Księżyce: 41 Mistrz: tundra Płeć: kotka Matka: tundra i pokrzywa Partner: iksde Trwałe urazy: drobne uszczerbki na obu barkach, lewej łopatce; głębsze, acz krótkie ślady po ptasich pazurach na pysku (nos, lewa brew, prawa dolna powieka); długie, poprzeczne rozcięcie na piersi; ślady po zębach z boku szyi, na prawej przedniej łapie
Księżyce: 41 Mistrz: tundra Płeć: kotka Matka: tundra i pokrzywa Partner: iksde Trwałe urazy: drobne uszczerbki na obu barkach, lewej łopatce; głębsze, acz krótkie ślady po ptasich pazurach na pysku (nos, lewa brew, prawa dolna powieka); długie, poprzeczne rozcięcie na piersi; ślady po zębach z boku szyi, na prawej przedniej łapie
długowłosa, bura szylkretka z bielą; złotozielone oczy, przeciętna budowa i wzrost; więcej w KP
znerwicowana; nie radzi sobie najlepiej z emocjami; odnalazła w sobie pewność siebie; w głębi serca dobroduszna, ale niezwykle zagubiona; nieco złośliwa; łatwa do wyprowadzenia z równowagi; lubi ładne koty i kontakt fizyczny
barwna woda, szalejąca łapa, kora [rzeka]
Nie słyszała nieprzychylnych myśli Rogatej Łapy, słyszała natomiast słowa które wypłynęły z jej pyska. "To dobrze" mogła interpretować na kilka sposobów ale nie chciało jej się o tym myśleć wcale, jednym uchem to wyłapała i drugim wypuściła, a na kolejne słowa Rożek ciemna sierść na kryzie nowoświtezianki wyraźnie się nastroszyła, stanęła dęba. Tak, jak druga kocica, Tsunami nie poruszyła ani jednym mięśniem ale nie potrafiła zapanować nad zjeżonym futrem.
Przez chwilę trwała nieruchomo jak posąg, analizując to, co Rogata Łapa jej powiedziała. Mimo tego wszystkiego, księżyce temu, Baran był dla niej kimś... kimś. Mimo tego, co między nimi zaszło, Baran ją rozumiał. Ona rozumiała jego, tak sądziła. Kiedyś darzyła go sympatią a teraz dowiedziała się od jego notabene partnerki, że nie żyje.
Nie szukała go i o nim dużo nie myślała, ale ta informacja wywołała u niej dziwne emocje, których sama nie rozumiała i nie wiedziała, czy chciała o nich w ogóle myśleć, chwytać się ich i je analizować.
- Och - to było jedyne, co wydobyło się z pyska Tsunami. Nie odwróciła wzroku, uparcie wpatrzona w Rogatą Łapę. W szoku i zamyślona.
i think i, i think i finally found a way toxx,,forgive myself formistakes,,,,i made in my past i think thats the first step,x,right?
Węgiel to średniej wielkości czarny kocurek, z błyszczącą, czarną, krótką sierścią, która połyskuje niczym lakierowana skóra. Cechuje się delikatnie zaokrągloną czaszką i uszami oraz szerokim, poważnym, jak na jego młodociany wiek, pyszczkiem. Jego duże, szeroko rozstawione, lodowato-niebieskie oczy, okolone czarną obwódką, predysponują do miana prawdziwej myśloodsiewni. Posiada zwartą, jeszcze nieumięśnioną posturę, za to grzbiet ma niezwykle mocny i gibki. Nie wygląda, by w przyszłości miał być silnym kocurem, aczkolwiek jego smukłe łapki mogą determinować u niego niezwykłą zwinność i szybkość. Patrząc na młodego Węgiełka dostrzec można ten charakterystyczny, nieprzyjemny wyraz pyska, jakim charakteryzował się jego ojciec - Wietrzny Dzień.
Jak to mówią Dwunodzy - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Powiedzenie to sprawdza się także w przypadku Węgiełka, który, biorąc pod uwagę cechy charakteru, jest wykapanym Ojcem, choć i z Matki udało mu się coś uszczknąć. Jego poważny wyraz pyszczka jednoznacznie wskazuje obserwatorom, z kim mają do czynienia. Węgiel jest bardzo spokojnym kociakiem, niezwykle wyważonym jak na swój wiek i, ku ubolewaniu starszyzny, nie w łebku mu zabawy z innymi kociętami. Woli podążać samotnymi szlakami Klanu Wichru, gdyż uważa, że reszta młodocianych współtowarzyszy nie dorasta do jego poziomu, stąd też nie widzi sensu w traceniu na nich czasu. Będąc przekonany o swojej wyższości nie daje się łatwo sprowokować - czemuż miałby się przejmować uwagami kogoś, kto nawet do łap mu nie dorasta, prawda? Tak, jak i jego Matka, nie jest skory do uległości - nie boi się wyrażać swojej opinii nawet, kiedy ma do czynienia z dużo bardziej doświadczonym rozmówcą. Mimo młodego wieku umie celnie ripostować i, na co wskazują liczne obrażone kocięta, z wiekiem poziom ironii i sarkazmu może u niego niebezpiecznie wzrosnąć. Jego krytyczna postawa wobec świata, odpowiednio poprowadzona i wyszkolona, może stać się podwaliną do zastania doskonałym, strategicznym wojownikiem Klanu Wichru.
-
Węgiel był bardzo zadowolony z faktu, iż nikt w Splątanych Korzeniach nie zauważył jego nieobecności. Nie przepadał za piskliwym gwarem młodych kociaków i nad jeszcze bardziej piskliwymi głosikami ich rodziców. Zupełnie nie rozumiał, jak można się zachwycać takimi młokosami, które ledwo umieją odróżnić matkę od ojca. Istotnie, sam także był w ich wieku, jednakże bystrością umysłu niewątpliwie nad nimi górował - a przynajmniej był o tym święcie przekonany. Rozmyślając na temat swojej niezaprzeczalnej wyższości nad innymi kociętami z Klanu sprawiły, że znalazł się pomiędzy wysokimi kępami drobnolistnych, zielonkawych roślin. Mimo, jak uważał, swej nieprzeciętnej inteligencji nie był w stanie określić cóż to za wielkie rośliny, jednakże musiał przyznać, iż ich zapach coś mu przypominał. Gdzieś, w swoim niedługim życiu, natknął się na niego, ale w owej chwili nie był w stanie przypomnieć sobie w jakim to było momencie. Zważywszy na to jednak, iż było to miejsce ustronne, postanowił zatopić swoje niewielkie ciałko w wysokiej trawie i odpocząć od harmidru panującego wewnątrz kociarni. Sycąc się wonią pylących bylic, o których nazwie nie miał zielonego pojęcia, próbował przypomnieć sobie, kiedy i gdzie miało miejsce spotkanie z tymże, jakże kojącym jego zmysły zapachem. Ah tak. Po chwili głębszego oddechu już wszystko stało się jasne. Tak pachniała jego Matka.
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Drewno był zajęty. Jak co dzień wymieniał spokojnie mech w legowiskach, zaczynając od starszyzny i spokojnie przechodząc do kociarni. Skinął uprzejmie głową matkom, posłał kociakom słaby uśmiech, zabrał się za wyszarpywanie tych części gniazd, które do niczego się już nie nadawały. Prawie zupełnie nie zwracał uwagi, co się wokół niego działo, póki ktoś go nie pacnął w łapę. W pierwszym odruchu chciał kociaka zwyczajnie kopnąć, przesunąć gdzieś dalej, bo przecież był zajęty, tak? Irracjonalny gniew zagotował się w jego żyłach. I wtedy dotarło do niego, co ten biały kociak o absurdalnie długim futrze do niego mówił. Jakiś inny kociak wyszedł z kociarni, ba - wyszedł z obozu. Drewno przez dwa uderzenia serca wpatrywał się w kocię, które - tak swoją drogą - było ewidentnie potomkiem Lśniącej Sadzawki, co do czego miał mieszane odczucia, a potem wybiegł z kociarni, zostawiając kupę starego mchu tam, gdzie leżała. Chciał biec za kocięciem, ale przypomniał sobie słowa Jaśniejącego Płomienia, który zabraniał mu opuszczania obozu w pojedynkę. Szybkie kalkulacje oraz jeden rzut oka na znajomy obóz podsunęły mu niesamowity pomysł. Podbiegł do legowiska wojowników, do którego właśnie wchodził Bażancie Pióro i wyjaśnił ojcu w prostych, żołnierskich słowach, co zaszło, więc ostatecznie razem wyszli na poszukiwania. Złapali zapach kocięcia gdzieś w okolicy Kolczastych Krzewów i dalej, na Bylicowych Łąkach, w końcu dostrzegli uciekiniera.
- Hej! - zawołał Drewno, zostawiając ojca krok w tyle. - Hej ty tam! Nie masz prawa opuszczać kociarni! - Podbiegł do kociaka i zastąpił mu drogę, przez co kociak z przodu miał zdyszanego terminatora, a z tyłu surowo patrzącego na czarną sylwetkę wojownika.
- Chodź. Wracamy do obozu. - Drewno zrobił krok w stronę malucha.
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
Węgiel to średniej wielkości czarny kocurek, z błyszczącą, czarną, krótką sierścią, która połyskuje niczym lakierowana skóra. Cechuje się delikatnie zaokrągloną czaszką i uszami oraz szerokim, poważnym, jak na jego młodociany wiek, pyszczkiem. Jego duże, szeroko rozstawione, lodowato-niebieskie oczy, okolone czarną obwódką, predysponują do miana prawdziwej myśloodsiewni. Posiada zwartą, jeszcze nieumięśnioną posturę, za to grzbiet ma niezwykle mocny i gibki. Nie wygląda, by w przyszłości miał być silnym kocurem, aczkolwiek jego smukłe łapki mogą determinować u niego niezwykłą zwinność i szybkość. Patrząc na młodego Węgiełka dostrzec można ten charakterystyczny, nieprzyjemny wyraz pyska, jakim charakteryzował się jego ojciec - Wietrzny Dzień.
Jak to mówią Dwunodzy - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Powiedzenie to sprawdza się także w przypadku Węgiełka, który, biorąc pod uwagę cechy charakteru, jest wykapanym Ojcem, choć i z Matki udało mu się coś uszczknąć. Jego poważny wyraz pyszczka jednoznacznie wskazuje obserwatorom, z kim mają do czynienia. Węgiel jest bardzo spokojnym kociakiem, niezwykle wyważonym jak na swój wiek i, ku ubolewaniu starszyzny, nie w łebku mu zabawy z innymi kociętami. Woli podążać samotnymi szlakami Klanu Wichru, gdyż uważa, że reszta młodocianych współtowarzyszy nie dorasta do jego poziomu, stąd też nie widzi sensu w traceniu na nich czasu. Będąc przekonany o swojej wyższości nie daje się łatwo sprowokować - czemuż miałby się przejmować uwagami kogoś, kto nawet do łap mu nie dorasta, prawda? Tak, jak i jego Matka, nie jest skory do uległości - nie boi się wyrażać swojej opinii nawet, kiedy ma do czynienia z dużo bardziej doświadczonym rozmówcą. Mimo młodego wieku umie celnie ripostować i, na co wskazują liczne obrażone kocięta, z wiekiem poziom ironii i sarkazmu może u niego niebezpiecznie wzrosnąć. Jego krytyczna postawa wobec świata, odpowiednio poprowadzona i wyszkolona, może stać się podwaliną do zastania doskonałym, strategicznym wojownikiem Klanu Wichru.
-
Chwile beztroskiego spokoju skończyły się szybciej, niż się zaczęły. Najpierw, do uszu Węgla dotarł delikatny szelest zmąconej trawy, następnie, dość głośne dyszenie jakiegoś osobnika. Zdecydowanie nie miał ochoty otwierać swych oczu - zapach bylicy tak przyjemnie koił jego zmysły i sprawiał, że czuł się tak, jakby przez cały czas znajdował się przy swojej Matce. Rozważając przez chwilę możliwość zignorowania natarczywego dyszenia, do jego uszu dotarły słowa kocura, któremu ewidentnie brakowało kondycji. I powietrza. Jak to nie można opuszczać kociarni? - pomyślał Węgielek, prychając w myślach nad absurdem tego stwierdzenia. Przecież nie jest niczyim niewolnikiem, nikt nawet nie zauważył, że bezszelestnie wymknął się z kociarni, a tu nagle przybiega jakiś wątły atleta i mówi mu, że ma wracać do obozu. Kimże on jest, żeby tak zwracać mu uwagę? Na pewno nie jego Ojcem. A już na pewno nie jego Matką. Węgiel otworzył oczy i rzekł:
- Kim jesteś? - zapytał, lustrując kocura swoimi lodowato-niebieskimi oczami. - Dlaczego za mną przybiegłeś? I czemu wziąłeś ze sobą ochroniarza? Przecież nic Ci nie zrobię - jestem tylko zwykłym maluchem... - zażartował Węgielek, nie kryjąc w swych słowach nutki ironii i szyderstwa z Drewnianej Łapy.
- A co, jeśli ja wcale nie chcę nigdzie wracać? Tu jest mi dobrze. Jest cicho i spokojnie. Nie tak, jak pomiędzy tymi wszystkimi kociętami. Ciągle tylko gderają i gderają. - zakończył spokojnie, nie spuszczając wzroku z terminatora Klanu Wichru. Taki już był Węgielek - ciekawski, zarozumiały i przekonany o swojej racji. Wykapany Ojciec.
Pierworodne kocię. Musi więc być najlepsze, prawda? Taka, swoim skromnym zdaniem, jest Malina. Nazwana po poprzedniej przywódczyni Klanu Wichru kotka o bielutkim futrze z delikatną nutą żółci, gdyby ją postawić obok młodej babci, Zawilcowej Skórki, byłyby serio podobne, nie licząc rzecz jasna szarości pokrywającej część futra wcześniej wspomnianej babki. Duża jak na kocię, z długim futrem, prawdopodobnie dorówna matce w wielkości, o okrągłych uszkach, które w przyszłości przerodzą się w szpiczaste trójkąty. O skórze w intensywnej, można by powiedzieć malinowej barwie, najbardziej na nosie oraz z długimi, białymi wibrysami, lekko skręconymi na końcach. Jej wąski pyszczek zdobi para dużych oczu, przymrużonych, świecących świecących na kolor na ten moment niewybarwiony, szaro-niebieski. W przyszłości kolor ten zmieni się na dwa różne sposoby. Lewe oko (ze strony obserwatora) pozostanie niebieskie, ale będzie w bardziej lazurowym odcieniu, drugie zaś będzie mieć odcień przydymionej zieleni, z błękitnymi przebłyskami gdy spojrzy się z innego kąta. Przechodząc w dół mamy długie łapy z bialutkimi pazurami na paluszkach, których jest tyle, ile należy. Malina ma dość krótki ogon jak na kota, o równie długim, białym futrze jak reszta. Bez skaz, o cudownej urodzie, wręcz oślepiającej, strzeż więc swoje oczy!
Z charakteru jest... Mieszanką. Mieszanką pokoleń charakterów przed nią. Gdyby jeszcze żył ktoś, znający młodą Maślak, zauważyłby podobieństwo. Pewnie trochę też ma wspólnego z pierwszą wichrową Maliną, bo o, taka jest specjalna. Jest takim powrotem do tak zwanej Wichrowej Szlachty, teraz już mniej intensywnej niż kiedyś. Może i nawet przywróci jej dawny blask. Zaczynając od początku jednak, jest to istna córeczka mamusi. Jako, że jest młoda, nie wykształciła jeszcze w pełni charakteru, posiada jednak parę odróżniających ją cech. Dość sprytne kocię, lubiące towarzystwo, będące w stanie również siedzieć w samotności. Możliwe że ma trochę kompleksu wyższości, zwłaszcza że była pierworodną córką. Pewna siebie, odpowiada jej bycie w centrum uwagi. Lubi też być skryta, siedzieć w cieniu i po prostu obserwować, w większości nie są to koty, nie mają niczego w sobie aby zająć uwagę królewny. Preferuje naturę, jej zmiany i zjawiska, bo przynajmniej one, niektóre, zbliżają się do poziomu jej własnej urody. Jest spokojna i cicha, nie odzywa się często, chyba że specyficznie jest o to proszona. Oczywiście cechy te pewnie ujawnią się trochę później, może nie od razu, ale w tę stronę zmierzają.
Wydmowy Wiatr [KRz], Aura [NŚ], Ćma [KC]
Jak codziennie patrolowałam okolice Ziołowego Wzgórza. Oprócz faktu, że było tam po prostu spokojnie, a ziołowy zapach ukoił nawet najmocniejsze nerwy, dodatkowo wzgórze okazało się jednym z najwyżej położonych punktów w całym obozie Klanu Wichru, z czego z zadowoleniem korzystałam.
Tak więc zauważyłam praktycznie od razu wyślizgujące się czarne futro młodego, zbyt młodego kota. Nie byłam jednak głupia — nie byłam w końcu Pajęczyną — wiedziałam, że nie mogę pójść za kociakiem sama. Pierwsze pozostałam na chwilę na szczycie wzgórza aby sprawdzić w którą stronę się kieruje młody debil (usłyszałam to słowo któregoś dnia wypadające z pyska jakiegoś kota, które dość mocno zapadło mi w pamięć, może przez pomarańczowy akcent, z jakim kot je wypowiadał), a następnie skierowałam swoje łapy w stronę najbliższego dorosłego kota — którym okazał się terminator. Nie to chciałam osiągnąć, ale uznałam, że lepsze to niż nic. Zdradziłam mu, że czarny kociak wyszedł z obozu, zdecydowanie nie pod nadzorem. Podobnie jak ostatnio Borsuk i Pajęczyna. A tamten spacer skończył się bijatyką między młodymi.
Nie zdradziłam jednak w którą stronę owy kociak szedł, tak więc dopiero gdy młodszy kot — Drewniana Łapa, bodajże? — poszedł po kogoś starszego i z nim powrócił wyjawiłam szczegóły ucieczki młodzika. Chciałam im pokazać ten kierunek osobiście, tak więc wyszłam za nimi z obozu, z uśmieszkiem na pyszczku (ha! I co teraz Pajęczyna?) i wskazałam w którą stronę uciekło kocię. Rzecz jasna ja sama nie byłam debilem, tak więc gdy usłyszałam słowa podzięki ze strony dwójki kotów powróciłam spokojnie za bezpieczną barierę obozu. Fuknęłam lekko pod nosem i czekałam, aż wrócą z kociakiem, co bym mogła wlać trochę rozumu do głowy tego głupiego kociaka. Serio nie wiedział, że nie można wychodzić samemu z obozu?
//zt i guess?
hehe ════⋆★⋆════ So nowyou'vedonea littlewrong And youswearyoudidn'tdo it Butvolition left youburdenedwith a curse hehe Andyouconjureupafictionnever gonna give you up never gonna let you downTogettheprettygirltolisten
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Nie wierzył, dosłownie nie wierzył w to, co kociak do niego mówił. Ochroniarza? Czy młodzikowi zupełnie odbiło, dlatego wyszedł z obozu? Może lepiej było zabrać ze sobą Krwawnikowy Liść niż wojownika, a docelowo malucha zaprowadzić do lecznicy.
- Ja jestem Drewniana Łapa, a to - kiwnął głową w kierunku wojownika stojącego za kociakiem - Bażancie Pióro, mój ojciec. Kociętom nie wolno, pod żadnym pozorem, wychodzić z obozu. Rodzice ci nie mówili? - Nie chciało mu się wierzyć, że którakolwiek para z klanu zaniedbałaby edukację kociąt o tak elementarną przecież rzecz. Nuta szydery w głosie kocięcia nie umknęła terminatorowi; jego uszy cofnęły się lekko, a pysk stracił względnie przyjemny wyraz.
- Coś zrobić mi? Nie, w żadnym wypadku, ale poza obozem jest niebezpiecznie i coś może się stać tobie. - Rozumiał, że może młodemu ciężko było pojąć, iż nie wszędzie i nie zawsze ktoś będzie w pobliżu, aby złapać go za kark czy odepchnąć nacierającego w jego stronę przeciwnika. Drewno zdecydowanie nie wziął ze sobą ojca dla ochrony przed jakimś bezmyślnym kocięciem, ale na wszelki wypadek, aby jemu samemu nic się nie stało podczas poszukiwań oraz gdy będzie eskortował uciekiniera.
Potrząsnął stanowczo głową, czując jak jego słabe nerwy powoli zaczynają wymykać mu się spod kontroli.
- Nikt cię nie pyta o zdanie, czy chcesz wracać. Możesz siedzieć sobie w dowolnym miejscu, o ile jest to w obozie - powiedział stanowczo. - Wstawaj. Idziemy. Twoi rodzice się o wszystkim dowiedzą. - To mówiąc, zrobił dwa kroki w stronę kocięcia, będąc o włos od naparcia na czarną klatkę piersiową.
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Wychodzi na polowanie z Bławatkową Łapą, bo wciąż pamięta o zakazie samotnego poruszania się poza obozem. Nie pamięta tylko czy jako niańkę może zabierać kogokolwiek czy jedynie wojowników, ale postanawia nie dopytywać i obstawić tę bardziej optymistyczną wersję, w której wycieczka z białą terminatorką jest całkowicie legalna. Po dotarciu na rozległe łąki kotki się rozdzielają i Brzózka rusza w swoją stronę. W pozycji łowieckiej, pod wiatr, wypatruje jakiś piszczek.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Dzień był całkiem przyjemny i nawet akurat nie padało, co mogło być dobrym wstępem do szukania zwierzyny. Ale nie było. Zamiast tego do uszu kotki dotarło jakieś drobne brzęczenie, jakby coś dzwoniło, a po chwili wyrósł przed nią wielki bury kocur o nieprzyjaznej minie, który wpatrywał się w nią z wyższością. Na szyi miał wściekle czerwoną obrożę, a do obroży zamocowany był mały dzwoneczek.
- To moje tereny teraz, wynoś się stąd! - powiedział stanowczo, brzmiąc tak groźnie jak umiał.
I faktycznie - jak kotka poniuchała trochę bardziej to mogła poczuć, że okoliczne trawy śmierdziały świeżym zapachem oznakowania, ale nie dość intensywnie by zakłócało to normalny zapach wichru.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Brzózka puszy się aż po sam ogon, gdy intruz wyrasta spod ziemi. Wydaje dziwne dźwięki, ma dziwne coś na szyi i się jeszcze krzywo patrzy. A no i jeszcze się rządzi. Tyle wystarczy by wprawić w ruch biczowaty ogon terminatorki. Szara wygina swój grzbiet w łuk i prostuje łapy, chcąc sobie dodać wzrostu, bo nie da się zastraszyć byle przybłędzie. Co prawda przez dwa uderzenia serca rozważa nawet czy przypadkiem nie weszła na cudze terytorium, ale zapachy nie kłamią – znajdują się na terenach Wichru!
– Aha!! Jasne!! A ja jestem jeżem! – burczy groźnie, chociaż patrząc na jej nastroszoną sierść, zaklasyfikowanie jej jako jeża miałoby nieco sensu. – Ty się wynoś, to tereny Klanu Wichru!! Bo jak nie to... to...
Brakuje jej słowa, ale wiadomo, że czyny mówią od nich więcej, więc Brzózka skacze w stronę intruza i celuje pazurami w bury policzek – chce wymierzyć ostrzegawczy cios. Bo nie wierzy w pokojowe dyskusje z obcymi elementami, które zachowują się jakby były u siebie.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Atak Brzózki: udany (100%) -> (13+9) -(10+10)= 2HP
Atak Samuela: udany (100%) -> (14+10)-(12+16)= wynik ujemny = 1HP
- Co za bezczelna...! - zaczął Samuel po czym dostał z liścia w policzek. Zdziwiony, czy wręcz zaszokowany, postanowił odwinąć się tym samym, i również przywalił Brzózce z liścia.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Udaje jej się się przywalić nieznajomemu, więc zaraz szara mordka wykrzywia się w złośliwym uśmiechu, pełnym satysfakcji. Ma za swoje!! Jeszcze awanturować się próbuje! Triumf nie trwa długo, bo uderzenie serca później to ona obrywa w policzek. Ból się rozlewa po pysku i wszelka radość z niego znika.
– O ty! Oberwiesz za to!! – ostrzega lojalnie typa, bo Lawenda ją wychowała na uprzejme dziecko. I bierze kolejny zamach łapą, tym razem celując pazurami w nosek, bo z doświadczenia wie jak to potrafi zaboleć.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Atak Brzózki: udany (100%) -> (9+9) -(10+10)= wynik ujemny = 1 HP
Atak Samuela: krytyczny! (150%) -> [(16+10)-(8+16)]*1.5= 3HP
Brzózka znów się zamachnęła i tym razem trafiła w drugi policzek kocura, zawadzając pazurem tylko odrobinę. Kocur, już mocno zbulwersowany, podniósł swoją łapę i znów jej oddał.
- No wynoś się stąd! To moja miejscówka!! - zażądał, a głos zrobił mu się wyższy i jakby wyraźnie młodszy.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Celuje w nos, a trafia w policzek. I niby fajnie, bo nieznajomy znów obrywa, tym razem z drugiej strony, ale nie taki był plan Brzózki, więc z pyska wydobywa się niezadowolone syknięcie. Intruz znowu ją perfidnie kopiuje, no normalnie jak walka z lustrem!! Obrywa w szary policzek nim udaje jej się uskoczyć, a na dodatek kolejne słowa kocura sprawiają, że krew się zaczyna się w niej gotować. No co za bezczelny typ!
– Ty się wynoś, ostatni raz ostrzegam!! – Powoli kończy jej się cierpliwość do tego typa, jak znowu na nią podniesie łapę to mu ją odgryzie, tak będzie. Teraz jednak daje mu ostatnią szansę na względnie pokojowe wyjście z sytuacji i jedynie unosi się na tylnych kończynach, chcąc wymierzyć z góry cios prosto w bure czoło.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Atak Brzózki: udany (100%) -> (16+9) -(10+10)= 5HP (!)
Atak Samuela: udany (100%) -> (19+10)-(15+16)= wynik ujemny = 1HP
No i kotka się zamachnęła, i kocur próbował jej od razu oddać, i co się stało to tyle, że Brzózka straciła tak koło trzech włosów z brody, a kocur cofnął się i złapał łapą za uderzone miejsce.
Po czym się rozryczał.
I płakał głośno i mocno przez dłuższą chwilę zanim z siebie wydukał:
- Ja naprawdę tylko chciałem mieć coś dla siebie, taką odrobinkę czegoś...
I nie było w tym oskarżenia, raczej takie... Jęczenie o stan świata. Jęczenie o to, że był ostatnią ciamajdą i niewiele mógł. I dalej płakał i siedział trzymając się za obolałą głowę.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Obiektywnie – nie można powiedzieć, że ta walka jest bardziej emocjonująca niż spacerki starszyzny po obozie. Jednak dla Brzózki, patrząc na ostatnie księżyce, jest wystarczająca. Nie gaśnie w niej nadzieja, że kolejny atak będzie tym spektakularnym, który doprowadzi ją do bezapelacyjnego zwycięstwa. Tylko że walka zostaje przerwana... wybuchem płaczu? Szara terminatorka mruga zaskoczona i zaraz odsuwa się, mrużąc nieufnie oczy – to pewnie podstęp! Ale żaden atak z zaskoczenia nie nadchodzi, a nieznajomy dalej ryczy, zupełnie jakby jego planem było utopienie ich na tej łące! Gdy wreszcie zabiera głos, Brzózka może z całą stanowczością stwierdzić, że sytuacja jest niezręczna. Macha kilka razy ogonem dla rozładowania napięcia. Bądźmy szczerzy – jeśli tli się w niej jeszcze jakaś dalsza chęć do walki, jest bardzo bliska wygaśnięcia. Koteczka nie odnajdzie żadnej radości w atakowaniu takiego kłaka nieszczęść. Co jest niekorzystne o tyle, że wciąż jest on elementem obcym na terenach klanowych. Ale jest smutnym elementem obcym i Brzózka średnio wie co z tym fantem zrobić. Grożenie mu nie brzmi w porządku w każdym razie. Pocieszać nie potrafi, więc zostaje chyba tylko proponowanie rozwiązań.
– No a nie mógłbyś mieć tego gdzieś poza terenami Wichru? – próbuje mówić na tyle głośno by zwrócić jego uwagę mimo tego płaczu. – Bo tutaj nie możesz nawet być, a co dopiero mieszkać. Więc no... może poszukaj sobie gdzieś dalej tego czegoś? – Najlepiej teraz, ale miała mu nie grozić, a to już stoi niebezpiecznie blisko niemej groźby.