Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Maczek podjął natychmiastową decyzję - chce iść dzisiaj, zaraz na trening. Było jeszcze widno, toteż Wichrowe tereny spowijała przyjazna aura. W zależności dla kogo. Gdyby nie wydarzenia, które przyprawiały Imbirowego Pyłu o panikę i strach, może nadal by widział to wszystko, co go otaczało w różnych barwach, a nie tylko szarych...taki smutnych i smętnych? Mimo wszystko musiał udawać...nie chciał martwić nikogo swoim stanem, ani też nie chciał młodemu zepsuć treningu, który powinien być czymś ciekawym, na co z ogromną chęcią powinien chodzić.
- Wleszcie możesz wyjść z obozu. Cudowne uczucie prawda. - wymruczał cicho, uśmiechając się delikatnie, bardzo delikatnie prawie że niezauważalnie. Skierował się powolnym krokiem, tym razem do granicy z Klanem Rzeki, tak jak podczas treningu Ropuszki zaczynał od Cienistych granic, tak tutaj postanowił zacząć od drugiej strony. - Wiem, że...na naukach niewiele przelobiliśmy, ale powiedz mi, aby wykorzystać czas, zanim dojdziemy do Granicy z Klanem Rzeki, powiedz mi, jakie zauważyłeś leguły w rangach? Chodzi mi tutaj, czym chalakteryzuje się przykładowo kociak, starszyzna. Jakie widzisz między nimi lóżnice? - rzekł, spoglądając na pysk Makowej Łapy. Chciał, aby sam powiedział mu jakie różnice zauważył. Była to rzecz bardzo prosta. Wystarczyło tylko chwile pomyśleć, wszystko przetrawić i odpowiedzieć. Nieco skrzywił się na wspomnienie nieudanych nauk. Naprawdę chciał nauczyć młodszego braciaka, jak najwięcej, a wyszło, jak wyszło. Poruszył niespokojnie końcówką ogona.
- O-oczywiście, jeśli będziesz miał jakieś pytania, to śmiało je zadawaj. Na sam początek jak wspomniałem, pójdziemy do Granicy z Klanem Rzeki, przez Kwitnące Zalośla, a potem przez kawałek Kotlinki. Wtedy dotrzemy do naszego pierwszego punktu. Później skierujemy się w stlonę Czterech Dębów, następnie przejdziemy do Granicy z Klanem Cienia. Oczywiście opowiem ci o wszystkim w danych przystankach. Na koniec zahaczymy jeszcze o Wyjące Wzgórze, czyli miejsce, gdzie w kolejnych dniach będziemy się spotykać. Jeśli stalczy nam czasu, mogę nauczyć cię wspinania się po drzewach, co ty na to? - zapytał jeszcze na sam, samiusieńki koniec. Miał jedynie nadzieję, że panika jaka powstała mu po złych wspomnieniach z Pagórka, nie złapie go tutaj, choć z nią nigdy nic nie wiadomo. Zawsze łapała go w najmniej oczekiwanych momentach.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczka niesamowicie ekscytował fakt, że oto nie tylko rozpoczyna trening, ale również w końcu może opuścić Obóz Wichru, który nawet jeśli przyjemny, to wraz z upływem księżyców stał się dla rudego kocurka nieco za ciasny, nie tylko dla tego, że przez okres kocięctwa naprawdę bardzo urósł, ale też przez to, że wraz z wiekiem zaczęło go coraz bardziej i bardziej ciągnąć do podróży w dalekie, nieznane miejsca.
- Bardzo! - przyznał. Rozglądał się ciekawie dookoła, zachłannie chłonąc nowe widoki tak, jak gąbka chłonie wodę. Poza Obozem wszystko było takie... wielkie. Zniknęły ściany z krzewów, brutalnie ograniczające widoczność. Świat pozbawiony ich zdawał się nie mieć końca. Jedyne, o czym był teraz w stanie myśleć Maczek, to to, że kiedyś on to wszystko wszyściutko zwiedzi i odkryje. Że pójdzie gdzieś hen, hen daleko, gdzie jeszcze nikt nigdy nie był i wróci, żeby opowiedzieć o tym reszcie. Będzie prawdziwym odkrywcą! Zmusił się jednak do powrócenia myślami do treningu, który też przecież był ważny i potrzebny. W końcu jeśli nie będzie wojownikiem, który będzie umiał się bronić, to jak będzie mógł wyruszyć w swoje podróże? No i generalnie był też bardzo ciekaw wszystkich tych nowych informacji, które może uzyskać, bo w końcu czas poświęcony tylko dowiadywaniu się nowych rzeczy brzmiał dla niego jak raj. - Rangi... No to jest Psywódca, co sądzi całym Klanem. Organizuje Ceremonie, nadaje imiona... - Urwał, przypominając sobie rzecz, nad którą zastanawiał się w dzieciństwie. Przecież teraz był to idealny moment na zadanie dręczącego go pytania! - Czemu w sumie nasza Przywódczyni nazywa się Malinowa Gwiazda? Psecies gwiazdy nie mają nic wspólnego z malinami! - zauważył z dziwnym wyrzutem w głosie. Cóż, Imbir musiał być gotów na to, że w trakcie treningu będzie musiał radzić sobie ze sporą ilością takich pytań. - I jest zastępca, co pomaga Psywódcy. Nasz nazywa się, uh, Sokoli Cień? - Nuta niepewności wkradła się w jego ton. Zawsze kiedy mówił o kimś, z kim nie przebywał na co dzień, nigdy nie był pewien jego imienia, więc teraz miał nadzieję, że niczego nie pomylił. - Jest tes medyk, leczy inne koty, ale tes potrafi rozmawiać z Gwiezdnymi! Znaczy, czasem mu się śnią, a czasem mose sam iść na Srebrną Skórkę. Wiem, bo rozmawiałem z naszą medyczką i o to zapytałem - pochwalił się, uśmiechając się dumnie. Wichrowa medyczka może i nie była zbyt przyjemna w obyciu, jednak odpowiedziała na kilka palących pytań, jakie miał Maczek, dlatego ten wciąż myślał o niej raczej ciepło, chociaż też bez przesady. - I te wszystkie koty mogą być tylko jedne w Klanie. Ale są tes takie, co jest ich duso. Jak wojownicy, któsy polują i patrolują granice, i uczą terminatorów, i bronią Klan psed drapiesnikami jak lisy czy borsuki. I są tes terminatosy, tacy jak ja, któsy się uczą jak być wojownikami. A zanim się jest terminatorem, to się jest kociakiem. W sumie to kociaki nic nie robią? Ale mają nauki. I opiekują się nimi matki i niektóre to faktycznie takie matki, co mają kociaki, a niektóre nie mają, a i tak się nimi zajmują, jak Zwinna Łapa. A starszyzna, to te takie starsze koty, które jus nie mogą być wojownikami. Oni chyba tes nie muszą jus nic robić. - Maczek zarzucił biednego Imbira informacjami, jednak ciężko mu się dziwić. Czekał na moment, kiedy będzie mógł się pochwalić tymi wszystkimi rzeczami, których się dowiedział, już od jakiegoś czasu.
