razu i tylko ich to obraża. – nie chciał oczywiście, żeby Orion odchodził, nie potrafił sprostać wyobraźni, która rozpościerała przed nim zabarwione zielenią zazdrości obrazy, wizje, w których poruszał się w towarzystwie innych kotów, zwracał się po rady ku komuś obcemu, wplatał kwiaty w inne futro, być może piękniejsze, dłuższe, bardziej miękkie niż jego ciężka, zardzewiała okrywa – pragnął mieć go przy sobie, lecz nie potrafił wyrazić tego słowami, przyznać się, tym bardziej, do napadów swej niesprawiedliwej nieufności i zachłanności.
– Jak już dołączysz do klanu… – zaczął powoli, tym razem próbując dobrać odpowiednie słowa, ssać kolejną wypowiedź jak cukierka, zanim pozwoli, by zapach słodkiego oddechu wydostanie się ku cudzym nozdrzom. – To zaspokoi twoją ciekawość? Wystarczy, że poznasz ich punkt widzenia? – dopytywał, starając się nie brzmieć zbyt niecierpliwie, zbyt szczeniacko i zachłannie, chociaż wychodziło mu to z opaczną koślawością. Przełknął ślinę, poruszając w zaniepokojeniu końcówką ogona, lecz prostując się wyraźnie, próbując w ten sposób zakryć obawę, która wciąż jątrzyła się słabo gdzieś w głębi piersi, nakryta kaftanem pragnienia, by mu zaimponować.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Oczywiście, że nie. Pomyliłem się. Miałem na myśli co innego. I tym podobne. Z jednej strony to bardzo rozsądnie, że Kąkol był w stanie dostrzec swoje błędy i szybko się poprawiał, zamiast robić z siebie idiotę, ale to powinno być karalne, takie odbieranie Orionowi (okradanie wręcz!) szansy na małą dyskusję. Kłótnię. Jak zwał tak zwał. Jasne, bardzo miło słuchało się rozsądnych słów, z któfymi się w stu procentach zgadzał, jednak prawdziwy dreszcz ekscytacji poczuł, gdy wyłowił sformułowanie, do którego mógł się przyczepić, jednak nim otworzył pysk, Kąkol już sprostował co chciał przez to powiedzieć. Sam z siebie. No i gdzie w tym zabawa dla orientala? Dlatego też zamiast niezliczonych scenariuszy potencjalnych dyskusji, zakończenie tematu było krótkie.
- No. Masz rację. - odparł z krótkim skinieniem łba, a jedynie najwprawniejszy obserwator dostrzegłby w jego tonie skrywany zawód.
- Z tym Gromem to jest coś mocno nie tak. - dorzucił swoje trzy grosze, a jakże. I nie zamierzał na tym poprzestawać, przecież miał historię. - Wiesz, że mnie raz jedna dzikuska zaatakowała tamtejsza? Nie pamiętam już nawet jaki był jej problem, ale wiesz, zobaczyłem wrzosy, bardzo ładne, pomyślałem, że nazrywam, że ci się spodobają. - no nie do końca, zrywał je z myślą o kimś wybitnie ładnym, znaczy sobie, ale rudzielcowi też by odstąpił parę sztuk! - No i nagle ten mikrob wyrósł koło mnie i zaczął się rzucać, że to kwiatki Gromu i co ja tu robię. Więc zaoferowałem, że jej coś dam za te kwiatki skoro to taki problem. I widzisz, zgodziła się. Kwiatki za informacje. Dla mnie spoko, szkoda że po dokonanej transakcji jej coś odwaliło i mnie zaatakowała. No nie da się z tym Gromem dogadać. - w międzyczasie chyba jej matkę obraził, albo samą Nurt, ale czy to takie ważne dla historii? Powiódł spojrzeniem po uschniętym wrzosowisku i jego piaszczystej glebie. Warunki nie były idealne, ale lepsze niż błotne kałuże. - To mógłbyś mi pokazać te sztuczki teraz? - nie było co odwlekać. Plan mu odpowiadał, dzikusów do pobicia w okolicy była cała masa, informacji do wyciągnięcia jeszcze więcej.
Na ostatnie pytanie nie odpowiedział od razu, musiał je sobie jeszcze raz na spokojnie przeanalizować w głowie. Czy poznanie punktu widzenia dzikusów mu wystarczy?
- Prawdopodobnie. - zgodził się krótko. Ale nic nigdy nie było takie proste, więc zaraz jeszcze dodał. - Chyba, że pojawi się jeszcze więcej pytań, na które będę chciał znać odpowiedź. To wtedy nie.
To oczywiste, a jednak wolał dodać.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Przytaknął powoli, powtarzając gest Oriona jak w lustrzanym odbiciu – krzywym, wypaczonym, objętym winietą kurzu, której matowa membrana zniekształcała obraz, nadając mu koślawości i brzydoty. Na języku pozostał cierpki posmak blamażu, z piersi wydarło się jednak tylko ciche westchnienie, kapitulacja wciąż zalegającego na barkach upokorzenia.
