Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Uniósł wzrok, nieświadomie doszukując się na licu Oriona oznak niedowierzania – zmrużonych oczu, zmarszczonego nosa, pojedynczego podrygu uchem, jakby spodziewał się, że cynamon przejrzy go na wylot, uchyli pysk i wytknie na głos wszystkie niedociągnięcia w płótnie jego historii, wszystkie niedbałe fastrygi, amatorskie ściegi i wystające nitki, za które wystarczyłoby pociągnąć, by całość rozsupłała się przed ich oczami. Samotnik nie sprawiał jednak wrażenia powątpiewającego, a kiedy mu przytaknął, Kąkol wyprostował się tylko, unosząc lekko brodę i spoglądając na niego z butnym, nieco przesadnie usatysfakcjonowanym zadowoleniem, jak gdyby razem doszli właśnie do istotnej konkluzji.
Tym bardziej ucieszyła go zgoda – nawet równie lakoniczna i niewiarygodna – na postawione mu wymagania, ograniczające się wprawdzie do jednego zdania, którego spełnienie nawet jemu wydawało się czymś intrygującym, lecz w swej ciekawości również osobliwym, stresującym poprzez kompas odwróconych wartości – potrafił coś, czego Orion jeszcze nie rozumiał i chociaż dotąd podobne zdolności, wyniesione z klanowej tresury i ojcowskiego rygoru, były czymś, co napierało mu na barki ponurym upokorzeniem, dzisiaj czuł się z nich dumny, usatysfakcjonowany, szczytnie podbudowany. Dopiero po chwili w fakturę jego animuszu wdarła się pojedyncza zadra, ukłucie nagłego wahania – jak mógłby się z nim spierać? Sądzić, że posiadał wyższość w doświadczeniu, podczas gdy Orion zdawał się nie tylko spokojniejszy, ale też bardziej przygotowany – co jeżeli nie posiadał istotnie niczego, czego mógłby go jeszcze nauczyć?
Uśmiechnął się do niego szelmowsko, chyba tylko po to, aby zakryć własną niepewność, po czym w odpowiedzi na pytanie bez zawahania ugiął łapy, rzucając się do przodu, z łapami wycelowanymi w jego barki tak, by naprzeć na nie siłą swojej krzepy i przewrócić orientala do tyłu. Ojciec zawsze powtarzał, że walka powinna polegać przede wszystkim na reakcji – za dużo myślisz, Kąkol, rzucał niechętnie, kręcąc z dezaprobatą głową, zanim zdążysz się zastanowić, którą łapę postawić pierwszą, przeciwnik przegryzie ci gardło. Więc tym razem działał – odruchowo, prymitywnie, bez ostrzeżenia.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nie doczekał się odpowiedzi na swoje pytanie, najwyraźniej Kąkol uznał za stosowne by przejść od razu do praktyki. I może, gdyby tylko Orion był widzem, a nie uczestnikiem tego przedstawienia to by zachwycił się tym jakie to było ładnie przemyślane, że rzeczywiście dzikusy właśnie w taki sposób walczyły. Tak samo zaatakowała go Tsunami, bez jakiegokolwiek wcześniejszego ostrzeżenia pod postacią błyśnięcia kłami i jakby teraz miał się czas zastanawiać to doszedłby do wniosku, że to było bardzo uprzejme ze strony Nurt, że się pluła tyle czasu i puszyła jak aspirujący dres, nawet jeśli wówczas brał to za puste groźby.
