Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Poruszył lekko uchem, wyłapawszy imię Tonącego Słońca. O. Ciekawe. Co więcej, z jej wypowiedzi wynikało, iż nie spotkali się raz, a dobrze się znali… myśli Porywistego Wiatru zaprzątało jednak coś całkiem innego (ciekawe czego), więc rudo-biały kocur nie wypytywał o to Lawendowego Kwiatu, przynajmniej na razie, bo kto wie, może kiedyś. Znaleźli się wreszcie w zagajniku, który wydawał się mieć… całkiem inny klimat niż tereny, które mijały, a które teraz wydawały mu się ciepłe i odpychające, nieprzyjemne. Miejsce to na pewno wyglądało pięknie, jednak najdziwniejsza była ta… atmosfera i coś, co kazało mu jak najszybciej podejść do Szepczącej Sadzawki. Nie wiedział, czego się spodziewać, jednak miał dziwne poczucie, że był tam, gdzie powinien, niezależnie od wyroku Gwiezdnego Klanu. Podszedł bliżej, pozwalając, by chłodna woda dotknęła jego palców, i obrzucił krótkim spojrzeniem swoje własne odbicie, po czym kiwnął głową matce. Rzucił także spojrzenie na towarzyszące im kocice. Sądził, że będą wiedziały, co robić… czekać i czuwać. Pochylił się wreszcie nad wodą i upił kilka łyków, a z tyłu głowy w ostatniej chwili pojawiła mu się melancholijna wręcz myśl, że ciekawe, czy przyjdzie do nich Rybka. Kocura tak długo nie było w klanie, że równie dobrze mógł już dawno nie żyć.
Gwiazdka odziedziczyła po ojcu nie tylko gęste, długie i wyjątkowo puszyste futro, ale również niewielkie trójkątne uszy o bujnych włosach wyrastających z ich środka oraz niewielkich pędzelkach na ich czubkach w brawie pomiędzy ciemną szarością a czernią. Na srebrzystym, nieco ciemniejszym, niż na reszcie ciała czole, widnieje zgrabna M-ka. Sierść na pysku Gwiazdki jest ciemniejsza - chodzi o gęste i liczne pręgi na jej mordce w barwie zbliżonej do czarnej. Uroku dodają jej oczy w kształcie migdałów, lekko skośne o barwie soczystej zieleni. Koteczka ma również krótki, zgrabny pyszczek ozdobiony symetrycznym białym znaczeniem, ciągnącym się szerokim pasmem od jej brwi do różowego, niewielkiego noska, przez kryzę, aż po brzuch, gdzie zlewa się z jasnym, srebrzystym futrem. Po tacie odziedziczyła też długie, proste wąsy skierowane bardziej ku dołowi. Grzbiet oraz boki kocicy pokrywają czarne klasyczne pręgi. Biel na przednich łapach obejmuje same stópki, a na tylnych sięga do pięt.
Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli, a zazwyczaj opowiada takie rzeczy, które rozmówca chce usłyszeć. Już teraz zalążek talentu aktorskiego wyszedł na powierzchnię i zaczął się prężnie rozwijać. Kłamstwo? Łgarstwo? Przychodzą jej z łatwością. Zmienia maski tak lekko, że wręcz niezauważalnie. Oprócz tego jest bystra i można ją nawet nazwać przebiegłą, dlatego nigdy nie można być pewnym, czy to co robi, czy mówi, jest szczere, chociaż na pewno na takie wygląda. Potrafi być naprawdę słodziutka i to nawet dla gorszych od siebie, mimo że w środku ma dla nich wiele współczucia i poczuwa się lepsza. Tyle, że to nie ich wina, że urodzili się właśnie tacy, prawda?
Srebrzysta chętnie przysłuchiwała się Lawendzie, spoglądając na nią od czasu do czasu spod czarnych rzęs. W sumie sama chętnie poznałaby jakiegoś przestępnego samotnika, choć może... niekoniecznie w tym guście. Szara kocica mówiła o nim aż nazbyt pozytywnie i Gwiazdka odniosła wrażenie, że opisuje jakiegoś kociaka, a nie dorosłego kocura. Wszyscy samotnicy na pewno tacy nie byli. Poza tym... coś jej nie dawało spokoju. Jeden drobny szczegół. — Tonące Słońce? Brzmi jak imie wojownicze, zresztą bardzo ładne. Nie wiedziałam, że samotnicy też nazywają się tak, jak my, klanowe koty — odpowiedziała Lawendzie, delikatnie przymrużając zielone oczy w kształcie migdałów. Wkrótce dotarli do wcześniej wspomnianego zagajnika, a idąc w głąb, znaleźli to, czego szukali. Szepcząca Sadzawka emanowała z siebie jakąś przedziwną mocą i atmosferą. Od razu czuło się, że to miejsce jest niezwykłe. Sceptyczna dotychczas Gwieździsta Łapa nabrała cicho powietrza w płuca i przysiadła nieopodal, oddając się temu dziwnemu wrażeniu, które wnikało w jej ciało. Skoro wystarczył jeden łyk, żeby zasnąć i przenieść się do Gwiezdnych, to znaczyło, że ona i Lawenda staną na straży.
Księżyce: 148
Mistrz: Dryfujący Kwiat, Zajęczy Sus
Płeć: kotka
Matka: Mknący Ptak
Ojciec: Czyżykowy Głos
Partner: Tonące Słońce
Życia: 1
Trwałe urazy: Blizny na szyi po ugryzieniu
Lawenda jest kotką o niebieskiej krótkiej sierści, dzięki temu, że natura dała jej wełnistą i jedwabistą strukturę chroni ją przed ostrym zimnem. Niebieskie połyskujące futerko uwydatnia szmaragdowy kolor dużych oczu w kształcie migdału. Eleganckie i drobne ciało oraz długi ogon nadają kotce piękny wygląd. Duże i szerokie u nasady uszy osadzone na głowie w kształcie krótkiego klina, która podtrzymywana jest przez elegancką długą szyje.
Lawenda jest wesołą kotką. Prawie zawsze jest uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do życia.Ciekawa świata kotka, która tryska energią. Lubi spędzać czas w towarzystwie innych. Jest łagodna i chętna do pomocy. Ma pogodną osobowość i ciężko wyprowadzić ją z równowagi. Lawenda jest wytrwała w dążeniu do celu i nie poddaje się łatwo. Czasem ma bujną wyobraźnie, zwłaszcza w przypadku rzeczy których nie zna.
