Logo Artemidy
Wyprawa Szałwii i Krzykliwej Mewy
#31
Mewa powoli zaczęła się domyślać dlaczego jej również pozwolono zjawić się u Gwiezdnych, wydawało jej się bowiem, że bez jej obecności Szałwia miałby jeszcze większy problem z wyborem niż teraz, a z drugiej strony miała również takie odczucie, iż znajdowała się tutaj po to, by móc później poświadczyć to co widziała i słyszała, co zostało postanowione i dokąd miało ich to zaprowadzić, tak więc teraz z wielką uwagą śledziła to co się działo i nie zachowywała się jakoś paskudnie, jak jakieś dziecko, którym z całą pewnością nie była, niemniej jednak jej nietoperze uszy poruszały się prędko, mocno i szybko, by niczego nie uronić; zdawało jej się również, że medyk autentycznie nie wie, kogo ma wybrać i już miała otwierać pysk, kiedy Szałwia ostatecznie zaczął mówić, co jednak spowodowało, że Krzykliwa wstrzymała oddech nie wiedząc, co zaraz się może wydarzyć - w razie czego była gotowa interweniować, bo naprawdę nie zamierzała zostawiać Klanu w łapach kogoś niekompetentnego - i wtedy właśnie przyszło jej do głowy, że spełnia tutaj również jeszcze jedną rolę - katalizatora, który potwierdzi, czy wybór Szałwii aby na pewno jest dobry, czy może idzie w zupełnie inną stronę, w którą nawet nie powinien spoglądać; już prawie traciła dech, kiedy kocur się odezwał, a ona niemalże podskoczyła z radości, kiedy usłyszała wypowiadane przez niego imię, zaś oczy jej zabłyszczały.
- Tak, to według mnie najlepszy wybór, Malina na pewno będzie słuchać i mówić, na pewno sobie z tym poradzi, a ma przy sobie silne koty, które jej w tym pomogą, jestem pewna, więc tak, myślę, że Klan nie będzie miał nic przeciwko temu, widziałeś chyba, co się działo, kiedy przyszła, kiedy zaczęli zachowywać się normalniej, no, ja trochę może też, bo jednak Malina ma autorytet i na pewno dobierze sobie równie dobrego zastępcę, którzy nas poprowadzą najlepiej, jak umieją, więc tak, jeśli mój głos się liczy - zakomunikowała kiwając dość mocno głową, trochę jak te pieski z głowami na sprężynkach, które stawiało się w samochodach, co wyglądało dość zabawnie, ale Mewa była w tej chwili śmiertelnie poważna mówiąc dokładnie to, co myślała, ona sama również wybrałaby właśnie Malinę!
[Obrazek: 4i9Eyy2.png]

[ you'll remember me when the west wind moves ]xxxxx
» upon the fields of barleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
» you can tell the sun in his jealous skyxxxxxxx
» when we walked in fields of g o l dxxxxxxxxxx
LVL 7 585 / 500
MedLVL 1 31 / 200
13
Siła
S
18
Zręczność
Zr
16
Szybkość
Sz
11
Zmysły
Zm
100
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#32
Możesz się nie zgadzać, Medyku... ale to nie oznacza, że nie mam racji. Poranna Rosa przyglądała się ciemnemu kocurowi z mieszanką zaintrygowania i rozbawienia, obserwując jak emocje - głównie strach - wypływają na jego mordkę i gnieżdżą się w zielonych oczach. Cóż. Życie jest pełne trudnych decyzji, dobrze by było, by zaczął się przywyczajać. W końcu nie był terminatorem, dawno wyrósł też z jakiegokolwiek oparcia jego mistrzyni mogła mu udzielić. Kiedy się w końcu odezwał... Poranna Rosa uniosła lekko brew i po cichu poczęła rozważać, czy wypada jej się w tym momencie roześmiać. Czy Przodkom ogółem wypada jawnie śmiać się z żywych? Ona co prawda nigdy nie przejmowała się szczególnie tym co jej wypada a co nie, ani teraz a tym bardziej za życia, miała jednak wrażenie, że jeśli parsknie śmiechem stojący przed nią Medyk złoży się w pół jak turystyczne krzesełko. Albo się rozpłacze. Albo oba z powyższych. Dlatego jedynie uśmiechnęła się kwaśno i potrząsnęła głową.