– No tak… nie należą do najrozsądniejszych, lubią zresztą puszczać się na spekulacje powyżej swojej intelektualnej pojemności. – odparł zaraz nieco kąśliwie, przekrzywiając powoli łeb i przesuwając chropowate zaróżowienie języka po pobielałym futrze na pysku. – Nigdy do nich nie pasowałem, w końcu coś musiało się wydarzyć. Jestem pewien, że chcieli wyrzucić mnie od samego początku – w końcu dałem im pretekst, którego nie mogli dłużej ignorować. – prawy policzek opadł nieznacznie, poruszając się niczym w subtelnym, nerwowym tiku, jakby jego właściciel miał zaraz krzyknąć, rozpłakać się lub doznać łagodnego wylewu, zaraz na pysk wdarł się jednak ukryty pod futrem rumieniec niedowierzania, przyjemne, ciepłe uczucie, które rozlało się po meandrach ściśniętych trzewi – zbierał wrzosy? Dla niego? Uśmiechnął się łagodnie, poniekąd przepraszająco, jakby musiał odpowiadać za zachowanie nieznajomej, brać na siebie winę za jej niepoczytalność i pazury bez ostrzeżenia wysunięte z miękkich poduszek łap – nie potrafił sobie wyobrazić, że ktoś mógłby zaatakować Oriona z innego powodu, jak tylko z zazdrości.
– Chyba… – zaczął niepewnie, rozglądając się po otaczającej ich scenerii, jakby szacował, czy wokół było wystarczająco miejsca, chociaż w gruncie rzeczy wiedział, że nie miało to istotnie żadnego znaczenia. – Chyba tak, w porządku. – przytaknął, poruszając łbem na tyle energicznie, że jedna z wplątanych w futro stokrotek zsunęła się na ziemię; naparł łapami mocniej na grunt, po czym wyprostował się tak gwałtownie, jakby sznurek w jego kręgosłupie niespodziewanie się rozsupłał, sztywny jak metalowy pręt. – Pod warunkiem, że będziesz mnie słuchał. – zawyrokował dumnie, posyłając kocurowi szerszy uśmiech, dumny, lecz w swej dumie jeszcze niepewny, wątły i rozchwiany, jakby w każdej chwili przygotowywał się na natychmiastowe spełznięcie z płótna fizjonomii.
Ostatnią odpowiedź pozostawił już bez komentarza, chociaż nieokreślona obojętność pointa zakłuła go gdzieś w piersi, zaczepiając się rybackim hakiem o rękojeść mostka – pragnął prosić go, by go nie zostawiał, by uciekli razem, poznali świat, który skrywał tajemnice znacznie ciekawsze niż tutejsze klany, ponure reguły Kodeksu i szacunek egzekwowany przemocą, zamiast tego przełknął jednak tylko ślinę, świadom, że nie mógłby uniżyć się przed nim w ten sposób. Jeżeli chciał mu zaimponować musiał zrobić to za pomocą swoich czynów, nie infantylnych błagań i zazdrosnych docinków – a bić potrafił się przecież zawsze.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
- To prawdopodobne. - przytaknął ślepy na powiększające się dziury w historii wygnania Kąkola. Nie widział ich, nie chciał ich widzieć, bo gryzły się z utkanym w głowie wizerunkiem pręgowanego kocura. Uważał się za spostrzegawczego, za potrafiącego wyłowić najmniejsze kłamstwo w mig, za takiego, któremu żadne drobne potknięcie rozmówcy nie umknie, a jednak wszystko co dotyczyło przeszłości rudzielca przyjmował z wiarą godną staruszki na niedzielnej mszy. Oczywiście, że zabił brata. Oczywiście, że był ofiarą tego systemu. Oczywiście, że Klan Gromu chciał się go pozbyć już od początku, ale byli zaskakująco miękcy w tej kwestii i potrzebowali mocnego pretekstu zamiast go wyrzucić, bo tak. Prawdopodobnie nawet stała za tym matka kotki, z którą pobił się na granicy, no chyba, że Nurt kłamała odnośnie rangi rodzicielki. - Tego właśnie by można się po nich spodziewać. - dodał jeszcze, tonem znawcy, bo przecież nim był. Po poznaniu jednej historii i po poznaniu jednej kotki.
Słysząc niepewną odpowiedź, nastawił przyduże uszy, w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Chyba nie było żadną gwarancją, a wręcz brzmiało jak słowo poprzedzające wymówkę niż ostateczną zgodę. Dlatego też słysząc kontynuację, rozpromienił się. Na klinowatej mordce zagościł uśmiech, a gdyby jeszcze wczoraj ktoś zasugerował orientalowi, że tak entuzjastycznie zareaguje na wizję mordobicia to by go z miejsca wyśmiał za gadanie takich głupot. A tu proszę, bez dwóch zdań, w błękitnych oczach odbijały się teraz iskierki ekscytacji. Absurdalna sytuacja. Słysząc warunek, kiwnął na tyle zamaszyście łbem, że ruch cynamonowych uszu z pewnością doprowadził do jakiegoś tornada czy innego huraganu na drugim końcu świata. - Jasne, będę słuchał. - zapewnił ochoczo, lecz bez głębszego namysłu, bo oto właśnie przechodził przez nawrót kocięcej niecierpliwości, która domagała się jak najszybszego przejścia do głównej atrakcji, jaką niewątpliwie były techniki dzikusów. I to jeszcze przekazywane przez kota, który z pewnością wiedział więcej w temacie walk niż inny, dowolny dzikus, który nie zabił swojego brata. To było logiczne.
Poza tym zmiana w postawie Kąkola była interesująca. Taka jakby nie do końca ostateczna, ale Orion już był gotowy iść z nim włamywać się na tereny klanowe w ramach dziennej dawki adrenaliny. Ale to mogło poczekać. Teraz mieli ważniejsze sprawy na głowie, więc oriental podniósł się, odwracając przodem do towarzysza i przeszedł od razu do pierwszego pytania. - No to od czego zaczynamy?