Kozica wyrosła już z kocięcego puszku. Jej ciało wybujało w górę, stało się o wiele większe, pełne elegancji i gracji, które emanują z niej przy każdym kroku i najmniejszym nawet ruchu. Sierść ma lśniącą, zadbaną i właściwie zawsze czystą, jakby toalecie poświęcała naprawdę wiele czasu. Różnokolorowe łaty wciąż mylą obserwujące ją koty i nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy Kozica jest tak naprawdę biała, czarna czy może ruda. Jej ślepia już dawno straciły błękitną barwę stając się dwoma lśniącymi słońcami o barwie pomiędzy zielenią a złotem, w których czają się najprawdziwsze diabelne ogniki. Na nosie wciąż ma plamy, co przydaje jej dziwnej lekkości, zaś zabawne włoski na czubkach niewielkich uszu z całą pewnością dodają jej zadziorności. Jej wąsy wciąż są wykręcone pod różnymi kątami, jakby specjalnie kręciła je co rano, by zadziwiać nimi świat.
A jaki mógłby być, skoro zaklęty jest w tak doskonałym ciele? Toż przecież najwspanialszy. Niewiele więcej da się o nim na razie powiedzieć, ale kiedy tylko koteczka otworzy oczy, z całą pewnością wszyscy wkoło spostrzegą niezwykły blask w jej błękitnych ślepiach. Czy to zadziorność? Chęć zdobycia świata? A może jakaś inna tajemnica, która kryje się wewnątrz Kozicy? Trzeba się poważnie zastanowić, czy jej imię pasuje do jej charakteru, czy naprawdę taka z niej rogata dusza, czy być może to wszystko wiąże się z czymś zupełnie innym, z jakimiś niecnymi wybrykami, jakie już planuje w swej maleńkiej głowie? Jedno jest pewne - urodziła się, by siać zamęt. W taki lub inny sposób, w końcu jeśli jest cel, droga do niego zawsze się odnajdzie. Byleby, rzecz jasna, była dostatecznie wygodna i warta zachodu, nie ma bowiem potrzeby, żeby jakoś szczególnie się przemęczać. Chyba że nagroda naprawdę warta jest swojej niebotycznie wysokiej ceny...
Lodowy Pył [KC], Tonące Słońce [S], Racza Sadzawka, Sokoli Cień [KW], Jasny Poranek, Srebrzysty Pazur, Krzykliwa Mewa [KG] i inni
Och, Kozicy z całą pewnością nie spodobałoby się to, gdyby usłyszała, że Łania jest urocza. Lubiła, ba, kochała swoją siostrę, ale naprawdę uważała, że palma pierwszeństwa należy się jej, a nie komuś innemu. Ponieważ jednak była całkiem dobrym obserwatorem i umiała wyciągać wnioski z różnych sytuacji, kwestią czasu było tylko to, kiedy zacznie zagrywać inne karty. Wiedziała dobrze, że Tulipan woli, gdy się przy nim wygłupia, zaczepia go i zachowuje niczym prawdziwa trzpiotka, a nie urodzona kokietka. Tutaj, w przypadku Głoga, zdawało jej się, że kocur przyjął jej grę i całkiem dobrze mu się w nią gra, znała go jednak bardzo krótko i istniał cień szansy, że mogła się oczywiście pomylić. Ponieważ jednak nie miała pojęcia o tym, co kocur myśli, a opierała się jedynie na domysłach, jego minach i zachowaniu, nie była w stanie stwierdzić, jak się dokładnie ma i jak ona sama wypadła na tle siostry, która ich porzuciła.
- Myślisz, że jesteśmy podobne? – zapytała po chwili namysłu, robiąc nieco filozoficzną minę, jakby błąkała się gdzieś daleko myślami i pewne było, że gdy tylko nieco nad tym poćwiczy, będzie wyglądała dość wzniośle w takich właśnie chwilach. Wiadomo, była jeszcze młoda, miała czas na doskonalenie swoich zdradzieckich praktyk, musiała je doprowadzić do perfekcji, ale przecież nikt jej do niczego nie poganiał i nie zmuszał.
- Niech się zastanowię – mruknęła na to i ponownie spojrzała w jego ślepia, jakby starała się z nich coś wyłowić, wyciągnąć, sprawdzić, dowiedzieć się, co się też w nim kryje. – Praktycznej – stwierdziła w końcu zastanawiając się, jak to zinterpretuje i co zrobi.
<center><table><td></td><td>
◆...♢...◆ s w a y...me,..make...me thrill...me.,.h o l d...me bend...me,..please..me
Nie rzuca się w oczy. Jest kocurem średniego wzrostu o dość lekkiej budowie ciała, co nadrabia półdługą sierścią; najdłuższa jest na szyi gdzie tworzy kryzę, brzuchu i ogonie, ale również u nasady szczęki i na policzkach, łokciach i udach; dłuższy kosmyk na jego potylicy często lekko odstaje. Jego kruczoczarna szata nie jest szczególnie gęsta, przypomina nieco pióra; jest też często niedokładnie ułożona bądź wyczesana jedynie w połowie, gdyż stracił zainteresowanie w trakcie pielęgnacji. Biel pojawia się na jego pysku, skąd spływa na szyję, pierś i brzuch, białe ma również przednie łapy od palców po nadgarstki i tylne - aż po kolana. Głowę ma kwadratową, oczy stosunkowo wąskie, o barwie bladej żółci. Różowy nos okolony długimi, białymi wąsami jakie wywijają się ku dołowi.
Cechuje go dość lekkie podejście do życia; nie ma szczególnie wygórowanych ambicji i zadowala się tym, że płynie z prądem. Oportunista, który zawsze ocenia sens swoich poczynań oraz ewentualny zysk z podjętej akcji. Wolny duch, elastyczny i szybko przystosowujący się do zmian. Nie lubi się wysilać, ma stosunkowo słomiany zapał i jest wybitnie energooszczędny. Nie dla niego długie patrole i polowania, choć lubi się włóczyć samotnie, daleko poza ziemie swojego klanu. Nie czuje się szczególnie przywiązany ani do ziemi, ani do zasad, ani do kotów; ignoruje większość poleceń jeżeli nie widzi w nich zysku dla samego siebie. Z lubością nurza się we własnym cynizmie i nie stroni od pełnych kpiny uśmiechów; roztacza wokół siebie aurę tajemniczości, nie stroni od drobnych kłamstw i manipulacji słowem. Lubi towarzystwo pięknych kocic i rozmowy o niczym, rozwija wówczas skrzydła i czuje się jak w swoim żywiole. Życie traktuje z przymrużeniem oka i mało co bierze na poważnie.
- Obie macie rude i białe łaty - odparł prosto na jej filozoficzne pytanie, nie do końca załapując o co dokładnie mogło jej chodzić. Albo po prostu zrobił to z premedytacją, by ją zirytować swoim brakiem domyślności; dostrzegł, że kotka puszyła się trochę jak paw, że zgrywała starszą, niż w rzeczywistości była. Głóg nie mógł powstrzymać się od tej obrzydliwej myśli, jaka przepełzła mu przez myśl że mógłby bez problemu złamać ją jak młodą gałązkę, jeżeli tylko by chciał. Zacisnął na moment zęby, starając się odtrącić od siebie tę myśl; zbytnio zbliżała go do Chmielograba, z którym ostatecznie nie chciał mieć nic wspólnego. Nie był taki jak on; zgnilizna nie wypełzała z niego na zewnątrz, a jedynie pozostawała w jego umyśle, karmiąc się fantazjami syna Chabrowego Pąku.
Praktycznej. Kocur zmrużył powieki, a jego bladożółte ślepia zwęziły się do rozmiarów błyskających żółcią szpilek gdy pochylił się w stronę kotki, by przesunąć nosem wzdłuż jej mordki, przez kość policzkową aż do ucha.
- Spotkajmy się jeszcze. Omówimy twoją... nag'odę - mruknął gardłowo do jej ucha korzystając z tego, że i tak był blisko, po czym zaczepnie skubnął ją zębami w jego płatek. Za wysokie progi, moja droga; miała jeszcze mleko pod wąsem, a Głóg miał swoje standardy. Z tego powodu cofnął się, mrugnął do niej zaczepnie i dał nura za pagórek, w ciągu zaledwie dwóch uderzeń serca znikając pomiędzy trzcinami porastającymi Piaszczystą Mieliznę. Do zobaczenia.
zt >:3c
if itook youeverywhere, thenwell, youwouldn't knowhow to walk
if i spokeon yourbehalf,then well,you wouldn'tknow how totalk if igave youeverythingand everythingis what ibought
icantake it allback, i nevercared'bout whatyou thought
Kozica wyrosła już z kocięcego puszku. Jej ciało wybujało w górę, stało się o wiele większe, pełne elegancji i gracji, które emanują z niej przy każdym kroku i najmniejszym nawet ruchu. Sierść ma lśniącą, zadbaną i właściwie zawsze czystą, jakby toalecie poświęcała naprawdę wiele czasu. Różnokolorowe łaty wciąż mylą obserwujące ją koty i nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy Kozica jest tak naprawdę biała, czarna czy może ruda. Jej ślepia już dawno straciły błękitną barwę stając się dwoma lśniącymi słońcami o barwie pomiędzy zielenią a złotem, w których czają się najprawdziwsze diabelne ogniki. Na nosie wciąż ma plamy, co przydaje jej dziwnej lekkości, zaś zabawne włoski na czubkach niewielkich uszu z całą pewnością dodają jej zadziorności. Jej wąsy wciąż są wykręcone pod różnymi kątami, jakby specjalnie kręciła je co rano, by zadziwiać nimi świat.
A jaki mógłby być, skoro zaklęty jest w tak doskonałym ciele? Toż przecież najwspanialszy. Niewiele więcej da się o nim na razie powiedzieć, ale kiedy tylko koteczka otworzy oczy, z całą pewnością wszyscy wkoło spostrzegą niezwykły blask w jej błękitnych ślepiach. Czy to zadziorność? Chęć zdobycia świata? A może jakaś inna tajemnica, która kryje się wewnątrz Kozicy? Trzeba się poważnie zastanowić, czy jej imię pasuje do jej charakteru, czy naprawdę taka z niej rogata dusza, czy być może to wszystko wiąże się z czymś zupełnie innym, z jakimiś niecnymi wybrykami, jakie już planuje w swej maleńkiej głowie? Jedno jest pewne - urodziła się, by siać zamęt. W taki lub inny sposób, w końcu jeśli jest cel, droga do niego zawsze się odnajdzie. Byleby, rzecz jasna, była dostatecznie wygodna i warta zachodu, nie ma bowiem potrzeby, żeby jakoś szczególnie się przemęczać. Chyba że nagroda naprawdę warta jest swojej niebotycznie wysokiej ceny...
Lodowy Pył [KC], Tonące Słońce [S], Racza Sadzawka, Sokoli Cień [KW], Jasny Poranek, Srebrzysty Pazur, Krzykliwa Mewa [KG] i inni
Ha, no doprawdy! Żeby tak z nią sobie pogrywać. Kozica była właściwie absolutnie pewna, że kocur połknął haczyk, że wiedział, co kryje się za jej pytaniem, za jej insynuacjami i tym wszystkim, co całą sobą mu przekazywała. Nie była świadoma tego, że ma ją jeszcze za smarkulę, bo pewnie gdyby się tego dowiedziała, poczułaby się co najmniej urażona. Nie była dzieckiem! Do tego było jej już bardzo daleko, a na pewno o wiele dalej niż Łani, która rozsiewała dookoła siebie niemalże kocięcy zapach, jakby cała utkana była ze światła, mleka i miękkiego posłania. Ze zgrozą zaczęła się zastanawiać, czy Głóg jednak nie patrzy z większą przyjemnością na jej siostrę i niemalże sapnęła z irytacji. To ona była tutaj dojrzalsza. Pełniejsza. Bardziej świadoma siebie, tego kim jest, jak się należy zachowywać i co robić, by to wszystko podkreślić! Niemniej jednak kocur wciąż jeszcze grał nieco w jej grę i zbliżył się do niej rozkosznie mocno, by wyszeptał wprost do jej ucha słodką obietnicę, która na moment zmroziła jej krew w żyłach. Zabrzmiało to tak…! Niebezpiecznie! Czy Kozica przez moment poczuła nutę strachu? Być może.
- I twoją karę za takie nagłe odejście – wymruczała na to zaczepnie, tonem raczej nieco urażonym, jednak posłała mu powłóczyste spojrzenie i dumnie uniosła łeb, uśmiechając się jednocześnie w sposób zdecydowanie oczywisty i zachęcający. Będzie czekała.
//zt
<center><table><td></td><td>
◆...♢...◆ s w a y...me,..make...me thrill...me.,.h o l d...me bend...me,..please..me
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń postanowił wyruszyć w stronę granicy mieszczącej się w okolicy czterech drzew. Chciał je sobie uważnie obejrzeć, bo jak do tej pory nie miał jeszcze okazji znaleźć się jakoś szczególnie blisko tych właśnie okazów. Nauki i trening zostały zakończone, znalazł chwilę, by zapolować, a teraz, gdy odpoczął i słońce chyliło się powoli ku zachodowi, ruszył na swoją wyprawę. Był pewien, że czeka go jakaś niesamowita przygoda, zawsze był o tym w pełni przekonany, a teraz był tego jeszcze bardziej świadomy. Pora była doskonała. On miał całkiem dobry humor. Sprawiał wrażenie spokojnego i pełnego optymizmu, co zresztą było prawdą. W przypadku Toni zresztą dostrzeżenie innego nastroju byłoby cudem.
Zatrzymywał się to tu, to tam, wąchał jakieś kwiatki albo sprawdzał, czy wszystko dookoła na pewno pachnie dostatecznie rzecznie, by ostatecznie, niemalże z chichotem zadowolenia, przedostać się pod drzewa, na które spojrzał w górę z zachwytem na pyszczku. Były całkiem spore, dość wysokie i z całą pewnością interesujące. Dlaczego tak tutaj rosły? Skąd się wzięły? Jak wiele oznaczały? Poruszył lekko nosem starając się zorientować, czy noszą na sobie jakiś konkretny zapach i wsadził łapę prosto w jakąś dziurę, co zakończyło się rozkosznym tańcem wygibańcem w celu złapania równowagi.
//Sopelek
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
Sopelek, która nie mogła usiedzieć na jednym miejscu odkąd tylko przybyła do nowego obozu, z wielką ulgą powitała moment, w której Ciernisty Kwiat oceniła stan jej ran i w końcu stwierdziła, że zagoiły się na tyle że można już było zdjąć opatrunki. Kotka od razu wyruszyła na podbój świata, a dokładniej, terenów jej klanu, których jak dotąd miała okazję obejrzeć tylko mały skrawek, zanim dopadł ją lis; teraz czuła dziwny chłód na karku, w miejscu, w którym miała łysy placek jako miejsce po ranie, na którym jeszcze nie zdążyły odrosnąć włoski. Wiele razu próbowała wygiąć łepek i zezowała, by zobaczyć jak rana teraz wygląda, ale oczywiście nie dała rady; musiałaby mieć oczy z tyłu głowy.
Tym razem też ruszyła prosto do Trawiastych Grzbietów. Chciała zrobić to, co tamtym razem się jej nie udało, a mianowicie spojrzeć na tereny ze szczytu wzniesienia. Mijając miejsce, w którym zaatakował ją lis jednak zwolniła i zaczęła stąpać o wiele ostrożniej i rozglądać się dookoła, a futerko zaswędziało ją z niepokoju. Oczywiście tamten lis był martwy, ale... skoro był jeden, zawsze mogło być ich więcej, a tym razem nie miała ze sobą Motylego Lotu ani Szrona.
Po wspięciu się na Trawiaste Grzbiety stanęła na szczycie jednak nieco rozczarowana - nie mogła zobaczyć zbyt wiele ponad wierzchołkami drzew, dlatego po krótkiej chwili zeszła z drugiej strony i ruszyła dalej przed siebie dziarskim krokiem, chcąc zobaczyć jak daleko rozciągają się granice ich nowych ziem. W pewnej chwili znalazła się na stromym stoku, z którego musiała zejść bardzo powoli i ostrożnie, by nie potknąć się i nie sturlać na sam dół, chociaż w pewnej chwili mało brakowało... i tak oto dotarła na kraniec terytorium Klanu Cienia, co uświadomiła sobie, gdy poczuła pozostawione przez Cienistych wojowników znaki zapachowe. Po drugiej stronie granicy wznosił się pagórek, zwieńczony czterema wielkimi drzewami. I kotem.
Nie mogła jednak wyczuć zapachu innego klanu po drugiej stronie granicy. Co prawda czuła Klan Gromu gdzieś z lewej strony i Klan Wichru z prawej, i te tak znajome, ale jednocześnie obce zapachy w jakiś sposób jeszcze bardziej pomogły jej poczuć, że znów znajduje się wśród czterech Klanów. Naprzeciwko niej jednak zapach jakby się urywał. Być może na wprost nie leżały ziemie żadnych klanowych kotów, a ten tam obcy był samotnikiem, który zaatakuje ją, gdy tylko ją zobaczy.
Warto zapytać.
- Przepraszam! - zawołała do burego kocurka bądź kotki, który robił bliżej nieokreślone rzeczy spory kawałek od niej, zanim strach zdążył związać jej gardło i zamknąć pyszczek. - Czy to twoje terytorium? Bo jeśli tak, to niewyraźnie zaznaczyłeś granicę. W ogóle jej nie czuć.
Gdyby to nie był Tonące Słońce, wojownik Klanu Rzeki, o czym Soplowa Łapa miała prawdopodobnie się zaraz przekonać, to nie byłby to zbyt mądry ruch. Ale przezwyciężanie swoich lęków polegało właśnie na tym, żeby robić rzeczy, których się boi. Miała być wojownikiem, a wojownik przepędza wszelkie potencjalne zagrożenia.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń nie przejmował się za bardzo tym, gdzie dokładnie się znajduje. Wiedział, że ziemia ta nie należy do żadnego Klanu i miał wrażenie, że można spotykać się tutaj z innymi, był jednak tak bardzo pochłonięty obserwacją tego, co go otacza, tych czterech drzew, tego wszystkiego, że już sam dokładnie nie wiedział, w którym jest właściwie miejscu. Na dokładkę napadła go ta paskudna dziura i musiał zacząć skakać, by jakoś się utrzymać w pionie. Brak ogona miał jednak spore konsekwencje. Nie mógł nim zamachać jak wiatraczkiem, nie mógł spróbować się na nim wesprzeć w żaden sposób, zatem ostatecznie wykonał taniec hula i rozjechał się na boki niczym żaba, kiedy właśnie usłyszał jakiś głos. Wołanie nadchodziło ze strony Klanu Cienia, wraz z zapachem, który teraz uderzył go w nos. Uniósł głowę, nadal w pozycji przypominającej nieco żabę gotową do składania... czegoś tam i poruszył swoimi śmiesznymi uszami. Długie włosy zafalowały lekko, a on podskoczył w górę i stanął już normalniej, by zaraz ruszyć w stronę młodej, która opowiadała takie niemądre rzeczy. Teraz już na pewno poczuła wionący od niego rybi zapach. Bo zdaje się, że on unosił się nad Klanem Rzeki, prawda?
- Ależ nie! Jestem Toń z Rzeki i przyszedłem w końcu zobaczyć te drzewa, bo nie miałem jeszcze okazji. Tutaj nie pachnie żadnym Klanem, więc uznałem, że mogę nieco sobie pospacerować i zobaczyć, o co tutaj chodzi. Tylko, że tam była dziura i mi w niej łapa została - zakomunikował podchodząc coraz bliżej swoim chybotliwym, kaczym chodem wskazującym na to, że coś na pewno jest nie tak z jego ciałem. Zresztą, jeśli Sopelek uważniej by mu się teraz przyjrzała, zorientowałaby się, że chociaż uszy ma (jakieś dziwne) i cztery łapy też (niskie i dość grube), to na pewno nie posiada żadnego ogona, który by za nim powiewał. Czy więc był aby na pewno kotem?
- Chciałabyś też je zobaczyć? Bo są niesamowite te drzewa! - zakomunikował uśmiechając się właściwie jak dziecko, niezależnie od tego, że zaczynał zbliżać się do czterdziestu księżyców. W końcu był młody, silny i bardzo, bardzo dziecinny!
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
Faktycznie, gdy tylko kot usłyszał ją i zaczął schodzić w jej stronę Soplowa Łapa najpierw zjeżyła się mimowolnie (no bo co innego zawołać obcego, a co innego gdy faktycznie cię usłyszy), a później zaczęła dostrzegać coraz więcej szczegółów: przede wszystkim śmiesznie wywinięte na zewnątrz uszy, dziwnie chybotliwy, niezdarny chód, a gdy podszedł naprawdę blisko... brak ogona. Wtedy Sopelek słyszała już, co do niej mówi i przekonała się, że nie jest żadnym groźnym samotnikiem a wręcz przeciwnie, bardzo przyjaznym i sympatycznym wojownikiem Klanu Rzeki, jednak wyraźny ubytek przykuł jej uwagę, chociaż starała się nie gapić w tamtą stronę - to by było bardzo niegrzeczne. W każdym razie ulżyło jej, że to nikt groźny a nawet ucieszyła się, że miała okazję poznać kogoś z obcego Klanu. Zwłaszcza że Toń wydawał się przyjazny, śmieszny i sympatyczny na pierwszy rzut oka.
- Toń? Tylko Toń? - zagadnęła, rozluźniając się i uspokajając. - To w takim razie ja jestem Sopelek z Cienia. - Może to nawet i lepiej. W końcu była już trochę za stara, żeby być terminatorką, a jeszcze trochę czasu minie zanim jej trening dobiegnie końca. Chociaż wielu rzeczy nauczyła się sama!
Już po tej krótkiej rozmowie, a zwłaszcza po propozycji, którą zaoferował Rzeczniak było widać, że podziela on właściwy również Soplowej Łapie kocięcy entuzjazm i optymizm i kotka bezwiednie uśmiechnęła się, od razu się zgadzając. Skoro nie pachniało żadnym klanem, to znaczy że mogą spokojnie tu przebywać, a nawet gdyby coś się stało, to jest ich już dwójka!
- No ba! - zachichotała i rzuciła się długim susem do przodu, przekraczając granicę i wspinając się w górę po trawiastym zboczu. Przygodo - nadchodzimy! - Właściwie, to gdzie jest terytorium Klanu Rzeki? Jak dotąd nigdzie ich nie wyczułam - zagadnęła wesoło, gdy Toń zrównał się z nią i nie musiała już podnosić głosu, by ją usłyszał. Było ciepło, słońce lśniło mocnym blaskiem, a w koronach drzew śpiewały radośnie ptaki - idealny dzień na poznanie nowej bratniej duszy. Tylko żeby ów radosny dzień nie skończył się tak samo, jak ostatnie polowanie.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Kocur zdawał sobie sprawę z tego, że przyciąga spojrzenia. Był dość nietypowy i na pierwszy rzut oka nawet chyba nie przypominał kota. Zastanawiał się kiedyś, czy gdyby zobaczył go jakiś pies, to byłby w stanie stwierdzić na pierwszy rzut oka z czym ma do czynienia. Nie, żeby chciał to jakoś bardzo usilnie sprawdzać, ba, zupełnie nie chciał! Miał już powyżej dziurek w nosie wszystkich drapieżników! A właściwi – powyżej nieistniejącego już ogona. Jedyne co zamierzał zrobić, to pewnego dnia zgładzić bobra, by pokazać samemu sobie, że może, ale również po to, by innych wybawić od nieprzyjemnej sytuacji, cierpienia i nie wiadomo czego jeszcze. Nikomu nie życzył tego, co go spotkało.
- Tak, to znaczy mam to całe pełne imię, ale kiedy byłem mały nazwano mnie Tonią, więc jestem nim cały czas – wyjaśnił, bo było to dla niego tak oczywiste i tak proste, że nawet nie chciało mu się dyskutować w tej kwestii. Domyślał się jednak, że Klanowe koty przyzwyczajone do takiego, a nie innego stylu bycia czasem będą się dziwiły. Czasem. Czasem, tak jak kotka z Cienia, zaakceptują to wielce radośnie. – Bardzo mi miło, Sopelku! Masz urocze imię – dodał jeszcze uśmiechając się promiennie, ale zdecydowanie dziecięco. Być może do siebie pasowali. Ona była jeszcze kocięciem, on był kocięciem, nie mieli za wiele zmartwień, szli raczej do przodu, nie wahali się za bardzo i szukali radości tam, gdzie inne koty w ogóle by się tego nie dopatrywały. Bywało i tak, prawda? Jednak szukać takich jednostek to trochę jak szukać igły w stogu siana! Najczęściej, na dokładkę, były rozsiane po różnych Klanach.
- Pokażę ci – zaoferował więc Toń i zanim zabrali się do oglądania fascynujących drzew, przeprowadził kocicę w stronę granicy Klanu Rzeki i wskazał na rozciągające się za nią tereny. – Tutaj, zapach jest chyba aż nazbyt wyraźny – wyjaśnił śmiejąc się cicho, bo sam nie tak dawno przyłożył do tego łapę. Czy coś. Potem zaś zwrócił się w stronę drzew, które wcześniej oglądał i aż nastawił wąsy. – Są dokładnie cztery, jak my!
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
Jeśli chodzi o imiona, większość wojowników trzymała się podstawowego schematu. Dwuczłonowe imię pokazywało od razu ich rangę i było powodem do dumy, zwłaszcza gdy dodatkowo miało ładne brzmienie. Tacy jak Toń jednak nie zwracali uwagi na prestiż ani rangę, którą mogli pokazywać i chwalić się od razu przy pierwszym spotkaniu - dla niego najwyraźniej nie miało to znaczenia, a zamiast tego wolał przedstawiać się mianem, które było krótkie i treściwie. Kocięce. I z tego, co Sopelek już zdążyła zauważyć, bardzo to do niego pasowało.
- Rozumiem. Ja do mojego rodzeństwa też ciągle mówię Ślizgawka i Szron, bo nie mogę się przyzwyczaić że już dawno nazywają się inaczej - zachichotała. Skoro do rodzeństwa zwracała się w ten sposób, nie widziała żadnego powodu, dla którego z potencjalnym nowym najlepszym przyjacielem miało być inaczej. Bo czuła już, że z Tonią będzie dogadywać się świetnie; nadawali na tych samych falach, z ich bezsensownym zachwytem i optymizmem. Gdyby mogła, zarumieniłaby się, gdy usłyszała że jej imię jest urocze. Rzadko słyszała komplementy na swój temat, dlatego nie do końca wiedziała jak na nie zareagować, jedynie uśmiechnęła się i wbiła wzrok w ziemię i trawę pod swoimi łapami. Powinna powiedzieć, że jej również miło poznać Toń, jednak tylko odchrząknęła niezręcznie i przyspieszyła delikatnie kroku, chcąc już znaleźć się na szczycie, by móc zmienić temat. Miała tylko nadzieję, że nie wygląda przez to na nieuprzejmą.
Zanim jednak zatrzymali się przy drzewach, bury kocur podprowadził ją bliżej granicy z Klanem Rzeki, skąd doleciał ją rzeczywiście aż nazbyt intensywny zapach znaków granicznych i Sopelek aż zmarszczyła nos, rzucając Toni rozbawione spojrzenie. - Faktycznie, stąd by nie dało się was przegapić - stwierdziła zduszonym głosem. - Ale pachniecie tak samo jak na tamtych terenach. Rybami.
Właściwie czym pachniał Klan Cienia? Sopelek nagle zmartwiła się, że czymś co dla Rzeczniaka może być nieprzyjemne. Wiewiórkami? Żabami? Czy ona w ogóle zdążyła już przesiąknąć zapachem Klanu Cienia? Niby minęło już pół księżyca, odkąd wróciła, ale czy to wystarczyło, by nadrobić te wszystkie księżyce jej nieobecności? Nieważne. Toń nie wyglądał na takiego, któremu by to przeszkadzało, dlatego terminatorka postanowiła się po prostu rozluźnić i wzorem Toni odwróciła się, by spojrzeć na cztery drzewa. Nie wystarczyło spojrzeć - musiała zadzierać pyszczek coraz wyżej i wyżej, by dosięgnąć wzrokiem ich wierzchołków. Były ogromne.
- Cztery? Nas jest dwoje - zmarszczyła czoło, przenosząc wzrok na Toń. - Ach, Klany! Tak! Dokładnie tak! - zachichotała nerwowo, gdy olśniło ją, co buras miał na myśli. Gwiezdny Klanie, z samego początku wyjdzie na idiotkę. - Myślisz że z ich szczytów widać stare tereny? - zagadnęła szybko, po części by zmienić temat, a po części dlatego, że naprawdę była ciekawa. Gdyby była jednym z ptaków, już dawno wzleciałaby i usiadła na najwyższej gałęzi. Nieczęsto wspinała się na drzewa, ale czasami się na to decydowała i wiedziała, jak niesamowity potrafi być widok, gdy wespnie się odpowiednio wysoko, ale mogła tylko domyślać się, co byłoby widać z takich drzew. Na pewno całe tereny wszystkich czterech klanów, a może i to, co znajduje się poza nimi.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń w ogóle nie przywiązywał wagi do takich spraw, jak rangi. W jego mniemaniu właściwie wszystkie koty były równe, niektóre bardziej warte zachodu i uwagi, czy szacunku, inne nieco mniej, ale każdego trzeba było wysłuchać, posiedzieć z nim i pozwolić mówić. Och, z małym wyjątkiem. Czerwi zakleiłby najchętniej pysk pajęczyną, miał jednak wrażenie, że jej już nic nie zmieni i nie kryje się w niej nic dobrego, jakby jedyne na czym jej zależało to prężenie muskułów i bicie innych po pyskach, bo nie odpowiadają jakimś jej wzorom, których nie rozumiał za nic w świecie. Ależ odbiegliśmy od tematu! Tak czy inaczej dla Toni imiona były imionami, liczyły się tylko te kcięce, bo pokazywały prawdziwego kota, nie zmieniały go i generalnie odpowiadały rzeczywistości, zresztą opowiadały historię całego kota, od jego urodzenia aż do chwili, gdy umiera. Będąc malcem został nazwany Tonią i tak miało pozostać. Aż do jego ostatniego tchnienia!
- Myślę, że to doceniają! - powiedział i dodał, że oni również mają bardzo ładne imiona, ale sopelki są zdecydowanie najładniejsze. Oglądał je jeszcze na dawnych ziemiach w czasie Pory Nagich Drzew i kryje się w nich coś naprawdę interesującego, zaś w słońcu mienią się zdecydowanie niesamowicie. Nie wiedział jeszcze, czy imię pasuje do kocicy, ale było naprawdę ładne i przypadło mu do gustu. Nie musiała odwdzięczać mu się tym samym. Nie był kotem łasym na pochwały. Nie wymagał ich. Żył bez nich całkiem dobrze, a szczęścia szukał i znajdował je zupełnie gdzie indziej nie przejmując się tym, czy ktoś mu przyklaśnie czy też nie. Oczywiście, było mu miło, kiedy ktoś pokiwał mu z uznaniem głową. Jak chociażby wtedy, gdy Zachód uznała, że nadawałby się na zastępcę! To jednak było coś zupełnie innego.
- Pewnie dlatego, że jemy dużo ryb. Znaczy ja jem ich dużo, bo są naprawdę smaczne, chociażby taka płotka, mmm, aż sobie trzeba dokładnie łapy po niej oblizać! - zakomunikował aż się cały pusząc i uśmiechając z przyjemnością, zanim przystąpili do oglądania drzew, co było dla niego równie fascynujące, jak szukanie nowych ziem, czy coś podobnego. Poza tym zupełnie nie zwrócił uwagi na swoistą wpadkę Sopelka. Zaśmiał się tylko ciepło, kiedy ponownie się odezwała, a następnie aż z zachwytem rozchylił pysk.
- Może. A może siedliska dwunogów? A może... wszystko co jest po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki! - zakomunikował w odpowiedzi i nieco chybotliwie podszedł do drzewa, by je obwąchać i przekonać się, czy da radę się na nie wspiąć. Było wielkie i wysokie! Niesamowite. Co było na jego szczycie?
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
Doceniają? Sopelek zaśmiała się nerwowo. Wątpiła, żeby powiedzmy dla Szrona nazywanie go jego kocięcym imieniem miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Raczej nie widział w tym żadnych ciepłych uczuć, które miała w swych intencjach jego siostra, a zwykłe przyzwyczajenie bez ukrytych, głębszych znaczeń. Jej brat był praktyczny i dosyć... gruboskórny. Ale co do Ślizgawki, być może ona dostrzegała pieszczotliwość i czułość w tym nawyku - w końcu i ona zwracała się do niej "Sopelku".
- Prawda? - podchwyciła uwagę Toni co do imion jej rodzeństwa. Nie wydawało jej się, że powinna za to dziękować - w końcu to nie ona sama je wymyślała, a jej rodzice, za to ucieszyła się, że Rzeczniak je docenił. - Wszyscy nazywamy się od Pory Nagich Drzew. Miałam jeszcze rodzeństwo - Szadź, Skrę i Szarugę, ale... ich już nie ma.
Potrząsnęła głową. Dzień i spotkanie z Tonią były zbyt radosne, żeby zaprzątała sobie znów głowę i serce smutkiem, chociaż przez moment czuła ukłucie wyrzutów sumienia, że odpycha pamięć o rodzeństwie na bok, by nie przeszkadzać sobie w szczęśliwej chwili. Wahanie to ukazało się w nerwowym machnięciu szarego ogona, jednak kotka uznała, że pomyśli o tym później, i w razie czego - przeprosi. Albo porozmawia o tym ze Szronem i Ślizg i zapyta, co oni sądzą na ten temat.
- Nie pomyślałam o tym - zachichotała, krzywiąc się żartobliwie. - Nigdy nie jadłam żadnej. Nie próbowałam nawet ich łapać - przyznała. Szczerze mówiąc, w życiu nie słyszała ani jednej wskazówki co do tego, jak łapać ryby i nie wyobrażała sobie, jak Klan Rzeki to robi. Przecież ruszały się tak błyskawicznie i były takie śliskie!
Patrzyła z rosnącym zatroskaniem, jak Toń chybotliwym krokiem podchodzi do jednego z drzew, bezwiednie wpatrując się również w kikut, który pozostał po niegdyś pewnie długim i pięknym ogonie. Niesamowicie ciekawiło ją, co też się z nim stało, czy może już urodził się taki, ale postanowiła nie pytać dopóki sam kocur nie podejmie tego tematu, na wypadek gdyby było to coś drażliwego bądź przykrego. Zresztą teraz bardziej się zaniepokoiła i podbiegła lekkim truchtem do burego kocurka, podnosząc na moment łepek i wędrując wzrokiem wzdłuż chropowatego pnia, jakby chciała zobaczyć stąd wierzchołek.
- H-hej! - odezwała się nerwowo, przenosząc niepewny wzrok na sympatyczny pyszczek Toni. - Nie zamierzasz chyba się na to wdrapywać, prawda...? To by było... niebezpieczne - zauważyła, wykorzystując całą siłę woli, by nie zerknąć na resztki ogona wojownika. Nawet ona bałaby się wspiąć na wysokie konary, a co dopiero Toń, który z pewnością musiał być odrobinę mniej zręczny od niej, skoro nie mógł pomagać sobie ogonem w utrzymaniu równowagi. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby spadł i coś sobie zrobił, chociaż praktycznie nie byłaby to jej wina i poznała wojownika dosłownie kilka chwil temu. Jednak już czuła się, jakby znali się od zawsze, a bury kocur miał zadatki na naprawdę dobrego przyjaciela. Być może nawet już nim był - Sopelek może i niełatwo nawiązywała znajomości, ale za to bardzo szybko przekonywała się do nowych kotów i błyskawicznie się do nich przywiązywała.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń poruszył lekko swoimi śmiesznymi uszami, gdy Sopelek się zaśmiała, ale ponieważ nie wiedział o co chodzi, jedynie uprzejmie się uśmiechnął. Gdy z kolei zwróciła uwagę na to, że całe jej rodzeństwo nosiło imiona od różnych zjawisk związanych z Porą Nagich Drzew, kocur westchnął cichutko. On również nosił imię podobne do tego, jakie zostało nadane jego bratu. I też go stracił, chociaż nawet nie umiał określić kiedy dokładnie – ich drogi zaczęły się rozdzielać, więzy rozplatać, aż w końcu pamięć po Źródle niemalże całkiem umarła, tak samo jak wspomnienie o mamie, o reszcie rodzeństwa, o domu Dwunożnych i przemokniętym kartonie. Teraz jednak na chwilę wszystko to wróciło w wyraźnym rozbłysku.
- Też miałem brata, ale już nie mam, jest gdzieś bardzo daleko, tak samo jak moje siostry, ale one nie trafiły z nami do Klanu. Źródło po prostu odszedł pewnego dnia – stwierdził i dość bezwiednie wzruszył barkami, bo chociaż był niesamowicie empatyczny, nie pamiętał nazbyt dobrze rodzonego brata. Jego cień. Chwile obecności. Parę słów, wyrzutów sumienia i nic więcej. Nie wiedział nawet, tak naprawdę, jaki Źródło był, a zatem nie wiedział, czy miałby czego, cóż, żałować.
- E, łowi się je całkiem łatwo. Ale skoro nie ryby, to co? – zapytał zaciekawiony, bo dopiero teraz do niego w pełni dotarło, że inne Klany wcale nie taplają się w wodzie po łokcie i nie próbują dopaść suma czy innego karasia, podczas gdy oni robią to zadziwiająco często. Może myszy? Albo nie! Węże i jaszczurki, to zdecydowanie pasowało mu do Klanu Cienia, takiego tajemniczego, mrocznego i zamieszkującego ciemną knieję, a przynajmniej tak właśnie ich sobie wyobrażał. Sopelek nieco do tego nie pasowała. Ale może była takim kryształkiem? Malutkim jak sopelek właśnie? Kto wie?
Zerknął na nią, gdy przestraszona zaczęła go pytać, czy zamierza się wspinać i z wielkim rozbawieniem skoczył na drzewo, w które wbił się szponami i wspiął kawałek w górę, mrugnął do niej i zeskoczył na ziemię.
- Wiesz ile stamtąd widać? Widziałem cały świat! – zakomunikował całkiem poważnie, a potem zaczął się ciepło śmiać i oblizał łapę , strosząc przy okazji wąsy, przez co wyglądał jeszcze zabawniej niż zazwyczaj. Był w doskonałym humorze, a poza tym cieszył się, że poznał kota z innego Klanu, bo to zawsze było pouczające i rozwijające doświadczenie.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
Kotka zaniepokoiła się, słysząc westchnienie Toni. Potrafiła wyczuć, że pomyślał o czymś smutnym i natychmiast przestraszyła się, że to ona poruszyła jakiś wrażliwy temat, mimo wszystkich swoich starań, a jej przeczucia potwierdziły się, gdy kocur zaczął mówić o swoim rodzeństwie. O nie. Kotka posmutniała nieco - nie dość, że sama niepotrzebnie obciążyła się smutnymi myślami, to jeszcze przerzuciła to na swojego przyjaciela.
- Och, Toń. Tak mi przykro - mruknęła cicho, nieruchomiejąc i patrząc na wojownika ze smutkiem w zielonych ślepiach. Gdyby znali się nieco dłużej i byli nieco bliżej, już próbowałaby pocieszyć go fizycznie jakimś czułym muśnięciem czy dotykiem, jednak teraz to nie wchodziło w grę; na samą myśl zawstydziła się i gdyby mogła, to już zarumieniłaby się jak burak. Jedna rzecz próbować przytulić praktycznie jeszcze obcego kota, który wspomina smutne rzeczy, ale czymś innym było podejście tak blisko do przystojnego, sympatycznego kocura, którego przecież już tak polubiła. Odchrząknęła cicho, odwracając wzrok i potrząsnęła głową, i w tym samym momencie uświadomiła sobie sens jego słów.
- Zaraz, to ty nie urodziłeś się w Klanie Rzeki? - zapytała, marszcząc czoło i znów swobodnie przyglądając się zielonookiemu pyszczkowi. Po uderzeniu serca uświadomiła sobie, jak to musiało zabrzmieć, i znów głupio się zająknęła, zastanawiając się, jak najlepiej z tego wyjść: - To znaczy, nie zrozum mnie źle, n-nie przeszkadza mi to - Przeszkadza w czym?, fuknęła na siebie w myślach. - T-to znaczy, nie mam nic do takich kotów, po prostu... po prostu byłam pewna że urodziłeś się w Klanie Rzeki! W ogóle nie wyglądasz na kogoś, kto nie przyszedł na świat poza Klanem.
O, Gwiezdny Klanie. Popełniała jedną gafę za drugą. Mogła tylko modlić się, żeby tej ostatniej idiotycznej uwagi Toń nie wziął za komentarz do jego niecodziennych uszu i braku ogona, i aż przymknęła ciężko oczy, mając ochotę zapaść się pod ziemię. Chociaż biorąc pod uwagę jej doświadczenie, jeśli chodzi o płeć przeciwną, to nie było się co dziwić, jak bardzo beznadziejna była. Co, oczywiście, mimo wszystko nie pomagało w całej sytuacji.
- Właściwie... to wiewiórki - odparła na jego pytanie, zmuszając się do przynajmniej częściowego rozluźnienia. Była wdzięczna za pretekst do zmiany tematu. Sympatyczna, wesoła natura Toni pozwoliła jej się od samego początku rozluźnić i otworzyć, nic jednak nie mogła poradzić na to że nieco ją onieśmielał, zwłaszcza gdy patrzyła prosto w jego zielonkawe oczy. - Dobrze się wspinamy i całkiem nieźle idzie nam łapanie ich. Właściwie to cały nasz obóz jest częściowo schowany wśród konarów jednego z drzew - powiedziała już spokojnie, na chwilę patrząc za Toń, na tereny jej własnego klanu, jakby chciała dosięgnąć wzrokiem obóz, o którym mówiła.
Z początku nie zrozumiała, co chce zrobić wojownik, gdy podniósł się z miejsca z rozbawieniem w oczach, ale gdy rzucił się w kierunku pnia nie miała już wątpliwości. - Hej, mówię poważnie! - zawołała, dając susa tuż za nim i stając tuż przy podstawie pnia; musiała wysoko zadrzeć łepek, by spojrzeć w górę na kocura. Zanim jednak zdążyła powiedzieć cokolwiek innego, ten mrugnął do niej i bezpiecznie opadł z powrotem, a jego łapy zadudniły głucho o ziemię. Sopelek zamrugała, a niepokój w mgnieniu oka zamienił się w ulgę.
- Akurat - zachichotała. - Mogłeś zobaczyć co najwyżej całego Sopelka. Nie wierzę w ani jedno słowo - rzuciła zawadiacko, patrząc na przyjaciela błyszczącymi, szmaragdowymi oczami. Co jak co, ale poczucie humoru i zabawy było jedną z fundamentalnych cech koteczki, której nie wymazała nawet długa nieobecność wśród swoich i potrafiła od razu wyłapać grę Toni. A z grami i zabawami można było zrobić tylko jedno - podchwycić i ciągnąć dalej.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
- E tam, nie byliśmy ze sobą jakoś blisko, może kiedyś, ale w pewnym momencie po prostu wybrał własną ścieżkę – powiedział na to, jakby z miejsca chciał określić, jak wygląda jego stosunek do tego wszystkiego. Nie zamierzał rozwodzić się nad Źródłem, jego zniknięciem i tym, że pomimo początkowej silnej więzi to wszystko zniknęło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Puf! I było po sprawie. Zdaje się, że kocur nawiązał o wiele bliższe relacje z kotami całkowicie sobie obcymi niż z tym, z którym dzielił dokładnie tę samą krew.
- Nawet z takimi uszami? – rzucił śmiejąc się, bo jego obchodziły podobne sprawy tyle, co zeszłoroczny śnieg. Oczywiście, w odniesieniu do niego, bo gdyby Sopelek zaczęła czepiać się jakiegoś innego kota, że nie urodził się w Klanie, to po prostu miałaby przekichane. Toń miał bardzo grubą skórę i często, kiedy ktoś próbował go atakować jedynie się śmiał albo też zaczynał się droczyć i sprawdzał wytrzymałość przeciwnika. Bycie spoza Klanu, posiadanie śmiesznych uszu, utrata ogona… Było zbyt wiele rzeczy wyróżniających go na tle innych, żeby z tego powodu panikował. Było jak było, siebie nie zmieni.
- Wiewiórki? One mają strasznie dużo futra. A poza tym zdradzę ci w sekrecie, że zazdroszczę im ogona – odpowiedział na to, ale mrugnął, by wiedziała, że wcale nie mówi tego poważnie. Był rozbawiony, a robienie sobie śmieszków z własnej aparycji było jedną z najlepszych zabaw Toni. Nie wspominając w ogóle o nazywaniu siebie Bobrzym Ogonem, co chyba było już kwintesencją jego natury. – A skoro tak, to na pewno dotrzesz na sam czubek drzewa! – zakomunikował jeszcze zanim zaczął swój popis. Nie zamierzał wchodzić na samą górę. Raczej. To było niesamowite wyzwanie i może by się go podjął, ale wcale nie marzyło mu się skończyć na jakiejś gałęzi i siedzieć tam jak jakiś palant. Znał swoje ograniczenia i widział, że nie zdołałby pokonać tak wielkiej przeszkody, jaka się przed nim rysowała, ale przecież mógł się z Sopelek nieco podroczyć. To było trochę jak lizanie Grzmiącej Ścieżki, prawdziwe, bardzo ekscytujące działanie!
- Ach tak? To sama zobacz! I pokaż, jak polujesz na wiewiórki! – rzucił jej wyzwanie pusząc się niby to z oburzenia, ale jego zielone ślepia błyszczały z taką mocą, że chyba ktoś wsadził mu żarówki do głowy. Był rozbawiony, a także na swój sposób podekscytowany, tego nie dało się w żaden sposób ukryć.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wydoroślała. Nie jest już małym, niezgrabnym kociątkiem, pokrytym niebieskim puszkiem. Jej ciało stało się chude i smukłe, łapki długie, a krótkie, szarobłękitne futerko nabrało połysku i gładkości; w połączeniu ze zwinnością i gracją ruchów Sopelka chwilami przypomina ona węża. Pyszczek również wysmuklał i zwężył się, zaś tkwiące w nim duże, migdałowe oczy mają zieloną barwę, ciemniejącą przy źrenicy. Nosek zachował swój ciemnoszary kolor.
Trudny okres dzieciństwa, mimo że chwilowo ją przytłoczył, w końcu pozwolił jej zmężnieć i stać się silniejszą. Jej reakcje na zachowanie ojca, Pokruszonego Lodu, były zrozumiałe - była jeszcze kocięciem i nic dziwnego, że dała się zastraszyć, co w końcu doprowadziło ją do opuszczenia Klanu, jednak żyjąc z dala od domu dorosła i zrozumiała, że nie może wiecznie być popychadłem. Nadal jest jej ciężko walczyć z dawnym strachem, jednak jest zdeterminowana by się nie poddawać, mimo że ciągle potrzebuje przypominać sobie o byciu odważną. Na całe szczęście nie zatraciła swojej iskry zachwytu i wszystko co widzi nadal przepełnia ją oczarowaniem. Cieszą ją najmniejsze rzeczy i w każdej sytuacji wypatruje czegoś, w czym mogłaby się zakochać. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Łatwo nawiązuje przyjaźnie, chociaż z początku jest dość nieśmiała i nie przepada za towarzystwem zupełnie obcych jej kotów. Mimo że lubi spokój i rutynę, to nigdy nie odmawia żadnej przygodzie, traktując je jako coś, co mogłoby jej pomóc w walce ze strachem. Ma niesamowicie bujną wyobraźnię, z której bardzo często korzysta i która niestety często działa na jej niekorzyść, podsuwając jej najgorsze scenariusze... bądź nie pozwalając jej zejść z powrotem na ziemię z obłoków.
Mruczące Gardło (samotnik)
W duchu odetchnęła z ulgą, że temat rodziny Toni nie był dla niego aż tak ciężki, żeby psuć tę radosną i szczęśliwą chwilę, albo przynajmniej nie na tyle, by wojownik nie zaczął się zadręczać czy rozmyślać nad przeszłością. Na zewnątrz jednak posłała mu tylko leciutki, pełen ulgi uśmiech i pozwoliła temu tematowi opaść i odpłynąć. Toń w ogóle wydawał się mieć do siebie i świata ogromny dystans, co znów dostrzegła Sopelek, gdy nawet nie skomentował jej wpadki odnośnie jego pochodzenia, dając do zrozumienia, że cała ta jej desperacka przemowa i próba naprawienia gafy okazały się całkowicie niepotrzebne. Obrócił to wszystko w żart. Kotka starała się być niezwykle uważna przy zawieraniu nowych znajomości, by nie palnąć przypadkiem czegoś, co urazi nowo poznanego - a przy Toni stresowała się tym jeszcze bardziej - jednak zaczynała rozumieć, że jego niezwyczajny wygląd nie jest drażliwym tematem, a czymś, z czego nawet on sam żartuje. Dlatego odetchnęła i odprężyła się.
- Nawet z takimi uszami - przytaknęła wesoło. - To, że nigdy nie widziałam ich u klanowego kota, nie znaczy że żaden takich nie miał - zauważyła, teraz już otwarcie przyglądając się omawianym uszom Toni. Wcześniej starała się tego nie robić, by nie wyglądać na niegrzeczną, teraz jednak mogła spojrzeć na nie i nie bać się, że urazi tym kocura. Faktycznie były niespotykane i nadawały wojownikowi oryginalny wygląd, pozwalając rozpoznać go z daleka.
Wzmianka o wiewiórkach tylko potwierdziła, że Rzeczniak miał do swoich wyróżniających cech ogromny dystans i Sopelek zachichotała, już całkowicie zrelaksowana. Lubiła go. Był idealnym przyjacielem dla kogoś takiego jak ona - pełen energii i z wielkim poczuciem humoru. Przyszło jej do głowy, że ma przed sobą całkowite przeciwieństwo Szrona, chociaż oczywiście swojego brata kochała bardzo mocno.
- Następnym razem jak jakąś złapię zachowam dla ciebie jeden - obiecała z wesołym błyskiem w oczach, odpowiadając chichotem na jego porozumiewawcze mrugnięcie. Oczywiście nie dotarłaby na czubek drzewa, wątpiła, żeby ktokolwiek był w stanie dokonać czegoś takiego, ale nie chciała też wyjść na jakiegoś tchórza. Dlatego słysząc pełne udawanego oburzenia wyzwanie wyprostowała się gwałtownie, uśmiechając się zadziornie, po czym odbiła się mocno od ziemi, wbijając pazury w szorstką korę, i wytężyła mocno mięśnie, by wdrapać się na pierwszą, najniższą gałąź. Rozejrzała się wokół siebie, przebiegając wzrokiem po najbliższych konarach i zwracając uwagę na odległości między nimi.
- Żadnych wiewiórek - zakomunikowała z żalem. - Pewnie wszystkie uciekły, bo bały się że ukradniesz im ogony.
Poczuła się już na tyle pewnie, by stwierdzić że może pójść o krok dalej i sama zażartować z Toni, chociaż obserwowała uważnie jego reakcję, na wypadek gdyby przesadziła. Wiedziała z doświadczenia, że żartowanie ze swoich własnych cech to jedno, ale gdy ktoś inny ci je wytykał można było zareagować całkiem inaczej.