Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
/jak coś, to wiesz o tym, że wyprawa jest w najświeższym czaso, a co za tym idzie - Wzbierającej nie ma już od kilku księżyców z klanie? Dlatego niezbyt może wrócić tego samego dnia jakby nic się nie działo :( jak wyprawa się skończy, będziesz wracać ze stopy samotnika, jak coś! Mówię, bo widzę w narracji, że uznałaś, że to ten sam dzień, więc...
— Jeszcze dzisiaj? — powtórzył z niedowierzaniem kocur, marszcząc lekko czoło. Nie rozumiał gdzie się kocicy tak śpieszyło, tym bardziej, że nie wyglądała najlepiej i...Cóż, mimo wszystko wolał aby się najpierw wykurowała, a później wracała do siebie. — Twoja mama na pewno poczeka, najpierw musisz coś zjeść, napić się i odpocząć! Jeden czy dwa wschody słońca wte i wewte nie zrobią wielkiej różnicy — zapewnił. Jakby koty z jej klanu się o nią martwiły, na pewno by kogoś za nią już dawno wysłał, tym bardziej, że wokół zaczynało się już robić odrobinę szarawo, więc Fala nie mogła leżeć tu i płakać tylko parę uderzeń serca. To wystarczająco długi czas aby przyjść i ją zgarnąć, a jak się okazało - nie zrobił tego kot z jej klanu, a Ludwik. Kiedy nagle z pyszczka kotki wylał się potok słów będących nie tyle co wyjaśnieniem, a historią jej całego życia, kocur wyłączył się po słowach "samotnik zabrał mi brata" czy...Jakoś tak, reszta wydawała mu się zbędna. Westchnął i pokręcił lekko łebkiem chcąc zamaskować to, że dalszych słów zwyczajnie nie słuchał, odchrząknął cicho i dalej parł do przodu w kierunku płotu oddzielającego wybieg dla koni od reszty terenu. — Czyli...szukasz brata? — mruknął niepewnie, marszcząc lekko grzbiet nosa, zerkając na idącą obok kotkę, a jego uszy lekko się poruszyły. — Bo mówisz, że zabrał go samotnik, nie? No to, skoro tu jesteś hm, szukasz go? — był tego ciekawy po prostu, nie mógł tego ukryć. Po dłuższej chwili marszu dotarli w końcu do płotu, na który z lekkim trudem Ludwik wskoczył, ledwo utrzymując na nim równowagę, a ogonem dał znać kocicy, by spróbowała jak on, w ten sposób przejść przez drewniane belki posklejane przez dwunożnych. Kiedy był już po drugiej stronie, odwrócił pulchny pysk w kierunku nowej towarzyszki, unosząc lekko brew. — Bo wiesz, mogę podpytać dwóch takich kotów, które często goszczę czy może nie wiedzą czegoś o tym samotniku co zabrał twojego brata. Dawno to było? — zaproponował. Szczerze powątpiewał, by cokolwiek o tym wiedzieli, jednak kocur, o którym pokrętnie wspomniał... był całkiem stary i czasem opowiadał niestworzone historie o swoich podróżach, więc kto wie! Może miałby coś również i dla Fali by jakoś podnieść ją na duchu? Oczekując decyzji kocicy, poruszał ogonem nie odrywając od niej spojrzenia.
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Księżyce: 125
Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon
Płeć: kotka
Matka: Jesionowa Kora (*)
Ojciec: Słodki Język/Markiz (*)
Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125
Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon
Płeć: kotka
Matka: Jesionowa Kora (*)
Ojciec: Słodki Język/Markiz (*)
Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
— Terminatora? — kocur lekko uniósł brew i przekręcił głowę na bok nie rozumiejąc słowa jakiego użyła kocica. Ah te leśne koty i ich dziwne...Nazewnictwo. Trzeba się nieźle nagłowić by jakkolwiek je przetłumaczyć! Ludwik jednak nie zamierzał się z tym niepotrzebnie męczyć i czekał aż Fala sama rozwinie i wytłumaczy to słowo, skoro już je po niej powtórzył. Skoro kot, którego tak nazwała czekał na nią w klanie i dla niego nie mogła zbyt długo przebywać w Siedlisku wraz z nim; musiał być dla niej kimś ważnym. Wątpił, by nazwała tak partnera czy...kocię. Chociaż te leśne dzikusy nazywały się czasem naprawdę dziwnie, więc rudzielec nie zdziwiłby się jakoś bardzo gdyby wyszło, że to jednak kocię. Kiedy kocica powiedziała kiedy dokładnie porwano jej brata, końcówka ogona kocura zadrżała w zaskoczeniu. — To...faktycznie kawał czasu... — wymamrotał pod nosem, a jego wibrysy drgnęły nieznacznie. — Może Miedziak by coś wiedział, zna kota, który jest naprawdę, naprawdę stary, więc może by coś wiedział, ale skoro już jakkolwiek pogodziła się ze stratą... — Ludwik zdziwił się, że kocica tak szybko zmieniła zdanie. Jeszce przed chwilą mówiła, że szuka brata, a teraz z lekkością stwierdziła, że ten najpewniej już może nie żyć. Później również kocica sama stwierdziła, że nie ma potrzeby pytania kotów o których wspomniał pieszczoch, na co ten wzruszył barkami. Nie to nie, nie trzeba mu powtarzać kilka razy. Zadarł lekko łeb ku górze drepcząc przez trawę