Logo Artemidy
Wielka Wyprawa Paprociowej Gwiazdy Po Odebranie Swojego Przeznaczenia
#1
Nadszedł czas. Minął wiek pięćdziesięciu księżyców, teraz był już dorosły, choć wciąż latał z imieniem terminatora, co mocno go irytowało. Jednak w tym dniu wszystko się zmieni. On odzyska utraconą chwałę i w końcu przejmie rządy w Rzece, jak obiecali mu sami Gwiezdni. Ekscytacja rozpierała jego masywne ciało, napędzając go do działania jeszcze bardziej, niźli myśl otrzymania dziewięciu żyć. Interesowała go sama ranga i fakt, że wszyscy będą się go słuchać, podziwiać go, jakby sam Gwiezdny zszedł ze Srebrnej Skórki. Nadszedł czas na zmiany. Od tego dnia Klan Rzeki czekają najjaśniejsze dni, jakie kiedykolwiek były. Nic już nie będzie samo. Wszystko zmieni się pod rządami Paprociowej Gwiazdy. Rzekę czeka od teraz świetlana przyszłość. To jego imię będzie powtarzane z szacunkiem, jego słowa będą cytowane przez następne pokolenia. Jego kocięta obejmą po nim panowanie, przekształcając Rzekę w najsilniejszy z Klanów. Lada chwila cały las zadrży przed jego cynamonowym futrem, pochylając głowy z szacunkiem. Wszyscy będą go wysławiać, zjawiać się na każde jego skinienie, traktując go jak Gwiezdnego. On był Gwiezdnym, kimś przeznaczonym do bycia przywódcą. On to czuł w kościach, ta myśl wrzała pod jego futrem nie dając mu spokój. Niedługo zaśnie w wodach Sadzawki, pozna całe rzesze Gwiezdnych, którzy będą mu się kłaniać, padać przed jego ciałem. To wszystko wydarzy się za chwilę.
Dziś co prawda miał rozwiązać problem w inny sposób, mianowicie podziękować Brudnej Stopie w takim sam sposób, w jaki ona prowadziła jego trening, jednak myśl, że będzie musiał splamić sobie futro krwią... Była kusząca, to fakt, jednak nie tak jak możliwość nakrzyczenia na Gwiezdnych za brak szacunku wobec jego nieziemskiej persony. Już niedługo Skra, Brudna i ta cała Rzeka przekonają się, jak to dobrze jest być pod rządami przywódcy z powołania. Plan miał potoczyć się kompletnie inaczej, jednak gdy dojrzał Kos i jej drużynę wracającą z wyprawy, doskonale wiedział, co robić. Nie będzie musiał szukać tej całej Sadzawki, bo zapach Kos naprowadzi go do niej. Wymknął się z obozu, niezbyt przejmując się czy ktoś go zauważy, bowiem wszyscy przecież skupili się na przywódczyni i jej słowach, nie na przyszłym przywódcy, który właśnie idzie po imię Gwiazdy. Już niedługo to wszystko się spełni. Już niedługo nie będzie Paprociową Gwiazdą... Paprociową Gwiazdą! Wielkim kimś, kogo będzie bał się cały las! Będzie szanowany, uwielbiany, będzie autorytetem i idolem wszystkich kotów, nawet tych spoza lasu. Niedługo w lesie nie pozostanie żaden inny Klan poza Rzeką. Klan Rzeki, jedyny Klan w całym lesie, dowodzony przez Paprociową Gwiazdę. Cóż może być piękniejszego?
Zaczął węszyć za zapachem, chcąc jak najszybciej dotrzeć do Sadzawki. Już lada chwila wszystko się zmieni.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#2
Nadmierna ambicja to żarłoczne, niepohamowane w swoim apetycie stworzenie, którego łupem nieraz pada jej własny twórca, architekt szalonych projektów i rodzic nadzwyczajnych zamierzeń. Po co, Paprociowa Łapo, po co ci narażać się na tyle niebezpieczeństw, po co ryzykować życiem, po co ryzykować duszą?...