Jednak czasu nie było, a Orion nie obserwował akcji z wygodnego, oddalonego miejsca. Więc zamiast myśleć, musiał działać i to było okropne, a cała ta wizja nauki walki w jedną sekundę przestała być taką atrakcyjną wizją. Zniknęła ta optymistyczna otoczka sparingu, według której oriental był w stanie przymknąć oko na potargane futerko i siniaki w imię nauki. Widząc ruch ze strony rudzielca, łapy wycelowane gdzieś w jasną sierść, chciał uskoczyć w bok i uniknąć uderzenia. Jasne, nie spodziewał się tak szybkiego ataku, ale liczył, że natychmiastowa reakcja jakoś pokrzyżuje plany Kąkola. Jakoś.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Poczuł, jak łapy płynnie odrywają się od ziemi, a ciało na moment zawisa w powietrzu, zanim wyciągnięte przed siebie łapy nie natrafiły na miękkie futro kocura, uderzając w jego barki i tym samym mimowolnie przyzwalając, by siła krzepy przeniosła się do przodu, powalając przeciwnika na ziemię, której piach rozsunął się posłusznie pod tym upadkiem. Kwiaty, które przyjaciel wcześniej wplątał w jego ryże futro, opadły teraz w większości na grunt, z pojedynczą, zmierzwioną stokrotką wciąż zakotwiczoną wśród splątanych wiechci na karku.
Orion okazał się zaskakująco lekki pod ciężarem jego ciała i mocnym uderzeniem łap, zmuszających, by odgiął się na plecy – przez krótką chwilę po tym, jak uderzył twardo o ziemię, w oczach Kąkola błysnęła iskra obawy, wahania, które wykrzywiło pysk grymas krótkiego oszołomienia, napełniającego pierś przestrachem i niepewnością. Omal nie cofnął się do tyłu, przez jego fizjonomię zaraz znów przedarła się jednak iska determinacji, podżegana nauką ojca i nagłym, sztubackim pragnieniem, by udowodnić cynamonowi swoją wartość, korzystając z chwilowej niedyspozycyjności przeciwnika szarpnął się więc do przodu, wpierw unosząc się w powietrze, by uderzyć przednimi łapami na jego mostek i tym mocniej przyszpilić go do ziemi.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Unik na wiele się nie zdał, wprowadzony w życie zbyt późno, na zbyt małym dystansie, ogólnie Orion mógłby do wieczora wyliczać dlaczego akurat ta czynność mu się nie powiodła i nie wspomnieć ani razu o tym, że zwyczajnie za mało i za rzadko ćwiczył walkę, żeby mu to wszystko przychodziło z łatwością. Upadek w piach był z pewnością mniej bolesny od upadku w błoto (i wyrządzał mniejsze szkody moralne), ale wciąż nie zaliczał się do przyjemnych. Kątem oka wychwycił opadające stokrotki i pewnie zapłakałby nad losem tak ciężko zdobywanych kwiatków, ale na ich nieszczęście zdążył już przelać wszystkie mentalne łzy nad swoim losem, stokroć gorszym, bo sam się w tę sytuację wpakował. I to jeszcze tak entuzjastycznie, no żenujące.
Na kolejny atak Kąkola zareagował odruchowo, widząc jak ten przymierza się do zdeptania go jak robaka. Oriona. Jak. Robaka. Niewybaczalne. Wyciągnął w górę przednie łapy, chcąc rudzielca przed tym powstrzymać, chociaż przecenił swoje siły. Białe paluszki wciąż dosięgnęły celu, a jedynym pocieszeniem było zminimalizowanie szansy na bolesnego siniaka dnia następnego.
Orion w żadnym wypadku nie był fanem walki z parteru, bo nie dość, że brudna, to jeszcze opierająca się bardziej na sile niż zwinności. Jego wachlarz olśniewających ataków był z tego położenia mocno ograniczony. Ale nie do zera, więc nie czekając aż Kąkol odskoczy czy wystosuje kolejny atak, kopnął tylnymi łapami, starając się trafić w miękki brzuch.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Na krótką chwilę – sekundy, a może jedynie ich ułamki, nie potrafił stwierdzić – czas zatrzymał się w miejscu, rezonując głuchym, odległym odgłosem, wzmacniając ostrość widzenia, nagle tak klarownego, wydobywającego się z ciemnych otworów źrenic, wpierw lśniących w triumfalnej wyższości, a następnie rozszerzonych gwałtownie, czy to w zaskoczeniu, czy może jedynie krótkim grymasie stłumionego bólu, gdy Orion wierzgnął się na ziemi, zginając łapy i uderzając nimi w miękką fakturę jego brzucha, siłą odpychając go do tyłu, rozmywając obraz własnej fizjonomii, nawet w walce tak harmonijnej, spokojnej, pełnej wyważonej godności.
