Księżyce: 119
Mistrz: Pluskający Potok [*]
Płeć: kotka
Matka: Krogulczy Szpon [*]
Ojciec: Wiewiórczy Ogon [*]
Partner: Polna Gwiazda
Trwałe urazy: mała blizna na pysku, długa blizna wzdłuż lewego boku i odgryziony kawałek lewego ucha
Wygląd się zbytnio nie zmienił od czasów kocięcych. Jedynie jej oczy już w pełni wybarwiły się na kolor zielony. Mimo, że urosła to nadal nie zaliczała się do wysokich kotów. Uważa swój wzrost jako wadę dlatego więc próbuje odwrócić uwagę kotów czymś innym jak na przykład swoim pięknym i lśniącym futrem które zawsze jest ułożone i czyste. Szylkretka przybrała kobiece kształty i stała się na pewno atrakcyjniejsza. Wręcz jej wygląd był przeciwieństwem jej zadziornego charakteru. (więcej w KP)
Ostra po utracie swojego ojca nieco się zmieniła. Na początku nie było to widoczne ale po kilku księżycach można zauważyć, że stała się lekko buntownicza. Nadal była wesoła jednak potrafiła zadzierać nosa. Jest młodą aktoreczką która kiedy chce zagra każdego. Była mądrzejsza i nie zachowywała się jak mały kociak. Stała się w końcu dojrzałą kotką która chciała pokazać się w jak najlepszym świetle. (więcej w KP)
Ostrej udało się upolować to co planowała upolować. W pyszczku trzymała trzy myszki i szła z nimi do jej towarzyszek. Na początku podeszła do terminatorki, która próbowała jakoś odgonić swoją wilgoć z powiek. Podała jej jedną z mysz i puściła do niej zabawnie oczko. Terminatorka dziś wyjątkowo mogła zjeść posiłek upolowany właśnie przez nią, wyjątkową wojowniczke. Następnie ostrożnie położyła kolejna mysz obok Krogulec, która jeszcze no cóż... Spała. Potem usiadła obok Szarej Łapy i zajęła się swoim posiłkiem. - Musimy coś zjeść zanim wrócimy. - powiedziała do terminatorki a po tych słowach oblizała się, bo była naprawdę głodna. - Smacznego. - powiedziała miło a następnie wzięła pierwszy, soczysty gryz swojej myszy. Smakowała bardzo dobrze. Jej brzuszek wręcz krzyczał z radości. Kątem oka patrzyła się na swoją matkę, chcąc zobaczyć czy przypadkiem się nie wybudziła.
Nagle zobaczyła jak ciało Krogulec nieco się poruszyło. Czyżby się wybudziła? - Mamo...? - zapytała się chcąc się upewnić czy już w pełni się wybudziła. Trochę czasu tak spała i wolała też wiedzieć czy jest wszystko w porządku.
Kocica nie zmieniła się wiele. Nadal dużo trenuje, przez co jej ciało jest wyćwiczone, sama ma budowę atletyczną. Nadal chodzi pewnym siebie krokiem, a pysk szylkretki często jest zmarszczony, przez co można powiedzieć, że chodzi wiecznie niezadowolona czy naburmuszona, chociaż niekoniecznie tak jest. Obecnie ciało wojowniczki wróciło już do normy po porodzie przez to, że każdą wolną chwilę poświęca doprowadzeniu siebie do porządku. Na ciele widnieje parę blizn - jedna po wyrwanym płacie skóry na karku, druga na lewej tylnej łapie w postaci śladu po ugryzieniu lisa, trzecia to lekko wyszczerbione, prawe ucho po walce treningowej z Lis. A ostatnia jest urwanym ogonem, ostała się jej mniej niż połowa, przez co jej chód stał się bardziej ostrożny.
Krogulec zmieniła swoje nastawienie do innych. Otworzyła się, stała się bardziej rozmowna i nie stawia jedynie na zdobywanie wiedzy. Lubi od czasu do czasu porozmawiać sobie na luźne tematy i czerpać po prostu przyjemność z życia. Jest odpowiedzialną wojowniczką oraz matką, starając się wychować swoje młode najlepiej jak potrafi, pomimo tego, że były lekką wpadką. Często wybucha gniewem, ale nie potrafi być długo obrażona. Nie przyznaje się do błędów i zamiast powiedzieć "przepraszam" woli przejść od razu na neutralny grunt, gdzie zacznie rozmowę o pierdołach. Wypełnia swoje obowiązki z pasją i to najlepiej, jak potrafi!
- Oczywiście. Przyznaj, że trochę zmiękłaś na tej Srebrnej Skórce – odpowiedziała trochę uszczypliwie, co mogło sprowokować już teraz matkę do ataku. Zdecydowanie to byłoby niezapomniane, gdyby została sprana przez Traszkowy Grzbiet podczas swojego mianowania na przywódcę. Uwielbiała się z kocicą droczyć, gdy obie były żywe, często kończyło się to zadrapaniami i wyrwanymi kłakami, ale Krogulec tego brakowało. A teraz w klanie była Lis, która była praktycznie nieco cierpliwszą wersją ich matki. Na kolejny komentarz zareagowała jedynie chichotem i już był czas rozpoczęcia ceremonii. Po grzbiecie kocicy przeszły dreszcze ekscytacji, gdy obserwowała rodzicielkę, która nad czymś się zastanawiała dość długo. Ciekawe, co od niej dostanie. Na pewno żaden miękki dar i słysząc następne słowa, nie rozczarowała się. Na pysku Krogulec pojawił się szerszy uśmiech i Traszka nie czekała, aż pochyli się nad własną córką i przekaże jej część siebie. Nie spodziewała się uczucia zagubienia, przez które głośniej wciągnęła powietrze przez usta, strosząc sierść na grzbiecie, z uczuciem mięknących łap. Wyciągnęła pazury, wbijając ją w gwiezdną ziemię, a gest ten szedł razem ze spięciem mięśni, gdy nagle poczuła ogromny gorąc, który uniósł jej lekko opuszczoną głowę, rozlewając się po całym ciele. Żar pewności siebie sprawiał, że nie miała wątpliwości co do słuszności wszystkich swoich decyzji, a adrenalina krążąca w żyłach przyszłej przywódczyni sprawiła, że czuła się, jakby mogła przenieść cały klan na swoich barkach w bezpieczne miejsce, gdyby taka była potrzeba, a także walczyć z tym, co zagraża klanowi. Była teraz zdolna rzucić się na odyńca czy na sforę psów, gdyby tylko stanęli na jej drodze. Otworzyła zamknięte ślepia, a sama nie zdołała napawać się przyjemnym uczuciem, bo już po chwili matka przekazała jej wiadomość, na którą wpierw odpowiedziała szerokim, pewnym siebie uśmiechem.
- Nie zawiodę cię, matko. Zobaczysz, że Klan Cienia będzie silniejszy, niż kiedykolwiek – obiecała niebiesko-kremowej kocicy, pozwalając jej się oddalić, a na miejsce matki wszedł kocur o jakże znajomym, rudym futrze. W morskich ślepiach zabłysło coś na kształt głębokiego uczucia, które wcześniej skrycie chowała w głębi serca, a gdy ten dotknął nosem jej czubka głowy, sama podeszła do niego i przez moment trzymała głowę na jego klatce piersiowej, napawając się dotykiem błyszczącej jak gwiazdy sierści. Mruknęła przy tym cicho, odsuwając się po chwili okazania czułości, lekko zadzierając głowę, by móc spojrzeć w złote ślepia Wiewiórczego Ogona.
- W końcu. I ja też. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś znowu pogadamy – odpowiedziała na jego słowa, przygotowując się do otrzymania kolejnego daru. Tym razem otrzymała rozwagę, a już myślała, że będzie to jakaś miłość, którą ma obdarzyć cały klan i wszystkich jego członków. Na szczęście było to coś bardziej w stylu Krogulec. Oczekiwała ponownie jakiegoś bolesnego doświadczenia, a tu nic. Zamknęła oczy, gdy jej umysł stał się niezmąconą taflą spokoju, a wcześniej opuściły go wszystkie głupie pomysły. Być może dlatego teraz głowa Krogulec stała się pusta.
- Kto by pomyślał, że gdybyś ty miał rozwagę, to też byś tu stał – miauknęła po tym, jak kocur się odsunął, po czym wysłuchała jego wiadomości, poruszając przy tym uszami. Poczuła dziwny ciężar odpowiedzialności, jaki nagle na nią spadł, ale po chwili został zmieniony w żar dumy, przez którą zadarła głowę i posłała mu uśmiech, odprowadzając wzrokiem. Zauważyła, że on i Traszka siedzą obok siebie. A tak się nie lubią podobno. Cicho prychnęła z rozbawienia, po czym stanęła przed nią była przywódczyni, którą prawdopodobnie teraz wszyscy opłakują w obozie. Nie zauważyła na ciele pointki żadnych skaz, które mogłyby pochodzić od rozszarpanego ciała. Trochę się dziwnie poczuła widząc Płomykówkę jak żywą, ale potem wysłuchała jej słów.
- Zdecydowanie nie. Szczególnie że jestem dużo starsza i gdyby nie kundle, to byś musiała wybierać nowego zastępcę – odpowiedziała z lekkim uśmiechem, przyjmując od terminatorki Wiewióra dar cierpliwości. Oj, ten na pewno się przyda. Przymrużyła oczy, gdy obie zetknęły się nosami, będąc gotowa na wszystko. Po grzbiecie przeszedł szylkretce dreszcz spowodowany uczuciem przyjemności, który rozlewał się leniwie po całym ciele kocicy, powodując jednocześnie spokój i uporządkowanie swoich uczuć i myśli. Wraz z przerwaniem kontaktu fizycznego, błogość znikła, a sama Krogulec musiała lekko potrząsnąć głową, czując konieczność powrotu do żywych. W przenośni, oczywiście. Wysłuchała kocicy, która powiadomiła jej, że zagrożenie minęło, jednak psy zdołały zabrać ze sobą również Lwią Łapę, na co zacisnęła zęby. Kiwnęła głową w podziękowaniu za naprawdę cenną informacje, odprowadzając kocicę wzrokiem i witając Pluskającego Potoka uśmiechem już z daleka.
- Jakże bym śmiała! Mój najlepszy, najukochańszy syn mógł się nie wybierać na samotny spacer, to by się nie musiał martwić, że go zapomnę – powiedziała, trącając burego kocura lekko barkiem. Może ich relacja nie zaczynała się najszczęśliwiej, ale oboje nauczyli się odpuszczać i w końcu udało im się nawet naprawić zepsute rodzinne więzy. Szczególnie gdy wojownik odciągał ją od pomysłu ruszenia tropem dzika, który zabił Wiewiórczego Ogona. Słysząc, jaki dar będzie od niego otrzymywać, na jej pysku pojawił się uśmiech. No tak, czego tu się mogła spodziewać po nim! Nie wątpiła, że przebiegłość również się przyda. Pozwalała buremu się wygadać, jednocześnie go uważnie słuchając, podobnie jak wszystkich kotów poprzednio. Prychnęła cicho z uśmiechem na mordzie, gdy Szop mówił o wykorzystywaniu sytuacji na swoją korzyść. On był w tym najlepszy. Ostrzegł ją przed pochodzeniem do niektórych spraw, co sprawiło, że musiała teraz dwa razy się zastanowić, zanim zareaguje. Po dotknięciu nosem poczuła narastający wewnątrz strach. Milion kocich ślepi obserwowało jej każdy ruch, czekając na jej potknięcie i możliwość wykorzystania tego przeciw niej. Słyszała głosy, które mówiły, że Krogulec nigdy nie powinna być nazywana Gwiazdą, jednak nie potrafiła zidentyfikować głosów szumiących między uszami. Mięśnie przywódczyni się spięły, a oczy rozszerzyły, błądząc gdzieś po terenie i chcąc się chronić przed zaplanowanym na nią morderstwem. Nim jednak uciekła od spiskujących kotów, Pluskający Potok odłączył swój nos od tego jej, przerywając połączenie i sprawiając, że powróciła do rzeczywistości. Na chwilę jeszcze czuła niepokój goszczący w sercu, ale gdy się zorientowała, że wszystko jest w porządku, uspokoiła się.
- Oczywiście, obie je pozdrowię. I nie będziesz zawiedzony, mam już pomysł, kto mógłby się nią zająć. I zdecydowanie ten ktoś przetrzepie jej futro – odpowiedziała z zadziornym uśmiechem, a bury mógł się nawet już domyślać, kogo ma na myśli. W końcu w Cieniu nie było wiele kotów, które by były zdolne do czegoś takiego. Szczególnie że po jego słowach miała pewne wątpliwości co do wiary Wrony w Gwiezdny Klan, ale to pewno kwestia rozmowy.
- Nie zamierzam zbyt szybko tu się pojawić na dłużej – odpowiedziała na pożegnanie, po czym skierowała wzrok na następną osobę. Chwilę po tym, jak Plusk przymusowo musiał odejść, przystąpiła przed nią Pies, którą również powitała zadowolonym, lekkim uśmiechem i cichym, gardłowym pomrukiem.