Słuchał uważnie, podczas kiedy brat streszczał mu plan na dzień dzisiejszy. Więc będą chodzić po terenach? O rany, ale fajnie! Maczek pewnie podskoczyłby z radości, gdyby nie świadomość, że z jego zręcznością (a raczej jej brakiem) pewnie nie skończyłoby się to zbyt dobrze.
- Bsmi fajnie - przyznał z uśmiechem. - Ale w sumie to nie musisz uczyć mnie wspinać. Słonecznik mnie nauczyła jak byłem młodszy - pochwalił się. Jeśli jego mistrz chciał, to Maczek mógł nawet zademonstrować, proszę bardzo.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Entuzjazm Makowej Łapy, wcale nie zdziwił Imbirowego Pyłu, to chyba rzecz jasna. W końcu to było jego pierwsze wyjścia poza obóz, cały porośniętym krzewami, które tak bardzo odcinały Klan, od tego, co skrywały same Wichrowe Tereny. Cóż, z jednej strony było to bardzo dobre. Przynajmniej miało się pewność, że przykładowo wrogowie, nie będą mieć takie łatwego dostępu do samego serca Wichru, a to było już coś. Gorzej, jeśli to zagrożenie było w środku...niewidoczne. Wracając, faktycznie dzień był ładny, co prawda ważniejsze było dla kogo piękny, ale na chwile zapomnijmy, że dal Imbirka wszystko było szarawe. Jak już wspomniane zostało, świeciło słońce, a ciepłe promienie przyjemnie grzały w grzbiety dwójki, oprócz tego wszędzie panowała zieleń. Liście już dawno wyrosły na duże i piękne, kwiaty zresztą również. Co innego można było powiedzieć na treningu Ropuszki, której obiecał, że gdy tylko Pora Nagich drzew minie, zabierze ją na spacer, aby mogła pooglądać piękno budzącej się natury. Niestety nic z tego planu nie wyszło, a szkoda.
- Dobrze, masz lacje. Jest przywódca, który rządzi klanem. Jest to najważniejsze stanowisko. Otrzymuje od Gwiezdnych dziewięć żyć. Ponadto Gwiezdni dzielą się z nim przepowiedniami. Jeszcze… ważną sprawą jest jego imię kończące się na “Gwiazda”, lecz to chyba jasne, plawda? - odrzekł. Tym samym mieli już zaliczoną jedną rangę, no, chyba że Maczek miał jakieś pytania, na które...cóż za długo nie trzeba było czekać. Wręcz natychmiastowo padło pierwsze. - Cóż… to już raczej zależy od imienia wojowniczego Maczku. Na Przykład, gdybyś ty został przywódcą, byłbyś Makową Gwiazdą, a ja przykładowo Imbilową Gwiazdą i co nasze imiona mają wspólnego z “Gwiazdą”? Praktycznie nic. Malinowa Gwiazda była niegdyś Malinowym Nosem, stąd wzięło się jej imię przywódcy. - dodał ciszej, starając się jak najbardziej logicznie odpowiedzieć na dręczące rudego braciszka pytanie. Praktycznie...pytanie miało prostą odpowiedź “bo tak”, lecz z pewnością taka odpowiedź nie starczyłaby Makowej Łapy, toteż Imbirek postanowił to...bardziej rozszerzyć.
- Tak Sokoli Cień. Po śmierci Malinowej Gwiazdy zastąpi ją, nosząc imię Sokolej Gwiazdy. Zastępuje ją, gdy jest w niedyspozycji i głównie zajmuje się tleningami terminatorów, wyplawami na polowanie czy patrolami. - skinął łbem, słysząc jego odpowiedź. Prawie że w stu procentach wersja taka, jaką powinien znać. No niestety, kilka szczególików mu umknęło, ale natychmiastowo wszystkie luki, zostały uzupełnione. Poruszył koniuszkiem ogona. Oczywiście wiedział, że nawet jeżeli teraz przebrnął przez te wszystkie rangi, to, tak czy siak, będą musieli jeszcze trochę nad nimi posiedzieć. Chyba że rudzielec miał bardzo dobrą pamięć i bardzo szybko zapamiętywał. Przynajmniej skróciłoby to dłuuugi czas na powtarzanie w kółko tego samego. Gdyby nauki poszły sprawniej...nie trzeba by przerabiać tego drugi raz.
- Lacja..Gwiezdny Klan porozumiewa się z medykiem, zsyłając mu wizję. A o tym, że może iść, widzisz, nie wiedziałem. Widać, nie tylko ty możesz czegoś dowiedzieć się na tleningu... - uśmiechnął się lekko. - ...wracając. Zapamiętaj jeszcze, że medyk nie może posiadać ani partnela, ani kociąt, oraz że ma własny kodeks. Kodeks Medyka, o którym nie ma nikt pojęcia, znaczy. normalny wojownik go nie zna, może gdybyś poplosił Lśniąca Sadzawkę, aby ci o tym opowiedziała, może by to uczyniła. W każdym razie. tak czy siak obowiązuje go również Kodeks Wojownika. - dodał. Wichrowa medyczka była dosyć specyficzna. Małomówna i jakoś tak z biegiem czasu, był do niej nastawiony obojętnie. Jak kiedyś twierdził, że jest fajną, miłą koteczką, tak odkąd stała się medykiem, jego opinia diametralnie się zmieniła. Tak też utracił z nią kontakt. Nim zdążył odpowiedzieć na dalszy tok wypowiedzi syna Lnianego Futerka, okazało się, że minęli już Kwitnące Zarośla. No pacz!, a przed sobą mieli już tę znaną Kotlinkę, porośniętą trawą, a im dalej patrzyło się w horyzont, tym coraz bardziej było widać rzekę, leżąca już na terytorium innego Klanu.
