W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Zajęczy Sus? Maczek miał pewność, że gdzieś już to imię słyszał poza treningiem. Może od Słonecznik? Nieistotne. Jeśli syna Lnianego Futerka faktycznie najdzie taka ochota, by podpytać o Zgromadzenia, to pewnie bez trudu odnajdzie rzeczonego wojownika, chociażby poprzez wypytanie innych Wichrowców. Albo przez przypadek na siebie wpadną (może nie koniecznie dosłownie, chociaż znając skłonności rudasa do potykania się, to kto tam wie) gdzieś w Obozie, który przecież wcale nie był aż tak duży i koty ciągle na siebie w nim wpadały.
Przystanął, kiedy już znaleźli się przy Czterch Dębach. Maczek obejrzał je dokładnie, jego brązowe oczy stały się okrągłe z zachwytu. Faktycznie, drzewo robiło wrażenie - było potężne, takie, jakiego Maczek chyba jeszcze nie widział. W dodatku dookoła wyczuwał masę różnych nowych zapachów, które swobodnie mieszały się ze sobą w powietrzu, w efekcie sprawiając, że terminatorowi nieco kręciło się w głowie od nadmiaru bodźców jakie odbierał.
- Ale to w sumie nie są cztery dszewa - zauważył mimo to. - Tylko jedno. - Jedno, które jakby zmieniało się w cztery? Maczkowi ciężko było to ująć w słowa, więc kotom, które nazywały to miejsce pewnie też skoro nie potrafiły znaleźć bardziej pasującej nazwy. To z kolei naprowadziło syna Lnianego Futerka na inną myśl - ciekawe kto wymyśla te wszystkie nazwy? Kto stwierdził, że Cztery Dęby będą nazywać się właśnie tak? I kto powiedział, że miejsce starszyzny w Obozie Wichru będzie Skręconym Pniem, a kociarnia - Splątanymi Korzeniami. Czy ktoś decydował o tym w jednej chwili, czy może był to proces, kiedy jakiś kot przypadkiem rzucił zbitkiem słów, który inni podchwycili, aż miejsce zostało nazwane tak jak nazywa się teraz? I czy w takim razie można by te nazwy zmienić? Zaraz jednak kolejne słowa Imbirowego Pyłu wyrwały go z tych rozmyślań. Och, a więc te dziwne zapachy, to po prostu wymieszane zapachy innych Klanów! No tak, ma sens! Uważnie wysłuchał też informacji o Klanie Gromu, w głowie powtarzając imiona najważniejszych w nim kotów coby je zapamiętać. Tutaj niestety nikt nie miał imienia, które młody mógłby uznać za na tyle ładne, by zauważyć to na głos.
- Nie, chyba nie mam, moszemy iść - odpowiedział, patrząc na brata.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Lacja, Maczku. - odpowiedział, a słysząc, że ten nie ma pytań, ruszył dalej powracając na tereny Klanu Wichru i kierując się tym razem w kierunku Cienia. Wprawdzie mógł już tłumaczyć Makowej Łapie, co i jak, gdyż, ponieważ, tak po prawdzie byli już przy granicy.
- Teraz masz okazję poczuć zapach Klanu Cienia. Jest on dosyć mhm...wilgotny? Jesli mozna by tak powiedzieć. W sklócie, czuć wilgocią. Rządzi nim Wężowa Gwiazda, któlego następcą jest Płomykówkowy Lot. No a medyk nosi imię Ciernistego Kwiatu. - odpowiedział i pozwolił swojemu bratu zawęszyć w okolicy, aby mógł przyswoić sobie ich zapach i zapamiętać go. Było to ważne, chociażby dlatego, że mogła się wydarzyć taka sytuacja, że kot z Klanu Cienia zagubiłyby się na ich terenach i co? Maczek nie wiedziałby, na jaką granice go odprowadzić, a tak? Od razu mógł przypisać zapach do danego Klanu.
- Słyszałeś może coś o Gwiezdnym Klanie? - zagaił, wciąż kierując się wzdłuż granicy. Miał zamiar dojść do Samotnych Jodł, gdzie obiecał Maczkowi, że będzie mógł nauczyć go wspiniania się po drzewach. Umiejętność przydatna, chociażby z racji na drapieżniki, przed którym można było uciec właśnie na drzewa. W międzyczasie zadał pytanie, o Gwiezdny Klan, coby nieco zagłuszyć narastająca wokół nich ciszę. Nim się jednak obejrzeli, a już znaleźli się przy kolejnym przystanku. W pewnym momencie Imbirowy Pył po prostu odbił wgłąb Wichrowych Terenów, ażeby odszukać odpowiedniego drzewa, które posłużyć mogło do ćwiczeń. Stanął przed Jodłą i poczekał aż podopieczny również to uczyni. - W tym momencie zlobimy sobie krótką przelwę od wysilania głowy, aby mogła też trochę odpocząć, a zajmiemy się wspinaniem. Probowałeś kiedykolwiek się wspinać, czy będzie to twoja pielwsza próba? - zapytał na koniec, uważnie przypatrując się braciszkowi.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Kiedy tylko Imbirowy Pył wspomniał o zapachu Klanu Cienia, Maczek zaczął węszyć dookoła, próbując go wyłowić i zapamiętać. Nie było to trudne - była to dla niego woń zupełnie nowa, przez co gryząca w jego wrażliwy, zupełnie nieprzyzwyczajony doń nos. Nie zła, nie nieprzyjemna, po prostu nowa. Dziwne, pomyślał wtedy rudas, uświadamiając sobie, że pewnie dla kotów z Klanu Cienia to woń Wichru, woń jego domu, która przesiąkła jego futro, jest dla nich tak samo obca i drażniąca, za to zapach, który teraz sprawiał, że on sam marszczył grzbiet nosa, dla nich oznaczał dom. Nie mógł się jednak dłużej nad tym rozwodzić, bo jego brat zaraz przeszedł do wymieniana cienistej władzy, więc młodszy z synów Lnianego Futerka, musiał się skupić na tym, by zapamiętać ich imiona. Pewnie i tak mu się nie uda, ale zawsze warto próbować.
- Tak - odpowiedział na pytanie, kiwając lekko głową i zaraz rozwinął odpowiedź: - Gwiezdny Klan to koty, które jus umarły i teraz mieszkają na Srebrnej Skórce. Seby tam trafić, tseba psestsegać Kodeksu Wojownika. - Nie było to wiele, z pewnością jakieś informacje pominął, jednak od tego był przecież Imbir, by uzupełnić jego wiedzę.
Maczek posłusznie dreptał za mistrzem, ciekaw, gdzie teraz idą, bo zdawało się, że odeszli od granic, którymi do tej pory podążali, by wejść wgłąb wichrowych terenów. Śmieszne, idąc obok siebie, nikt by nie pomyślał, że są rodzeństwem - Maczek był chudziutki jak patyczek, o krótkiej sierści i ciemnych oczach, podczas kiedy Imbir był bardziej postawny, o długim futrze i nieco jaśniejszych oczach. To pewnie przez to, że technicznie rzecz biorąc, wcale tym rodzeństwem nie byli, jednak dla rudasa nie miało to żadnego rodzeństwa. Skoro Lniane Futerko zajmowała się jego bratem, a oni traktowali się jak rodzeństwo, to nim byli i już.
- Znaczy, ja jus w sumie umiem się wspinać - wyjaśnił, posłusznie przystając przed jednym z drzew, do którego zaprowadził go mistrz. - Słonecznik mnie nauczyła jakiś czas temu - dodał, majac przy tym nadzieję, że Imbir rzeczoną kotkę zna.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Dokładnie. My wierzymy, że na Sleblnej Sktórce są nasi przodkowie, a sama Sleblna Skórka, to gwiazdy na nocnym niebie, gdzie każdą z nich jest nasz przodek. Ale to nie jedynie miejsce, do któlego możemy trafić. Jest takie miejsce jak, Miejsce, Gdzie Blak Gwiazd. Trafiają tam sami złoczyńcy, czyli koty, któle nie przestrzegały kodeksu, łamały jego zasady. - odpowiedział. Pamiętał, że dosyć niekomfortowo zakończył się ten temat, kiedy to Zajęczy Sus poruszył go na jego treningu. Temat Gwiazd i Miejsca Barku Gwiazd był przerażający...nie dla przeciętnego kota, ale dla Imbirka jak najbardziej...a już w szczególności po zostaniu przeklętym. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy. Złamałeś Kodeks. Przeklinam cię, po wsze czasy.
Znowuż zadudniło mu w uszach, lecz tym razem nie mógł się tego pozbyć. Słowa powtarzane w kółko i w kółko spowodowały po raz już setny szybsze bicie serca, a co za tym idzie również i strach, przerażenia. Wyłupiaste oczy zaczęły świdrować po otoczeniu...a on? Gdzie trafi? Do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd? Nie chciał tam trafić, przecież przestrzegał kodeksu, to, z jakiego prawa miałby tam trafić, ale..jeśli nie tam to gdzie? Tam, gdzie jego zatracona rodzina? Gdzie bracia? Tak strasznie się bał. Zacisnął szczęki i zmarszczył nos...bezsilność ponownie go dobiła.
- Doplawdy? W takim razie zademonstruj. - powiedział nieco przyciszonym głosem i odsunął się, aby prawowity syn Lnianego Futerka mógł pokazać, jak to potrafi się wspinać na drzewa. Uważnie go przy tym obserwował.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczek wzdrygnął się lekko, słysząc o Miejscu Gdzie Brak Gwiazd. Oj nie, tam to zdecydowanie nie chciał trafić. Na szczęście, nie miał zamiaru łamać Kodeksu, chyba że przez przypadek, bo nie wiedział, że tak nie powinien robić. Na wszelki wypadek postanowił, że może jednak będzie się trochę bardziej pilnować, ot, co by przypadkiem w coś nie wpaść.
Zauważył, że coś w postawie Imbirowego Pyłu zmieniło się, stał się bardziej spięty, dziwnie rozglądał się dookoła. Maczek zauważył, że stało się to już po raz drugi tego dnia. Dlaczego? Może jego bratu coś było? Ale co? Wydawał się być całkiem zdrowy, ale kto wie. W końcu Maczek nie był medykiem, nie znał się na takich rzeczach. A może po prostu Imbir czymś bardzo się martwił? Ale czym? Rudas bardzo chciał wiedzieć, żeby wiedzieć, jak temu zaradzić, jak pomóc, jak pocieszyć. Nie miał jednak zielonego pojęcia, o co może chodzić, mógł się jedynie domyślać, przez co jedynie podszedł do brata bliżej i dotknął nosem jego puchatego boku, pytając cicho:
- Wszystko w posądku?
Zaraz jednak Imbir ponownie odezwał się, tym razem ciszej niż wcześniej, co nie umknęło uwadze Maczka. Kocurek odsunął się od brata, by spełnić jego polecenie. Podszedł bliżej do drzewa i wziął głęboki oddech. Może i trochę ćwiczył, jednak nadal nie był pewien swoich umiejętności co do wspinaczki, więc teraz spędził chwilę patrząc na drzewo i koncentrując się na zadaniu, aż w końcu powoli zaczął się po nim wspinać. Wspiął się tylko kawałek nad ziemię zanim przestał i zerknął pytająco na mistrza.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Tak Maczku... Nie zwlacaj na to uwagi...to tylko...uh, nieważne. - palnął wprost. Byłą to jego najczęstsza wymówka, bo po co miał go tym męczyć? Myśl ta przychodziła w najróżniejszych porach dnia, ale zaraz odchodziła. To, że go dobijała, to była inna sprawa, po prostu nie chciał innych obarczać ciężarem, którego sam musiał nosić. Już wystarczyło, że podzielił się swym bagażem z Gąską i do czego ją doprowadził? Do okropnego stanu. Chciał ją pocieszyć, a dobił jeszcze bardziej córkę Jodłowej Igły. To wszystko nie miało tak wyglądać, nie tak. Czy jego życie od zawsze było zaplanowane w taką stronę? Czy miał wybór zrobić cos innego? Czy Gwiezdni naprawdę chcieli doprowadzić go do tak rozpacznego stanu psychicznego? Czy Gwiezdni cieszyli się z jego rozpadu? Czy tego od zawsze chcieli? Czy taki był jego los? Rodzina samotników, niewierzących w Gwiazdy, zatraceni po wsze czasy....czy on miał do nich dołączyć? Jaki sens miała wiara w Gwiezdny Klan, skoro on go znienawidził? Zamknął przed nosem drzwi i nie chciał ich ponownie otworzyć? Żaden. To wszystko było jedną wielka bujda, a on nawet w takiej sytuacji, wierzył, że jeszcze tam pójdzie. Czy popełniał w tym momencie błąd? Jakby patrzeć z wyższej perspektywy...nie, bo całej tej klątwy nie było, lecz patrząc z punktu Imbirowego Pyłu, jak najbardziej.
Potrząsł głową i skupił się na Makowej Łapie, który powoli zaczął się wspinać. Przyjrzał się mu dokładnie, a głos Wilczego Pazura powoli znikał, zostawiając go w spokoju na nie wiadomo jak długo. Tak bardzo chciał tego uniknąć na treningach, ale od tego nie dało się uciec. To siedziało w twojej głowie i nie chciało jej opuścić. Niczym kleszcz zagnieżdżony w skórze.... - Pamiętaj Makowa Łapo, że musisz polegać na łapach, bo to dzięki nim się wspinasz. Musisz mocno wbijać pazury i mieć silne łapy, aby wspinać się gdzieś wyżej, co nie oznacza, że masz nie próbować. Z czasem będziesz się wspinać na te wysokie, wysokie gałęzie, wiesz? Tylko potrzebujesz ćwiczeń. Z czasem lównież będziesz wykonywał to sprawniej, telaz zaś możesz powtórzyć po mnie nieco wolniej. Uważnie się przyglądaj. - mruknął, stająckoło braciszka i spoglądając na drzewo. Wybrał sobie te nieco wyższą gałąź, lecz wierzył, że Maczek się na nią wespnie. Co prawda nie znał siły młodzieńca, lecz mimo wszystko nadal trwał przy myśli, że ten da radę. Bo jak nie on to kto? Mocno wbijając pazury w kore drzewa, powoli zaczął wspinać się ku górze. Napiął mięśnie i łapa za łapą dreptał po nim, aż wreszcie znalazł się na gałęzi, którą obrał sobie za cel. Spojrzał na rudo-futrego kocurka, wzrokiem mówiącym: "Teraz twoja kolej".
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczek nadal nieco się martwił, jednak skoro Imbirowy Pył twierdził, że to nic takiego, to rudas postanowił nie naciskać. Wiedział, że trening to nie koniecznie jest na to miejsce - być może kiedy spotkają się w mniej... oficjalnych okolicznościach, gdzie nie będzie gonił ich materiał do przerobienia, Maczkowi uda się coś więcej z brata wyciągnąć, bo myśl, że ten może mieć jakieś problemy o których mu nie mówi, bardzo mu przeszkadzała. Rudas naprawdę chciał jakoś pomóc i postanowił, że jeśli Imbirowy Pył znów zacznie się dziwnie zachowywać podczas dzisiejszego dnia treningu, to definitywnie popyta bardziej, jednak już w Obozie.
Teraz jednak nie miał czasu na myślenie o tym wszystkim, ponieważ musiał skupić się na wspinaczce na drzewo, tak, by przypadkiem nie spaść. Makowa Łapa nie należał do najzgrabniejszych i najzwinniejszych kotów w lesie, to też musiał podwójnie uważać. Wysłuchał słów brata, kiwając lekko głową. Pamiętał, że Słonecznik też zwróciła uwagę na to, wkładał we wspinaczkę dużo siły. Zanim jednak sam zabrał się za udawanie wiewiórki, poczekał, aż to Imbir wespnie się pierwszy na gałąź. Była ona dosyć wysoko, a Maczek do tej pory starał się wybierać raczej te niższe i przez to o wiele łatwiejsze do zdobycia, jednak przecież po to był trening, by uczyć się nowych rzeczy. Wziął głęboki oddech i zaczął się wspinać w kierunku gałęzi na której siedział już jego brat. Wspinał się o wiele wolniej od niego, mając mniej siły i doświadczenia. Było to nieco męczące zajęcie, w dodatku sprawiające, że serce kołatało mu w piersi ze stresu, jednak ostatecznie udało mu się wspiąć na gałąź i przycupnąć na niej.
- Udało się - oznajmił radośnie, uśmiechając się szeroko do mistrza.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Przyglądał się braciszkowi z dozą uwagi, coby w razie czego, gdy ten do niego dotrze, powiedzieć co zrobił źle i dlaczego, przykładowo odrobinę zjechał w dół..jednakże nie było takiej sytuacji, toteż Imbirowy Pył nie miał co mówić. Wprawdzie oczywiście, Makowa Lapa wspiął się dużo wolniej, ale jak już nadgminił - potrzeba było ćwiczeń. Nie od razu będzie śmigał jak wiewióreczka. Może na te niższe tak, ale na te wyższe,mógł mieć wiekszy problem. Teraz jednak Maczek mógł się nacieszyć pięknym widokiem.
- Czasem walto, wspiąć się na wyższe gałęzie, coby zobaczyć te piękne widoki. Wtedy wysiłek jest opłacalny, nie sądzisz? - zapytał, zamykając na chwile oczy. No to krótki relaksik na koniec. Chwilę sobie tam posiedzieli, aż w końcu Imbirek zaczął powoli schodzić w dół, jako pierwszy, żeby zademonstrować Makowi jak powinno się schodzić, chociaż skoro powiedział sam, że kiedyś już się wspinał, to większego problemu z tym nie powinien mieć. W każdym razie, gdy rudofutry syn Żółtookiego, chciał jeszcze przejść pozostałe dwie granice - granice z ziemiami niczyimi, burasek zabrał go tam, pokazał, a gdy jednak brat był zbyt zmęczony, zabrał go do obozu, gdzie pożegnał się, stykając z nim nos i oczywiście umówili się na kolejny dzień. Było już późno, toteż zapewne Imbirowy Pył poszedł coś zjeść i udał się do legowiska Gąski.
Możesz zacząć kolejny dzień, chyba że Mak ma jeszcze jakieś pytanie.
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
- Aha - zgodził się z mistrzem i powoli, ostrożnie, spojrzał w dół. Co prawda z tej wysokości nie dało się jeszcze podziwiać całej okazałości terenów Wichru, które z pewnością były wielkie i wspaniałe, tego Maczek był pewny, jednak widok z góry wciąż zapierał dech w piersi. A może po prostu chodziło o wysokość i perspektywę ciężkiego upadku na mało łaskawą dla zwierzęcych kręgosłupów ziemię? Tak czy siak - Maczek po raz kolejny zaczął żałować, że nie może patrzeć na świat tak, jak patrzy ptak; z góry, mogąc podziwiać wielkie połacie terenu za jednym razem. Znowu poczuł, jak jego serce ściska tęsknota za rzeczami, których jeszcze nie widział i nie doświadczył oraz za miejscami, w których jeszcze nie był.
Ostatecznie posiedzieli tam jeszcze chwilę, a później wyruszyli przejść się wzdłuż reszty granic i nawet jeśli Maczka, nienawykłego do tak długich spacerów, powoli zaczynało ogarniać zmęczenie, starał się tego po sobie nie pokazać, zwłaszcza, że szli teraz przez granice z ziemiami niczyimi, co Maczka niesamowicie ciekawiło - był przecież dosłownie o krok od tych wszystkich miejsc, które chciałby zbadać! Co chwilę jednak przypominał sobie, że to przecież nie nastąpi zbyt szybko - no a przynajmniej nie do czasu, aż nie posiądzie umiejętności walki. Cóż, będzie musiał jakoś wytrwać.
W końcu wrócili do Obozu, gdzie Maczek, zmęczony, jednak bardzo radosny, pożegnał się z mistrzem po czym pognał po coś do jedzenia a zaraz później skierował się do swojej ulubionej miejscówki przy legowisku terminatorów, by tam zwinąć się w kłębek między kamieniami i zasnąć.
~***~
Rankiem następnego dnia Maczek zaraz po tym, jak zjadł porządny posiłek i poświęcił dosłownie kilka sekund na przylizanie futerka (wiedział, że tak czy siak będzie odstawać na wszystkie strony, więc całkowitą i porządną toaletę uznawał za bezcelową) stawił się przy wyjściu z Obozu. Po drodze co prawda się potknął, lądując na nosie, jednak był przyzwyczajony, to też zupełnie nie zepsuło mu to nastroju i teraz usiadł, owijając łapki ogonem i z uśmiechem czekając na brata-mistrza.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Ropuszka wyzdrowiała, przez co można było wznowić jej trening i choć Imbirek nie okazywał radości, wgłębi, bardzo się z tego powodu cieszył, bo jednak była to jego terminatorka i nie chciał, aby jej trening ciągnął się i ciągnął. Oczywiście oznaczało to także, że trening Maczka musiał odbywać się co dwa dni, a czasem w wyjątkowych sytuacjach, gdy z Ropuszą Łapą kończył wcześniej, zabierał go tego samego dnia. W każdym razie dostrzegł on Maczka. Na sam jego widok, przypomniał sobie o jeszcze jednym miejscu, o które podczas pierwszego dnia nie zahaczyli, mianowicie Wyjące Wzgórza, lecz to nic, bo i tak Imbirek zaplanował, że dzisiaj właśnie w to miejsce się udadzą.
- Witaj Maczku! - zawałował tak radośnie, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej nie zawołał. Pierwszy raz zdał się tak wesoły, od momentu Wilczego Pazura, że aż było to niebywałe. Sam Imbirek w duchu zdziwił się, dlatego szybko pokręcił łbem. Podszedł i styknął swój nos z jego na przywitanie, ot co. No dobra...a teraz co? A no tak, plan dnia. - Dzisiaj...postanowiłem, że pokażę ci techniki walki..ogólnie poćwiczymy sobie walkę, abyś mógł wychodzić poza obóz nieco dalej. Może niekoniecznie od lazu na granice, ale już nieco dalej, zgoda? A więc chodź, nie traćmy czasu. - odpowiedział, zaraz tuż po przekroczeniu progu Wichrowych Terenów zapytać. - Czy słyszałeś od kogoś, może coś na temat walki? Jakieś słabe punkty, któle trzeba chronić, czy coś takiego?
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Maczek odwrócił się gwałtownie, słysząc głos swojego brata. Jak do tej pory Imbirowy Pył wywarł na nim raczej wrażenie kogoś spokojnego i zrównoważonego, może nawet nieco melancholijnego, dlatego w oczach młodszego z dzieci Lnianego Futerka takie radosne wołanie przez obóz zupełnie do niego nie pasowało. Mimo to wesoły nastrój mistrza natychmiast udzielił się i rudasowi - nie pamiętał, kiedy ostatnim razem Imbir był aż tak radosny, jednak cieszyło go, że to widzi, bo jego brat całkowicie zasługiwał przecież na to, by być szczęśliwym i zadowolonym z życia. Makowa Łapa zastanawiał się trochę, czy coś się stało, że wprawiło Imbirowy Pył w taki dobry nastrój, czy może po prostu tak już się obudził, jednak postanowił nie dopytywać. Mimo wszystko potrafił być dyskretny.
- Cześć Imbir! - odpowiedział równie radośnie, jednak dla Maczka był to akurat stan raczej permanentny. Zaraz po powitalnym stuknięciu nosami zerwał się na równe łapki. Była to operacja nieco ryzykowna, przy której rudas zachwiał się nieco, jednak ostatecznie utrzymał równowagę. - Dobsze! - odpowiedział tylko, jego ciemne oczy błysnęły radością. W życiu nie pomyślał, że będzie aż tak bardzo podekscytowany perspektywą nauki walki, a tu proszę! Oczywiście, nie chodziło o sam akt walczenia, to nadal nie było dla Maczka aż tak interesujące. Liczyło się tylko to, że będzie wreszcie mógł zacząć wychodzić z Obozu na większe odległości, a może nawet za jakiś czas uda się na ziemie niczyje. Na samą myśl o tym kocurek czuł, jak po jego grzbiecie przebiega dreszcz ekscytacji, dlatego teraz grzecznie podreptał za mistrzem, pełen zapału i chęci do nauki.
- W sumie to nie słyszałem - przyznał. - No ale jak tak myślę, to pewnie tszeba pilnować oczu, nie wydają się być zbyt mocne. O, i raz kopnąłem Wiśnię w bszuch - Tu Maczek nieco stulił uszy, ponieważ nadal nie był to czyn z którego był jakoś szczególnie dumny. - Więc pewnie bszuch tesz? - zgadywał, nie przejmując się jakoś bardzo tym, czy mówi dobrze, czy też nie bardzo, bo w końcu jeśli będzie się mylił, to Imbir go poprawi i już.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
Ucieszyła go w duchu ekscytacja młodego, lecz nie uśmiechnął się. Uśmiech dla Imbirka był rzadkością, a jeśli już...to był nieszczery, więc skinął mu delikatnie głową, po czym jak było już to wspomniane, udali się wgłąb Wichrowych Terenów, kierując się dokładnie do Wyjących Wzgórz. Walka...była dobrym pomysłem, zważywszy, że nie chciał przetrzymywać niewiadome ile Makowej Łapy w obozie, gdyż jako terminator należała mu się ta wolność. Nie był kociakiem, aby kolejne księżyce spędzić pośród ścian obozu.
- Lacja. Trzeba pilnować pysk, a do dlatego, że bardzo wlażliwe są oczy, a także nos. Kiedy kogoś bardzo mocno uderzysz w pysk, możesz spowodować, że pojawią mu się mloczki przed oczami, w czego konsekwencji masz chwilę czasu na atak. Samo uszkodzenie któregoś ze zmysłu jest już dużym utludnieniem podczas walki. Oprócz tego brzuch. Też. To jedno z najwrażliwszych miejsc, gdyż skóla na nim jest dosyć cienka. Do tego galdło, też wrażliwe miejsce. Musisz koniecznie je blonić tak jak brzuch... Ponadto uszy, chociaż jest to miejsce łatwo dostępne, obficie krwawią. - odpowiedział, wymieniając po kolei poszczególne wrażliwe miejsca, na które trzeba było uważać. Maczek podał dwie dobre odpowiedzi, przez co z pewnością ucieszy się. Poruszył koniuszkiem ogona i rzekł. - A jak myślisz...jak podczas walki mógłbyś wykorzystać telen?
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Uważnie słuchał słów Imbirowego Pyłu, od czasu do czasu kiwając głową, by pokazać, że tak, jest tu i słucha. Starał się jak najlepiej rozumieć to, o czym mówił jego mistrz i oczywiście zapamiętać to, jednak miał z tym zaskakującą trudność. Do tej pory nie myślał wiele o walce; w kocięcych księżycach zwyczajnie go nie interesowała, a później miała być tylko przepustką do swobodnego wychodzenia z Obozu. Wiedział też, że jest raczej ważna i że jeśli będzie chciał w przyszłości podróżować, będzie musiał umieć się bronić. Nigdy jednak nie zastanawiał się nad nią jakoś głębiej, więc teraz trochę uderzyła go brutalność tego wszystkiego. Jasne… trochę się spodziewał, w końcu to walka, nie łaskotki, jednak i tak słysząc o krwawiących uszach, poczuł, jak zaczyna boleć go brzuch. Chyba był na to nieco zbyt wrażliwy. Ale to nic. Nauczy się i tak, a w przyszłości po prostu postara się unikać niebezpieczeństw i nie obrywać nikomu uszu. No i przecież wcale nie miał zamiaru walczyć z innymi kotami, tylko z niebezpiecznymi drapieżnikami, o!
- Hmm… - Zmusił swój umysł do myślenia nad pytaniem mistrza. Teren, teren… jak mógłby wykorzystać teren? Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiejś inspiracji. - Nie wiem… - zaczął dosyć niepewnie, bo nie wiedział, czy jego pomysły mają jakiś sens, czy też nie, jednak jakoś specjalnie się też nie bał. Jeśli powie źle, to Imbir go poprawi i już. - Mosze moszna stanąć tak, szeby słońce raziło pszeciwnika w oczy? - zasugerował, wzruszając lekko barkami.
Mistrz: Zajęczy Sus
Płeć: kocur
Matka: Lniane Futerko [opiekunka]
Pierwsze co rzuca się w oczy po kilku księżycach od przybycia do Wichrowego Klanu to prawa przednia łapka, która niegdyś była o kilka milimetrów dłuższa, powodując niesamowity ból przy chodzeniu; nareszcie wyrównała się zresztą burych łapek. Kiedyś drobna postura Imbira przerodziła się teraz w bardzo dobrze umięśnioną sylwetkę..to pewnie przez fakt, że będąc w klanie, jedzenie cały czas bywa na stosie, a podczas przebywania z matką musiał zdać się na szczęście losu. Jeśli chodzi zaś o oczka, bo to również mocno rzuca się w oczy...nareszcie osiągnęły swój docelowy kolor, w pełni ukazując dawniej skrywany sekret. Są one imbirowe z przebłyskiem koloru oliwkowego. Jego futerko jest średniej długości, dodatkowo jest ono dłuższe na kołnierzyku. Całe ciało wraz z łapkami i ogonem pokrywają liczne tygrysie pręgi. Co do koloru sierści jest ono bure. Dokładniejsze w kp ~
Dawna strachliwość praktycznie zanikła. Jasne niekiedy boi się jeszcze nowego i nieznanego, ale już nie tak jak kiedyś. Udało mu się nawet pogodzić, z tym że matki faktycznie już nigdy nie zobaczy i z tym że go porzuciła. Nie żałuje tego. Zyskał za to wspaniałą matkę - Lniane Futerko i wielu świetnych przyjaciół. Dawna nieśmiałość również praktycznie zanikła...zdarza mu się być niekiedy nieśmiałym w sytuacjach, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, jak dzielenie się z kimś innym niż niebieskofutra kocica, przykładowo jedzeniem. Chęć poznawania świata, przyjacielskość te cechy dalej pielęgnuje. Uważa, że najważniejsze jest szerzenie dobra i niepozwalanie innym się smucić. Stara się wszystkim pomóc, jak najlepiej tylko potrafi, gdy widzi, że kogoś kąciki pyszczka zwisają w dół. Oczywiście niekiedy nie potrafi na to nic zaradzić, ale ważne są przecież chęci!
- Tak to jeden z przykładów doblego wykorzystania terenu. Blawo. Innym zaś pomysłem mogłoby być wzniesienie, dzięki, któlemu przeciwnikowi byłoby ciężej ciebie zaatakować. Możesz także spróbować kogoś pchnąć do wody, ale istnieje lyzyko, że może się utopić, dlatego, jeśli chcesz go tylko przegonić uważaj na to. Ogólnie warto podczas walki wykorzystywać otoczenie, to baldzo pomaga. - odpowiedział wpierw, jednocześnie chwaląc Maczka i jednocześnie dając mu jeszcze kilka zastosowań. Ogólnie...nie było ich za wiele, dlatego też Makowa Łapa musiał zdać się na własne pomysły, gdy do owej walki by doszło. Przecież jeden teren drugiemu nie równy, a więc także i różne pomysły. W każdym razie można było wreszcie przejść do działania!
- Dobrze, myślę, że to wszystko. A...telaz...zaatakuj mnie! - polecił i odskoczył w bok, uginając łapy i czekając na atak, a zarazem kreatywność rudego braciszka. No bracie, teraz twoja kolej, aby się wykazać!
W sumie to śmieszna sprawa - o ile jako kociak Maczek zaliczał się raczej do tych niższych, tak proces dorastania zdecydowanie wyciągnął go w górę i ni z tego, ni z owego, zrobiło się z niego to przysłowiowe drzewko o szczupłej, atletycznej budowie i długich, chudych łapach, sprawiających, że nagle stał się młodzieńcem całkiem wysokim. Słowem - idealny ścigacz królików. Krótkie, tygrysio pręgowane futerko barwy rudej nadal ciągle odstaje na boki, jakby Mak nie odkrył jeszcze jak nad nim zapanować. Oczy wybarwiły się na brąz, a pod nimi znajduje się różowy nos otoczony krótkimi, jasnymi wąsami. Zwykle chodzi dosyć powoli, wyraźnie uważając na to, jak stawia kroki - jest niezdarny, często potyka się i wywraca, więc robi wszystko, by tego uniknąć.
Mak to w gruncie rzeczy kot prosty jak drut. Wesoły, jednak nie nazbyt energiczny, nie stroniący od towarzystwa innych kotów, chociaż nie mający też nic przeciwko chwilowej samotności. Jest optymistą, wciąż nieco naiwnie wierzącym, że świat to w gruncie rzeczy dobre miejsce, pełne dobrych kotów. Ma w sobie dużo empatii, zależy mu na tym, by inni czuli się dobrze, przez co jest dobrym przyjacielem. W stosunku do starszych kotów odnosi się uprzejmie i z szacunkiem, akceptując, że te wiedzą więcej o życiu niż on sam. Nie jest gadułą, mówi tylko tyle, ile uważa za potrzebne, a tak się składa, że zwykle najpotrzebniejsze dla niego są pytania, to też ich zadaje wyjątkowo dużo. Jest bowiem bardzo ciekawski i chce wiedzieć jak najwięcej; świat, to dla niego układanka, a on chce dopasować jak najwięcej jej elementów. Ciężko mu zaakceptować, że są pytania, na które być może nigdy nie pozna odpowiedz - uważa, że jeśli będzie drążyć dostatecznie długo, pozyska każdą upragnioną informację. Ma w sobie też sporą ciągotę do włóczęgostwa, ciągle marzy o podróżach, o odkrywaniu nowych, niezwykłych rzeczy, których nie widziały jeszcze inne koty. Generalnie jest dosyć inteligentny, jednak ma problemy z zapamiętywaniem takich rzeczy jak imiona czy nazwy. W dodatku nie wpadł jeszcze na pomysł, że starsze koty mogą podawać mu nieprawdziwe informacje, to też bezgranicznie im wierzy, co sprawia, że jest nieco naiwny i w gruncie rzeczy, można wcisnąć mu byle kit.
Słuchał uważnie słów mistrza. Och, czyli gdyby chciał wykorzystać w walce otoczenie, powinien po prostu zdać się na swoją kreatywność? Cóż, w takim razie skoro okazało się, że na pytanie Imbira nie było jednej słusznej odpowiedzi, nie wydawało się to być aż tak trudne. W końcu Maczek potrafił improwizować, jeśli trzeba było — no, a przynajmniej tak mu się wydawało. Kto wie, czy w sytuacji stresowej zupełnie nie straciłby głowy i nie tylko nie potrafił niczego wymyślić, ale również zapomniał i tego, czego nauczył go na treningu? Pozostaje mieć tylko nadzieję, że do czegoś takiego nigdy nie dojdzie.
Polecenie brata za to zupełnie wybiło Maczka z rytmu. Ale, że co, że już? Makowa Łapa wyobrażał sobie, że walka to coś dosyć skomplikowanego, co ma jakieś swoje określone zasady, a tu proszę — wcale tak nie było! Rudas sam jednak nie wiedział, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony, wydawało się, że to dobrze, by tym sposobem nie musi pamiętać o wielu rzeczach, więc szybciej się nauczy, no a z drugiej strony, to przez przekonanie, że materiału będzie więcej, zupełnie nie przygotował się mentalnie na faktyczne, praktyczne ćwiczenia, nawet jeśli miała to być walka tylko na niby. No ale dobrze, skoro musi, to musi. Wziął wdech i wybił się w powietrze, by skoczyć na bok brata. Co chciał tym osiągnąć? Nie był pewien. W ogóle niczego w tym momencie nie był pewien. Ot, czysta i nie do końca przewidziana improwizacja.