- Pies – odpowiedziała, delikatnie poruszając wąsami, po czym przyjęła dar od byłej wojowniczki, która zmarła najwcześniej ze wszystkich jej kociąt. Po nazwie daru nie spodziewała się obezwładniającego przywiązania, który nie pozwolił zrzucić ciężaru ze swoich barków. Czuła się ogromnie zależna od odpowiedzialności, która trzymała ją w miejscu i nie pozwalała odejść do przestrzeni, gdzie nie byłoby obecnego ciężaru. Sapnęła cicho, czując jak jej łapy powoli zaczynają się uginać ze zmęczenia, jednak była w tym cierpieniu pewna doza przyjemności, która powstrzymywała przyszłą Gwiazdę od odejścia. Ciężar zniknął po przerwaniu łączącej ich więzi, a Krogulec pożegnała swoją córkę za pomocą skinięcia głowy. A do niej dostąpił następny kot, którego ledwo co rozpoznała. Nigdy nie była jakoś związana z szylkretką, zawsze egzystowała sobie bardziej w tle, a córka Traszkowego Grzbietu uważała ją raczej za kogoś miękkiego i słabego.
- Mam swoje księżyce, ale pamięć mnie nie zawodzi, Jesionowa Koro – przywitała się z nią nim kocica zdołała się przedstawić, po czym wysłuchała, co ma do powiedzenia. Szacunku zaczynała powoli nabierać dopiero po tym, jak została zdegradowana, a podczas treningu z Olchowym Szeptem musiała go zacząć okazywać, by ponownie móc zostać mianowana. Nadal jednak to, jaka była wcześniej nie zanikało zupełnie, nie bardzo szanowała koty brudnej krwi i traktowała je ostrzej. Zdecydowanie przywilejowała własne kocięta i swoje wnuczki, pozwalając im na trochę więcej, niż normalnym członkom klanu. Po tym, jak Jesion zetknęła się z nią nosem, a już po chwili poczuła silny, bolący dreszcz, przeszywający każdy jej najmniejszy mięsień i sprawiający, że Krogulec poruszyła nerwowo głową, nie odłączając się jednak od Jesion. Rozszerzyła nieco łapy, by móc przybrać stabilniejszą postawę, łapiąc w zaciśniętą klatkę piersiową malutki oddech, walcząc o chociaż trochę powietrza. Czuła się przyciskana do ziemi przez naprawdę ciężkiego przeciwnika, który napierał na jej pierś i nie pozwalał wziąć oddechu. Wnet ciężar jakby zmalał, jakby masywny drapieżnik z niej zszedł, pozostawiając jedynie po sobie ból boleśnie spiętych mięśni. Oddychała ciężko, próbując ochłonąć po darze, który zmylił ją swoją delikatną nazwą, sama się zastanawiając, czy tak czują się właśnie zaszczute koty, którym nikt nie okazuje szacunku? Kątem oka ujrzała idącego do niej Chrząszczową Łapę… A raczej Chrząszczowy Brzuch, bo zdecydowanie nie wyglądał jak ten mierny terminator, tylko jak potężny wojownik. I takiego go pamiętała! Posłała mu szeroki, zadowolony uśmiech, gdy podeszło do niej nie wystraszone chuchro, a masywne ciało prawdziwego klanowego obrońcy.
- Dobrze cię widzieć takiego, jakim kiedyś byłeś – powiedziała na przywitanie, słuchając jego słów. Zaufanie i przebaczenie było czymś, czego zdecydowanie nie posiadała. Prawdziwie ufała jedynie garstce kotów, z których część była już martwa, a przebaczenia praktycznie nie znała. Dopiero relacja z Pluskającym Potokiem, a także z Wiewiórczym Ogonem po jej degradacji nauczyła ją, co to takiego. Czuła, jak mrowienie przechodzi po całym jej ciele po zetknięciu się nosem ze srebrzystym kocurem, po czym poczuła, jak w jej sercu rodzi się płomień, buchający coraz wyżej i jak na początku uczucie było przyjemne, tak po ułamku sekundy pożar zaczął trawić jej mięśnie, przez co zacisnęła zęby i wzięła drżący oddech, by już po chwili poczuć chłód tak, jakby ogień został polany chłodną wodą, która ukoiła ból i pomogła się rozluźnić przyszłej przywódczyni. Widząc kolejnego srebrzystego kocura, który niestety zmarł dawno temu, uśmiechnęła się szeroko, witając się za pomocą przyjacielskiego trącenia w bark.
- Ładnie to się spóźniać na ceremonię najlepszej przyjaciółki? – zadała retoryczne pytanie, ale chwilę potem zaśmiała się, a śmiech Motyla jej zawtórował. Tęskniła za nim, za ich wspólnymi polowaniami razem z Wiewiórem, za wspólnie przeżywanymi chwilami. Chciałaby do tego wrócić, jednak teraz było to niemożliwe. Pozwoliła przekazać sobie kolejny dar, przy którym czuła, że wylewająca się z niej pewność siebie mogłaby przenieść całe góry i nie było dla niej żadnej czynności niemożliwej. Powalenie drzewa? Nie ma problemu. Rozkruszenie głazu? Łatwizna. Trąciła nosem jego ucho w odpowiedzi na przyjacielski gest.
- Mam już parę kandydatów – odpowiedziała na słowa o zastępcy. Wybór był trudny, wahała się pomiędzy dwoma osobnikami, którzy oboje pasowali na jej prawą łapę… I każdy jednocześnie na nią nie pasował. Miała jednak jeszcze całą drogę powrotną na rozmyślania. Odprowadziła Motyla wzrokiem, po czym ujrzała ostatniego, ogromnego i czarnego kocura. Poczuła rozchodzące się po jej ciele ciepło, prędko rozpoznała w masywnej sylwetce Nietoperza. Jej brata, który zginął bardzo młodo.
- A ty za to nic się nie zmieniłeś. Też się cieszę, że mogę cię zobaczyć. Dzięki za uratowanie mnie wtedy przed tym kundlem. Bez ciebie to by mnie tu już nie było… A raczej byłabym od dłuższego czasu – odpowiedziała na przywitanie, trącając w czułym geście brata nosem w policzek. Na jej pysku pojawił się tym razem smutniejszy uśmiech, gdy przypomniała sobie, w jaki sposób kocur zmarł i jaki dar teraz od niego otrzyma. Przeszył ją ostatni bolesny spazm, spinający jej mięśnie do granic możliwości. Czuła się tak, jak za dawnych czasów, gdy pies zaatakował ją na pierwszym polowaniu, na które poszła razem z bratem, gdy kundel poturbował ją tak, że ledwo co uszła z życiem. Czuła, jak opada z sił, jednak mięśnie zostały pobudzone przez prawdopodobnie ostatni wystrzał adrenaliny, pomagając Krogulec się podnieść z ugiętych łap i stawić czoło temu, co ma nastąpić. Nawet jeśli oznaczałoby to poświęcenie własnego życia. W końcu uczucie przeminęło wraz z odsunięciem się Nietoperza, po czym jego basowy głos rozbrzmiał po całym wrzosowisku. Dokonało się. Otrzymała dar dziewięciu żyć od dziewięciu kotów, w tym od jej najbliższych. Cieszyła się, że udało jej się spotkać jeszcze raz Pies, Pluska, Nietoperza, nie mówiąc już o Traszce i Wiewiórze. Wyprostowała się dumnie, słuchając wszechobecnych głosów wykrzykujących jej nowe imię. Takie, które prawdziwie do niej przynależało i do którego nadania dążyła przez całe życie.
- Ma się rozumieć – zdołała jeszcze odpowiedzieć Traszkowej, nim ta dotknęła jej czoła, a Krogulec zamknęła ślepia. Gdy je otworzyła, znajdowała się z powrotem przed Sadzawką. Gwiezdni zniknęli, tak samo wrzosowisko i zapierające dech w piersi widoki. Była znowu w świecie żywych. Pierwsze co zrobiła po przebudzeniu, to wydała z siebie głuchy jęk. Czuła się psychicznie wykończona, tak samo jak fizycznie, chociaż była w dużo lepszym stanie, niż pomiędzy Gwiezdnymi. Usłyszała jak przez mgłę głos Ostrej, która ją chyba wołała. Poruszyła swoim ciałem, przekręcając się do wygodniejszej pozycji, podnosząc głowę i poruszając ją na boki, chcąc rozluźnić obolałe mięsnie na karku.
- Kto by przypuszczał, że otrzymywanie darów może być tak męczące – powiedziała z lekkim uśmiechem, przyjmując mysz od wojowniczki z cichym mruknięciem podziękowania. Napełniła chwilowo brzuch, chociaż sama potrzebowała czegoś więcej do najedzenia się, ale tyle powinno starczyć do czasu, aż dojdą do obozu. Podniosła się powoli, przeciągając i jeszcze raz patrząc na Szepczącą Sadzawkę, na jej niezmąconą taflę. To było jedno z ciekawszych przeżyć, zdecydowanie bardziej ekscytujące i nawet bardziej bolesne od spotkania z drapieżnikiem. Po tym, jak wszystkie kocice się posiliły, zarządziła wymarsz i poprowadziła ich taką samą drogą, jak poprzednio, kierując się do Borsuczych Pagórków, przez Grzmiącą Ścieżkę i Czarny Ogon, wzdłuż rzeki i następnie przez Kładkę.
zt
I look inside myselfand seemy heart is black.
I see my red doorandmust have it painted black.
Maybethen I'll fade awayand not have to face thefacts.
It's not easy facing upwhen your whole world is black.