- Przykre. - odpowiedziała sucho, tonem ewidentnie sugerującym, że nieszczególnie jej z tego tytułu przykro. Średni z ciebie męczennik, Medyku, skoro pod taką presją zaczynasz się łamać jak gałązka. I ty chcesz niby wziąć na siebie niezadowolenie całego świata? - Prawdę mówiąc... to nie powinieneś być ty. Twój grzbiet nigdy nie był przeznaczony do dźwigania takiego ciężaru. Ale... to jesteś ty, padło na ciebie, życie nie zawsze jest sprawiedliwe. - dokończyła jakby łagodniej, wzruszając lekko ramionami. Weź się w garść. Dalej wcale nie będzie ci łatwiej. A Srebrna Skórka co prawda działa relaksująco i dobrze wpływa na temperament, ale Poranna Rosa nigdy nie miała nieskończonych pokładów cierpliwości i nie zeszła tutaj by słuchać jojczenia. Dlatego z ulgą przyjęła fakt, że Medyk chyba dopłynął do brzegu w swoim przelotnym kryzysie i zaczął główkować nad rozwiązaniem. Milczała jak grób, dając mu chwilę do namysłu i odetchnięcia, zamiast tego skupiając pełną atencję na Krzykliwej Mewie. Kto by pomyślał, że z żyjących dziś Wichrzaków akurat ona będzie miała jeden z najtwardszych grzbietów. Krzykliwa Mewa. Ta pusta do połowy dziupla! Świat naprawdę stanął na głowie, pomyślała Poranna Rosa z odrobinką rozżalenia, odwracając się z powrotem do Medyka, który chyba się już namyślił. Słysząc imię które padło z jego mordki zastrzygła niemal niezauważalnie uszami, a w zielonych oczach przemknęła ostrzejsza nuta... żywego zainteresowania. Huh.
- No proszę. - wymamrotała cicho, bardziej do siebie niż do nich, a kącik srebrzystego pyska drgnął nieco ku górze. Najwyraźniej nie zamierzała wtajemniczyć stojącej przed nią drużyny pierścienia co jest w tym takiego zabawnego, zamiast tego zamilkła na kilka uderzeń serca, pozwalając Krzykliwej Mewie zabrać głos. - Wolą Gwiezdnego Klanu jest, by Klan Wichru przetrwał. Nie więcej i nie mniej. - odezwała się powoli wkrótce potem, w zamyśleniu przesuwając puszystym ogonem po podłożu. - A ja jestem tu by poprowadzić cię do podjęcia decyzji, nie by na nią bezpośrednio wpłynąć. - przekrzywiła głowę, mrużąc lekko intensywnie zielone oczy. - Kolejne pytanie, na które sam musisz sobie odpowiedzieć - ufasz swojej intuicji, Medyku?
[Obrazek: IMLaaWP.png]
Authority must be obeyed
OR IT MUST BE OVERTHROWN.
LVL 0 0 / MAX
MedLVL 0 0 / 100
0
Siła
S
0
Zręczność
Zr
0
Szybkość
Sz
0
Zmysły
Zm
0
Punkty Życia
HP
0
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#33
Uderzenia serca mijały, raz za razem, a on... Coraz bardziej żałował swojego przybycia tutaj. Żałował wyjścia z nory, stawienia czoła całemu Wichrowi, próbie jakiegokolwiek ratowania jedności w klanie. Zmrużył ślepia. Może rzeczywiście nie powinno go tu być; tutaj albo w ogóle, może się nie nadawał, skoro załamywał się pod pierwszym, lepszym cięższym wyborem. Może, ale tylko może, to Lśniąca wtedy powinna była zostać terminatorem medyka, może to ona powinna była stać tutaj, miast niego. Może to on powinien był zaginąć, zniknąć z poprzednich terenów, klanu, a nie ona. Wszystko to było tylko może, tylko gdybanie. Życie jednak nie było sprawiedliwe, jak sama Poranna Rosa stwierdziła. I jednak, mimo wszystko, stał tutaj, on, nie nikt inny. I podejmował te decyzje, mniej lub bardziej sprawnie. Nie miał czasu na załamywanie się, na wątpliwości, na gdybanie co by było, gdyby. Och, nie, na to było jeszcze dużo czasu. Albo może nie było go wcale, po tym wszystkim.
Ciężko było stwierdzić.
Czy ufał swojej intuicji? To na niej polegał przez większość swojego życia. Chociaż na wargi pchało mu się dobitne "nie", nie powiedział z początku nic. Trwał w milczeniu. Ufał Malinowemu Nosowi. Ufał jej, wiedział, że była silna i potrafiła słuchać. Czy jednak była w stanie unieść cały klan? Wszystkie ważniejsze rangi Wichru zdawały się być przeklęte; każdy, prędzej czy później, żałośnie kończył. Krucza Gwiazda, złamany pod presją, złamany przez życie, zmęczony przez jego własny klan. Grad, odrzucony przez wszystkich. Pstra Chmura, dzieląca los Kruka. I on sam, on jeden, najwyraźniej zbyt słaby. Czy życzył tego samego Malinie? Nie. Innego wyboru, zdawałoby się, jednak nie miał.
— Tak. Ufam — odparł wreszcie, wzdychając ciężko. Mówił jednak z przekonaniem. Ufał swojej intuicji, bowiem nic innego nie miał. Jeśli nie jej, jeśli nie Krzykliwej Mewie, to... Komu?
x
jak .dużo '.niebo .może .znieść
gdy modlę się, .gdy .modlę 'się
ile ptaków, .ile burz
nie ma blizn, skąd wiedzieć już
czy .moje .łzy ..udźwignie .też?
x
LVL 4 160 / 300
MedLVL 9 1451 / 1500
6
Siła
S
11
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#34
Może nie zostałeś stworzony do noszenia ciężaru odpowiedzialności na swoich barkach, Medyku, ale to jeszcze nie oznacza, że nie możesz. Koniec końców - przyjście tutaj wymagało odwagi. Tupnięcie nogą i doprowadzenie Klanu do porządku wymagało odwagi. Stojący przed nią kocur może nie był materiałem do podejmowania trudnych wyborów, może wolałby być teraz gdziekolwiek indziej niż tutaj... ale był tutaj, podejmując ten wybór. Z zaciśniętymi zębami i błyskiem paniki w oczach, ale jednak.
- Jeśli to cię pocieszy... - zagaiła spokojnym, konwersacyjnym tonem, przyglądając się rozmówcy z zastanowieniem. - Nieważne czy twój wybór ostatecznie okaże się być słuszny. Klan Wichru nie ginie łatwo. Nawet jeśli twoja intuicja jest omylna... cóż, nie byłby to pierwszy i na pewno nie ostatni nieumiejętny Przywódca w ich historii. A prawdziwa siła tkwi w samym podjęciu decyzji, nie w jej konsekwencjach. Dobrze się spisałeś, Medyku. - srebrzysta mordka drgnęła nieznacznie w niezbyt wylewnym, ale szczerze zadowolonym uśmiechu. Nawet jeśli ulepiono cię ze zbyt miękkiej gliny by nieść ten ciężar i podejmować decyzje ważące na szali dalsze losy całego Klanu - jedną z takich właśnie podjąłeś. Gratulacje. Z tego jak z niczego innego możesz być dumny.
- A skoro jesteś pewny swojego wyboru... To moja rola została spełniona.* - i Przodkom niech będą dzięki, pomyślała Poranna Rosa, dobrze zdając sobie sprawę z ironii tego stwierdzenia. Do kogo jednak mają zwracać się Gwiezdni, jak nie do samych siebie? Nie żeby jej to szczególnie przeszkadzało. Zawsze miała skłonności do narcyzmu. - Jakieś ostatnie pytania zanim nasze spotkanie dobiegnie końca, a wy popędzicie z powrotem do obozu? - by zapewne zaraz przysłać tutaj Malinowy Nos z obstawą, pomyślała cierpko. Na szczęście - a może szkoda? - jej już tutaj nie będzie. Po tym prowadzeniu Wichrzaków za łapkę ku rozwiązaniu będzie potrzebowała długiej drzemki. Snu wiecznego, można by nawet powiedzieć. Ha.

* - heh
[Obrazek: IMLaaWP.png]
Authority must be obeyed
OR IT MUST BE OVERTHROWN.
LVL 0 0 / MAX
MedLVL 0 0 / 100
0
Siła
S
0
Zręczność
Zr
0
Szybkość
Sz
0
Zmysły
Zm
0
Punkty Życia
HP
0
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#35
Dobrze się spisałeś, Medyku.
Przez jego pysk przemknęło zdziwienie, jednak zaraz zastąpił je spokój. Czy dobrze się spisał? Tego nie wiedział, niezależnie od tego, co Poranna Rosa mówiła. O tym miał się dopiero przekonać, po powrocie do obozu, po obwieszczeniu... Decyzji. Po rozmowie z bratem, bo i na taką chciał się udać. Bał się. Bał się tych konsekwencji, bardziej, niż samego wyboru. To one były w jego oczach ważniejsze. Malinowy Nos miała poparcie klanu, więc... Pozostawało mu wierzyć w słuszność wypowiadanych przez niego słów, w to, że będzie dobrze; lepiej, niż tego dnia, niż wtedy, gdy opuszczał obóz. Wypuścił powietrze z płuc. Jeden krok za nim, teraz kolejne. Przymknął ślepia, gdy Gwiezdna obwieściła, iż tutaj jej rola dobiegała końca. Czuł stres, czuł strach, nie było w tym wszystkim dumy, lecz... Swego rodzaju ulga. I nadzieja, że może jednak klan będzie zadowolony. Że nie zacznie kręcić nosem, jak to miał w zwyczaju. Że zaakceptują chociaż jego słowa, ich rzekomego, słabego medyka.
Jakieś ostatnie pytania? Zacisnął zębiska. Miał pytań pełno, na każdy ważny temat. Chciał wiedzieć czy to wszystko miało sens, czy może niepotrzebnie się męczył. Och, Gwiezdni, naprawdę miał wiele pytań. Dotyczących samego siebie, egoistycznie; dotyczących bliskich, klanu. Całego życia. Nie miał jednak czasu, by zadawać je wszystkie. I tak nie otrzymałby odpowiedniej odpowiedzi - to były rzeczy, do których musiał dojść samemu. Zrozumieć je, przetrawić. Nie mógł dostawać wszystkiego na tacy. Mógł... Mógł jednak mieć prośbę. Prośbę, by zdjąć z niego brzemię, niepotrzebne, męczące i raniące.
Wciągnął powietrze do płuc, w nerwach. Zaprzeczanie było proste. Postawienie sprawy jasno... Już nie.
— I-imię — wymamrotał, jąkając się nieco, jakby tracąc całą wiarę w siebie i w to, co mówił. Przejechał spojrzeniem po całej Gwieździstej Pieczarze, jego prawdziwym i jedynym miejscu. Dom. Dom, który utracił z samym sobą. Nie mógł odzyskać domu. Ale mógł próbować odzyskać siebie. — Nie jestem Niezapominajkowym Sercem — wyszeptał, powtarzając dobitnie swoje pierwsze słowa, wlepiając smutne, zmęczone spojrzenie w świetliki gromadzące się przy sklepieniu. Tak znajome, tak bliskie i tak odległe. Poza zasięgiem. Już na zawsze. — N-nigdy nie byłem. I nie powinienem być. N-nie w-wtedy... — mówił, acz w pewnym momencie głos mu się załamał. Emocje. Fala negatywnych emocji uderzyła w niego, jak za każdym razem, gdy na język przychodziły mu te słowa. Do myśli zdążył przywyknąć. Wylał na nie już za dużo łez. Przymknął ślepia, opuścił łeb. — To rani. T-to nie jestem ja. Chcę... Chcę być sobą, Poranna Roso. — Nikim więcej, nikim mniej.
Jestem Szałwią. Szałwiową Łapą, nie Zapomnieniem, nie Niezapominajkowym Sercem.
x
jak .dużo '.niebo .może .znieść
gdy modlę się, .gdy .modlę 'się
ile ptaków, .ile burz
nie ma blizn, skąd wiedzieć już
czy .moje .łzy ..udźwignie .też?
x
LVL 4 160 / 300
MedLVL 9 1451 / 1500
6
Siła
S
11
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#36
Mewa nie bardzo miała jak się wtrącać w dyskusję, jaka toczyła się pomiędzy jej ciotką, a Szałwią, ale uśmiechała się lekko pod nosem, bo wiedziała, że skoro Szałwia zdecydował, to już nie ma odwrotu, Grad nie zostanie przywódcą, ani teraz, ani nigdy, nie będzie również zastępcą, a jeśli zacznie się buntować, to Klan Wichru pokaże mu dokładnie, co o nim myśli, co wcale Krzykliwej nie oburzało, nie brzydziło, ani nie wprawiało jej w konsternację, być może Poranna Rosa miała rację i księżyce życia w jej przyszywanej bratanicy wytworzyły naprawdę twardy kręgosłup, którego nie dało się złamać jak patyczka, czy czegoś podobnego, a może nie, może po prostu z wiekiem przestała się przejmować tym, co inni powiedzą i zaczęło jej zależeć na zupełnie innych rzeczach niż jakieś tam niemądre krzywe spojrzenia, tak czy inaczej teraz była zadowolona, bo wiedziała doskonale, że Szałwia wypełnił swoje zadanie, dokonał słusznego wyboru, a Malina już bardzo dobrze dobierze sobie zastępcę i poradzi z całym Klanem, co do tego nie było ŻADNYCH wątpliwości, zaś typy spod ciemnej gwiazdy zostaną stanowczo, aczkolwiek niezbyt widowiskowo wyeliminowane z ich życia.