Westchnął ciężko, odrzucony do tyłu impetem ciosu, z trudem lądując na czterech łapach, które ugięły się lekko, szorując pazurami po twardym, suchym gruncie, otoczonym girlandą obumarłych, brunatnych krzewów. Podbrzusze pulsowało tępym, spazmatycznym bólem, przymuszającym do uchylenia lekko pyska – wpierw splunął na ziemię, a następnie skierował spojrzenie z powrotem na przyjaciela; rozświetlone nową determinacją, szelmowskim połyskiem wyzwania, okraszonym zaraz krzywym uśmiechem, wdzierającym się na lico jak zadra, rysa rozcinająca opieszałą, skrytą łagodność jego oblicza. Orion zdążył podnieść się z ziemi, nie zamierzał dawać mu jednak czasu na odpoczynek, raptem na nowo zrywając się do przodu, tym razem celując jednak w smukłą łodygę ogona, próbując za nią chwycić i szarpnąć ku ziemi, w przeciwną stronę.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Udało mu się odepchnąć kocura i poczuł wówczas lekkie ukłucie ze strony sumienia - może jednak zbyt wiele siły włożył w to kopnięcie? Przecież to nie była walka na śmierć i życie, tylko taka, no, w celach naukowych, nie? Jednak od poczucia winy silniejsza była satysfakcja, bo proszę państwa - udało mu się. Cóż to był za bezapelacyjnie piękny i elegancki atak, nie można było się do niczego przyczepić.
Kolejną logiczną czynnością było więc przetoczenie się na brzuch, podniesienie na równe łapy, otrzepanie nadmiaru piasku z sierści by znowu być ładnym i... i chyba właśnie ten durny piach go zgubił, bo nim odwrócił się do przeciwnika, gotów do dalszej walki, poczuł mocny chwyt na puchatym ogonie. Gdyby tylko jeszcze w ruch poszłyby zęby to zaskrzeczałby jak zarzynana papuga. W obecnej sytuacji najpierw był szok, następnie niezrozumienie, a w kolejnej rozpłaszczył się na glebie jak rozjechana żaba na asfalcie. I to wszystko w przeciągu jednej czy dwóch sekund! Ucieczka z parteru zakończyła się niepowodzeniem, a za obity brzuch, Kąkol odwdzięczył się niemalże urywając piękny ogon orientala (no, nie do końca, ale Orion przysiągłby, że bolało jakby właśnie takie były zamiary rudzielca). Więc znowu leżał na piasku, łapami we wszystkie strony świata jak postać z kreskówki i z chęciami do życia oscylującymi w okolicach zera. A ktoś wciąż trzymał jego ogon, więc cynamon, w miarę możliwości, przetoczył się na grzbiet by mieć lepszy pogląd na sytuację i widząc rdzawy pysk, zmarszczył brwi, przypominając sobie o tym jak to moment temu został podle przewrócony, w iście bestialski sposób, taki graniczący z próbą uszkodzenia go.
- Powaliło do reszty?? - fuknął oburzony i nie czekając na odpowiedż wyprostował tylną łapę, próbując nią uderzyć w różowy nos.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Wprawdzie nie ufał sobie chyba wystarczająco, by rzeczywiście wierzyć, że uda mu się go złapać – pochwycić smukłą, jasną kitę, dotąd poruszającą się po ziemi jak żywe zwierzę, odznaczające się własną, oddzielną świadomością, choć harmonizujące wespół z fertycznym, zgrabnym ciałem, z taką łatwością poruszającym się nawet pośród rozmokłych, błotnistych kałuż, jakby lewitował niewysoko nad ziemią; stanowił w jego oczach świetlany przykład, za którym inni mogliby podążać lub przynajmniej marzyć, że go naśladują. Tymczasem łodyga wiotkiego ogona znieruchomiała pod jego łapami, a kiedy chwycił ją pewniej, na ponów przewracając Oriona na ziemię, zakołysała się nerwowo, wywołując w nim iskrę niepewności, zaraz tym silniej rozpłomienioną wyrzuconym ku niemu pytaniem, oburzonym i oskarżycielskim.
– Nic ci nie jest? – szepnął ukradkiem, konspiracyjnie, jakby próbował ukryć to pytanie przed zmysłami obserwującej ich widowni, chociaż wokoło rozciągały się tylko pagórki obumarłych krzewów, suche i niewzruszone ich bijatyką. – Myślałem, że… – zaczął zaraz, lecz słowa ledwo opuściły jego pysk, kiedy tylna łapa kocura wyprostowała się niespodziewanie, uderzając go w nos i rozlewając falę pulsującego bólu, która sięgnęła aż po oczodoły i wprawiła w chwilowe oszołomienie. Odsunął się o kilka kroków do tyłu, zataczając się chwiejnie i wydając cichy jęk urazy, gdy łapa odruchowo sięgnęła do obolałej kufy, próbując nakryć różowy trójkąt nosa, jakby to miało złagodzić jego dolegliwość.
Fuknął niezadowolony, mrużąc lekko oczy i znów napierając do przodu, otrząśnięty z krótkotrwałego zawahania – doskoczył bliżej, po czym wyciągnął łapy, zamierzając uderzyć nimi w prawy bok przeciwnika.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Myślał, że... no i na nic mu się to myślenie nie zdało, bo zaraz oberwał w nos, a Orionowi wcale nie było z tego powodu nawet głupio. Miał za swoje, za ten podły i niegodziwy atak na piękny ogon. Czy cynamon brał pod uwagę, że sam się o to prosił? Że tym razem nie został zaatakowany przez dzikusa bez powodu, a wręcz sam zaprosił do walki? Nie, oczywiście, że nie. Narastająca irytacja skutecznie wypychała ten niewygodny fakt ze świadomości orientala, pozwalając mu cieszyć się swoim małym zwycięstwem w zupełnie złośliwy i niechrześcijański sposób.
Moment oszołomienia Kąkola skrzętnie wykorzystał by się podnieść z piachu trzepnąć wymiętym ogonem. Jednym czy dwoma machnięciami nie doprowadzi go do porządku, ale przynajmniej nie będzie aż tak nieswój. Przyjaciel dużo szybciej otrząsnął się z szoku, niż oriental się spodziewał. Szybciej niż by po jego reakcji na kopnięcie można by zakładać. Niesamowite, może to dzikusy posiadały jakąś tajemniczą zdolność szybszej regeneracji?
Orion z kolei jej nie posiadał. Chciał uniknąć kolejnego ataku, uchronić swój bok przed jutrzejszym siniakiem, jednak mimo najszczerszych chęci, najszybszych reakcji, zgiął się jak rogalik pod wpływem uderzenia, zrobił kilka drobnych kroków celem odzyskania pełnej równowagi. Ale nie przewrócił się, nie wrócił znowu na znienawidzoną ziemię i... i no to by chyba było na tyle, w kwestii sukcesów, bo ból wciąż rozlewał się po żebrach niczym udo grubej baby latem. Nie podobało mu to się. Ani jego aktualne cierpienie, ani jakiekolwiek porównania do grubych bab, niezależnie od kontekstu. Jego zgrabne łapki na to nie zasługiwały.
Korzystając z tego, że rudy jeszcze nie odskoczył, zmniejszył dzielący ich dystans i uniósł przednie łapy, by objąć nimi jasną szyję rdzawego, a następnie pociągnąć w bok, celem przewrócenia go na ziemię. Jak sam przy tym upadnie to trudno, nie wybiegał myślami aż tak daleko w przyszłość.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Sądził, że uda mu się powalić Oriona z powrotem na ziemię, pod naporem jego wyciągniętych łap ten wygiął się tymczasem w groteskowy półksiężyc, osunął lekko na łapach, lecz nie uderzył przeciwnym bokiem o grunt, trzymając się z determinacją w pozycji stojącej – uznał to za sukces po jego stronie i pomimo odruchowej reakcji, która rozsunęła się po fizjonomii pyska rozdrażnionym zaskoczeniem, zaraz uśmiechnął się figlarnie, prawie w zadowoleniu. Jego triumf – a właściwie duma z sukcesu przyjaciela – trwała jednak nadzwyczaj krótko, raptem ukrócona kolejnym atakiem, gwałtownym i na tyle niespodziewanym, że nim zdołał zorientować się w tym, co właśnie się wydarzyło, został szarpnięty na bok, a jego lewy policzek zderzył się twardo z solidną, piaszczystą powierzchnią nierównego podłoża.
Stęknął cicho, wykrzywiając przy tym pysk w grymasie zbolałego niezadowolenia, oplecione wokół jego szyi łapy orientala oznaczały jednak, że dystans, jaki ich dzielił, był wystarczająco nieduży, by podziałać na jego korzyść – lustrzanym odwetem podkurczył tylne nogi, naraz wyrzucając je w przestrzeń i próbując wycelować nimi w podbrzusze Oriona, by odepchnąć go do tyłu i pozbyć się uciążliwego ucisku, chwilowo uniemożliwiającego mu podniesienie się z powrotem do pozycji stojącej.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion posiadał wiele list i rankingów. Ranking najciekawszych futerek w okolicy. Ranking najbardziej frustrujących piszczek do jedzenia. Ranking rzeczy, których wolałby nie doświadczyć. I na jednej z pierwszych pozycji tego ostatniego rankingu znajdował się kopniak w brzuch. Czy sam jeszcze parę chwil temu walnął tak Kąkola? Być może, to nieistotne. To i tak podłość przeokrutna, że właśnie on tak oberwał teraz. Został bezproblemowo odepchnięty, a w obliczu tego niesprawiedliwego bólu nawet nie mógł się nacieszyć swoim ostatnim zwycięstwem i faktem, że tym razem to nie on zarył o glebę. Powiedzieć, że zgiął się w pół, naśladując swoim kształtem krewetki, byłoby przesadą, ale zdecydowanie daleko było mu do dumnie wyprostowanego kota teraz. No co za upokorzenie.
Był zdeterminowany by jakoś się za to odwdzięczyć i zupełnie nie zamierzał przyjmować do świadomości, że rachunki teoretycznie były wyrównane. Żadne tam kopnięcie za kopnięcie, co za prymitywne poglądy.
Kąkol znowu stanął na cztery łapy, a jakkolwiek ponowne przewrócenie go i potencjalne zakręcenie w rudej głowie było kuszące, tak oriental nie chciał być zupełnie monotonny. Postawił na atak, który w przyjacielskich sparingach nie powalał, ale w prawdziwych walkach potrafił mieć nieprzyjemne skutki dla przeciwnika. Więc zrobił sus do przodu, chcąc zdzielić kocura po pysku. W przypływie sympatii do pręgusa, wycelował w czoło, zamiast we wrażliwsze części mordki.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Wyprostowane łapy uderzyły w miękki bok Oriona, skutecznie odpychając go do tyłu i gwarantując sobie dodatkowy czas, w którym zdołał podnieść się z ziemi, nie otrzepując nawet rudego futra, miejscowo przybrudzonego brunatnym odcieniem gleby, gdzie, pod ich łapami, leżały pojedyncze, zmięte kwiatki, brudne i powykrzywiane turbulencjami.
Kąkol przechylił nieco łeb, po czym uniósł wzrok na chwilę przed tym, jak cynamon z powrotem do niego doskoczył, zatrzymując się tuż przed jego pyskiem i unosząc łapę, by zdzielić go nią po pysku. Uderzenie w czoło było nieprzyjemne, lecz nie tak bolesne, jak mógłby się spodziewać, mimo że głuche oszołomienie zdawało się rozlać po wnętrzu czaszki. Prychnął cicho w odpowiedzi, po czym poderwał się z ziemi, skacząc na Oriona, który wciąż stał tuż przed nim, w nadziei, że oboje przekoziołkują po nierównym, piaszczystym gruncie.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Ból ostatniego ciosu, tłumiony adrenaliną, nie przysparzał tak wielu problemów jak Orion mógł się spodziewać. Udało mu się zdzielić przyjaciela po głowie, nie był to najmocniejszy cios, rzecz jasna, ale też nie miał takim być. A teraz jeszcze w porę rozgryzł jego plan, co umożliwiło mu bezproblemowe uniknięcie ataku. Uskoczył w bok, poza zasięg rudego kocura, z gracją baletnicy, która uczciwie uczęszczała na zajęcia, a nie znudziła się po dwóch spotkaniach.
I z nie mniejszą wytwornością wykonał, można by rzec, piruet, obracając się tak by mieć pręgowanego w polu widzenia, a z następnym uderzeniem serca skoczyć na jego grzbiet celem przygniecenia go do ziemi. Poprzez siłę uderzenia, a nie masę, oczywiście, bo to powszechnie wiadome, że Orion był lekki niczym piórko.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Orion uskoczył w bok, uchylając się przed jego ciosem, łapami niespodziewanie przecinającymi jedynie powietrze, Kąkol uderzył tymczasem twardo o ziemię, wykrzywiając lico w grymasie jawnego niezadowolenia, zaraz zmrużył jednak oczy, napinając mięśnie, przygotowany na kolejny atak ze strony przeciwnika, jawnie nabierającego rozpędu w towarzyskiej potyczce. Uchylił pysk w niemym oczarowaniu, gdy smukłe ciało orientala obróciło się przed jego oczami, zwinnie przesuwając się po nierównym, piaszczystym gruncie, by raptem skoczyć mu na grzbiet – wówczas ugiął się na łapach pod siłą impetu, próbując mimo wszystko utrzymać się w pozycji stojącej, chociaż w pierwszym odruchu mało nie stracił równowagi, po czym wygiął grzbiet w łuk, pochylając głowę, w nadziei, że łapy przeciwnika zsuną się po jego karku i Orion upadnie w przód, lądując na twardej ziemi.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Wszystko co robił Orion było spektakularne. Nic więc dziwnego w tym, że i jego porażka była spektakularna. Skok był piękny, wartości artystyczne oszałamiające. Wynik końcowy? Zero. Bo nie wyszło w najmniejszym stopniu. Łapy trafiły w krótką sierść, ale nie dawało to cynamonowi żadnej przewagi, bo zaraz ześlizgnął się jak ze zjeżdżalni, lądując w piasku. No plac zabaw jak nic, tylko dzieciaczek mało uradowany aktualną rozrywką, bo sobie pysk obił zjeżdzając.
Wciąż obolały przetoczył się na grzbiet by wystosować kopniaka w stronę pyska Kąkola, który jeszcze powinien być w jego zasięgu, jeśli rzeczywiście orientalowi udało się sprawnie przejść z płaczu nad kolejnym siniakiem do kontrataku.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Uradowany, że Orion ześlizgnął się na ziemię, uniósł gwałtownie głowę, dekorując lico triumfalnym uśmiechem, ten spełzł jednak zaraz, ściągnięty z jego fizjonomii siłą i to siłą całkiem dosłowną – nagły kopniak uderzył go w brodę, sprawiając, że cały łeb odskoczył do tyłu, przymuszając go do cofnięcia się o kilka kroków w tył. Zmrużył oczy, które w odruchowej reakcji organizmu nakryły się szklanym lśnieniem łez, nim cynamon zdążyłby to zauważyć, a Kąkol zakłopotać się wystarczająco, by zakończyć przyjacielską bijatykę koślawym usprawiedliwieniem, zamrugał jednak raptownie, poruszając kufą i rozsuwając pysk w prowokacyjnym uśmiechu.
– Tylko na kopniaki cię stać? – rzucił zadziornie, po czym skoczył do przodu, licząc, że uda mu się podciąć Oriona, który w międzyczasie zdążył podnieść się z piachu i odzyskać równowagę pozycji stojącej.