A jednak przyszły przywódca wyruszył. Dzień był piękny; płatki śniegu błyskały w przejrzystym, czystym powietrzu, blade słońce iskrzyło w szadzi osiadłej na gałęziach. Było chłodno, lecz nie mgliście, rześko. Łapy same zaprowadziły Paprocia na biały od śniegu Koci Grzbiet. Jeszcze kilkaset kroków dalej, przez Makową Polankę, i dotarłby na granicę, do Korzennego Jaru.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#3
Cały świat zdawał się go witać. Śnieg padał na niego, jakby chciał go jeszcze porządnie umyć przed spotkaniem z Gwiezdnymi, słońce błyskało, witając go swoimi promieniami. Ten dzień był genialny. Kroczył dumnie przez puste tereny Klanu Rzeki nie spodziewając się nikogo. Wszyscy przecież byli zajęci tą głupią Ceremonią... Ach, gdyby tylko wiedzieli, że Kos lada chwila przestanie już być przywódcą i skończy jako nieistotny członek Klanu. Jego Klanu. Rzeka, cały las, wszystkie mieszkające w nim piszczki i koty - to wszystko będzie jego.
Nie stresował się ani trochę, to słońce dodawało mu otuchy. Na pewno wysłali je Gwiezdni, żeby nie musiał marznąć podczas wyprawy przez śniegi. Szło mu się więc przyjemnie, sprawnie kroczył, czasem nawet truchtał, chcąc skrócić czas dotarcia do Gwiezdnych. Minął Makową Polankę, nawet się jej nie przyglądając, aż w końcu dotarł do granicy, Korzennego Jaru. Go również minął bez mrugnięcia okiem. Czekała go przeprawa przez Grzmiącą Ścieżkę, jednak nie bał się tego ani trochę.
Gwiezdni obserwowali swojego wybrańca, żeby nic mu się nie stało.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#4
Paproć niestrudzenie szedł i zdawało się, że nic nie próbuje pokrzyżować mu planów; dotarł do Jaru i przekroczył granicę bez najmniejszego kłopotu, a już po chwili ukazała się mu majacząca na horyzoncie szara połać Grzmiącej Ścieżki. Miejsce niewypowiedzianie groźne, zawierające w sobie niemą, powtarzaną wciąż i wciąż monotonnym, głuchym turkotem potworów, groźbę - złudnie i kłamliwie nie wydawało się w blasku dnia przerażające. Dotąd wszystko szło gładko - jedynie wiatr nieco przybrał na sile.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#5
Było dokładnie pusto, jak chciał. Już nikt, absolutnie nikt, nie będzie mu przeszkadzał w podążaniu jego ścieżką. Ekscytował się myślą na spotkaniu z Gwiezdnymi. Kogo spotka? Kto go przywita? Może ktoś z rodzeństwa?! Albo lepiej, byłych przywódców Klanu Rzeki! Na pewno wszyscy Gwiezdni z równą ekscytacją czekali na jego przybycie. Ale zanim zaśnie u wód magicznej Sadzawki, musiał przeprawić się przez Grzmiącą Ścieżką. Wyczuł jej ostry odór już dawno, jednak wyłapawszy spojrzeniem czarną nawierzchnię, cudem nie zwymiotował. Pachniała okropnie... I to on, wielka Paprociowa Gwiazda? Miał przejść przez to?! Żenujące! Jednak czego się nie robi dla swoich poddanych? Przywódcy muszą się poświęcać, tak, na pewno to Gwiezdni chcieli mu przekazać przez Grzmiącą Ścieżkę.
Doszedł do jej granicy, jednak nie na tyle blisko, by ryzykować bycie potrąconym przez potwora. Nie jeden raz słyszał o Grzmiącej Ścieżce i jej możliwościach, wolał ich nie testować. Jak to było? Musi poczekać, aż będzie pusto i przebiec, tak? Niech tak będzie, ma to jakiś sens. Przybliżył się do granicy i upewniwszy się, że ani nic nie stukocze w pobliżu, ani nie oślepiają go żadne światła przebiegł przez nawierzchnię tak prędko, na ile pozwalały mu łapy.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#6
Być może Gwiazdy faktycznie oczekiwały na pojawienie się Paprocia, i to dlatego pozwoliły mu przejść Grzmiącą Ścieżkę bez większego kłopotu; choć nie złagodziły jej wstrętnego zapachu, nie pozwoliły, by na horyzoncie ukazał się żaden potwór zagrażający życiu przyszłego przywódcy. W chwili, gdy terminator zszedł ze Ścieżki, wicher nasilił się jeszcze; cisnął mu w pysk płatki śniegu, do tej pory wirujące wzdłuż łagodnych spiralnych szlaków. Już gdy postąpił kilka kroków za Grzmiącą Ścieżkę, Paprociowi zdało się, że w białej zamieci łyskają dwa ślepia potwora, a jego ryk wstrząsa ścieżką.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#7
Co prawda ohydny zapach ścieżki wciąż unosił się w powietrzu, jednak cynamonowy samą Drogę przekroczył bez najmniejszego problemu, dokładnie tak, jak chciał. Nic nie było w stanie go zatrzymać. Kompletnie nic! Wiedział przecież, że to sami Gwiezdni całym swoimi szeregami przodków zeszli tutaj i zablokowali przejście potworom, żeby och wybraniec bez szwanku mógł przejść dalej. Tak więc cały uradowany, ba, przeświadczony, iż Gwiezdni niewątpliwie wiercą się na tych swoich gwiazdka ze zniecierpliwieniem, czekając na jego personę. On już był blisko. Jednak wszystko przez tę zamieć, nasilającą się z każdą chwilą, mogło się rozsypać. Wcześniej nie przejmował się jakoś drobinkami śniegu, lecz po oberwaniu w pysk chłodnym podmuchem, zaczął bardziej na to zwracać uwagę. Oczywistym było, że miało to jakieś połączenie, to był symbol czegoś, ale czego? Czy Gwiezdni chcieli mu przekazać, że droga do bycia przywódcą jest wymagająca i sprawdzali go w ten sposób? Tak, tak na pewno musiało być. Ale on się nie podda.
Zacisnął kły, ignorując ryk potwora za nim i ruszył dalej. Już blisko do wywrócenia lasu do góry nogami...
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#8
Teraz, paradoksalnie, długi czas nic ciekawego nie widział. Szedł przez równinną przestrzeń, jeszcze łysą i stwardniałą od mrozu, a zimny wiatr jedynie przybierał na sile. Gdzieś wewnątrz serca czuł jednak, że idzie w dobrą stronę, i gdyby nie ten lodowaty, kąsający wicher i płatki śniegu roztapiające się w gęstwinie jego futra, mógłby powiedzieć, że idzie na swoją koronację w trymufalnym blasku słońca.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#9
Wicher był co prawda dziwnym symbolem, jednak jak już siebie zdołał przekonać, są to tylko niewielkie trudności, jakie musi pokonać, by dopełnić tego wielkiego przeznaczenia. Zastanawiało go mocno, kiedy w końcu trafi do Sadzawki. Wyruszył już jakiś czas temu, przeszedł też Grzmiącą Ścieżkę, więc drogi nie musiało być wiele. Chociaż kto wie, czy nie spowalniały jego majestatycznych kroków? Właśnie, jak on wyglądał? Czyżby ten wicher stworzony przez Gwiezdnych nie mierzwił mu futerka? Wiedział, że jest najpiękniejszy, to było przecież oczywiste, wszyscy przywódcy byli cudni, ale nie mógł się pokazać jak jakiś przeciętny wojownik u swoich bogów. Albo ten wiatr właśnie układał mu kosmyki? Tak, tak na pewno musiało być. Gwiezdni jak zawsze o wszystko zadbali... Ach, szkoda tylko, że nie dopełnili jego przeznaczenia. No cóż, ale niedługo już sobie wszystko wyjaśnią.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#10
I oto, nareszcie, dotarł na miejsce. W oddali dostrzegł skrzenie się powierzchni wody, a gdy postąpił kilka kroków naprzód, ujrzał migoczącą toń Szepczącej Sadzawki w całej okazałości. Każdy kolejny krok musiał okupić kąsającym wiatrem wgryzającym się w ciało i pod futro.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#11
Proszę państwa, on to zrobił. Paproć samodzielnie, nie z jaką tam karawaną dwójki idiotów do ochrony, przybył pod Szepczącą Sadzawkę i był gotowy spotkać się ze swoim przeznaczeniem. Co się wydarzy? A może zamiast standardowych dziewięciu żyć, dostanie dziesięć? Przecież on na to zasługuje, on, taki dorosły kocur, który przez swoich współklanowiczów chodzi z żałosnym imieniem terminatora. On, gdyby koty szanowały go tak, jak powinny, już dawno byłby przywódcą. Ale no cóż, wszyscy się niedługo przekonają, kim Paproć jest naprawdę i będzie im głupio. Już widział ich zawstydzone pyszczki, gdy Paprociowa Gwiazda zajmuje miejsce na Mroźnej Skale i zaczyna prowadzić ceremonię, a oni wciąż nie dowierzają, że taki zwykły chłopak jak Paproć okazał się być ich wybawicielem ze wszystkich problemów. Ach, nie mógł się doczekać, kiedy w końcu zyska władzę nad piorunami. Wtedy takiego Skrę lub Brudną rozwali pojedynczym grzmotem i już nikt go nigdy nie poniży.
No ale dobrze, najpierw to on musiał się z tymi Gwiezdnymi spotykać. Oczywiście było mu zimno, ale kto by się tym przejmował? Zaraz mu zimno nie będzie, Gwiezdni teraz chcą go stawić przed ostatecznym wyzwaniem, czy coś takiego.
Dotarł na skraj i zaczął przyglądać się wodzie. Była całkiem ładna, pełna odbijających się promieni światła, taka migocząca i lśniąca... Jak jego cudne futro? Czemu to w ogóle nazywało się Szepczącą Sadzawką? To powinna być Sadzawka Futra Paprocia, nie jakieś szepty. On był dumny i piękny, aż wszyscy pochylali przed nim głowy, nie jakiś cichy i szepczący. Gwiezdni doprawdy czasami potrafili być żałośni.
Kontrolnie przejrzał się w Sadzawce, choć nie było takiej potrzeby. I tak wyglądał cudnie, więc nie potrzebował widzieć swojego upiększonego wyglądu w tafli wody. Co on powinien zrobić? Napić się? Przepłynąć? Może złożyć im jakąś ofiarę? Teraz to Skra by się przydał, jako taka ofiara, co prawda głupia, ale wciąż lepsza niż żadna...
Nie chciało mu już się dłużej czekać, ba, ekscytował się na myśl otrzymania swojego imienia po tylu księżycach męki... Paprociowa Gwiazda, jak dumnie to brzmiało. Już mógł siebie tak nazywać, wiedział to doskonale. Najpierw wszedł do wody, zanurzył się i wyszedł, bo całkowicie chciał dosięgnąć tej świętości. Później napił się wody, przełknął ją, racząc się nią niczym świeżo upolowaną myszą. Otrząsnął się po wyjściu z wody i zmierzył w kierunku najbliższych krzewów, żeby schronić się przed wiatrem. Przymknął oczy, starając się zasnąć, bo chyba Gwiezdni mogli odwiedzać tylko w snach. Chociaż on był inny i to do niego ktoś powinien zejść, nie on miał do kogoś iść.
Więc Halo? Gwiezdni? Gdzie wy jesteście?
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#12
soundtrack

Noc padła na las, las w mroku spał.

Zasnął niemal natychmiast po zamknięciu oczu. Czy to wypicie wody, czy zanurzenie się w świętej sadzawce tak nań podziałało - nie wiadomo. Wiadomo, że Paprociowa Łapa zasnął jak kamień.

Przez pierwsze chwile nie widział nic, nie był nawet pewien, czy już śni. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca całkowitej ciemności ujrzał przed sobą najpierw maleńki, blady blask; światełko zamajaczyło w oddali, chociaż nie mógłby określić konkretnej odległości, która ich dzieliła. Zafalowało w mroku, zadrżało i zdawało się, że zniknęło, ale oto pojawiło się na nowo; płynęło ku niemu, widział to wyraźnie, zbliżało się, a w którejś chwili zrozumiał, że nie było to jedno źródło światła, a całe ich grono. Im bliżej był, tym więcej szczegółów nabierało otoczenie. Oto i nocne niebo, ciemne zupełnie; oto śliskie i posiniałe jakby źdźbła trawy pod łapami; oto krąg kotów otaczających przybysza. To od nich bił ten siwy blask. Otaczał ich jakiś dziwny majestat; zdawało się, że poza postaciami zatarły się w nich wszelkie ślady ich ziemskiego pochodzenia i że są już istotami w całości z innego świata, istotami, z którymi nikt żywy nie mógłby się porozumieć.