- Ja też mam jedno pytanie, a potem już mogę sobie spokojnie iść i nie będę zaprzątała ci dalej głowy, tym bardziej, że twoja wnuczka na pewno czeka na wieści, jakie jej przyniesiemy, no, cały Klan na nie czeka, jestem pewna, więc musimy się zbierać i zobaczę, jak szybko jestem w stanie wrócić do domu, ale…! Chciałam cię zapytać, czy Opieniek jest z wami i te moje dzieci, które odeszły z Klanu, czy jeszcze ich tam nie ma, tylko tyle, bo nie będę cię pytała, ile mi zostało księżyców, bo nawet mi nie powiesz – zakomunikowała na to Mewa dość radośnie, jednocześnie pozostając nieco z boku, bo widziała, że Szałwia ma poważniejsze zmartwienia niż ona, w końcu co mogła poradzić na śmierć dzieci jeśli już było po wszystkim, albo coś podobnego, ale po prostu chciała się czegoś na ten temat dowiedzieć, a poza tym widać było, że się przeciąga i po prostu zaczyna szykować do drogi, do forsownego marszu, do tego, co ich czeka, ale zdawało się, że Krzykliwa niemalże emanuje młodzieńczą siłą pokazującą, że nie zamierza się zatrzymywać w miejscu.
[Obrazek: 4i9Eyy2.png]

[ you'll remember me when the west wind moves ]xxxxx
» upon the fields of barleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
» you can tell the sun in his jealous skyxxxxxxx
» when we walked in fields of g o l dxxxxxxxxxx
LVL 7 585 / 500
MedLVL 1 31 / 200
13
Siła
S
18
Zręczność
Zr
16
Szybkość
Sz
11
Zmysły
Zm
100
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#37
Uniosła lekko brew słysząc prośbę Medyka. I... to tyle? Taka błahostka? Spodziewała się czegoś bardziej dramatycznego, może pytania na tematy okołoegzystencjalne, okołopolityczne albo chociaż zwykłego "co nas czeka w przyszłości", na które co prawda nie mogła i nie miała zamiaru szczegółowo odpowiadać, ale... wciąż. Żywi zwykli patrzeć na Gwiezdnych jak na personalnych wróżbitów czytających przyszłość z linii na opuszkach łap. Swoją drogą, czy przypadkiem nie kwitł z tym imieniem przez... całkiem sporo księżyców? I czy jest świadomy, że wcale nie potrzebuje oficjalnego błogosławieństwa członka Gwiezdnego Klanu żeby zmienić własne dane osobowe? Jesteś Medykiem bro, nie macie aktualnie Gwiazdy, to teraz twoja dzielnica i możesz robić co chcesz. Zdajesz sobie z tego sprawę? Jej nie przyszłoby nawet do głowy by pytać Przodków o taki detal, co dopiero prosić, ale rób jak uważasz. Poranna Rosa lubiła czuć się ważna. A fakt, że Medykowi najwyraźniej zależało na aprobacie co do zmiany imienia mile połechtał jej ego.
- Skoro tak twierdzisz. - zgodziła się łaskawie, chociaż prawdę mówiąc to jak Medyk się tytułował nieszczególnie leżało jej na sercu. Ale niech mu będzie. Nic nie traciła na spełnieniu jego zachcianki, zwłaszcza, że równie dobrze mógł spełnić ją sobie sam. Przekrzywiła nieco głowę, przyglądając się kocurowi spod przymrużonych lekko powiek. - Kim w takim razie jesteś, Medyku. Wiesz? - zapytała cicho. - Znasz imię, które powinieneś nosić? Czy może powinnam nadać je sama? - niemal niezauważalnie wzruszyła srebrzystymi barkami, dając do zrozumienia, że jej to absolutnie wszystko jedno. Miał niepowtarzalną okazję by nazwać się sam, wedle własnego gustu i uznania, Medyk samozwaniec - albo mógł tradycyjnie zdać się na wyższą instancję. Dała mu chwilę na zastanowienie, zerkając kątem oka na jazgoczącą ponownie Krzykliwą Mewę, a kąciki mordki uniosły się lekko w pełnym politowania rozbawieniu. No, to już prędzej. Takiego pytania się bardziej spodziewała.
- Tak, twój syn jest na Srebrnej Skórce, tak jak ten twój... Niebo. Nie ma za to twojej córki... Lśniącej, tak myślę? I tego białego chudzielca którego również nazwałaś Niebo. - podniosła łapę, przeciągając po niej językiem z mało skrywanym znudzeniem. Zero jakiejkolwiek kreatywności. Jak na taką... postrzeloną osobę Krzykliwa Mewa momentami wykazywała wręcz rozbrajający brak wyobraźni. - Co się zaś tyczy reszty... kto wie. Dziecko, masz więcej potomków niż królik Porą Młodych Liści, nie możesz oczekiwać, że będę śledziła losy każdego z osobna. - parsknęła pod nosem, podnosząc wzrok na łaciatą kocicę. Ale nie, prawda była taka, że poza jednym jakże niefortunnie nazwanym Opieńkiem nie spotkała żadnego z kociąt Krzykliwej Mewy. Może to kwestia tego, że za wyjątkiem wymienionej wyżej dwójki i definitywnie wciąż żywej Zawilcowej Skórki żadne nie cieszyło się na tyle, hm, aktywnym zainteresowaniem z jej strony by w ogóle zarejestrowała ich przybycie? A może po prostu unikała z nimi kontaktu - bo to, bądź co bądź, pomioty Krzykliwej Mewy i generalnie nic dobrego - a może faktycznie całej reszty tutaj nie było. Krzykliwa Mewa mogła to zinterpretować wedle własnego uznania.
[Obrazek: IMLaaWP.png]
Authority must be obeyed
OR IT MUST BE OVERTHROWN.
LVL 0 0 / MAX
MedLVL 0 0 / 100
0
Siła
S
0
Zręczność
Zr
0
Szybkość
Sz
0
Zmysły
Zm
0
Punkty Życia
HP
0
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#38
Czy zdawał sobie sprawę z tego, że nie potrzebował żadnego błogosławieństwa od Gwiezdnych? Cóż, w pewnym sensie - owszem. Nie był jednak na tyle odważny, na tyle pewny siebie, by zmienić samemu swoje imię i nie otrzymać żadnego błogosławieństwa chociażby gwiezdnych, jeśli już na mistrzynię było za późno. Potrzebował aprobaty Gwiezdnych, pewności, że wcale nie robił źle, próbując odzyskać samego siebie, pozbyć się chociaż odrobiny ciężaru z własnych barków. Choć może i takie było jego przeznaczenie, plan przodków względem niego; by nieść przez całe życie straszliwy ciężar. Może, nie mu to było oceniać, stwierdzać. Trwał w napięciu, oczekując odpowiedzi. Spodziewał się, że odmówi; że każe mu trwać z tym imieniem do końca życia, jednak... Nie zrobiła tak. Zamrugał. Wciągnął powietrze do płuc, zaskoczony tym, jak sama możliwość wyboru, sama otwarta przed nim droga zalała go falą ulgi. Poczuł się lżej. Dosłownie i w przenośni - lżej. Kim był? Nad tym się nie zastanawiał. Do tej pory jego myśli oscylowały jedynie w okół tego, kim nie był. Nigdy nie gdybał jak mógłby i jak powinien się nazywać. Był Szałwią. Szałwiową Łapą. Szałwiowym...?
Rozwarł pyszczek.
— Szałwiowy Dym — wypowiedział wolno, pod wpływem pierwszej, najlepszej myśli. Dwa słowa, z pozoru zwykłe, niosły za sobą ulgę. Niosły namiastkę szczęścia, namiastkę dumy i spokoju. Zakładał, że zmiana imienia, zmiana, poniekąd, tożsamości (czy też powrót do jedynej i prawdziwej) będzie zwykłą formalnością. Lecz nie była. Była swego rodzaju początkiem, rozpoczęciem - możliwe - lepszego okresu w jego życiu. Było czymś, co wypełniało go mieszaniną różnych, ciężkich do sprecyzowania emocji. Jednakże tym razem nie były one negatywne. — Jestem Szałwiowym Dymem — powtórzył, głośniej i pewniej. To był właśnie był on.
x
jak .dużo '.niebo .może .znieść
gdy modlę się, .gdy .modlę 'się
ile ptaków, .ile burz
nie ma blizn, skąd wiedzieć już
czy .moje .łzy ..udźwignie .też?
x
LVL 4 160 / 300
MedLVL 9 1451 / 1500
6
Siła
S
11
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#39
Przeniosła chłodne, spokojne na Medyka, który zdaje się dokonał już wyboru. Szałwiowy Dym. Kąciki mordki drgnęły jej lekko ku górze, ale nie skomentowała tego nijak, zamiast tego przechodząc od razu do rzeczy. W końcu... mają dość związły grafik, ciasny budżet, a czasu im nie przybywa. Z naciskiem na im, bo ona miała tyle czasu ile można sobie tylko wymarzyć. Ale to nie jej Klan rozsypywał się od środka.
- Duchy Gwiezdnego Klanu znają imię każdego kota. - zaczęła powoli, patrząc prosto w zielone oczy stojącego przed nią Medyka. - W imieniu Przodków na Srebrnej Skórce odbieram ci imię, które teraz nosisz. Od tej chwili nie jesteś już tym kim byłeś. Powrócisz do domu z nowym mianem... jako Szałwiowy Dym, Medyk Klanu Wichru. - skinęła mu głową. No i proszę, już po krzyku, Szałwiowy Dymie. Było warto tak kręcić się wokół sprawy imienia jak pies wokół jeża? Jeśli to imię sprawiało mu ból trzeba było poradzić sobie z nim tak jak z każdą dolegliwością - oderwać możliwie szybko i bez komplikacji, tak jak się wyciąga kleszcza. Nie ma za co, tak nawiasem. - A skoro już mowa o powrotach... Czas na was. - stwierdziła krótko, podnosząc się na łapy, a Gwieździsta Pieczara dookoła jakby zamigotała i rozmyła się przed ich oczami. - Obudź się, Medyku. Masz wiele do zrobienia. - głos kocicy poniósł się echem, jakby z oddali, a dwójkę Wichrzaków stopniowo otaczała coraz gęstsza ciemność, wymazując za sobą legowiska w lecznicy, świetliki pod sufitem i rozsypane w gruz kamienne ściany. - Och, swoją drogą. To miejsce nazywa się Szepcząca Sadzawka. Możesz przekazać wieść pozostałym Klanom. - delegacja Wichru przestała już widzieć cokolwiek, wpadając coraz głębiej w ciemność... śledzeni cichym śmiechem srebrzystej kocicy. - Cóż, albo i nie. Ten wybór - tak jak wiele innych - jest twój do podjęcia.
A wtedy Szałwiowy Dym otworzył oczy, a wraz z nim Krzykliwa Mewa, parskając odruchowo wodą która nieopatrznie wleciała jej do nosa. Zupełnie jakby ciocia nie omieszkała jej pokazać palca na odchodne.
[Obrazek: IMLaaWP.png]
Authority must be obeyed
OR IT MUST BE OVERTHROWN.
LVL 0 0 / MAX
MedLVL 0 0 / 100
0
Siła
S
0
Zręczność
Zr
0
Szybkość
Sz
0
Zmysły
Zm
0
Punkty Życia
HP
0
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#40
Mewa czekała po prostu na to, co się wydarzy, co Szałwia powie, co wybierze, była jednocześnie przekonana, że cokolwiek to będzie, okaże się lepsze od tego jego rzekomego imienia, którego nigdy nie używał, a Pstra wróciła chyba tylko po to, żeby zdradzić je całemu Klanowi, tak czy inaczej Krzykliwa po prostu czekała ciesząc się ukradkiem z odpowiedzi ciotki, która co prawda nie była w pełni jasna i jednoznaczna, ale mimo wszystko była bardzo jej, a to też ucieszyło straszą, pokazało jej bowiem właściwie jednoznacznie, że chociaż się odchodzi, to wcale się nie zmienia, co było perspektywą wielce przyjemną, ciekawą i jakąś tak generalnie uspokajającą, chociaż nawet nie wiedziała dlaczego - skupiła się zresztą zaraz na nazwie miejsca, w którym się znaleźli i musiała przyznać, że jej się podoba, miała również nadzieję, że pewnego dnia nawiedzi tutaj jakiegoś kota już jako członkini Gwiezdnego Klanu, do którego pewnie jakoś się dostanie, chyba że faktycznie będzie musiała powstrzymywać Grada przed kolejnym idiotyzmem, jakiego mógłby dokonać w swym życiu.
- Do zobaczenia już niedługo - rzuciła jeszcze rozbawiona, dość ciepło, a potem parsknęła, kiedy woda nalała się jej do nosa, ale trzeba było przyznać, że Mewa znajduje się w doskonałym humorze, tryska energią i generalnie jest zadowolona z tego, co się wydarzyło, ze wszystkiego, z wyboru medyka, z jego zmiany imienia na coś, co brzmiało dobrze, a nie tak śmiesznie, że nikomu nie chciał powiedzieć, cieszyła się również z tego, że wracają do domu i będą mogli ogłosić RADOSNĄ nowinę, a potem wszystko potoczy się już dobrze.
- Chodźmy, SZAŁWIO, nie ma co siedzieć w miejscu, nie jestem taka zmęczona, żeby nie móc wrócić, znamy już drogę, więc chodź, odpocznę w obozie, tam będę miała dużo czasu na sen i zbieranie sił na to, co dalej może nastąpić. Ale chodź! - rzuciła po czym szturchnęła go po matczynemu nosem i ruszyła faktycznie w stronę, z której nadeszli.
[Obrazek: 4i9Eyy2.png]

[ you'll remember me when the west wind moves ]xxxxx
» upon the fields of barleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
» you can tell the sun in his jealous skyxxxxxxx
» when we walked in fields of g o l dxxxxxxxxxx
LVL 7 585 / 500
MedLVL 1 31 / 200
13
Siła
S
18
Zręczność
Zr
16
Szybkość
Sz
11
Zmysły
Zm
100
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#41
Szałwiowy Dym, medyk klanu Wichru.
Poczuł, jak opada z niego ciężar. Jak ulga wtłacza się do jego serca, rozprzestrzenia po całym ciele. Obie kocice mogły usłyszeć, jak z jego ust ucieka westchnienie ulgi. Był wolny. Wolny od ciężaru, wolny od chociaż części zła i cierpienia, jakiego doświadczał. Zasłużenie czy nie - nieistotne. Było mu zwyczajnie lepiej. Lepiej z samym sobą, lepiej z nieodłącznym elementem jego życia. Teraz? Teraz... Czuł, że naprawdę jest medykiem. Prawdziwym, takim, jakim powinien być. Minęła chwila ciszy, słowa Porannej Rosy zawisły w powietrzu, a on, delikatnie i słabo, uśmiechnął się w jej kierunku. Z wdzięcznością.
— Dziękuję — powiedział cicho, ledwo co, jakby nagle cała ta ulga odebrała mu głos, uwięziła go w gardle. Potem jednak oznajmiła, że to był już na nich czas; kiwnął głową. Zdecydowanie. Nie mieli już żadnego interesu w tym, by trwać dłużej na srebrnej skórce. Na to mieli jeszcze czas - po śmierci, po tym, jak odejdą do gwiazd. Teraz musieli jednak wrócić do klanu, zmierzyć się z jego członkami, on sam - ze swego rodzaju wyrzutami sumienia. Zamknął oczy, a kiedy już je otworzył - był z powrotem przy Szepczącej Sadzawce. Wciągnął świeże powietrze do płuc, zerknął na Krzykliwą Mewę, zmartwiony, gdy zaczęła parskać. Zaraz jednak zaczęła mówić, jak to ona, a on kiwnął głową, z delikatnym uśmiechem na pysku. — Oczywiście. Chodźmy — odparł jedynie i razem z nią ruszył w drogę powrotną. Jednak nie mogli jeszcze spocząć na laurach; przed nimi... Jeszcze długa wędrówka, podczas której mogło wszystko się zdarzyć.
x
jak .dużo '.niebo .może .znieść
gdy modlę się, .gdy .modlę 'się
ile ptaków, .ile burz
nie ma blizn, skąd wiedzieć już
czy .moje .łzy ..udźwignie .też?
x
LVL 4 160 / 300
MedLVL 9 1451 / 1500
6
Siła
S
11
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#42
Gdy otworzyli wreszcie oczy, odkryli, że leżą w wodzie – na takiej głębokości, że ich pyski i nozdrza były bezpieczne, chociaż Krzykliwa faktycznie parskała wodą, która wleciała jej do nosa; był to zapewne pożegnalny żarcik ze strony Porannej Rosy. Gwiezdnym mimo wszystko najwyraźniej zależało na tym, by medyk i starsza kocica się nie utopili podczas rozmowy ze srebrzystą kocicą. Zresztą… szkoda by było, gdyby stracili życie w tak niemalże trywialny sposób zaraz po tym, jak przeszli taki kawał drogi w poszukiwaniu nowego miejsca kontaktu z przodkami ze Srebrnej Skórki, jak przetrwali rozmowę z Poranną Rosą czy wreszcie – zaraz po tym, jak medyk klanu Wichru zyskał nowe miano.
Mogło im się wydawać, że dadzą radę bez żadnego odpoczynku wyruszyć w stronę ziem klanu Wichru, ale już po przejściu paru długości drzew poczuli, że albo muszą zatrzymać się na dłużej, albo wracać z przystankami po drodze – więc koniec końców droga się wydłużyła i w dwie strony zajęła łącznie mniej więcej dwa długie dni, podczas których klan Wichru pozostawał bez przywódcy. Powrót szedł jednak gładko – nie natknęli się na nic wartego uwagi, nie mieli żadnych większych przeszkód, z wyjątkiem chwilowego podniesienia adrenaliny, gdy nieopodal Grzmiącej Ścieżki gdzieś w oddali mignęło im rude futro lisa. Na szczęście drapieżnik się nimi nie zainteresował, całkiem jakby wyczuł, że ta dwójka ma jeszcze sprawy do załatwienia i bliskie koty czekające w obozie. W końcu więc stanęli przed Kolczastym Łukiem i nadszedł czas na ogłoszenie Wichrzakom tego wszystkiego, co zaszło przy Szepczącej Sadzawce… ale to już inna opowieść.

Szałwiowy Dym, Krzykliwa Mewa: +15 exp
LVL 8 400 / 500
MedLVL 0 0 / 100
14
Siła
S
21
Zręczność
Zr
16
Szybkość
Sz
11
Zmysły
Zm
100
Punkty Życia
HP
70
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości