Kocur wreszcie został wojownikiem. Co prawda może jednak nie jest już tak młody jak kiedyś - ale jednak dalej jest młody! - lecz wygląda jak już trochę nieco starszy kocur, niż w rzeczywistości. Nie urósł więcej, jednak teraz, odkąd pogodził się z tatą, jest trochę zadowolony, że są tego samego wzrostu. Czarne, długie futro błyszczy ładnie w promieniach słońca, podobnie jak oczy, w barwie świeżej trawy. Nabawił się jednak blizny, ledwo uchodząc z życiem, podczas walki z samotnikiem. Zaczyna się ona od nasady lewego ucha, przechodząc przez lewe oko i kończąc się przy brodzie. I fakt... szpeci ona czarnego syna Lodowej Skóry i Zaćmionego Księżyca
Węgorz dalej jest wesołym kocurem. Po poprawianiu relacji z ojcem, można u niego to zaobserwować coraz częściej. Teraz i do niego zwraca się z szacunkiem, jednak potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby doszczętnie mu zaufać. Dalej stara się pomagać przyjaciołom, jak najlepiej potrafi. Zaś jeśli chodzi o walki... To brał już w jednej udział, co odbiło się nieco na jego psychice. Teraz, jeśli ponownie przyjdzie mu stoczyć bitwę, obiecał sobie, że już tak łatwo z pola nie zjedzie. Blizna, która go oszpeciła, jest jego... jest po prostu jego kompleksem. Nie podoba mu się i kiedy ktoś o niej wspomni, automatycznie się krzywi.
Tak więc przyszła i pora na trening jego brata. Miał on się odbyć wieczorem, kiedy słońce będzie zachodzić. Ciemne chmury jeszcze nie przeszły i dalej pozostawiały w Węgorzu niepewność. Kiedy ten deszcz spadnie? Nie wiedział. Tak więc wolał czasu nie tracić. Z ogromną blizną na mordce, wyszedł z legowiska wojowników, gdzie to postanowił sobie coś zjeść. A jego posiłkiem była mała nornica, którą to się już najadł. Spojrzał w niebo, modląc się w duchu, aby jeśli już miało padać, to aby było to po treningu Słodkiego. Westchnął cicho, nim nie skierował się w kierunku wyjścia z obozu, gdzie to spotkał... Zaćmiony Księżyc, jego mamę. Chwilę rozmawiali, po czym wojowniczka poszła w stronę Lodowej Skóry, któremu to Węgorz kiwnął głową na powitanie. No to teraz tylko czekać na terminatora. W sumie to... nie siadał. Skoro i tak musieli wyjść na Wyjące Wzgórza, to nie miało to mniejszego sensu.
Ogromny, wysoki terminator - szkoda tylko, że nic poza tym. Piękne i zadbane niegdyś futro teraz jest pozawijane i posklejane, aż się słabo robi jak się patrzy. Zgniłe oczy czarnego straciły swój stary blask. Jednym słowem, przestał o siebie dbać. Bo przecież po co się sobą zajmować, gdy w głowie ma się pusto, czyż nie?
Jego duma i arogancja wyleciały gdzieś bokiem i miejmy nadzieję, że nie wrócą na długo. Czas spędza zazwyczaj w jakimś kącie obozu i siedzi jak mysz pod miotłą. Wiedzy o życiu w klanie to on kompletnie nie ma. Nie wie nawet, jak walczyć i polować, więc woli nie wychylać się, by nie stać się pośmiewiskiem wszystkich. Zobaczyć go w innym miejscu niż kociarnia to jakby trafić szóstkę w Lotto.
bryza [GK]
Słodki, a właściwie Słodka Łapa podniósł swój zad z ziemi i szybko zaczął wylizywać swoje futerko, uważnie obserwując zachodzące słońce. Nadszedł już czas na jego trening i faktem tym był niesamowicie uradowany, zwłaszcza, że szkolenie miał poprowadzić Węgorz, jego starszy brat. Nie kryjąc radości wyfrunął z legowiska i podreptał w stronę swojego mistrza, zatrzymując się na odległość lisiego ogona od niego. Wzrok swój skupił na bliznie przecinającej pysk Węgorza, która według niektórych szpecila mordkę wojownika, jednak według terminatora nadawała mu charakteru i była całkiem... ładna. Skinął starszemu na powitanie i w ciszy oczekiwał na odpowiedź.
Kocur wreszcie został wojownikiem. Co prawda może jednak nie jest już tak młody jak kiedyś - ale jednak dalej jest młody! - lecz wygląda jak już trochę nieco starszy kocur, niż w rzeczywistości. Nie urósł więcej, jednak teraz, odkąd pogodził się z tatą, jest trochę zadowolony, że są tego samego wzrostu. Czarne, długie futro błyszczy ładnie w promieniach słońca, podobnie jak oczy, w barwie świeżej trawy. Nabawił się jednak blizny, ledwo uchodząc z życiem, podczas walki z samotnikiem. Zaczyna się ona od nasady lewego ucha, przechodząc przez lewe oko i kończąc się przy brodzie. I fakt... szpeci ona czarnego syna Lodowej Skóry i Zaćmionego Księżyca
Węgorz dalej jest wesołym kocurem. Po poprawianiu relacji z ojcem, można u niego to zaobserwować coraz częściej. Teraz i do niego zwraca się z szacunkiem, jednak potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby doszczętnie mu zaufać. Dalej stara się pomagać przyjaciołom, jak najlepiej potrafi. Zaś jeśli chodzi o walki... To brał już w jednej udział, co odbiło się nieco na jego psychice. Teraz, jeśli ponownie przyjdzie mu stoczyć bitwę, obiecał sobie, że już tak łatwo z pola nie zjedzie. Blizna, która go oszpeciła, jest jego... jest po prostu jego kompleksem. Nie podoba mu się i kiedy ktoś o niej wspomni, automatycznie się krzywi.
Nie czekał na młodszego brata zbyt długo. Jego kopia - bo jakby nie patrzeć, gdyby nie blizna to mogliby być bliźniakami! - zjawiła się zaraz po chwili. Uśmiech zawitał na jego mordce, chociaż... chociaż wiedział, że Słodki spogląda na jego bliznę. Tą okropną, szepcącą go bliznę. Musiał nauczyć się to ignorować. Wszyscy w końcu już będą to robić, póki się sami nie przyzwyczają do jego widoku z tym czymś. Skinął głową na powitanie młodszego syna Lodowej Skóry, nim nie wskazał mu ogonem, aby ruszył za nim. Przecisnął się przez wyjście z obozu.
- Chodź Słodki - miauknął po chwili, czekając, aż terminator wyjdzie zaraz z nim. Chmury, które zgromadziły się na niebie od rana, ale deszcz jeszcze nie lunął. Miał nadzieję, że trening jego brata, obejdzie się bez żadnych niespodzianek pogodowych.
- Dobra, co powiesz na to, abyśmy przeszli się po granicach? W między czasie będziemy mogli przerobić trochę teorii - powiedział następnie uśmiechając się w jego stronę Wyjących Wzgórz, bez względu na to, jaka była odpowiedź kocurka. Musiał mu pokazać, gdzie będą się spotykać.
Ogromny, wysoki terminator - szkoda tylko, że nic poza tym. Piękne i zadbane niegdyś futro teraz jest pozawijane i posklejane, aż się słabo robi jak się patrzy. Zgniłe oczy czarnego straciły swój stary blask. Jednym słowem, przestał o siebie dbać. Bo przecież po co się sobą zajmować, gdy w głowie ma się pusto, czyż nie?
Jego duma i arogancja wyleciały gdzieś bokiem i miejmy nadzieję, że nie wrócą na długo. Czas spędza zazwyczaj w jakimś kącie obozu i siedzi jak mysz pod miotłą. Wiedzy o życiu w klanie to on kompletnie nie ma. Nie wie nawet, jak walczyć i polować, więc woli nie wychylać się, by nie stać się pośmiewiskiem wszystkich. Zobaczyć go w innym miejscu niż kociarnia to jakby trafić szóstkę w Lotto.
bryza [GK]
Trening, czas wrócić do treningu.
Chmury regularnie zasłaniały słońce i odsłaniały je, nadając rytm promieniom oraz moim zagubionym myślom które dudniły w tempie niesłyszalnym dla nikogo innego oprócz mnie. Zalewały moją czaszkę topiąc wszystko co zostało na ich drodze, a później słuchając swoich władców grzecznie odpływały za horyzont.
Pogoda była inna niż podczas mojego ostatniego treningu, a raczej swego rodzaju wstępu do treningu. Nasze pierwsze podejście było skazane na porażkę, lecz nie była to wina Węgorza, a moja. Teraz mogę zacząć od początku, z czystym kontem, z innym podejściem, z nowym Słodkim.
Te kilka księżyców które spędziłem w lecznicy dało mi dużo do myślenia. Dzień w dzień obserwowałem klanowe życie kotów, które zajmowały się swoimi sprawami nie przejmując się tym, że jestem chory. i Właśnie wtedy zrozumiałem, że wszystko będzie istniało dalej. Wszyscy umrzemy, a przyroda i tak będzie istniała żywiąc się naszymi rozkładającymi się ciałami.
Moje myśli rozmyły się, gdy słonko kompletnie skryło się za chmurami, nie chcąc patrzeć już na nasze słabe ciała. Rytm urwał się, ptaki przestały świergolić i mogłoby wydawać się, że na kilka sekund cały świat zamarł w oczekiwaniu na przebłyski słońca, a te jak na złość wszystkim nie chciały się pojawić. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie padać. To miał być mój pierwszy trening po długiej przerwie i naprawdę chciałem, by pogoda choć raz mnie posłuchała.
I udało się, uszanowała moje prośby.
Leżałem z podwiniętymi łapami, gdy nagle usłyszałem moją matkę, która ciepłym głosem poinformowała mnie o tym, że Węgorz wylądował w lecznicy. Świetnie. Czyli jednak jeszcze na ten wręcz wymarzony trening poczekam. Wstałem i nie odpowiadając na to, co mi powiedziała ruszyłem w stronę lecznicy. Miejsca, w którym spędziłem swoje ostatnie księżyce.