Tnąca Zawieja
Córka Czyżykowego Głosu przygryzła dolną wargę. Nie wiedziała ile może zdradzić Gwieździstej Łapie o Tonącym Słońcu. Samotnik nie nie wstydził się swojej sytuacji i chętnie ją opowiedział, ale czy chciałby, aby ona wszystkim rozpowiadała? Po chwili namysłu Lawenda postanowiła udzielić odpowiedzi. -Był wojownikiem, ale niestety został zmuszony do opuszczenia Klanu. Ogólnie pewnie samotnicy, którzy się nimi urodzili mają zwykłe imiona jak na przykład Krzywucha, Wróbelek czy Czosnek. O tej pierwszej kotce opowiedział mi Zajęczy Sus, a o pozostałych wspominał mi Toń.-wyjaśniała z wielkim zaangażowaniem. Lawendowy Kwiat miała nadzieje, że Gwieździsta Łapa nie będzie drążyć tematu Tonącego Słońca, gdyż nie za bardzo widzi jej się opowiadanie całej historii. Szybko więc wpadła na pomysł, aby jeszcze zagadać córkę Trawiastej Polany i skierować rozmowę na inne tory. - Słyszałaś o Krzywusze?- zapytała z błyskiem w oczach. Chętnie opowie o doświadczonej samotniczce, która leczy, a raczej leczyła koty. Nikt jeszcze nie doniósł o śmierci kocicy, więc córka Mknącego Ptaka cały czas przyjmuje, że żyje. Lawendowemu Kwiatu ostatnie metry tak szybko minęły, że nawet się nie zorientowała, a już była w zagajniku. Nagle poczuła jak ogarnia ją jakaś dziwna atmosfera. Czuła spokój, ciepło oraz zwierzynę, której najwyraźniej było sporo. Po chwili dotarli do Szepczącej Sadzawki, która była źródłem tej magicznej aury. To od niej biła ta moc i poczucie bezpieczeństwa. Niebieska kotka wpatrywała się swoimi szmaragdowymi oczami w taflę wody. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca dotarło do niej, że ma z Gwieździstą Łapą stać na straży.
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Gwieździsta Łapa wraz z Lawendowym Kwiatem zostały na straży, a tymczasem Malinowa Gwiazda i Porywisty Wiatr napili się wody z Szepczącej Sadzawki. Ledwo zdążyli wziąć po łyku, a już poczuli dopadającą ich senność. Oboje zasnęli nad brzegiem wody i... przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Żadnych fajerwerków, sensacji, szczególnych wrażeń. Otaczała ich jedynie ciemność, zupełnie jakby zasnęli kamiennym snem bez żadnych sennych marzeń, aż tu nagle gwałtownie otworzyli oczy w tym samym czasie. Szybko zorientowali się, że wciąż są w zagajniku, który emanował identyczną aurą co ten, który widzieli na jawie. Trochę tak, jakby Gwiezdni chcieli im zrobić psikusa. Dopiero otwarcie oczu umożliwiło im dostrzeżenie dwóch znaczących różnic. Po pierwsze: Gwieździsta Łapa i Lawendowy Kwiat zniknęły. Po drugie: zniknęła też sama Szepcząca Sadzawka. W jej miejscu pojawiła się mała polana, pokryta niezwykle świeżą i intensywnie zieloną trawą, a całości dopełniały jeszcze rozrzucone tu i ówdzie kolorowe kwiaty, piękne i kwitnące, nawet jeśli na ziemi dopiero zaczynała się pora Młodych Liści. To jednak nie samo otoczenie wyróżniało się najbardziej, a koty, które ich na Srebrnej Skórce powitały. Tak, koty. W dodatku bardzo do siebie podobne. Jednego z nich rozpoznali oboje i to niemal natychmiast. Był to Kusowąsy, młodszy niż przed śmiercią i o futrze błyszczącym niczym gwiazdy, ale poza tym całą swoją postawą prezentował się dokładnie tak samo jak za życia. Obok niego stał natomiast ktoś, kogo Porywisty Wiatr nie mógł rozpoznać, ale być może mógł się domyślić jego tożsamości, chociażby na podstawie opowieści. Twardy Głaz we własnej osobie przywitał ich skinieniem głową i delikatnym, łagodnym uśmiechem. Nawet jeżeli z wyglądu bracia byli do siebie podobni, ten drugi był znacznie poważniejszy, co od razu rzucało się w oczy. I to on grał tu na razie główną rolę, podczas gdy Kusowąsy póki co stał z boku, o dziwo grzecznie pozwalając Twardemu Głazowi rozpocząć. Być może wyszedł on na powitanie już teraz po to, aby Porywisty Wiatr nie został przywitany przez obcy pyszczek i uśmiechał się do niego z tyłu, jakby życzył mu powodzenia.
– Malinowa Gwiazdo, Porywisty Wietrze – odezwał się dawny przywódca. – Słucham was – dodał po chwili. Oczywiście doskonale wiedział, z jaką sprawą przybywają, ale bądź co bądź nie było to typowe mianowanie przywódcy.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Czy odetchnęła z ulgą, widząc przed sobą Kusowąsego i Twardy Głaz, przez znajomych nazywanym Chrabąszczem? Och, nawet nie wiecie jak bardzo. Była zdeterminowana przedrzeć się przez nawet najbardziej zawziętych Przodków, była gotowa stawić czoła Bluszczowemu Sykowi we własnej osobie... ale ulżyło jej trochę, że nie musiała. Ze stojącymi przed nią Gwiezdnymi pójdzie znacznie łatwiej. A przynajmniej taką miała nadzieję.
- Kusowąsy... Twardy Głazie. - powiedziała miękko i pochyliła na moment głowę przed Wichrowymi Przodkami w geście szacunku. - Wiecie, z jaką prośbą do was przychodzę. - stwierdziła, decydując się przejść prosto do celu i nie owijać zbytnio w pajęczynę, bo jakby nie patrzeć czas naglił - im szybciej wrócą do obozu, z takim lub innym wynikiem ich wyprawy, tym lepiej. - Wraz z Porą Młodych Liści dla Klanu Wichru nadszedł czas zmian. Doszłam do wniosku, że i mnie powinny one dotyczyć. Nawet drzewa wiedzą, kiedy należy zrzucić liście, by zrobić miejsce dla nowych. - powiedziała z rozbawionym drgnięciem wąsów. - Zatem oficjalnie, przed obliczem Srebrnej Skórki.... chciałabym się zrzec swoich darów i powierzonego mi przez Gwiezdny Klan stanowiska. Nie jestem już w stanie sprawować nad Klanem Wichru tak dobrej pieczy, na jaką on zasługuje. - niemało ją to kosztowało, nadanie tym słowom formy i wypowiedzenie ich na głos, ale to musiało zostać powiedziane. - A w zamian, zgodnie z tradycją, przekazuję w wasze łapy swojego Zastępcę, Porywisty Wiatr. - skinęła krótko głową kocurowi, dając znak, że dosłownie i metaforycznie oddaje mu głos. Przedstaw się Kjanku, dygnij, cokolwiek.
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Nie wiedział, czego się spodziewać również w kwestii tego, kto w ogóle przyjdzie, by ich powitać; może, gdy upiją wody z Sadzawki, nie spotkają zupełnie nikogo, może będzie to ktoś, kogo znał, a może jakiś poprzedni przywódca… z drugiej strony: kto. Kruczy Ogon był zdrajcą, podobnie jak Szlachetne Serce, a poprzednie gwiazdy były dawno zapomniane. Z wianuszka przywódców mógł się jeszcze zjawić Twardy Głaz… i podejrzewał, że to właśnie jego widzi, gdy w końcu otworzył ślepia, rozejrzał się po otoczeniu i przyjrzał się stojącym przed nim kotom. Kusowąsy i ktoś, kto bardzo go przypominał – któż mógłby to być, jak nie dawny przywódca, co zaraz potwierdziły słowa Malinowej Gwiazdy. Skinął z szacunkiem głową w kierunku obu kocurów i pozwolił mówić matce, bo to był jej pomysł, jej wola… i jej ostatnia decyzja jako przywódcy. Starał się nie zastanawiać, czy to dobra decyzja, starał się nie myśleć o tym, że wolałby mieć więcej czasu. Na te wątpliwości był czas wcześniej, gdy jeszcze była możliwość wycofania się, a teraz… stał niemal przed faktem dokonanym, przed wyzwaniem, przed ciężarem i obowiązkiem, jaki miał nieść na swych barkach, jeżeli tylko Gwiezdni na to przystaną. Może właśnie tak powinno być. Może to tak powinna wyglądać jego droga.