- Spójrz, o tam. - wskazał ogonem przed siebie, zatrzymując się na chwilę i przepuszczając rudego braciszka, przed siebie. Później dokońcą omawianie rang. Najpierw opowie mu trochę o Rzece, do które w przeciągu kilkunastu uderzeń serca powinni dojść. - Widzisz, tę rzekę? Znajduje się ona na telytorium Klanu Rzeki, co oznacza, że zbliżamy się do styku dwóch glanic. Jak poczujesz jakiś zapach, którego jeszcze nigdy nie miałeś okazji wyczuć, powiedz mi i zatrzymaj się. Początkowo może być baldzo delikatny. Powiedz mi bardziej, kiedy będzie na tyle intensywny, że nie będziesz mógł wytrzymać. - polecił.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczek skinął lekko głową. Niezwykle cieszył go fakt, że wreszcie może poznać odpowiedź na dręczące go od dawna pytanie. Och, czyli ta cała "gwiazda" to podobna sytuacja do terminatorów, którzy mieli w imieniu "łapa", chociaż w większości przypadków ten człon w zestawieniu z ich kocięcym imieniem również nie miał zbyt wiele sensu? Maczek doszedł też do wniosku, że Malinowy Nos to bardzo zgrabne i urocze imię, które niezwykle do białej kocicy pasowało, bo w końcu ta faktycznie miała różowy nos, wyraźnie widoczny na tle jasnego pyska.
- Czyli seby zostać psywódcą, tseba najpierw być zastępcą - wydedukował z zadowoleniem. - To co w takim razie tseba zrobić, seby być zastępcą? - zadał pytanie, zerkając ciekawie na mistrza. Nie, żeby sam Maczek miał w ogóle takie ambicje. Jemu przyszłość jako wojownik w zupełności odpowiadała - w końcu jako zastępca miałby te wszystkie obowiązki, przez które nie mógłby wyruszyć w żadną ze swoich upragnionych podróży. Ciekawiło go to tylko dla tego, że najzwyczajniej w świecie chciał wiedzieć, jak funkcjonuje Klan w którym mieszka.
Uśmiechnął się szeroko, słysząc, że wiedział coś, o czym sam Imbir nie miał pojęcia. Czyli jednak opłacało się zbierać wiedzę na własną rękę (czy tam łapę)! Z zainteresowaniem wysłuchał co jeszcze jego mistrz miał do powiedzenia na temat medyków. Mieli własny kodeks? Och, o tym nie wiedział, ale natychmiast bardzo zaciekawił go ten temat. Może faktycznie zapyta o to wichrową medyczkę, jeśli znów ją spotka? O ile ta w ogóle będzie w nastroju, by mu powiedzieć.
Zastrzygł ciekawie uchem, kiedy Imbirowy Pył zatrzymał się i kazał mu na coś spojrzeć. Wytężył wzrok. Czyżby to była... rzeka? Do tej pory Maczek widział tylko wodę w postaci mniejszych lub większych kałuż, dlatego też woda płynąca była dla niego niezwykle fascynującym zjawiskiem. Aż miał ochotę podejść jeszcze bliżej, jednak stwierdził, że to może nie być najlepszy pomysł - jeszcze wpadnie do wody i co wtedy będzie? Zamiast tego więc skupił się na zapachu o którym wspomniał jego starszy brat. Grzbiet maczkowego nosa zmarszczył się, kiedy kocurek rzeczywiście wyczuł jakiś dziwny zapach, wyraźnie obcy, a przez to - nieprzyjemny.
- Ten zapach... To Klan Seki? - domyślił się. Skoro byli przy granicy z innym Klanem, to wyjaśnienie miało chyba najwięcej sensu.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
-- Dokładnie. Wojownik musi wytlenować, chociażby jednego terminatola, żeby zostać zastępcą. - odpowiedział, skinając lekko głową. Faktycznie sam zapomniał to dodać, dlatego dobrze, że Makowa Łapa o to zapytał. Tak, nie wiedziałby co odpowiedzieć swojemu uczniowi, gdyby ten zadał takie samo pytanie, dlatego też plus dla ciebie Maczku!
-- Tak, to jest zapach Klanu Rzeki. - wymruczał cichutko, wprost do rudego ucha brata. Rzeka...niedobre wspomnienia, bardzo niedobre. To tutaj Kukułczy Puch została okrutnie potraktowana, to tutaj Wilczy Pazur...o nie, nie, nie! Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy.
Ale dlaczego? Przecież na treningu miał o tym nie myśleć! Panika miała go nie ogarniać, a teraz wręcz zamarł w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Oh.. i biedny Maczek musiał przy tym być. “nie, nie, nie. Wyłaź rzesz z mojej głowy!” rozdarł się bezdźwięczny głos Imbira, w jego czuprynie. Dlaczego musiał przechodzić to po raz kolejny. Dlaczego kolejny dzień musi to znosić! Dlaczego nie może o tym zapomnieć!? Tyle rzeczy przypominały mu Pagórek, że nie potrafił nic z tym zrobić. Poruszył nerwowo głową na boki i zabił gniewnie ogonem o ziemię. “Chce w spokoju przeprowadzić trening! Dlaczego mi to robisz?”. Faktycznie podopieczny Lnianego Futerka nie wiedział, do kogo to mówi. Głos Wilczego Pazura był faktycznie przezkształtowanym głosem jego samego. Przecież go nawet tu nie było. Nigdzie nie widział jego kształtu. To on sam sobie to wmawiał, ale o tym nie wiedział. Więc, do kogo to mówił? Wychodzi na to, że do siebie. Oh, żeby tylko wiedział, że to wszystko to jedna wielka bzdura! Jeśli Makowa Łapa, zapytał, co się stało, on...westchnął głośno i to było tyle na ten temat. Nie chciał młodemu zawracać swoimi problemami głowę. Po prostu uciął ten temat i już.
-- Czujesz ten zapach lyb? To właśnie wskazuje na Klan Rzeki. Ich zapach chyba najbardziej wylóżnia się ze wszystkich, swą...obrzydliwością. Mam koleżankę stamtąd - nazywa się Kukułczy Puch, ale dawno jej już tutaj nie widziałem. - być może przez to, co się stało. - postanowił, że nie będzie więcej zadręczać sobie tym głowę, gdyż nie chciał, aby ponownie przechodzić to samo, a wspomnienie imienia Kukułki już samo w sobie przyprawiało go o niepokojące dreszcze. - W każdym razie, pamiętaj, że przywódca w Klanie Rzeki to Czelwona Gwiazda. zastępcą jest Ognistopręga, a medykiem Łososiowa Łuska, swoją dlogą ładne imię, co sądzisz? Ma swojego pomocnika, jest nim Księżycowy Pył. A właśnie...jak myślisz, kim może być pomocnik medyka i o! Terminator medyka? Bo z tego, co kojarzę, tych dwóch lang mi nie wymieniłeś. - zapytał cicho, bardziej przygnębiony niżeli wcześniej, gdy kierowali się już w kierunku Czterech Dębów. Po usłyszeniu odpowiedzi powróci do wcześniej wymienionych jeszcze rang, których dokładnie nie omówił, a wypadałoby.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Czyli żeby móc być zastępcą trzeba wytrenować co najmniej jednego terminatora? Oh, to nie tak wiele. Maczek co prawda zupełnie się na tym nie znał, bo w końcu sam dopiero co zaczął swój trening, jednak nie wydawało mu się, żeby wyszkolenie terminatora było czymś trudnym. Wystarczy tylko mówić co się wie i pytać swojego ucznia o to, co wie on. Łatwizna.
- Wszystko w posądku? - zapytał, zerkając na brata z niepokojem, ponieważ ten wyglądał trochę tak, jakby nie do końca dobrze się czuł, więc Maczek wolał się upewnić. Kiedy w odpowiedzi dostał tylko głośne westchnienie, stulił uszy, jednak postanowił nie drążyć tematu. Jeśli Imbir nie chciał mówić, to on nie będzie pytać, nie ważne jak bardzo by chciał - kocurek mimo wszystko miał na tyle poczucia taktu. Dotknął tylko nosem barku brata, uśmiechając się ciepło. Wszystko w porządku.
- Czyli Klan Seki faktycznie je ryby? - zapytał, odzyskując rezon. Coś tam na ten temat obiło mu się o uszy, jednak nie był pewien, na ile są to informacje prawdziwe. - To tak mosna? - zapytał, przekrzywiając lekko głowę. - Znaczy, mosna mieć znajomych w innym Klanie? - uzupełnił dla pewności. Do tej pory był przekonany, że Klany są od siebie oddzielone po coś, więc pewnie rozmawianie z kotami z innych Klanów nie jest zbytnio na miejscu, ale skoro wychodzi na to, że jednak nie, to tym lepiej! Maczek z chęcią porozmawiałby sobie z jakimś, dajmy na to, Rzeczniakiem, chociażby i tylko po to, by wypytać, jak żyje się w innym Klanie. - Aha - przytaknął. - Fajnie, se mają imiona od rybek, kiedy sami je jedzą - stwierdził radośnie. - Księsycowy Pył to tes bardzo ładne imię - zauważył. Co prawda nie był pewien, czy na księżycu faktycznie był jakiś pył, jednak imię samo w sobie brzmiało bardzo przyjemnie. - Terminator medyka, to taki terminator, co uczy się, seby być medykiem, tak? - domyślił się, bo to akurat było łatwe. W końcu nazwa mówiła sama za siebie. - A pomocnik to ktoś taki, kto pomaga medykowi? - To też było dosyć łatwe, bo i tu nazwa dokładnie opisywała funkcję.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
-- Mhm… wydaje mi się, że tak Maczku. W końcu mają ten swój chalakterystyczny zapaszek, dosyć nieprzyjemny, ale jednak, no i mają pewnie mnóstwo rzek. Zlesztą nawet teraz widzisz, pewnie jedną z nich. - wymruczał cicho, jednakże tak, żeby Makowa Łapa dokładnie zrozumiał to, co chciał mu przekazać. Faktycznie niczego takiego tutaj nie było, co mogłoby go zagłuszyć. Jedynie co dało się dosłyszeć, to ćwierkanie różnorodnych ptaszków na gałęziach, szum liści przy powiewie wiatru, który muskał futra tej dwójki, czy delikatny szum wody, znajdującej się za granicą. Poruszył uchem, słysząc jeszcze jedno pytanie ze strony rudowłosego braciszka i wbił w niego imbirowe oczy.
-- Cóż… - zaczął, przymykając na chwile ślepia, by po otwarciu ich, przekierować je na chwilę na Rzeczne tereny. - Można, tylko nie można przeklaczać tej granicy. Zawsze przy każdej lozmowie musisz pozostać na swoim terenie, inaczej nieznajomy może cię zaatakować. Mimo wszystko zawsze ladze ci zachować pewną czujność. Nigdy nie wiesz, czy kot z innego klanu nie zaatakuje cię nawet na swojej części. - mruknął. Nigdy nic nie było wiadomo, jeśli chodziło o koty, które pierwszy raz widziało się na oczy. W prawdzie spotkał się z Kukułczym Puchem. Kotka była miła, lecz co jeśli trafiłby na jakiegoś nerwusa? Albo na większą zgraję kotów? Lepiej nie myśleć. Tymczasem, zanim jeszcze odpowiedział na kolejne pytanie, powoli skierował się w stronę Czterech Dębów, cały czas kontrolując, ażeby Maczek przypadkowo nie przekroczył niewidzialnej granicy. Tutaj, tak bardzo zapachy się mieszały, że czasami ciężko było uznać, czy przypadkiem jedną łapą nie jest się w Wichrze, a drugą w Rzece.
-- Owszem. - odpowiedział, kiedy rudzielec wspomniał o imieniu, takim jak Księżycowy Pył. - Zaś, co się tyczy tych dwóch lang, to można tak powiedzieć, lecz jest to zdecydowanie za mało. Przede wszystkim, pomocnikiem medyka, nazwiesz kota, który ukończył swój tlening na medyka, a sam zaś medykiem zostaje po śmierci poprzedniego. A terminatol medyka, to po prostu telminator, któly uczy się na medyka, czyli to, co powiedziałeś. A i no, może być tylko jeden taki telminatol. - dodał pospiesznie na koniec. No dobra, teraz przydałoby się powrócić do wcześniejszych rang, no nie?
-- Dobrze...póki jeszcze nie doszliśmy do Czterech Dębów, opowiem ci o langach, które pominąłem, gdyż doszliśmy już do glanicy. No to tak. Wróćmy do wojownika. Jednym z głównych zadań jest właśnie, tak jak powiedziałeś, patlolowanie granic, szkolenie telminatolów, polowanie i ochrona klanu, przed niebezpieczeństwem, dobrze. Pamiętaj, że dobly wojownik po pierwsze przestrzega Kodeksu Wojownika a po dlugie, słucha się Zastępy i przywódcy, co zaś tyczy się telminatola, tego zwykłego, cóż… muszi szanować starszych, a także im pomagać. Szkoli się pod okiem Wojownika, czyli tak jak ty teraz. Uczysz się, aby na końcu ciężkiej pracy, zostać jednym z nas...no i to jest oczywiste, lecz trzeba zaznaczyć, że otrzymuje drugi element do imienia, czyli “Łapa”. - tak opowiedział o wojowniku i terminatorze, przy czym pozostało jeszcze zaznaczenie kociaka, matki oraz starszyzny. Oczywiście robił chwilowe przerwy między jednym a drugim zdaniem, żeby syn Lnianego Futerka, nie zatonął pod falą informacji.
-- Jeśli chodzi o kociaka i matkę, masz lację. Praktycznie, kociaki oprócz nauk, któle mają w wieku czterech księżyców, nie robią nic, dopóki nie osiągną sześciu księżycy, aby być pasowanym na telminatola. Matki, opiekują się nimi. Są takie, które są na stałe, czyli matki klanowe, a są także i takie, które są nimi tylko na czas odchowania swoich kociaków, a potem wracają do swojej rangi, czyli do langi wojownika. A Starszyzna, faktycznie nie musi nic lobić. Wojownik, który przechodzi na langę starszyzny, doblowolnie rezygnuje z wcześniejszego stanowiska, lecz to nie znaczy, że nie należy mu się szacunek. Rezygnuje z niej tylko dlatego, że nie jest w stanie, już pomagać Klanowi. Oprócz tego niektórzy opowiadają ciekawe histolie! Kiedyś poznałem jedną kocicę, imieniem Krzykliwa Mewa. Miła była z niej staruszka. Opowiedziała mi, że kiedyś, Klan Wichru żył na zupełnie innym telytolium. Jeśli będziesz chciał, na koniec naszej wycieczki, będę mógł ci o tym trochę opowiedzieć. - zagaił na koniec uśmiechając się przy tym półgębkiem.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
- Ano - wymamrotał, wodząc wzrokiem po tafli rzeki. Jak już wcześniej zostało powiedziane, woda płynąca była dla Maczka zjawiskiem dosyć nowym, a więc tak jak wszystko, co nowe i nieznane - automatycznie fascynującym. - W sumie... skąd te seki wypływają? - zapytał, widząc, że te ciągną się i w jedną i w drugą stronę, co znaczyło, że gdzieś musi być ich początek, ale też i koniec. Zaciekawiło go, czy gdyby teraz zaczął sobie iść ich brzegiem, ostatecznie dotarłby do źródła rzeki? Co prawda taka eskapada znaczyłaby, że musiałby przejść przez terytorium innego Klanu, co raczej nie było zbyt rozsądnym posunięciem, to też nigdy się nie dowie.
- Och. - Skinął lekko głową. - A znasz jeszcze jakieś koty z innych Klanów? - dopytywał. Skoro już wiedział, że znajdywanie sobie przyjaciół poza Klanem Wichru nie jest całkiem zakazane, to w sumie nic go nie powstrzymywało. Postanowił więc sobie, że kiedy tylko nadarzy się okazja na rozmowę z kimś takim, to z chęcią ją wykorzysta. Z zachowaniem ostrożności i zdrowego rozsądku oczywiście, bo ostrzeżenia Imbira były przecież bardzo sensowne. Lepiej unikać niebezpieczeństw. Chociaż żeby być szczerym, ostatnimi czasy Maczek coraz bardziej niechętnie myślał o rzeczach takich jak ostrożność czy zdrowy rozsądek - chciałby móc robić rzeczy już teraz, zaraz, bez ciągłego martwienia się konsekwencjami. Był to jednak tylko zalążek jakiejś myśli, jakiegoś pragnienia, którego nie był jeszcze w stanie wprowadzić w życie.
- A tego terminatora medyka to medyk sobie wybiera sam, czy psydziela mu go psywódca? - Ponownie - Maczek nie miał żadnych medycznych ambicji, pytał tylko po to, by lepiej zrozumieć działanie Klanu. Może trochę go ciekawiło, jak działa to całe leczenie ziołami, jednak było to na tej samej zasadzie, na jakiej ciekawiło go wszystko inne, czego nie znał, więc raczej nie miał zamiaru podejmować terminu u Lśniącej Sadzawki tylko z tego powodu.
Słuchając o wojownikach i terminatorach skinął tylko głową, nie mają żadnych pytań. Te rangi były mu najbliższe, więc siłą rzeczy wiedział o nich najwięcej. Tak samo było w przypadku matek i kociąt - w końcu kocięciem sam ledwo co przestał być, a w towarzystwie matek przebywał przez ostatnie sześć księżyców.
- O, ciocia Lawenda mi o tym mówiła! - pochwalił się radośnie, wyraźnie ożywając słysząc wzmiankę na ten temat. Opowieść Lawendowego Kwiatu o wędrówce Klanow była jedną z rzeczy, które rozpaliły w Maczku ciągotkę do podróży. Często myślał, że sam chciałby przeżyć coś podobnego, tyle, że minus rysie i potwory, i Dwunogi. - Mówiła, se Klan Wichru mieszkał wtedy w jaskiniach - dorzucił. Ciekawiło go, czy Imbirowy Pył wie na ten temat jeszcze więcej, bo jeśli tak - Maczek z chęcią przyjmie dodatkowe informacje.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Pewnie gdzieś z telenów Klanu Rzeki albo za ich terenami. Nie mam pojęcia Maczku. Kiedyś, jak spotkasz jakiegoś kota z Klanu Rzeki, możesz się go dopytać. On z pewnością będzie znał na to odpowiedź. - zagaił od razu. Miał nadzieję, że odpowiadając mu, że inny kot, może odpowiedzieć mu na to pytanie, zahamował odrobinę jego ciekawość, a przynajmniej na tyle, żeby nie zrobił nic głupiego, jak przejście przez granice i pójście brzegiem rzeki, oh, to byłoby takie głupie. Nie dość, że wpakowały się w niezłe tarapaty, to jeszcze przyprawiłby swojego mistrza o strach i pewnie niemałe kazanie od Lnianego Futerka, że jak on szkoli tych swoich podopiecznych. W każdym razie nie sądził, aby taka myśl wpadła do głowy Makowej Łapy.
- Nie, niestety, ale nie. Tylko...skoro już o to dopytałeś, chciałbym , żebyś do czasu, gdy nie poznasz technik walki i oblony, abyś nie wybierał się na samotne przechadzki, okey? Inaczej będę musiał cię ukalać, jak zrobił to kiedyś Zajęczy Sus. - oh, on znał za dobrze złamanie obietnicy, dlatego też nie chciał, aby rudofutry braciszek popełnił ten sam głupi błąd, co kiedyś on. Wprawdzie nie powiedział wprost, że sam wykazał się niegdyś istną głupotą, spotykając się z kimś na granicy bez najmniejszego pojęcia o walce i bez jakiegokolwiek wsparcia w postaci wojowników. Cóż, głupota i jeszcze raz głupota.
- Z tego, co się orientuje, medyk sam sobie go wybiela. - nie było jeszcze sytuacji, w której Lśniąca Sadzawka, wybierałaby sobie następcę, dlatego tez wypowiedział to zdanie dosyć niepewnie, samemu zastanawiając się, czy powiedział to dobrze i nie wprowadził młodego w błąd. - Myślę, że bezpieczniej będzie, jeśli zapytasz się o to Lśniącej Sadzawki, ona powinna znać odpowiedź na to pytanie najlepiej. - odpowiedział, nabierając już pewności siebie. Skierowanie Makowej Łapy do Wichrowej Medyczki było chyba najlepszym rozwiązaniem z tej sytuacji.
- I mieli piękny widok na Wielką Słoną Wodę, słyszałeś o tym? Chciałbym kiedyś ujrzeć to na własne oczy. - wymruczał, przymykając na chwile ślepia i zanurzając się w marzeniach, gdzie to mógł wykreować sobie Wielką Słoną Wodę, te liczne wzgórza i jaskinie, w której mieszkali dawni Wichrzacy….ach, tak bardzo chciałby się tam przenieść, ujrzeć to, lecz… z tego co pamiętał, Krzykliwa Mewa mówiła, że droga była bardzo długa i tak naprawdę nie wiadomo co by zastał na miejscu. Jedynie czego nie zapamiętał, to powód, dla którego musieli się przenieść. - A wiesz, co to Cztely Dęby? - zapytał, gdy otworzył oczy, a przed nim rozpościerały się znowuż Wichrowe tereny i sylwetka brata u boku.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Pokiwał głową, nieco zawiedziony odpowiedzią brata. Czyli co, Imbirowy Pył nigdy nie patrzył na rzekę i nie zastanawiał się, skąd ta bierze swój początek? Trochę przykre, jeśli samego Maczka o to pytać, bo on odnajdywał wielką radość w próbach zrozumienia, jak właściwie ten wielki i dziwny świat dookoła nich działał, jednak nie zamierzał na ten temat nic mówić. W końcu jego brat może nie wiedział takich rzeczy, ale wiedział dużo o sprawach związanych z życiem w Klanie i byciem wojownikiem - tego nie mógł mu odmówić - a to było przecież tutaj najważniejsze.
Na następne słowa mistrza mina Maczkowi zrzedła. Że, przepraszam bardzo, co? Po to tyle czekał, aż będzie mógł wychodzić z Obozu, żeby teraz czekać jeszcze więcej? Chociaż wiedział, że jego brat ma trochę racji, zabraniając mu chodzenia byle gdzie podczas kiedy nie umie jeszcze bronić się przed tymi wszystkim niebezpieczeństwami, jakie czyhały na koty na każdym kroku i chociaż zwykle nie sprzeciwiał się słowom dorosłych, tym razem jednak jakieś dziwne poczucie... krzywdy?, było zbyt silne, by tak po prostu mógł po raz kolejny przytaknąć, więc zamiast tego odezwał się:
- Ale... rozumiem, czemu mam nie chodzić na granice i w ogóle - odezwał się, czując jak jego nagle zaczyna bić o wiele szybciej niż powinno. Bum, bum, bum. Przełknął ślinę i kontynuował: - Ale chyba nie było by as takiego problemu, gdybym sobie wychodził na spacery tak... kawałek od Obozu. Nie jakoś daleko w tereny, nie na granice, tylko tak, seby wciąs być blisko Obozu. - Zerknął na Imbira, robiąc okrągłe, proszące oczy. Miał w tym momencie wrażenie, jakby ktoś złapał go za wnętrzności i ścisnął je, powodując mało przyjemny ból brzucha. Naprawdę bał się, że starszy brat mu odmówi, albo co gorsza, skarci go za to, że w ogóle śmiał kwestionować jego polecenia. Zapytać Lśniącej Sadzawki. Znowu to samo. Imbirowy Pył był jego mistrzem i w teorii to on miał przekazywać Maczkowi wiedzę, jednak w tym momencie już któryś raz odsyłał go do innego kota, by dopytał. Rudzielec musiał przyznać, że trochę go to zirytowało. Myślał, że na treningu będzie mógł dowiedzieć się wszystkiego, co będzie chciał, jednak wyglądało na to, że nadal będzie musiał zbierać sporo wiedzy na własną łapkę.
- O, o tym nie słyszałem - przyznał, a uśmiech niemal natychmiast powrócił na jego pyszczek. Z wielu ciekawych rzeczy, o jakich mówiła mu ciocia Lawenda nie przypominał sobie, by wspomniała o czymś takim, jednak nazwa ta brzmiała niezwykle intrygująco i ciekawie. - Uh, nie, chyba nie.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Będziesz mógł na nie chodzić, tylko poczekaj aż nauczysz się, chociaż podstaw walki, dobrze? Po plostu nie chce, żeby coś ci się stało, bo wiem jakie Wichrowe Teleny potrafią być niebezpieczne. Nie chce, żeby stała się tobie krzywda. - może nawiązywał trochę do Iskrzącej Łapy, może miał na myśli rysie, borsuki i takie tam inne drapieżniki, w każdym razie co bardziej jest istotne, nie chciał, aby jemu bratu coś się stało, bo uwaga “pozwolił niedoświadczonemu terminatorowi, hasać sobie to tu, to tam”. Nie przeżyłby tego, wręcz jeszcze bardziej załamałby się. I co z tego, że był to jego przyrodni brat….on go traktował jak prawdziwe rodzeństwo, zresztą każdego kociaka z miotu opiekunki tak traktował. Jak własną siostrę czy brata, za którego, którą był po części odpowiedzialny. Mówiąc to w jego głosie rozbrzmiewał smutek i...troska. - Jeśli tak baldzo tego chcesz… - westchnął ciężko. - okey, ale niedaleko obozu. Najlepiej, żebyś wychodził z jakimś wojownikiem. - Na pocieszenie, pozwolił mu pałętać się blisko obozu i miał nadzieję, że Maczek nie złamie zakazu, gdyż...już tak czy siak, pozwolił mu na za dużo, jak na początek. Położył bury ogon na jego grzbiecie i uśmiechnął się delikatnie, bardzo delikatnie. - Lobię to dla twojego dobra Maczku i...bezpieczeństwa i nawet jeśli myślisz, że jestem pod tym względem przewrażliwiony, to wiedz, że ja...nie chcę, aby coś ci się stało. Z czasem zlozumiesz, że nie miałem złych intencji. - odpowiedział, ponownie wzdychając. Nie znał myśli Makowej Łapy, lecz mógł się spodziewać, że nie jest zadowolony z faktu, że ponownie zabrano mu tę wolność, której od tak dawna pragnął. Będąc wojownikiem, będzie mógł robić, co mu się żywnie podoba, lecz póki był pod jego opieką...wolał zabronić mu wychodzenia, niżeli potem przeklinać się w myślach, że tego nie uczynił...a stało się, co się stało.
- Krzykliwa Mewa, opowiadała mi, że tam tonęło słońce, że mieli wspaniały widok na nią z domu. Ponadto mieli mnóstwo zajęcy. - dodał na koniec, rejestrując wzrokiem uśmiech rudowłosego brata, zaraz po tym odpowiadając na pytanie “co to Cztery Dęby”, na które Makowa Łapa nie odpowiedział. - Cztely Dęby to miejsce zgromadzeń wszystkich cztelech klanów. Odbywa się ono w pokoju pod osłoną nocy. W ten czas klany wymieniają się informacjami, zdarzeniami, mianowaniami, jednym słowem nowinami z Klanu. Niestety dawno, dawno temu nie były one organizowane. - mówił, nie przerywając marszu.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Najgorsze było to, że Maczek dobrze rozumiał, czemu Imbirowy Pył podejmuje taką a nie inną decyzję. Rozumiał, że brat się o niego martwił. Rozumiał, że poza bezpiecznym Obozem czają się tysiące niebezpieczeństw, tylko czekające aż takie bezbronne chucherko jak on im się nawinie. I właśnie przez to, że wiedział, prosząc o to tylko małe ustępstwo, czuł dziwne poczucie winy, które w jednej chwili było tylko pulsującym uczuciem w piersi, a zaraz później przygniotło go niczym ciężki głaz, a to wszystko za sprawą jednego zdania - Nie chce, żeby stała się tobie krzywda. Może jednak nie powinien o nic pytać? Może powinien się zamknąć i ze zwieszoną głową przyjąć nakaz? Jednak na samą myśl, że miałby to zrobić, wszystko się w nim burzyło. Za bardzo chciał się wyrwać z Obozu, za bardzo chciał móc wreszcie zobaczyć to, co jest poza nim, by teraz spędzić kolejne księżyce tkwiąc w nim jak ten kołek.
Słysząc następne słowa Imbira, Maczek rozpromienił się, jakby zupełnie zapominając o wcześniejszych rozterkach.
- Dziękuję! - zawołał radośnie, na chwilę przytulając się do puchatego boku brata. Zaraz jednak chwilowa euforia zniknęła, za to wszystkie wcześniejsze uczucia wróciły do niego, przygniatając go ze zdwojoną siłą. - Ale... - zaczął, kładąc uszy po sobie. - Ja... ja rozumiem, naprawdę. - Chociaż może było by lepiej, gdyby nie rozumiał? Gdyby nie czuł się teraz aż tak źle? Może wtedy cała ta rozmowa przebiegłaby o wiele łatwiej?
- Tonęło słońce? - powtórzył ze zdziwieniem. Jego brązowe oczy były teraz okrągłe jak spodki. - Ale se jak? - Ciężko było mu sobie coś takiego wyobrazić, ale musiał przyznać, że brzmiało to całkiem ciekawie. Jak coś, co faktycznie chciałby zobaczyć. - A czemu nie są organizowane? - zapytał co do zgromadzeń. Co jak co, ale Maczek chętnie by sobie w czymś takim wziął udział, chociażby i tylko po to, by poznać trochę kotów z innych Klanów. - A na takie zgromadzenie to idzie tak... cały Klan, czy jak? - dopytywał jeszcze. Nie wydawało mu się, żeby zostawienie Obozu zupełnie pustego na całą noc były dobrym pomysłem.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Delikatnie uśmiechnął się w kierunku Makowej Łapy, widząc jego radość, na myśl o wychodzeniu z obozu. No, Imbirek nie mógł powiedzieć, że był z tego faktu wielce ucieszony, wręcz przeciwnie, czuł, że zachował się niepoważnie i nieodpowiedzialnie, ale jak mógł odmówić bratu? Szczęście jedynie, że nie nalegał na więcej i jeszcze więcej, tylko wystarczyło mu krążenie niedaleko obozu.
- Pewnie, Krzykliwej Mewie, chodził o to, że słońce tonęło - chowało się za taflą wody. Myślę, że Wielka Słona Woda ciągnęła się tak daleko, aż stykała się z niebem i gdy przychodził zachód słońca, ono po plostu się chowało pod nią. - wyjaśnił to tak, jak sam rozumiał. Kiedy wyobrażał sobie Wielka Słoną Wodę, w której Tonęło Słońce, miał przed oczami wielką rozlaną wodę, która ciągnęła się hen, hen za horyzont. Aż ostatecznie stykała się ona z niebem i gdy przychodził zachód słońca, ono chowało się pod nią, stąd - Tonące Słońce.
- Nie mam bladego pojęcia Maczku. Z tego, co mi przedstawiał Zajęczy Sus, Zglomadzenia są organizowane z woli przywódcy, ale o tym kiedy indziej, jak mówić będziemy o Kodeksie i odpowiadając od razu na twoje kolejne pytanie, na takie zglomadzenia chodziła pewnie niewielka grupka, no bo ktoś w lazie ataku musiał pozostawać w obozie. Przede wszystkim szedł przywódca, zapewne parę wojowników i telminatolów. - odpowiedział, tyle ile sam wiedział. Niestety nie mógł być przekonany w stu procentach, że jest to prawda, no bo sam nigdy w czymś takim udziału nie brał, lecz biorąc na logikę, skoro Zgromadzenia były organizowane z woli przywódcy i było to zebranie Klanu, no to jasne było, że szedł przywódca i kilku Klanowiczów. Oczywiście ktoś musiał zostać w obozie na wypadek niespodziewanego ataku.
- O zobacz, już jesteśmy. To są właśnie Cztely Dęby...chcesz...może...no wiesz, podejść do nich bliżej? - zapytał, gdy nagle spostrzegł się, że są tak na prawdę w środku zaplanowanej wycieczki, a przynajmniej tej najważniejszej części, bo granice z Ziemiami niczyimi, cóż...były mniej istotne. Mimo wszystko w tym miejscu, nawet jeśli Makowa Łapa nie chciałby podejść, musiał mu opowiedzieć trochę o Klanie Gromu, który leżał tam, o tam, za Czterema Dębami. Póki co, czekał na jego decyzję, ukradkiem spoglądając na rudofutrego braciaka.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczka bardzo cieszył fakt, że jego brat postanowił nie kontynuować tematu wychodzenia z Obozu, bo pewnie jeszcze chwila i rudas całkowicie by się rozkleił i zaczął płakać, a przecież nie chcieli mieć tu jakiejś rodzinnej melodramy. Od tego są inne miejsca niż trening, mimo wszystko.
- No tak, to miałoby sens - mruknął, próbując wyobrazić sobie to co opisywał Imbirowy Pył; wielki, wielki pas wody, rozlewający się aż do linii horyzontu, za którym powoli znikało słońce. Czy w takich momentach woda barwiła się tak samo, jak barwiło się niebo przy normalnym zachodzie słońca? Już miał ochotę zapytać o to mistrza, jednak ostatecznie się powstrzymał. Pewnie i tak nie znał na to odpowiedzi, a Krzykliwa Mewa, od której miał te wszystkie informacje, była w Gwiezdnym Klanie już od jakiegoś czasu. Ale może ktoś inny będzie wiedział? Czy ciocia Lawenda też nie żyła wtedy na starych terenach? Może ona coś więcej wiedziała? Zdecydował, że kiedy znów ją spotka, zapyta ją o to.
Kiwnął lekko głową. Szkoda, że Imbirowy Pył nie mógł mu więcej powiedzieć na temat zgromadzeń, ale... ale może ktoś inny z Wichru na takowym kiedyś był?
- A wiesz, kto z Wichru był na takim Zgromadzeniu? - zapytał, zerkając ciekawie na brata. - Sebym mógł... dopytać - wyjaśnił jeszcze. - Jasne! - odpowiedział na kolejne pytanie, z ekscytacji wyrywając się na kilka kroków przed bratem, niezmiernie ciekaw tego, jak też te Cztery Dęby wyglądają.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Jasne. Myślę, że Zajęczy Sus był na takim Zglomadzeniu. - odpowiedział, majtając burym ogonkiem. Pewnie, gdyby miał okazję dojść na takie Zgromadzenie Klanów, zrobiłby to niezwłocznie i zdobytą tam wiedzę, przekazał młodszemu pokoleniu, w tym wypadku Makowej łapie, jednakże, jak sam Zajęczy Sus wspomniał - ostatnie tego typu zebranie, miało miejsce jeszcze przed jego narodzinami, dlatego też Imbirowy Pył nie liczył, że szybko taka dłuuuga przerwa zostanie przerwana.
Tymczasem jednak rudowłosy braciak chciał podejść bliżej, dlatego też bez większej chwili namysłu, bury podopieczny Lnianego Futerka zaprowadził syna Żółtookiego wprost pod Cztery Dęby, gdzie przysiadł. Z tej perspektywy dąb ten wydawał się taki ogromny. Na pewno zrobił wrażenie na Maczku! Spojrzał ukradkiem na niego, chcąc zarejestrować ślepkami jego reakcję na tak potężne drzewo i tak jak wspominał, jego główne korzenie, dzieliły tutejszy teren na cztery części. Oprócz tego, wszystkie zapachy w tym miejscu okropnie się mieszały. Wyczuwał Cienistych, Gromowiczów i też Rzeczniaków. Pewnie jacyś byli tutaj niedawno. Cóż, koty odwiedzały to miejsce, chociażby na takie tam rozmowy.
- No to ten, no...jesteśmy przy Cztelech Dębach. Po swojej prawej masz Klan Rzeki, a po lewej Cienia. Przed nami zaś oprócz masywnego drzewa, znajduje się lównież trzeci i ostatni oprócz nas; Klan - Klan Gromu. Przywódcą jest Trzmiela Gwiazda, którego zastępcą jest Łani Klok. No i oczywiście mają medyka - Ognisty Żar... Pewnie czujesz tutaj multum lóżnych zapachów, prawda? To właśnie zasługa telenów niczyich. W każdym razie, gdy powrócimy na nasze telytolium, zabiorę cię w kierunku Klanu Cienia...tak więc powiedz mi, kiedy będziesz gotowy by luszyć dalej, a no i masz jakieś pytania? - dodał na koniec, nastawiając czujnie niewielkie uszka.