Przez długą chwilę panowała cisza. Dopiero potem naprzód wystąpiła postać kocicy oszpeconej ohydną blizną na szyi, którą tylko częściowo zasłaniało długie bure futro. Przyjrzała się przybyszowi błękitnymi oczyma; chociaż spojrzenie miało być zapewne łagodne, to w oczach łyskały czerwone i purpurowe żyłki.

- Witaj - rzekła wreszcie niegłośno, jednak w zupełnej ciszy jej słowa brzmiały wyraźnie. - To nie Klan Rzeki cię przysłał; przebacz im to, są bowiem oślepieni. Oczy Gwiazdy osłoniły chmury, chmury, które zesłali nań ci sami, którzy odpowiadają za uczynienie z Klanów tej żałosnej maskarady dawnej świetności. Przebacz im, że cię nie dostrzegli. - pochyliła głowę, nadal z spokojnym półuśmiechem, potem dopiero podjęła. - Niezależnie od tego, jak wiele ciemnych sił nie zbierałoby się nad twoją głową, teraz tu przybyłeś, by rozproszyć mrok, my za to - by udzielić ci naszych błogosławieństw. Nazywam się Jaskółczy Śpiew - racz przyjąć ode mnie dar potęgi - z tymi słowami oparła nos o czoło Paproci. Poczuł, że wzbiera w nim olbrzymia siła, olbrzymia moc; zrozumiał, że nikt nie będzie mógł mu się oprzeć, że może jednym pazurem gnieść góry. Pod łapą poczuł pękające naraz tysiące czaszek pokonanych przeciwników, ich przedśmiertne krzyki wypełniły jego uszy muzyką. Wizja trwała tylko chwilę, a przez cały jej czas Jaskółczy Śpiew szeptała: - Nie możesz stosować półśrodków, gdy dążysz do celu. W wielu przypadkach umysł jest lepszy od pazura, ale gdy przyjdzie taka konieczność - bądź bezwzględny. Bądź wodą, bądź Rzeką, która zarazem wdziera się w szczeliny, żłobi dla siebie nowe koryta, niszczy przeszkody na swojej drodze i zatapia każdego, kto waży się przekroczyć jej granicę - gdy wizja minęła, a Paprociowa Łapa spojrzał na darczyńcę, kocica już odchodziła na swoje miejsce w kręgu.

Jej miejsce zajęła koścista kocica o czekoladowym futrze i wąskich oczach. Zlustrowała go czujnym spojrzeniem, nim oparła nos o jego czoło.
- Jestem Księżycowa Mara i jako taka daruję ci dumę. Nigdy nie zapominaj, kim jesteś. Kiedy stracisz w siebie wiarę, stracisz wszystko, co masz - przez jego ciało przebiegło coś jakby elektryczny wstrząs i na ułamek sekundy ujrzał pod swoimi łapami twardy głaz. Mroźna Skała, uświadomił sobie, nie, to nie była Mroźna Skała, to była dużo wyższa skała, najwyższa skała na świecie, z której szczytu widział cały świat. U jego stóp zbierał się tłum kotów; każdy patrzył wprost na niego z boskim uwielbieniem. Z tysiąca, miliona, miliarda gardeł niosło się zgodne skandowanie: skandowali jego imię.

Jeszcze się nie otrząsnął, a podeszły do niego tym razem dwa koty; kocur i kotka. On - paskudny, ogromny, o cokolwiek tępawym wyrazie pyska. Ona - zjawiskowo śliczna, wychudzona, trzymająca się na długich łapach. Oboje pokryci masą blizn, a zarazem - wydawali się być w jakiś łobuzerski sposób naprawdę głęboko szczęśliwi, naprawdę głęboko kochający się nawzajem. Kocica spojrzała na niego i już otwierała pysk, by zacząć swoją przemowę, ale ubiegł ją jej towarzysz.
- Dar bezwzględności - rzekł z namaszczeniem tonem, który sugerował, że długo zajęło mu wymyślenie tak skomplikowanej nazwy, i bez większych ceregieli palnął nosem w czoło Paprociowej Łapy; jego serce przejął najpierw lodowaty chłód, a potem twarda, pozbawiona jakiegokolwiek bólu pewność, że jest gotów bezlitośnie zmiażdżyć każdego, kto wejdzie mu w drogę. Gdzieś w dali usłyszał znowu tysiące złączonych z sobą głosów; błagały o litość. Kakofonia urwała się wraz z chrząknięciem kocicy.
- Po pierwsze, damom się ustępuje, po drugie, warto się najpierw przedstawić - rzuciła, ale po jej tonie widać było wyraźnie, że się nic nie gniewa. - Ten pan to Trzmieli Grzbiet, a ja jestem Krucze Serce. Daję ci dar osądu. Dobrze jest mieć kogoś, komu możesz zaufać, ale tragicznym jest zaufać komuś, komu się nie powinno - dotknęła Paprocia nosem, a jemu zdało się nagle, że w gestach, postawie, ruchach każdego kota jest coś niepokojącego, złego; miał pewność, że wszyscy przeciwko niemu spiskują, każdy chciałby odebrać mu pozycję; poczuł nieodpartą potrzebę odwrócenia się do tyłu, by sprawdzić, czy nikt się za nim nie czai. Wreszcie okropne uczucie zniknęło, a gdy obrócił się do przodu, już stał przed nim kolejny kot. Biała, stara kocica poznaczona straszliwymi bliznami. Rzuciła mu ostre spojrzenie lodowatych oczu.

- Udzielam ci daru niezależności. Nie pozwól, by ktokolwiek cię ograniczał, kiedykolwiek. Zrzucaj z siebie jarzmo, gdy poczujesz, że cię uciska - powtórzyła gest poprzedników. Paprociową Łap zalała kolejna wizja; tym razem doznał wrażenia, że jest wielki. Tak wielki, że nie mieści się we własnym ciele, że jego skóra i szkielet są dla niego za ciasne, że lada chwila eksploduje, że zbyt mały jest nawet cały wszechświat, że musi obalić stary porządek i na jego miejsce wprowadzić nowy, by wreszcie móc dokądś pasować. Gdy ochłonął z wizji, podszedł do niego kolejny wysłannik.

- Od Wroniego Serca w udziale przypadnie ci pamiętliwość - zagrzmiała smolistoczarna kocica, wielokrotnie górująca nad nim wzrostem. - Zrób z niej dobry użytek. Nie każdy grzech można wybaczyć. Nie każdą bliznę można zaleczyć. Przeklęty niech będzie ten, kto zapomina zniewagi! - z tymi słowy powtórzyła gest poprzedników. Przed oczyma Paprociowej Łapy przewinęły się, niby w wartkim strumieniu, wspomnienia wszystkich, wszystkich gestów, które kiedykolwiek zapiekły go w serce. Dokładnie pamiętał wszystkie okoliczności tych zdarzeń, z których wszystkie nabrały w jego oczach znamion nieomal bluźnierstwa, straszliwego grzechu, obelgi nie do przebaczenia. Nie zdołał jeszcze wyrwać się z otchłani własnych wspomnień, gdy czysto i wyraźnie zobaczył przed sobą pole jakiejś przeraźliwej bitwy zasłane padłymi lub rannymi wojownikami; na pierwszym planie ujrzał za to szeroko rozwarte ślepia, z których umykało już życie, i usłyszał gdzieś w głębi własnej głowy charczący głos konającego kota: ... przejmie władzę. Serce rozdarła mu wściekłość, żal, bezsilność, ból, cierpienie. To nie było jego wspomnienie i to nie był jego ból. Obywa znikły równie szybko i bez śladu, co się pojawiły; zaczerpnął tchu, mógł już chcieć zapytać Wroniego Serca, czy to tylko wizja artystyczna, czy fragment jej przeszłości, ale kocica już odeń odchodziła. Na jej miejscu pojawiła się wysoka, chociaż stosunkowo młoda, kocica o ryżym futrze.

- Jestem Czarny Świt - przedstawiła się ostrym tonem. Spojrzała na niego z góry; jej oczy nic nie wyrażały. - Przygotowałam dla ciebie dar zrozumienia. I nie, nie chodzi mi o zrozumienie w sensie empatii - wymówiła to słowo jakby z pogardą - chodzi o zdolność do dostrzeżenia, gdzie tkwią problemy. W kim tkwią problemy. I gotowość do ich usuwania - to mówiąc wsparła nos o czoło Paprociowej Łapy, posyłając mu kolejną wizję. Tym razem przed oczyma pojawiły się mu wszystkie koty z Klanu Rzeki, wszystkie koty, które kiedykolwiek widział, wszystkie miejsca, w których był, wszystko, czego go uczono - i wszystko to ujrzał jako zdegenerowane, wadliwe. Widział we wszystkim problem, widział we wszystkim minus, złą stronę, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego nikt nie zwrócił na to wcześniej uwagi. Gdy mara przeminęła, Czarny Świt stała nad nim jeszcze przez chwilę, taksując go surowym spojrzeniem. - Będziesz miał wiele roboty przy naprawianiu waszego świata - rzekła krótko, odwróciła się na pięcie i odeszła, mijając się z kolejnym duchem. Następna zjawa była gigantyczną kocicą o ciemnym futrze, która wyszczerzyła kły w nieprzyjemnym uśmiechu, gdy dotykała jego czoła swoim nosem.

- Jestem Skaza. Wraz z moim darem daję ci te słowa: powinieneś zawsze dostawać to, czego sobie życzysz. Nieważne jakimi środkami. Walcz kłami i pazurami, by dostać wszystko - zdawało się, że w jej ostatnich słowach wybrzmiała jakaś gorzka, ociekająca żółcią nuta. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo jego głowę wypełniły nowe obrazy. Teraz ogarnęła go szalona, dusząca żądza, niemożliwa do opanowania zachłanność. Straszliwe pragnienie, głód. Wody!, mogło pojawić się w jego głowie, wody! Zabiłby za kroplę napoju, za kęs pożywienia. Przed oczyma zrobiło mu się żółto z pragnienia, głowa zaciążyła, nim jednak upadł, wizja nagle zniknęła. Ciężko dyszał, wyczerpany wizją, i uniósł wzrok dopiero, gdy stanęła przed nim ostatnia z mar. Cętkowane, srebrzyste futro, smutne oczy, bielmo zamiast źrenic.

- Byłem ślepy przez całe życie - zaczął duch - ale oczy mojego umysłu były jaśniejsze, niż wielu moich pobratymców. Jestem Pustułczy Głos i daję ci dar wiary w siebie. Obyś zawsze ufał samemu sobie, inaczej koniec, obłęd, śmierć! Ufaj sobie... a może nie? - wyszeptał nagle, niby w żarcie, do ucha Paprociowej Łapy, i nim ten zareagował, pacnął go nosem w czoło. To, czego doznał Paprociowa Łapa, nie da się opisać słowami. Poczuł, że przestaje istnieć, że jego umysł rozpada się, dezintegruje; że jego własna samoświadomość nie pamięta już samej siebie; przecież ja istnieję!, krzyknęło coś w jego głębi, i uchwycił się tej myśli, lub raczej - to ta myśl osadziła go na swojej osi, i oto był już z powrotem, otoczony kręgiem dawców znaków. Wraz ze świadomością powróciły do niego zmysły.