I czuł się gotowy, żeby ją rozpocząć, bo wiedział, że nie zostanie z tym sam – że nawet jeśli to on teraz będzie u steru, to będzie miał wokół siebie koty z doświadczeniem i mądrością, których on jeszcze nie zdążył posiąść. A jeżeli oni w niego wierzyli, powierzając mu stanowisko zastępcy i doprowadzając go aż tutaj… to czemu miałby się wycofać? Czemu miałby wątpić? A przede wszystkim: czemu miałby nie uszanować woli nie tylko swojej matki, ale i przywódczyni? Czemu miałby kazać jej nieść tę odpowiedzialność do samego końca życia, zwłaszcza gdy cały klan Wichru doskonale wiedział, w jaki sposób kończą przywódcy, którzy nie czują się już na siłach do czy po prostu nie chcą dłużej pełnić tej roli? Wyprostował się, patrząc prosto w oczy dawnego przywódcy, nawet na chwilę nie uciekając wzrokiem.
– Twardy Głazie, Kusowąsy… – Gwiezdny Klanie. – Jeżeli na to pozwolicie, to jestem gotowy na przyjęcie tej odpowiedzialności i objęcie przywództwa nad Klanem Wichru.
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Gdy Malinowa Gwiazda się odezwała, Twardy Głaz pokiwał lekko głową. Owszem, wiedzieli, ale przodkom i tak należało się wyjaśnienie, bo mimo wszystko nie była to sytuacja codzienna. Żadną tajemnicą nie było, że rangę przywódcy sprawowało się zazwyczaj aż do śmierci, a jednak stali tu teraz i prosili o coś, co najpewniej w ogóle nie powinno mieć miejsca. I chociaż wśród niektórych Gwiezdnych trudno było szukać aprobaty, przywódczyni miała rację, że z tą dwójką pójdzie im łatwiej.
– Nie mogę powiedzieć, że wszyscy przodkowie popierają twoją rezygnację, Malinowa Gwiazdo – powiedział, posyłając jej długie i dość trudne do odczytania spojrzenie, jakby chciał jej przekazać, że sam należy do grona tych nieszczególnie przekonanych. Kodeks mówił wszak, że zastępca zostawał przywódcą dopiero po śmierci swojego poprzednika. Klanem powinno się przewodzić aż do śmierci, ale… – Jednak szanujemy twoją decyzję. Powrócisz do klanu jako Malinowy Nos, a ciebie – przeniósł spojrzenie na Porywisty Wiatr – czeka ceremonia – dokończył wreszcie i uśmiechnął się łagodnie do syna kocicy. To był jego czas. Nadszedł szybko, niespodziewanie i w dość niezwykłych okolicznościach, ale jego czas.
– Porywisty Wietrze, wystąp – wtrącił się nagle żartobliwie Kusowąsy, który chyba już nie wytrzymał siedzenia grzecznie i cicho z tyłu. Dumnie uniósł głowę w górę i imitował ton, jakim przywódcy wywoływali na ceremoniach terminatorów, którzy mieli zostać wojownikami. W końcu to była ceremonia, prawda? Widać było jednak rozbawiony błysk w jego oku, a kąciki pyska kocura uniesione były w delikatnym uśmiechu. Zdawało się nawet, że ukradkiem posłał synowi Malinowej jeszcze-Gwiazdy oczko, kiedy Twardy Głaz skinął do Porywistego Wiatru głową, potwierdzając, że już nadeszła jego pora. Spomiędzy drzew zagajnika na polanę wyszło siedem innych kotów, których futra również iskrzyły się niczym gwiazdy. Wszystkie usiadły w półkolu nieopodal, wpatrując się w zastępcę. Niektóre z nich Porywisty Wiatr rozpoznawał, innych nie. Niektóre były młodsze, inne starsze. Wszystkie przyszły tu jednak we wspólnym celu. Aby powitać nową Gwiazdę klanu Wichru. Jako pierwszy do kocura podszedł Twardy Głaz, patrząc na niego łagodnie, lecz wciąż poważnie.
– Wraz z pierwszym życiem daję ci dar poświęcenia, żebyś zawsze wiernie i lojalnie działał dla dobra klanu Wichru i nigdy nie zapominał, że cały klan to twoje siostry i twoi bracia – powiedział, a następnie dotknął nosem nosa Porywistego Wiatru, który po raz pierwszy mógł poczuć to dziwne uczucie, jakie towarzyszyło przyznawanym darom. Nagły, ogromny przypływ siły i motywacji, którego nie mógł zdusić nawet ciężar bycia przywódcą, wszystkich wyzwań i obowiązków. Przede wszystkim poczuł jednak przyjemne, rodzinne ciepło, jakby wszystko, co robił, robił w imię czegoś ważnego; dla innych, nie tylko dla samego siebie. To właśnie wiązało się z poświęceniem, które przekazał mu dawny przywódca. Wrażenie to trwało tylko chwilę i opuściło go niemal tak szybko, jak się pojawiło, ale pozostawiło go z poczuciem, że był na swój sposób silniejszy. Czy było tak naprawdę, czy było to jedynie złudzenie – trudno było mu stwierdzić. Ale skoro wraz z przyznanym mu życiem on czuł się silniej, co działo się z Malinową Gwiazdą, której dary i życia były równocześnie odbierane? Kocica doświadczyła podobnych sensacji, choć znacznie mniej nasilonych, a kiedy tylko przeminęły, kocica poczuła, jak ubywa jej jakaś drobna część jej sił. Jakby faktycznie mogła odczuć brak tego, co kiedyś zostało jej ofiarowane. Nie było to silne uczucie i w żaden sposób jej nie przytłaczało, jednak wciąż mogło być dotkliwe po tylu księżycach z całymi dziewięcioma życiami. Tymczasem Twardy Głaz wycofał się, aby dołączyć do reszty Gwiezdnych stojących naokoło polany, zostawiając Porywisty Wiatr z Kusowąsym, który już uśmiechał się do niego szeroko.
– No proszę, jeszcze niedawno byłeś taki – uniósł lekko jedną łapę i zrobił nią taki ruch w powietrzu, jakby chciał lekko poklepać jakiegoś kociaka po głowie – mały, a teraz stoisz tutaj. Nieźle. Darem, jaki dostaniesz ode mnie, będzie pogoda ducha. Bycie przywódcą to dużo roboty i nowe obowiązki, ale nigdy nie zapominaj o tym, że życie to przygoda. – Gdyby nie to, że mówił to Kusowąsy, być może zabrzmiałoby to nawet sentymentalnie, ale wypowiadał te słowa w tak samo beztroski i psotny sposób jak zwykle. Po chwili nachylił się w stronę Porywistego Wiatru i dotknął jego nosa swoim nosem. Po ciele rudego kocura natychmiast rozeszło się przyjemne uczucie, porównywalne do zrzucenia z siebie jakiegoś ogromnego ciężaru. Poczuł się niezwykle lekko i przyjemnie, trochę tak, jakby był w biegu, ale nie odczuwał żadnego zmęczenia, jedynie pęd, wolność i nieistniejący wiatr, rozwiewający mu futro. Wszystkie problemy były gdzieś daleko poza jego zasięgiem i nie musiał się nimi przejmować. Kiedy to wrażenie powoli go opuszczało, zorientował się, że Kusowąsy również się wycofał, a w jego stronę zmierzał już kolejny kot, tym razem trochę niepewnie i nieśmiało. Był to Borsucze Futro, który wyglądał… cóż, nie oszukujmy się, znacznie lepiej – zdrowiej – niż przed śmiercią.
– Dzień do-dobry, Porywisty Wietrze – przywitał się, stając przed nim. – Ode mnie dostaniesz… czu-czułość – powiedział po chwili. Być może wydawał się tym wszystkim trochę zawstydzony. Bardzo szybko dotknął nosa syna Malinowej Gwiazdy swoim nosem, po czym spojrzał w bok. Za to Porywisty Wiatr po raz kolejny poczuł ogarniające go przyjemne ciepło, trochę podobne do tego, jakie czuł na początku, przy darze od Twardego Głazu, lecz tym razem było ono jeszcze silniejsze. Poczuł świadomość tego, jak wiele jest bliskich dla niego kotów i dla jak wielu on sam jest bliski. Czuł się kochany, akceptowany, jakby miał wrażenie, że gdzieś należał, miał swoje miejsce. Być może miało to być przesłanie, żeby z tą samą akceptacją i ciepłem traktował swój własny klan, jednak nim zdążył się nad tym długo zastanowić, uczucie przeminęło, a przed nim pojawił się następny kot. Krzykliwa Mewa, która patrzyła na niego radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha.
– Miło cię znowu widzieć, Porywisty Wietrze – zaczęła, ze szczęściem i spokojem wyraźnie wymalowanymi na mordce. – Mój dar dla ciebie to radość i uśmiech, żeby twoje serce zawsze było ciepłe i radosne, a wraz z twoim serca całego klanu Wichru – powiedziała, cała wręcz promieniejąc tym ciepłem i radością, które właśnie chciała mu ofiarować. Kiedy i ona dotknęła nosa przyszłego przywódcy, kocur natychmiast poczuł się zwyczajnie… szczęśliwy. Wracały do niego najszczęśliwsze wspomnienia z jego całego życia, czuł się radosny, bezpieczny i pewny siebie. Choć znów trwało to tylko moment, miał wrażenie, że ta chwila bardzo się dłużyła, jakby miało tak już zostać na zawsze, bo właśnie tego przecież mu życzyła. W końcu jednak nawet to uczucie musiało przeminąć, bo nadeszła pora na kolejne życie i kolejny dar. Tym razem Porywisty Wiatr nie znał kocicy, która przed nim stanęła, ale niewątpliwie o niej słyszał, ba, nawet jeszcze tego samego dnia. Była niewysoka, ale prezentowała się dumnie i pewnie. Jej futro było długie, puszyste i srebrzysto-białe, a na zastępcę patrzyła zielonymi, jadowitymi oczami. Była to oczywiście Poranna Rosa. Ta sama, która dała ostatnie życie jego matce.
– Przywódcą powinno się być na całe życie – stwierdziła, na krótką chwilę przenosząc dezaprobujący wzrok na Malinową Gwiazdę gdzieś z tyłu. – A do tego będziesz potrzebował zdecydowania. Bądź kimś, za kim klan będzie podążał. Sprawuj się dobrze, bo jak nie... – urwała. Porywisty Wiatr powinien być autorytetem, kimś rządzącym umiejętnie i potrafiącym zdobyć posłuch. Nie musiała podawać mu przykładów na to, co się stanie, jeżeli taki nie będzie. Najlepszym przykładem byli jego poprzednicy, zarówno jeśli chodziło o zastępców, jak i przywódców, Gradowy Podmuch i Kruczy Ogon. Po chwili kocica wyciągnęła się lekko, żeby sięgnąć do nosa Porywistego Wiatru. Był to pierwszy dar, przy którego otrzymaniu kocur wcale nie poczuł się od razu przyjemnie. Z początku ogarnęły go wątpliwości, niepewność i wszystkie lęki związane z zadaniem, które go czekało. A jednak nagle ta gwałtowna fala ustąpiła. Zastąpiła ją pewność siebie. Syn Malinowej Gwiazdy miał wrażenie, że zna odpowiedzi na każde pytanie i potrafi osądzić każdą sprawę, że cała jego droga jest jasna, a on sam pewnie stąpa przez życie i z tak samo wielką pewnością prowadzi klan. Gdy tylko to uczucie ustąpiło, znalazł się przed nim kolejny kot. Tym razem był to wysoki i dostojny kocur o szaro-białym futrze, upstrzonym cętkami. Po drodze posłał spojrzenie Malinowej Gwieździe i poruszył wąsami na powitanie, zaraz jednak jego uwaga przeniosła się na jej syna.
– Ja, Cedrowy Kolec, daję ci wytrwałość. Musisz wiedzieć, czego chcesz i dążyć do tego mimo wszystkich przeciwieństw losu – powiedział poważnie. Był to na swój sposób podobny dar do tego, który ofiarował wiele księżyców temu jego matce. Gdy kocur dotknął nosa Porywistego Wiatru swoim własnym, syn Malinowej Gwiazdy z początku poczuł się zablokowany. Był sparaliżowany, nie mógł się ruszyć i nawet jego myśli zdawały się zwolnić. Minęło trochę czasu, nim wszystko jakby magicznie się odblokowało, a wraz z tym poczuł siłę, żeby brnąć do przodu niezależnie od tego, jak wiele problemów na niego czekało. Cedrowy Kolec po chwili wycofał się, a na Porywisty Wiatr czekał już kolejny z przodków. I kolejny, którego nie rozpoznawał. Mogła go za to rozpoznać Malinowa Gwiazda – wysoki kocur, którego długie futro miało dość charakterystyczną barwę, połączenie ciemnego brązu oraz bieli. Był to syn Kusowąsego, Niedźwiedzia Łapa. Stanął przed przyszłym przywódcą i bez żadnych ceregieli skinął mu głową w ramach przywitania.
– Siła. Będzie ci potrzebna – oświadczył bezceremonialnie, patrząc na niego wzrokiem, który miał mu jasno mówić, że bez niej zostanie zgnieciony. I rzeczywiście, kiedy i on zetknął się nosem z Porywistym Wiatrem, kocur poczuł się niesamowicie przytłoczony, jak gdyby na jego barkach, zarówno metaforycznie, jak i dosłownie, spoczywał olbrzymi ciężar, który musiał teraz udźwignąć, nawet jeśli ten prawie wbijał go w ziemię. W pewnym momencie znienacka stał się on jednak znacznie lżejszy, a syn Malinowej Gwiazdy mógł się poczuć pewny, że da radę unieść każdy ciężar, przedrzeć się przez wszystkie ciernie. Był silny, wielki i niezwyciężony, a jego wsparciem był cały klan Wichru. Nim jeszcze to uczucie zdążyło przeminąć, Niedźwiedzia Łapa odszedł, a na jego miejscu stanęła niska, rudo-biała kocica… Jedna z ofiar walącego się obozu na starych terenach, matka Fiołkowego Świtu.
– Nazywam się Stokrotkowa Łąka – powiedziała i uśmiechnęła się lekko. Była jego babcią i choć nigdy nie mieli okazji się poznać, bo umarła już dawno temu, wiele księżyców przed tym, nim jeszcze cały miot Kijanki przyszedł na świat, cieszyła się, że może go widzieć. – Jako przywódca będziesz musiał rozwiązywać wiele problemów i być głosem rozsądku. Z tym życiem chcę ci podarować rozwagę, żebyś mógł sądzić mądrze i sprawiedliwie, i żebyś zawsze szukał najlepszych rozwiązań. – Wyciągnęła się do góry, aby móc zetknąć się z nim nosami, co zresztą zrobiła bardzo delikatnie, a Porywisty Wiatr tym razem poczuł się wyjątkowo spokojnie. Wszystko wydawało mu się proste i przejrzyste, widział rozwiązania każdej sytuacji i miał wrażenie, że do wszystkiego mógł podejść z opanowaniem i jasnością umysłu. Wrażenie przeszło, Stokrotkowa Łąka dołączyła do pozostałych przodków, a do kocura podeszła kocica, która miała mu dać ostatnie życie i ostatni dar. Kolorowe futro i zielone, błyszczące oczy. Rozpoznał ją natychmiast. Sadzowa Łapa, która umarła jeszcze tak niedawno na Grzmiącej Ścieżce. Patrzyła na kocura z uśmiechem i wesołymi iskierkami w spojrzeniu. Po raz kolejny wydawała się szczęśliwa i pełna energii.
– Dzień dobry, Porywisty Wietrze! Mam dla ciebie ostatni dar: wyrozumiałość. Czasem koty popełniają błędy, a czasem bardzo duże błędy, ale pamiętaj o tym, żeby nigdy nie patrzeć na nie jednostronnie – rzuciła lekko i już jako ostatnia dotknęła nosa kocura swoim własnym, a ten mógł poczuć… ból. Nie taki silny, który kazałby mu się wręcz zwinąć. Wręcz przeciwnie, był raczej lekki, a jednak wyczuwalny. Czuł go gdzieś w głębi, jak doskwierał mu i po prostu trwał przez długą chwilę. Nic poza tym. Pojawił się i zniknął, być może po to, żeby Porywisty Wiatr mógł go zrozumieć. Kiedy w końcu przeminął, Sadzowa Łapa wciąż stała blisko, żeby dodać coś jeszcze głosem tak cichym, aby mógł go usłyszeć tylko kocur. – Dbaj o Słonecznikową Pestkę, dobrze?*mg dying sounds* to nie był mój pomysł, kazano mi – I jak gdyby nigdy nic dołączyła do reszty przodków. Dokonało się. Syn Malinowej Gwiazdy – a raczej Malinowego Nosa – otrzymał wszystkie swoje życia i dary, i nie był już zastępcą, a przywódcą klanu Wichru.
– Porywista Gwiazda! Porywista Gwiazda! – rozległo się skandowanie Gwiezdnych dookoła. Porywista Gwiazda czuł nową siłę, a koty wokół nawoływały jego imię. Natomiast Malinowy Nos, której dary dopiero co zostały odebrane, po raz pierwszy tak naprawdę odczuwała swój faktyczny wiek, słabość związaną ze starością. Jednak w końcu tak musiało się stać – nastał czas na nowe, wiosenne zmiany, a nad klanem Wichru miała wznieść się kolejna, młoda Gwiazda. Okrzyki trwały jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu wszystkie sylwetki Gwiezdnych przed nimi zaczęły się rozmywać. Nie minęło długo, nim ich oczy same się zamknęły, a kiedy je otworzyli, ponownie znajdowali się nad brzegiem Szepczącej Sadzawki, w okolicy czekały zaś na nich Lawendowy Kwiat z Gwieździstą Łapą. Jedyną różnicą było to, że teraz nie byli już Malinową Gwiazdą i Porywistym Wiatrem, a Porywistą Gwiazdą i Malinowym Nosem.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Przez chwilę sądził, że to tyle, że to koniec – ze Twardy Głaz zaraz odeśle ich z powrotem tam, skąd przyszli… ale nie. Choć Malinowa Gwiazda porywała się na wiele, kierując się z taką decyzją do przodków, którzy ustanowili Kodeks mówiący o tym, że nowy przywódca nadchodzi dopiero po śmierci poprzedniego, to jednak Gwiezdny Klan nie zamierzał odmawiać. Rudo-biały kocur, jeszcze zastępca, nie powstrzymał się przed posłaniem uśmiechu Kusowąsemu, a także jednego krótkiego spojrzenia swojej matce, po czym bez zawahania wyszedł do przodu i przesunął spojrzeniem po kotach, które pojawiły się wokół niego. Nie miał szansy dłużej się na nich skupiać, bo krok w jego stronę dał nie kto inny, a Twardy Głaz. Poświęcenie. Słowa dawnego przywódcy rozbrzmiały mu w głowie, a gdy ten dotknął jego nosa swoim, po jego ciele rozeszło się przedziwne uczucie: siła i motywacja, jakiej chyba nigdy jeszcze nie czuł. Rwał się do działania, teraz, już… i widział w tym niesamowity sens. Teraz, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, miał być częścią klanu; jeszcze bardziej niż wcześniej musiał się kierować jego dobrem, poświęcając nie tylko swój czas, ale może i o wiele więcej, zależnie od tego, czego będzie wymagać sytuacja. Uczucia te minęły równie szybko, co przyszły, a do niego podszedł Kusowąsy. Tęsknił za swoim przyjacielem, jednak to nie był moment na to – kto wie, może jeszcze któregoś dnia przyjdzie do niego w snach i wtedy porozmawiają, a teraz…
– Bez ciebie bym tu nie stał, Kusowąsy – mruknął cicho, bo zawdzięczał starszemu naprawdę dużo. Kocur opowiadał mu różne rzeczy, w dużej mierze związane z historią klanu, które ukształtowały po części to, jakim Porywisty Wiatr chciał być wojownikiem… i przywódcą; Kusowąsy pielęgnował w nim także ciekawość świata i humor, mimo tego, co głosiły jego matka i co sądziła jego terminatorka, między innymi dzięki niemu nie był zadufanym w sobie bucem. Pogoda ducha. No tak, brzmiało całkowicie jak Kusowąsy – Porywisty Wiatr nawet nie był zdziwiony, podobnie jak nie dziwiło go to lekkie, przyjemne uczucie, jakie popłynęło po jego ciele w momencie, gdy jego nos zetknął się z nosem starszego kocura. Miał nadzieję, że chociaż część jego kadencji będzie tak wyglądała, że chociaż czasami będzie mógł się tak poczuć, a problemy, jakie staną na jego drodze, nie będą go przytłaczały. Gdy to uczucie go opuściło, posłał uśmiech Kusowąsemu, jednak spoważniał na widok kolejnego Gwiezdnego. Borsucze Futro, nieudacznik i… kolejny zdrajca, gdyż Porywisty Wiatr był niemal przekonany, że kocur uciekł z klanu – na to wskazywały wszystkie ślady. Nie sądził jednak, że brat Zajęczego Susa i Paprociowego Pyłu zmarł, i to wcale nie tak długo po swoim zniknięciu. Nawet jeśli uciekł z klanu jak tchórz, jak zdrajca, to nie zasługiwał przecież na śmierć, a jego bliscy… będą musieli się o tym dowiedzieć. Czułość. Nie był to, szczerze powiedziawszy, zbyt wyczekiwany przez rudo-białego dar. Miał wrażenie, że nie będzie mu to zbyt przydatne jako przywódcy – co najwyżej w jego prywatnych relacjach, jednak po przelotnym dotyku nosa Borsuczego Futra… nieco mu się rozjaśniło, o co chodziło srebrzystemu kocurowi, a przynajmniej tak sądził. Następna była Krzykliwa Mewa, uśmiechnięta, szczęśliwa… jedna z pierwszych kocic, która zmarła w klanie za jego życia; jej pogrzeb wciąż pamiętał, jakby był niedawno. Radość i uśmiech. No, to prawie poczucie humoru, o którym tak mówiła jego matka, nie ma co. Czy potrafił być ciepły i radosny? Malinowa Gwiazda na pewno czasami pokazywała się z tej strony, również jako przywódczyni, i na pewno chciał do tego dążyć, jednak nie było to dla niego naturalne… może, tak jak myślał wcześniej, Gwiezdni chcieli mu pokazać, nad czym powinien u siebie popracować, i to była jedna z tych rzeczy. Poczuł dziwne, nienaturalne wręcz szczęście; zobaczył swoich rodziców, swoje rodzeństwo jako kocięta, Rybkę, Słonecznik uczącą go wspinać się po drzewie, ceremonię na terminatora, szaleńczy bieg w stronę Czarnego Ogona i kąpiel w wodzie… wspomnienia mignęły mu przed oczami w szaleńczym tempie, a on wydał z siebie cichy, radosny śmiech, którego nawet nie kontrolował. Szybko jednak minęło, a stanęła przed nim kocica niewiele różniąca się z aparycji od Borsuczego Futra, chociaż niższa od zmarłego kocura… jednak biła od niej zupełnie inna aura. W jej głosie słyszalny był przekąs i dezaprobata wobec decyzji jego matki, a jednak dała mu dar. I nie omieszkała mu pogrozić. Zdecydowanie. Nagle wróciło to, co czuł na zebraniu i w czasie drogi: wątpliwości i niepewność, obawa, że nie da sobie rady… był tak młody, niedoświadczony, potrzebował czasu…! Nie. Zdał sobie nagle sprawę, że wcale nie. Był właściwym kotem na właściwym miejscu, musiał nim być dla klanu Wichru, mógł ich prowadzić i kontynuować dzieło swojej matki oraz Sokolego Cienia. Chociaż droga będzie wyboista, to sobie poradzi ze wszystkim, co na niego rzuci los i klan Wichru. Następny był Cedrowy Kolec… Cedrowy Kolec. Brat jego matki. Wytrwałość była mu dobrze znana; to właśnie ona, w połączeniu z lojalnością wobec klanu i ambicją, pchała go do przodu na drodze wojownika, sprawiając, że niezmiennie wypełniał swoje obowiązki z największą dokładnością, na jaką był w stanie się zdobyć… Nie spodziewał się jednak uczucia, jakie wywoła ten dar; nie spodziewał się, że nie będzie w stanie się ruszyć, i bicie jego serca gwałtownie przyspieszyło, podczas gdy działanie umysłu jakby… zwolniło. Przez chwilę walczył z tym uczuciem, jednak wreszcie mu się poddał i po chwili jednak spłynęła na niego siła i determinacja, a także powróciła możliwość poruszania się. Kiwnął lekko głową swojemu wujowi, po czym pojawił się przed nim kot, którego już w ogóle nie kojarzył, który się nie przedstawił… jednak wydawał mu się podobny do Spienionej Łapy i tego, jak Kusowąsy opisywał niektóre ze swoich kociąt. Siła. Dar ten nie przyniósł mu z początku siły, a raczej… jej brak i poczucie, jakby zaraz miał upaść na gwiezdny grunt pod łapami. Znowu poczuł ten ciężar, tę odpowiedzialność, jednak tym razem dosłownie uginały mu się pod tym barki… aż nagle przestały, i choć dalej to czuł, to jednak był w stanie go unieść, jakby nie tylko sam stał się faktycznie silniejszy, ale i ktoś jeszcze pomagał mu w tym zadaniu, co było bardzo adekwatną zapowiedzią tego, na co liczył w przyszłości. Następnego kota nie poznał z wyglądu, ale po imieniu – jak najbardziej. Babcia, której nigdy nie poznał – było coś pokrzepiającego w tym, że również ktoś z rodziny jego ojca się zjawił, by dać mu dar. Rozwaga. Bycie głosem rozsądku… cóż, miał jeszcze pod tym względem długą drogę do przejścia, nawet jeżeli i tak sporo się rozwinął od czasów kociaka i młodego terminatora, który nie myślał za bardzo o konsekwencjach swoich słów i działań, który zaatakował własnego ojca i sprawił mu krwawiącą ranę, który naiwnie wierzył, że wszystko zostanie mu dane z góry za nic. Skinął lekko głową Stokrotkowej Łące, a to, co przyszło, gdy dotknęła jego nosa swoim, było niesamowitym… spokojem i jasnością umysłu, co, jak sądził, będzie mu momentami niesamowicie potrzebne, żeby zachować podobne opanowanie, jak potrafiła to robić Malinowa Gwiazda, gdy przyszło jej, chociażby, doprowadzać do porządku Zaśnieżoną Ścieżkę. A skoro o opanowaniu i rozwadze mowa, to potrzebował sporego zapasu, by wytrzymać widok Sadzowej Łapy. Całej, w jednym kawałku… bez rozjechanych partii, wylewających się narządów wewnętrznych i litrów krwi. Zbierał jej ciało z Grzmiącej Ścieżki i wciąż ten obraz był bardzo żywy w jego umyśle, a teraz dostrzegł go na nowo. Była martwa przez Dynię, przez swojego własnego brata, klanowicza; była tak młoda, nie powinna być w Gwiezdnym Klanie, powinna trenować ze Słonecznik na Wyjących Wzgórzach, a nie mieć futro błyszczące od gwiazd i uśmiech na pysku, gdy dawała mu kolejne życie. Wyrozumiałość. Skrzywił się na słowa Sadzowej Łapy, bo było dla niego niemal oczywistym, do czego nawiązuje kocica… nie spodziewał się jednak krótkiego bólu, jaki to przyniesie – ani następnych słów kocicy. Dbać o Słonecznikową Pestkę… czy nie powinien dbać teraz o cały klan, a nie tylko o nią? Miał ochotę coś odpowiedzieć, ale jednak zamilkł, bo to był koniec ceremonii, a Gwiezdni skandowali jego nowe imię, które brzmiało tak abstrakcyjnie i… właściwie zarazem. Wyprostował się i z błyszczącymi ślepiami spojrzał na matkę, w głębi jednak pojawiła się niepokojąca myśl, co teraz się z nią stanie, jak będzie się czuła… aż sylwetki zaczęły znikać, a Porywista Gwiazda obudził się z powrotem przy Szepczącej Sadzawce. Przez chwilę trwał w bezruchu, nie otwierając ślepi, wreszcie jednak wstał, wyprostował się, obrzucił pewnym siebie spojrzeniem Lawendowy Kwiat i Gwieździstą Łapę… by wreszcie spojrzeć na swoją matkę.
– Wszystko w porządku? – spytał cichym głosem, spoglądając na nią z troską. Tak czy siak kocur był gotowy do powrotu, więc jak tylko Malinowa Gwiazda powróciła do siebie, zamierzał zarządzić szybkie polowanie – tym bardziej, że zagajnik pachniał zwierzyną, więc może znajdą coś w pobliżu – i odpoczynek, a następnie powrót.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Nie spodziewała się stuprocentowego poparcia i wcale go nie oczekiwała. Nie było jej potrzebne. Wiedziała, że to co robi jest słuszne i w najlepszym interesie Klanu Wichru, nawet jeśli przy okazji nastroszy jedno czy dwa futra. Dwa w szczególności, jak się mogła spodziewać - Bluszczowego Syku nie było nigdzie jak okiem sięgnąć i może to i dobrze, ale za to Poranna Rosa nie omieszkała wtrącić swoich trzech groszy. Odpowiedziała spojrzeniem na wbity w nią wzrok babki, nie przepraszając i nie pochylając głowy. Była teraz starsza niż Poranna Rosa kiedykolwiek. Była Przywódcą dłużej, niż Poranna Rosa kiedykolwiek. To były wystarczające zwycięstwa, by nieco zmniejszyć cień srebrzystej kocicy, który ciągnął się za nią praktycznie od urodzenia. I tak przyjęła to zaskakująco dobrze, pomyślała sobie Malinowa jeszcze Gwiazda, przyglądając się jak jej Zastępca - jej syn - przyjmuje należne mu dary. Ku jej miażdżącemu rozczarowaniu nie pojawił się nawet pojedynczy dar poczucia humoru, ale za to przypadł mu w udziale dar uśmiechu, co w pewien sposób było jeszcze zabawniejsze. Nie mogła się doczekać, by donieść o tym konkretnym darze chociażby Gwieździstej Łapie - na pewno będzie zachwycona. Teraz bynajmniej nie było jej do śmiechu, z każdym kolejnym życiem drżąc wyraźnie i czując się... mniejsza. Nie było to jednak tak bolesne przeżycie, jak się spodziewała, a kiedy imię Porywistej Gwiazdy wybrzmiało głośno głosem Gwiezdnego Klanu Malinowy Nos odetchnęła z ulgą... i otworzyła oczy. Zamrugała sennie, ze stłumionym przez zaciśnięte zęby jękiem odnotowując, jak ciężką ma w tym momencie głowę. Jakby napiła się trucizny, albo wzniosła kilka toastów czystym spirytusem, a nie wzięła ledwo jeden łyk wody z sadzawki.
- Cóż. - powiedziała w końcu, pod dłuższej chwili milczenia, kiedy już przestało kręcić się jej w głowie. Zmusiła się, żeby dźwignąć się na łapy i otrzepać futro, zdeterminowana by zachować każdą szczyptę godności. W tym była bardzo dobra. W przybieraniu dobrej miny do złej gry. Dla trzymających wartę kocic chciała wyglądać, jakby po prostu obudziła się z drzemki, nic więcej, nic szczególnego. - To było.... przeżycie. - stwierdziła enigmatycznie, spoglądając na świeżo wybudzonego rudego kocura. - Bywało lepiej, ale bywało gorzej. A ty?
Gwiazdka odziedziczyła po ojcu nie tylko gęste, długie i wyjątkowo puszyste futro, ale również niewielkie trójkątne uszy o bujnych włosach wyrastających z ich środka oraz niewielkich pędzelkach na ich czubkach w brawie pomiędzy ciemną szarością a czernią. Na srebrzystym, nieco ciemniejszym, niż na reszcie ciała czole, widnieje zgrabna M-ka. Sierść na pysku Gwiazdki jest ciemniejsza - chodzi o gęste i liczne pręgi na jej mordce w barwie zbliżonej do czarnej. Uroku dodają jej oczy w kształcie migdałów, lekko skośne o barwie soczystej zieleni. Koteczka ma również krótki, zgrabny pyszczek ozdobiony symetrycznym białym znaczeniem, ciągnącym się szerokim pasmem od jej brwi do różowego, niewielkiego noska, przez kryzę, aż po brzuch, gdzie zlewa się z jasnym, srebrzystym futrem. Po tacie odziedziczyła też długie, proste wąsy skierowane bardziej ku dołowi. Grzbiet oraz boki kocicy pokrywają czarne klasyczne pręgi. Biel na przednich łapach obejmuje same stópki, a na tylnych sięga do pięt.
Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli, a zazwyczaj opowiada takie rzeczy, które rozmówca chce usłyszeć. Już teraz zalążek talentu aktorskiego wyszedł na powierzchnię i zaczął się prężnie rozwijać. Kłamstwo? Łgarstwo? Przychodzą jej z łatwością. Zmienia maski tak lekko, że wręcz niezauważalnie. Oprócz tego jest bystra i można ją nawet nazwać przebiegłą, dlatego nigdy nie można być pewnym, czy to co robi, czy mówi, jest szczere, chociaż na pewno na takie wygląda. Potrafi być naprawdę słodziutka i to nawet dla gorszych od siebie, mimo że w środku ma dla nich wiele współczucia i poczuwa się lepsza. Tyle, że to nie ich wina, że urodzili się właśnie tacy, prawda?
Ach, czyli to, co jej nie pasowało, było słusznym tropem. Intensywnie zielone ślepia Gwieździstej Łapy zaiskrzyły, a na srebrzysto-białym pyszczku zatańczył wyraz zdziwienia. Czy szczery? To dobre pytanie, ale odpowiedź pozostanie tajemnicą przynajmniej przez jakiś czas. Po głowie chodziło jej parę pytań odnośnie samotniczych znajomości Lawendy, a konkretniej tego kocura, jednakże uznała, że nie jest to idealny moment. Malinowa Gwiazda i Porywisty Wiatr właśnie zapadli w sen i należało ich strzec. — Och, to wiele wyjaśnia. Opowiesz mi jeszcze kiedyś o nim, dobrze? Co do Krzywuchy... rodzice opowiadali mi kiedyś o samotniczce, z którą Cztery Klany zawarrrły układ. Nie pamiętam, jakie nosiła imię, ale to chyba właśnie ona. Chyba potrafiła leczyć, co? — odpowiedziała szarej wojowniczce ze spokojem, ale zielone oczęta tym razem na nią nie patrzyły, a ze skupieniem przyglądały się okolicy. — Skupmy się na zadaniu. Rozmowa może nas rozproszyć — dodała po chwili. Może i Gwiazdka nie lubiła obowiązków, ani zbytniego zużywania energii, ani ciężaru odpowiedzialności na barkach, ale gdy już go dźwigała, to nie miała zamiaru opuszczać. W milczeniu czekały na rozwój wydarzeń i powrót obu śniących kotów. Gwiazdka zastanawiała się, co się tam dzieje i jak to wszystko wygląda. Będzie musiała go zapytać, jak wkrótce spotkają się na treningu. Nie odpuści sobie takiej okazji. Kto wie, może nawet otrzyma poczucie humoru od przodków i będzie przystępniejszy w obyciu. Po jakimś czasie śniące koty wróciły do nich ze Srebrnej Skórki. Słysząc odgłosy podnoszenia się, Gwiazdka obejrzała się za siebie, widząc rudego kocura, który właśnie dźwigał się na łapy. Czyli teraz był już... Porywistą Gwiazdą. Co za rozwój wypadków. Przeniosła spojrzenie z syna na matkę, która nie wyglądała ani zbyt zdrowo, ani trzeźwo. — Jak poszło? — zapytała po tym, jak biała kocica uraczyła ich krótkim stwierdzeniem. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, to została właśnie terminatorką przywódcy. Hm, mogła to zaakceptować.
Księżyce: 148
Mistrz: Dryfujący Kwiat, Zajęczy Sus
Płeć: kotka
Matka: Mknący Ptak
Ojciec: Czyżykowy Głos
Partner: Tonące Słońce
Życia: 1
Trwałe urazy: Blizny na szyi po ugryzieniu
Lawenda jest kotką o niebieskiej krótkiej sierści, dzięki temu, że natura dała jej wełnistą i jedwabistą strukturę chroni ją przed ostrym zimnem. Niebieskie połyskujące futerko uwydatnia szmaragdowy kolor dużych oczu w kształcie migdału. Eleganckie i drobne ciało oraz długi ogon nadają kotce piękny wygląd. Duże i szerokie u nasady uszy osadzone na głowie w kształcie krótkiego klina, która podtrzymywana jest przez elegancką długą szyje.
Lawenda jest wesołą kotką. Prawie zawsze jest uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do życia.Ciekawa świata kotka, która tryska energią. Lubi spędzać czas w towarzystwie innych. Jest łagodna i chętna do pomocy. Ma pogodną osobowość i ciężko wyprowadzić ją z równowagi. Lawenda jest wytrwała w dążeniu do celu i nie poddaje się łatwo. Czasem ma bujną wyobraźnie, zwłaszcza w przypadku rzeczy których nie zna.
Tnąca Zawieja
Lawendowy Kwiat z uśmiechem na pyszczku kiwnęła głową na znak, że z chęcią w przyszłości opowie o Tonącym Słońcu. W sumie na dzień dzisiejszy nie wie, co w jego temacie można dodać. Jedynie, że interesuje się wiedzą medyczną, ewentualnie może jeszcze opowiedzieć jak radzi sobie Porą Nagich Drzew i ogólnie jak mu się żyje w pojedynkę. -Tak, to musieli ci opowiadać o niej- odpowiedziała lekko zawiedziona. Wychodzi na to, że o Krzywusze nie będzie dane jej przekazywać informacji, gdyż Gwieździsta Łapa już o niej słyszała. Szkoda. Lawendowy Kwiat westchnęła głośno i grzecznie zajęła miejsce siadając wygodnie. Gdy córka Trawiastej Polany odezwała się, niebieska kotka przytaknęła jej i dalej trwała w milczeniu.Co jakiś czas odwracała się ze swego posterunku, aby upewnić się czy Przywódczyni oraz Zastępca już się obudzili. Czuła się dziwnie widząc pogrążone we śnie koty. Zapewne w ich umysłach czy jakoś tak, rozgrywają się niezwykłe rzeczy, podczas gdy w rzeczywistości nic się nie dzieje. Lawenda była zdumiona tym całym procesem. Najchętniej to wbiłaby w Malinową Gwiazdę oraz Porywisty Wiatr wzrok i obserwowała ich każdy, nawet najmniejszy ruch. Niestety, musiała stać na straży i dbać o bezpieczeństwo. Całe szczęście było spokojnie, więc raczej nic nie powinno ich zaskoczyć. Wreszcie Lawenda usłyszała głosy, co znaczyło, że spotkanie z Gwiezdnymi dobiegło końca. Niebieska kotka błyskawicznie się obróciła i uśmiechnięta od ucha do ucha czekała na jakieś relacje ze snu. Z pytaniem uprzedziła ją Gwieździsta Łapa, więc teraz liczyła na wyczerpującą i satysfakcjonującą odpowiedź.
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Czekał cierpliwie, przyglądając się uważnie i z troską matce. Miał nadzieję, że to wszystko… nie uderzyło jej za mocno, że teraz nie odczuje gwałtownie czasu, który poniekąd oszukiwała za pomocą dziewięciu żyć. Coś w przeciągającym się milczeniu i dosyć enigmatycznej odpowiedzi matki podpowiadało mu, że nie mówiła i nie pokazywała wszystkiego, jednak jeżeli nie chciała tego poruszać tutaj i teraz… to i on nie zamierzał, dla komfortu Malinowego Nosa. Nowe-stare imię matki było jedną z wielu rzeczy, do których musiał się teraz przyzwyczaić, jednak w porównaniu do innych… to była drobnostka.
– …Dziwnie. Ale dobrze, właściwie to chyba nigdy lepiej – odparł. Cała ta ceremonia, dary, nowe imię, Gwiezdny Klan… wszystko to tchnęło w niego nową pewność i gotowość do działania i pozwoliło zepchnąć wszelkie wątpliwości w głąb. Przeszedł parę kroków by rozprostować kości i rozluźnić zesztywniałe lekko mięśnie. – Wszystko… dobrze, zgodnie z planem. Nie wszyscy Gwiezdni byli zachwyceni, ale otrzymałem dary i nowe imię… i nie, poczucia humoru nie dostałem, zapewne ku waszemu rozczarowaniu – odparł, uśmiechając się krzywo. – Ale Krzykliwa Mewa obdarowała mnie radością i uśmiechem, więc musi wystarczyć. W każdym razie… powinniśmy wracać, ale najpierw zapolujmy i odpocznijmy – dodał, rozglądając się po zagajniku. Nie był pewien, czy w miejscu z tak… dziwną aurą coś będzie, ale kto wie, może coś się trafi w okolicy, zwłaszcza że ta wyglądała na spokojną; w każdym razie pozostawało trochę odpocząć, po czym zebrać się w drogę powrotną, by klan jak najkrócej pozostawał bez przywódcy i zastępcy. Porywista Gwiazda miał sporo do zrobienia, ale na razie… musieli dotrzeć do domu.
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Zapolowali, odpoczęli, ale koniec końców trzeba było wracać do obozu, żeby klan nie pozostał długo bez przywódcy i zastępcy. Tak więc w końcu, kiedy już się najedli i wystarczająco wypoczęli, wyruszyli w podróż powrotną, która poszła jeszcze sprawniej i przyjemniej niż ta w tę stronę. Każde z nich wiedziało dokładnie, w którą należy iść stronę i co czeka ich po drodze. Wędrówka przez Borsucze Pagórki była co najwyżej monotonna, ale nic im nie zagrażało; widocznie przodkowie mieli ich w opiece i nawet późna pora nie była im straszna. Zresztą, cały czas mieli nad sobą Srebrną Skórkę. Gwiazdy i księżyc oświetlały ich drogę. Do Grzmiącej Ścieżki dotarli o takiej porze, że było na niej jeszcze pusto, a więc przeprawa przez nią też nie była kłopotliwa. Stamtąd droga do klanu była już krótka i znana im doskonale. Ostatecznie do obozu doszli dość wczesnym rankiem, gdzie na Porywistą Gwiazdę faktycznie czekało dużo do zrobienia, ale przede wszystkim liczyło się to, że byli już w domu. Cali, bezpieczni i po osiągnięciu swojego celu.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>