w kierunku stodoły. Zaczynało się ściemniać, a jeżeli chce spełnić swoje słowa o smacznych i tłustych pyszczkach, wodzie i odpoczynku; musieli się pośpieszyć! Dojrzał kątem oka, że w oknach jego domostwa jest zapalone światło, co oznaczało, że jego właściciele byli już w gnieździe. Odwrócił się ponownie do szylkretowej kocicy i lekko uśmiechnął. — Ściemnia się, chodź a zdążymy na jedzenie! Zjesz coś ciepłego, napijesz się i prześpisz zbierając siły i możesz wracać tam do siebie — odparł po czym obszedł dookoła stodołę, stając u jej tyłów i łapą odsuwając luźniejszą belkę, tym samym prezentując wejście do wnętrza gniazda. Ogonem zaprosił kocicę do wnętrza stodoły, a kiedy ta weszła, sam przecisnął się przez sporą szparę, ustał obok wojowniczki z cichym pomrukiem. Kocica mogła dojrzeć pomieszczenie wypełnione w niektórych miejscach sianem pod sam sufit, a zza ściany dało się dosłyszeć przytłumione rżenie kopni w boksach. — Tu mieszkam. Coś czuje, że będzie ci tu wygodniej niż na chłodnej ziemi w lesie! — rzucił wskakując na stos siana. Przeciągnął się i położył. — Yy... ten, jak umiesz to możesz zapolować! Jest tu pełno myszy, ja poczekam aż moi właściciele przyniosą jedzenie i wodę — mruknął. Kiedy ludzie faktycznie donieśli jedzenie i wodę, tak jak obiecał podzielił się nią z Wysoką, a później wskazał całkiem miękkie miejsce do spania samemu zajmując siano niedaleko.
/Jeżeli chcesz już wyjść, to możesz zakończyć w następnym poście i uznać, że Ludwik tam rano tez dał jej coś do jedzenia i odprowadził, idk
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Księżyce: 125
Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon
Płeć: kotka
Matka: Jesionowa Kora (*)
Ojciec: Słodki Język/Markiz (*)
Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125
Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon
Płeć: kotka
Matka: Jesionowa Kora (*)
Ojciec: Słodki Język/Markiz (*)
Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
- Kota, którzy szkoli się na coś w stylu... No ni wiem, kota który pilnuj terenu i poluje - wyjaśniła bez łez i w miarę normalnym, głosem, który tylko czasami się rwał. Mogła rzecz jasna mówić, że terminator szkoli się na wojownika, ale zaraz pojawiłoby się pytanie kim jest wojownik, a Fala chciała mówić jak najmniej. Potrzebowała chwili we własnym miejscu, aby wszystko przemyśleć i postawić sobie jakiś cel w życiu, który pomoże jej uciec od smutku i wspomnień.
- Dobrze, pojawię się tu niedługo. Na razie muszę wrócić do Klanu, bo mogą mnie z niego wyrzucić - wymruczała, wyłapując z odmętu umysłu niezwykle zamglone wspomnienie, kiedy stałą wraz z mamą na granicy terenów i czekała na przywódcę. Nie chce tego powtarzać. Nie chce skończyć jak mama, musi jeszcze trochę pożyć. Może ten cały Miedziak, czyli za pewne jakiś kot, będzie wiedział coś o Aldze? Alga nie żyje... Na razie powinna wrócić. Przymrozek za pewne jest na nią wściekły. Westchnęła i weszła do legowiska dwunogów.. I nigdzie ich nie było. Wszystko było usiane czymkolwiek, co był w miarę miękkie świetnie nadawałoby się na legowisku. Westchnęła. Całkiem tu... Przytulnie. Co jakiś czas słyszała odgłosy dziwnych stworzeń, która widziała niedaleko legowiska, ale tak poza tym, było tak jakoś... Przyjaźnie. Była tu woda, a nawet myszy! I to za pewne tłuste! Wychłeptała trochę wody i już miała zapolować... Kiedy pojawili się dwunodzy. Skryła się w gęstwinie, a kiedy sobie poszli upolowała dwie tłuste myszy, po czym zajęła miejsce niedaleko nowego przyjaciela. Na jedną noc się nie stanie, za Przymrozek jakoś jej wybacz.
- Dziękuję Ludwik. Bardzo mi pomogłeś... Jestem Ci winna przysługę. Wrócę tu kiedyś i ją spełnię, obiecuję - wymruczała i zasnęła po wyczerpującym dniu pełnym nieprzyjemno-przyjemnych wrażeń.
***
Następnego dnia wstała dość wcześnie i pożegnała się z pieszczochem. Czas wracać do Klanu.Pachnie od niej pieszczochem, ale wymyje się w rzece i jakoś ukryje jeden dzień swojej nieobecności. Przecież to tylko parę godzin, nikt nie zauważył jej nieobecności. Nie ma nikogo... Ciężko to sobie uświadomić, że została sama... Sztorm za pewne nigdy nie stawi się na spotkanie, a Przymrozek nienawidzi ją za jeden dzień nieobecności. Czas wracać. Wyglądała już... lepiej. Była już trochę żywsze, w kontekście takim że w jej oczach dalej tliło się życie... Ale niezbyt było go wiele. Może w klanie jej się polepszy. Może przecież zostać matką i zajmować się kociętami. To na pewno odciągnie ją od wspomnień. Musi jakoś zapomnieć o bliskich, ale w taki sposób aby wspominać ich dobrze, ale za nimi nie płakać. Czy to jest w ogóle możliwe?