- Dokonało się - zaszemrała Jaskółczy Śpiew, gdy tylko wrócił do siebie. - Władco, jak chcesz się zwać? - poczekała na jego wybór, by potem zawołać głosem uginającym źdźbła trawy: - Oto ja, Jaskółczy Śpiew, odbieram dawne, niegodne go imię temu kotu. Paprociowa Łapa umarł, niech żyje Spalająca Gwiazda!

Krzyk utonął w skandowaniu jego nowego imienia. Może była to wina jego zmęczonego umysłu, ale krzyki wydawały się być odrobinę fałszywe, bardziej przypominały kakofonię niż zgodny chór. Słuchał ich jednak, gdy cały świat zapadał się w ten sam mrok, z którego się wyłonił, a na chwilę przedtem, jak i on znikł, usłyszał cichutki, słodki szept Jaskółczego Śpiewu:
- Dobranoc.

I obudził się, słysząc w uszach huk własnej krwi przetaczającej się pod czaszką. Nie mając pojęcia, że dary były tylko manipulacją kilku przeżartych własną zgnilizną umysłów.

Pójdź do mnie w las, w ten głuchy las, a spiesz się, bo wołam już ostatni raz...
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#13
Usnął natychmiastowo, co w jego przypadku było raczej rzadkością. Zawsze przed snem lubił sobie wyobrażać reakcję kotów, gdy w końcu okaże się wielkim przywódcą, toteż trwało to dobre uderzenia serca, by w końcu jego powieki skleiły się ze sobą. Ale teraz zasnął w mgnieniu oka i co najdziwniejsze, wiedział, że śni.

Najpierw nie działo się nic, później pojawiły się blade, oddalone blaski. Czyżby to Gwiezdni do niego schodzili? Może to był pierwszy, najwcześniejszy ze wszystkich Gwiezdnych? Należało mu się poznać tak ważną osobistość, skoro był tym, kim był. Odetchnął podekscytowany i wytężył wzrok, by lepiej móc się przyjrzeć jasnemu obiektowi. Nie miał zamiaru do nikogo iść, to do niego powinni podchodzić i przed nim padać. Zaraz, jakby na zawołanie, światło rozszczepiło się, przybrało na ostrości, ukazując pojedyncze sylwetki kotów, będące źródłem ów światła. Gwiezdni. Wyczuwał ich majestat, wyróżniający się na tle ciemnego lasu, jednak ich skromna boskość była niczym w porównaniu do jego świętości. Wiedział, że lśnią słabiej, żeby nie sprawić mu przykrości, bowiem on, jako jeszcze żyjący, musi trochę poczekać by zyskać możliwość świecenia. Doceniał to. W końcu ktoś zachowywał się wokół niego, tak, jak powinien.

Nie drżał ze strachu, ni nawet nie czuł nic negatywnego. Chwila, o której śnił przez tyle nocy, lada moment się wydarzy. Te koty, otaczające go kręgiem, lada sekunda przedstawią mu, tylko jemu, przyszłość czterech Klanów i całego lasu. Ten moment w czasie był poświęcony kompletnie jego postaci i nie miał zamiaru z tego powodu narzekać. Został do tego przecież stworzony, czuł to w swojej krwi, buzującej teraz po jego kościach, wypełniając go energią i mocą. Nigdy nie czuł się potężniejszy i lepszy niż teraz. Uniósł podbródek do góry, dumnie wypinając pierś do przodu. Niech go podziwiają. Niech go wielbią.

Koty wokół niego były brzydkie i na pewno nie ma dla takich miejsca w Klanach. Klan Rzeki, jako że jest Klanem najlepszym, powinien mieć najpiękniejszych wojowników, najcudniejszych w każdym aspekcie. Ci tutejsi pewnie byli z Gromu lub Cienia. To dobrze, niech inne Klany też wiedzą o jego potędze, niech inne Klany wysyłają swoich przedstawicieli, by przywitać przyszłą Gwiazdę. Jeszcze chwila i będzie mógł przenosić gwiazdy, zmieniać los, decydować o przyszłości kocich żyć. Jeszcze chwila i cały las będzie drżał na jego widok.

Czekał cierpliwie. Nie chciał przeszkadzać swoim fanom w podziwianiu jego skromnej persony, lubił, kiedy to robili, kiedy zjadali go spojrzeniem, jednak on nie ulegał, tylko rósł w siłę, by ich przerazić. Napawał się tą chwilą, pozwalając, by każdy widział jakim jest wielkim przywódcą. Niech się go boją. Niech błagają go o litość. On nie był ich, to oni należeli do niego.

- Witajcie - przywitał ich wszystkich, gdy tama w końcu drgnęła, burząc jego idealność momentu. Skupił się na kocicy o przekrwionych oczach, bo póki co tylko ta miała siłę przełamać strach i przemówić do swojego Pana. Była szpetna, lecz Paproć miał to gdzieś. Był od niej stokroć piękniejszy i tylko to się w tej chwili liczyło. Liczyło się, że dominował nad nią spojrzeniem i wręcz kazał jej kontynuować swój wywód.

Natychmiast rzucił się w wir słów, pojmując ich znaczenie. Huh? Gwiezdni oślepieni? Teraz to wszystko zaczynało się kleić w spójną, żałosną całość. Pewnie, Gwiezdni oślepieni swoim geniusz woleli zmarnować drzemiący w nim potencjał, żeby nikt tylko nie strącił ich z chwalebnej pozycji.

- Przebaczyć? Przebaczyć zmarnowanie mego potencjału na rzecz własnego samochwalstwa? - wtrącił się jej, odrobinę oburzony, że ta miała czelność kontynuować, choć nie padło na to zezwolenie. - Przebaczenie wymaga skruchy stronny winnej, i niech wszyscy będą mi świadkami, nie widzę między wami żadnego Gwiezdnego. Gdy w końcu nocne pyski zdecydują się schować swą dumę, przebaczę im, jednak póki co niech niosą brzemię kary i nie oglądają mojej persony - wydał gładko swój pierwszy rozkaz. Pierwszy rozkaz. Drżał z ekscytacji. To było takie... genialne. Możliwość panowania nad czyimś życiem, strach w kocich oczach i wyczekiwane na jego słowa. Ta niepewność, zmieszana z niepokojem i obezwładniającą miłością do Paprocia. Kochał tę mieszankę i mógłby zostać z nią partnerem, gdyby tylko okazała się być materialna. Póki co, karmił nią swoją duszę, dając jej jeść do syta.

- Z waszych pysków wnioskuję, że jesteście jakimś odłamem Gwiezdnych i oczekujecie przebaczenia dla waszych braci. O tym już się wypowiadałem, więc spytam się was - kimże jesteście? I cóż to za miejsce? Srebrna Skórka czy może sam księżyc? - rozejrzał się po nich wszystkich władczo, zatrzymując spojrzenie na każdym z osobna. Chciał dokładnie ich zlustrować, zapamiętać każdą przebiegający przezeń emocję. Nie był nastawiony do nich negatywnie. Był pasywny, choć wszystko mogło się zmienić. Już nie musiał kryć swojej frustracji ani złości. Nie był już zniewolonym kocurem, tylko przywódcą całego lasu, nieba i wszystkich innych przestworzy.

Oczywistym było, że przybył rozproszyć mrok i zaprowadzić światło. Wiedział to, jednak te słowa rozprowadziły po jego ciele przyjemny dreszcz. Dreszcz rządny władzy i spojrzeń setek kotów. Był widziany.

- Przyjmę wasze dary, mądre koty. W podzięce, że dojrzeliście moją potęgę i zdecydowaliście się poświęcić część własnych dusz by ją uwydatnić, składam wam przysięgę, iż wy również zostaniecie wywyższeni. Jeśli zostaliście skazani do życia w tym mrocznym lesie, niedługo będziecie żyć pośród gwiazdy i chwały - zapewnił, po czym bez zbędnych przemów pochylił czoło przed Jaskółczym Śpiewem.

Otrzymywał dary. Jak przywódca. Jak przywódca! Nie krył uśmiechu ani dumy, pysznił się przed kotką, ale nie utrudniał jej zadania. Jakie to uczucie? Cóż to będzie za dar? Czy...

Wtem, wszystko przyćmiła obezwładniająca potęga. Z początku przytłaczała go, ściskała i wykręcała, jednak gdy już nieokreślona materia wchłonęła się w niego, zaczął czuć, że jego ciało jest faktycznie jego ciałem i pokonał nawet sam instynkt, który czasem wydawał się przejmować kontrolę nad jego dotychczas słabym ciałem. Nikt nie miał nawet prawa go tknąć, bo spłonąłby od bijącego odeń żaru. Samym wręcz spojrzeniem mógł zabrać czyjeś życie, i zrobić to tak brutalnie, na ile pozwoli mu jego wyobraźnia, nie zasady natury. Był wystarczająco silny by powalić tę całą matkę naturę i jej wszystkie durnowate prawa. To on panował nad światem, nie świat nad nim. Zdeptał doszczętnie podsunięte mu pod łapy kości i delektował się nimi, zgryzając w potężnych szczękach każdą ostałą chrząstkę. Jakież to było aksamitne, kojące uczucie...

- Nie będę tylko Rzeką - upomniał ją, gdy ta zaniżyła jego możliwości. - Będę Ogniem, żarem, który wypali wszystko na swojej drodze - on był ogień. Ogniem, który da kotom ciepło i spokój, bezpieczeństwo od większych drapieżników, ale w każdej chwili może zmienić wszystko w ciemny węgiel, bez krztyny współczucia i wątpliwości. - Jestem Ogniem - poprawił się szybko, po konkluzji w swojej głowie. - I taki Klan powołam: Klan Ognia, Klan, jednoczący cztery znane dotychczas, będący pod moim przywództwem. - przysiągł uroczyście, czekając na powitalne okrzyki zebranych kotów/

Po chwili podeszła do niego kolejna kocica z kolejnym darem. Teraz wręcz on przytknął swoje czoło do jej nosa, spragniony kolejnej dawki emocji.

Duma.

Jakie to proste, piękne słowo. Ile ma mocy, ile chwały i potęgi. Wbił swoje pełne moc pazury w skałę, łamiąc ją na drobne części. Na tę skałę nie mógł wejść nikt. Tylko on miał prawo by patrzeć na wszystkich z góry, dominować nad nimi. Napawał się tymi spojrzeniami, wyłapywał każdy pysk oszalałego na jego punkcie kota. Zjadał te emocje z ich oczu, łapczywie pożerał, nie mogąc się wciąż najeść.

Nie chciał, żeby coś przerywało tę chwilę.

Niezadowolony obrzucił spojrzeniem kocura, który śmiał go zbudzić. Przyjął jego dar bez większej ochoty, mając gdzieś relacje pomiędzy tym dwojgiem. Złagodniał trochę co prawda, czując, jak chłód, jego własny chłód mierzwi mu futro, dając przyjemne ukojenie od ciepłej krwi pierwszych ofiar. Dokończył jeszcze życia ostatnich drgających istot i pełen nowej energii spojrzał głęboko w oczy kocicy.
Była ładna, to prawda, ale on miał swoją Płotkę, która, gdy tylko wróci, rzuci mu się w ramiona i zapragnie zostać jego partnerką aż po kres panowania nowej Gwiazdy.

Krucze Serce wzbudziła w nim niepewność, co mogło być wynikiem jej daru. Tak czy siak, potęga tylko się w nim rozszerzyła, bo zaczął w końcu przewiercać wszystkich spojrzeniem na wylot. Widział każdą wadę w kocie, każdy błąd i ryzyko, jaką mogą przynieść jego panowaniom. Teraz już nigdy nie popełni błędu. Najmocniej jednak w jego wizji rysował się Skra i Brudna - tak samo wyraźni, pełni wady i odrazy. Spojrzał się na nich z ogniem w oczach, a po wielu chwilach bolesnych jęków, zmienili się w popiół. Miał szczerą nadzieję, że było to realne, a jeśli nie, to że było to chociaż bliskie prawdy, która zaraz się wydarzy.

Wronie Serce zgotowała my ból. Najpierw się skulił, widząc zaginionego Żwirka, Płotkę i resztę rodzeństwa. Widział też w oddali popiół Skry i Brudnej, warty tyle, ile było warte błoto dla Gromiaków. Ale zaraz uniósł barki dumnie do góry, wyzbywając się bólu. Pamiętał tylko, że bolało, co napędzało go do działania. Nie przebaczy już Skrze. Nie przebaczy nikomu. Nikt go już nie zrani, absolutnie nikt.

- Wiem - mruknął, gdy odchodziła. - Ale taki jest marny żywot bohatera. Twój dar, wasze dary - poprawił się szybko - Przydadzą się w tym z pewnością.

Od Skazy, czego się nie spodziewał, otrzymał zatrważające suszenie w gardle. Zaczął charczeć, rozpaczliwie szukając jakiegoś żywego kota, by na nim móc wylać swoją frustrację lub nakazać mu znalezienie mokrego mchu. Nie było niczego, siła potęgi chyba zmalała, bo to wszystko zaczęło mu znacząco doskwierać. Padł na łapy, starając się podnieść, lecz nie był w stanie. To atak Gwiezdnych! Uniósł zgorzkniale łeb, chcąc dojrzeć ich żałosne pyski, jednak...

Duch. To nie był Gwiezdny.

Upadł od bólu i głośno jęknął. Wszystko zaczęło go boleć, jakby jednocześnie się skurczyło i rozciągnęło do granic możliwości, nie okazując mu żadnej litości. Wszystko stało się obce i boleśnie znajome, choć nie mógł tego wyjaśnić. Parszywa Pustułczy Głos! Na pewno była wysłannikiem Gwiezdnych, chciała go zniszczyć, ale tego nie da się zrobić! Nie mógł się poddać teraz, bo jakiś Gwiezdny uznał, że musi go zniszczyć. Odsunął na bok krwawiące od wrzasków i wysokich pisków uszy, odsunął dezorientację, skupiając się na potędze, jaka rozpaliła jego cynamonowe futro. Dźwignął barki do góry, stękając przy tym z wysiłku, strząsnął pojedyncze łzy bólu i ryknął, dodając sobie otuchy.

Wszystko ustało.

Zamarł, z trudnością łapiąc oddech.

- Spalająca Gwiazda - wydyszał bez tchu. - Ja, Spalająca Gwiazda, przywódca Klanu Ognia, przywódca nieboskłonu, nocy i dnia, wody i ziemi, chcę zwać się Spalającą Gwiazdą! Niech me imię będzie przestrogą dla wszystkich; zdolny jam do rozdawania ciepła miłości i pokoju, ale i gotowy do spalenia wszystkiego co żyje, gdy ktoś znieważy moją potęgę!

Krzyki znowu urosły, rozkwawiły mu uszy, zaczął piszczeć, starając się je uciszyć, lecz na marne - one tylko rosły i rosły... Świat wydawał się doszczętnie rozpadać, a on powoli ginął w czeluściach mroku.
- Jestem SPALAJĄCĄ GWIAZDĄ! - ryknął w furii, zrozpaczony zbliżającą się ciemnością. - ŻADEN GWIEZDNY MNIE NIE ZNISZCZY. ŻADEN....! - urwał, bo wszystko zaczęło się przyciemniać.
Nagle otworzył rozszalałe oczy i obudził się z krzykiem, na równych łapach.

- Dobranoc. - wyszeptał kąśliwe do Jaskółki, uspokajając się, że pokonał Gwiezdną i teraz już wszystko będzie dobrze. Złapanie oddechu zajęło mu chwilę, jednak co rusz przypominał sobie o darach i czuł się o wiele lepiej.

Trzeba było wracać i ratować świat.

Ociężale, ale uradowany, ruszył przez noc w drogę powrotną. Czy powrót będzie spokojny czy Gwiezdni znowu zdecydują się go torturować?

//zt.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#14
Na ostatnie słowa nie było odpowiedzi. Tylko cichnący wiatr, w którym, zdało się Spalającej Gwieździe, pobrzmiewała jakaś przejmująco żałobna nuta. To musiało być jednak złudzenie. Trzeba było wracać do Klanu po własnych śladach; droga powrotna upłynęła mu bez przygód.
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości