Wątpliwości nie było, czyli mogli lecieć dalej, doskonale. Łabędź wziął głęboki wdech, na szybko wertując w głowie Kodeks, tak by przypadkiem się nigdzie nie powtórzyć, ale też podsuwać kolejne zasady w kolejności, która może ułatwi zapamiętanie... Albo chociaż nie zagmatwa prostych rzeczy.
— No to dalej... Słowo przywódcy jest prawem — to oznacza, że jego słowo jest ostatnie w dyskusji, ale nie uprawnia to przywódcy do łamania Kodeksu czy świadomego działania na niekorzyść Klanu, oczywiście. Nowo pasowany wojownik musi odbyć milczące czuwanie przez jedną noc po ceremonii. To z kolei jest związane z tradycją. Stanie się wojownikiem jest wejściem na nową ścieżkę życia; właśnie przysięgło się dozgonną wierność Klanowi, a od kolejnego wschodu słońca rozpoczynają się zupełnie nowe obowiązki. Większa odpowiedzialność i tak dalej. Dobrze jest na moment przystanąć, zastanowić się, jak również spojrzeć wstecz i docenić przebytą drogę. Każdy przeżywa milczące czuwanie po swojemu, ale ja akurat lubię ten... duchowy aspekt. — Uśmiechnął się do Goryczy, odrobinkę niezręcznie, zawstydzony, że zboczył z głównego toru i zaczął bredzić na temat własnych opinii. Odchrząknął i kontynuował: — Zwierzyna zabijana jest tylko po to, by się nią pożywić. Podziękuj Gwiezdnemu Klanowi za jej życie.Wojownik odrzuca wygodne życie pieszczoszka.Granice muszą być sprawdzane i oznakowane każdego dnia. Przegoń każdego, kto wkroczył na terytorium twojego Klanu. Z naciskiem na przegoń. To jest to, o czym mówiłem, walczymy w obronie siebie i Klanu, nie zabijamy bez konieczności. Jakieś pytania?
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
Zerknął na mistrza. — W takim razie co kiedy przywódca robi coś, szkodzi Klanowi? Czy w takiej sytuacji Klanowicze mogą mu się przeciwstawić? Czy wtedy to wciąż łamanie Kodeksu? — Trzepnął ogonem o ziemię. Czuł się odrobinę niekomfortowo rozmawiając o tym właśnie z Łabędzią Gwiazdą, prawie jakby planował rewolucję tuż przed jego nosem. A przecież on nic takiego nie myślał! Był tylko ciekaw! Tak po prawdzie, uważał, że Łabędź jest dobrym przywódcą, ale z drugiej strony — Gorycz uważałby tak o każdym, kto nie jest jego ojcem. — Hm. Nie, reszta jest jasna — powiedział. Pozostałe rzeczy były na tyle proste, że nawet nowonarodzony kociak mógł je zrozumieć. Tylko kiedy Łabędzia Gwiazda zaczął mówić coś o duchowych akceptach, Gorycz rzucił mu krzywe spojrzenie. Zaraz jednak znów spojrzał na własne łapy, czując jak koniuszki jego uszu płoną ze wstydu. Nie powinien patrzeć oceniająco na własnego mistrza i to w dodatku przywódcę, nie mógł jednak nic poradzić na to, że reagował rzeczy tego rodzaju nieco alergicznie.
— Cóż, każdemu może przydarzyć się błąd, jeśli jednak przywódca notorycznie działa na niekorzyść Klanu albo próbuje przeforsować coś niedopuszczalnego... jak mianowanie trzyksiężycowych kociąt, na przykład, uważam, że Klan powinien mieć prawo interweniować — bardziej podzielił się osobistą opinią niż ustaloną z góry zasadą, bo z tego co wiedział, ustawa nie przewidywała obalania władzy. Ale czy to oznaczało, że kot z Gwiazdą w imieniu automatycznie stawał się nieomylny? Nie mógł okazać się nieodpowiedni na to stanowisko? Nie wiedział, czy historia znała takie przypadki, natomiast nie wykluczał, że coś podobnego mogło mieć już miejsce... albo dopiero miało się wydarzyć. Oby jego nikt nigdy nie musiał siłą ściągać z Mroźnej Skały.
Dotychczasowa część Kodeksu nie budziła większych wątpliwości czy zastrzeżeń, zatem pozwolił sobie przejść do dalszych zagadnień. I oczywiście nie stało za tą decyzją nic głębszego, coś jak chęć jak najszybszej zmiany tematu, bo terminator na niego krzywo spojrzał. Skądże znowu, nic podobnego.
Ciasno owinął łapy ogonem.
— Kolejna zasada mówi o tym, że nie wolno nam polować ani wstępować na teren innego Klanu. Nie muszę się tu rozwijać, prawda? Granice czemuś służą, nasze terytoria byłyby fikcją, gdybyśmy pozwalali każdemu jak leci na nie wchodzić i korzystać z ich dobrodziejstw. Żaden wojownik nie może opuścić kocięcia w bólu czy niebezpieczeństwie, nawet jeśli jest to kociak z innego Klanu. Niehonorowym byłoby zostawić jakiegokolwiek kota w potrzebie... A kocię z całą stanowczością nie poradzi sobie samo. — Delikatnie pokręcił głową. — Zapewnienie bezpieczeństwa zagubionemu, wychłodzonemu czy rannemu kocięciu jest priorytetem. Kwestia tego, czyje ono jest i skąd się wywodzi, to kwestia drugorzędna. Kolejna zasada dotyczy Zgromadzeń i brzmi ona tak: "Zgromadzenie czterech klanów odbywa się z woli przywódców podczas pełni księżyca, kiedy trwa rozejm". Słyszałeś o Zgromadzeniach?
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
— I co, wtedy to już nie jest łamanie Kodeksu? Żadnego wiecznego potępienia, nic z tych rzeczy? Właściwie to co trzeba zrobić, żeby zostać tym no, nie-Gwiezdnym? Czy jak się raz wejdzie na cudze tereny to już się liczy? W końcu to też jest w Kodeksie. Czy ten Ciemny Las to jest tylko dla no, takich naprawdę złych kotów? — drążył dalej. Tak się akurat złożyło, iż był to temat, który od zawsze go interesował. Wychowany w tej, a nie innej rodzinie, ciężko, by było inaczej. Nie był nawet pewien, czy wierzył w Gwiezdnych ani czy chciał wierzyć. — Nie, żebym miał zamiar sprawdzać na własnej skórze ani nic z tych rzeczy! — dodał szybko, mając dziwne wrażenie, że takie pytania mogą być nieco... nieodpowiednie? Czy inni terminatorzy też tyle wypytywali o te sprawy? Łabędzia Gwiazda nie pomyśli sobie o nim nic złego, prawda?
— I takie zagubione kocię może zostać przyjęte do Klanu, jeśli nie ma co innego z nim zrobić? — W końcu Klan miał być rodziną. Dziwna by to była rodzina, przyjmująca do siebie znajdy nie wiadomo skąd. — Ano, słyszałem. Chyba ostatnio jakieś było, prawda?
Gorzka Łapa zadawał celne pytania, sęk w tym, że Łabędź nie miał mu do zaoferowania bezpośredniej, prostej odpowiedzi. Namyślał się krótką chwilę.
— To wciąż jest łamanie Kodeksu, jak mniemam — przyznał. — W słusznej sprawie i z dobrem Klanu w intencjach, lecz technicznie rzecz ujmując, łamie się Kodeks. Nie wiem, czy ktoś poza samymi przodkami potrafi jednoznacznie określić, jak wielkich przewinień trzeba dokonać, by zostać bezgwiezdnym i trafić do Ciemnego Lasu, to niewątpliwie zawiły problem. W końcu... różne są sytuacje, prawda? Czasami zdarzy się przejść przez granicę. Ba, jestem pewien, że nie raz, nie dwa, ktoś zagalopował się podczas polowania i dopadł piszczkę po niewłaściwej stronie, albo nie oparł się pokusie i zjadł przed nakarmieniem starszyzny. Błędy, pomyłki, drobne przewinienia... Nie sądzę, aby były powodem do wiecznego potępienia, jak to określiłeś. Oczywiście, nasze czyny mają znaczenie, nie zrozum mnie teraz źle. Podążanie za Kodeksem jest ważne; gdybyśmy go olali, jak moglibyśmy nazywać się Klanami? Jednak Gwiezdny Klan chyba przede wszystkim interesuje to, co mamy w sercu. Bo istnieje znacząca różnica między drobnym łakomstwem w porę zielonych liści a bezwzględnym i niepotrzebnym mordowaniem; przekroczeniem granicy z innym Klanem w imię młodzieńczej ciekawości a bezprawnym wtargnięciem, by namieszać, wywołać konflikt czy w pokrętny sposób chcieć udowodnić swoją siłę. — Potrząsnął łbem. Zbyt przesadnie komplikował już i bez tego niełatwe sprawy, ale po prostu chciał zostać dobrze zrozumianym. — Gdyby Klanowicze sprzeciwili się przywódcy tym samym chroniąc swój Klan, wątpię, żeby zostali za to zesłani do Ciemnego Lasu. Zwłaszcza gdyby ów przywódca bił ich na głowę z łamaniem zasad.
O ile to jakiekolwiek pocieszenie, kolejne pytanie terminatora miało spotkać się z o wiele prostszą odpowiedzią.
— Tak. — Tutaj mógłby skończyć, gdyby nie był Łabędziem. — Nie jest... nie była to częsta praktyka u nas, jako że Czerwona Gwiazda nie darzyła samotników i pieszczochów wielką sympatią; nie odmówiłaby pomocy kocięciu, natomiast szukałaby... a chyba nawet szukała? innych rozwiązań, jak przetransportowanie młodego na Osiedle, gdzie zajmą się nim dwunożni. Podczas panowania Ćmiej Gwiazdy to nieco uległo zmianie. Jeszcze przed twoimi narodzinami miała miejsce sytuacja, że przyjęła porzucone kocię. Nie dziwne, jeśli o nim nie słyszałeś, zaginęło krótko później.
Dłuższy czas potem doszło do jeszcze jednego zamieszania ze znalezionym młodym, ale i tu skończyło się podobnie, Łabędź sam nie wiedział, dlaczego. Nie-klanowe kocięta jakoś nie miały u nich szczęścia.
— Zgadza się, było — przytaknął, lekko pochmurniejąc na wspomnienie swojego pierwszego i jak dotychczas jedynego Zgromadzenia. Nie miał porównania i go nie potrzebował, aby stwierdzić, iż nie należało do najbardziej udanych. — A znasz historię powstania Czterech Klanów? Wiesz, jaka jest geneza Zgromadzeń, do czego służą nam teraz?
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
Z uwagą chłonął słowa Łabędziej Gwiazdy. Rzeczy, które mówił, rzeczywiście miały sens i brzmiały rozsądnie. Łabędzia Gwiazda brzmiał rozsądnie. Przyszła mu go głowy myśl, że może wyrosnął by na nieco bardziej normalnego kota, gdyby to ktoś taki jak Łabędzia Gwiazda był jego ojcem. Zaraz jednak wyrzucił tę myśl z głowy. Co było z nim nie tak? Starszy kocur jest dla niego miły (tylko i wyłącznie dlatego, że jako jego mistrz musi być, nie oszukujmy się) a on już chce się dać adoptować? Wszyscy Gwiezdni! Kiedy już Gorycz myślał, że nie może upokorzyć się bardziej... — Czyli koniec końców najważniejsze jest po prostu to, czy jest się dobrym, kotem, tak? — zapytał. — A co z samotnikami? Przecież niektóre z nich chyba też mogą... mogą być dobrymi kotami a nie wierzą w Gwiezdnych. Czy wciąż trafiają na Srebrną Skórkę? — Czy mówienie, że nie każdy samotnik był z gruntu zły też było jakiegoś rodzaju świętokradztwem? Nie miał pojęcia, nie miał pojęcia, nic nie wiedział.
— Ah, czyli teoretycznie taki samotnik mógłby stać się częścią Klanu, tak? — zapytał. Czy nie zadawał zbyt wielu pytań? Pytanie chyba było czymś dobrym. Pokazywało, że myśli, że jest zaangażowany w naukę... ale wciąż nie mógł pozbyć się myśli, że jest trochę irytujący.
— O Klanach to nie wiem. A Zgromadzenia to... w sumie nie wiem. Pewnie żeby wymieniać informacje między Klanami i inne takie, tak?
— Jeżeli mam jakieś pojęcie, jak patrzy na nas Gwiezdny Klan, to do tego by się to sprowadzało — przyświadczył. Nie mógł być pewien sposobu osądu Gwiezdnego Klanu i chciał, żeby to było jasne, aczkolwiek tak naprawdę nie wyobrażał sobie innej możliwości. Gdyby Przodkowie mieli podchodzić do tematu rygorystycznie, to trudno powiedzieć, jak wiele kotów doświadczyłoby zaszczytu zajęcia miejsca obok nich i jaśnienia na nocnym niebie. Raczej nie mówilibyśmy o pokaźnej liczbie, a tylko spójrzmy na gwiazdy; nie dało się ich zliczyć. — Hm, z tego co wiem, na Srebrną Skórkę nie trafiają koty, które w nią nie wierzą, a samotnicy z reguły zaliczają się do tej grupy. Ale... nie wykluczam, że mają swoje specjalne miejsce, swoją własną Srebrną Skórkę i własnych zmarłych przodków czuwających nad nimi. Klany nie istniały od zawsze, zapoczątkowała je taka gwiezdna interwencja, więc to wydaje się sensowne.
Żałował, że nie mógł podzielić się z terminatorem dokładniejszą, a co ważniejsze rzetelną wiedzą. Te tematy nigdy nie były proste, Gwiezdni żałowali im szczegółów, tak jakby nie chcieli, by żywi za bardzo angażowali się w sprawy martwych. I pewnie słusznie, dosyć mieli własnych spraw i problemów, choć od czasu do czasu chciałoby się poprosić o uchylenia rąbka tajemnicy... Łabędź chętnie zadałby kilka pytań.
— Natomiast mogę cię zapewnić, że klanowe koty, które zniknęły z Klanu, nie mają zamkniętego wejścia na Srebrną Skórkę, mimo śmierci z dala od domu, na długi czas po rozłące ze swoim Klanem — dopowiedział, myśląc sobie, że taka informacja może Gorzką Łapę zainteresować.
Jego to uspokajało, gdy myślał o bliskich, którzy pewnego dnia po prostu wyparowali.
— Mógłby — przytaknął krótko. A później dodał: — Chcesz posłuchać legendy powstania Czterech Klanów? Nawiązuje do początków Zgromadzeń, które nieco różniły się od tych, jakie znamy dzisiaj. Jest całkiem ładnym dopełnieniem tematu, ale jeśli nie chcesz słuchać przynudzania, to mogę od razu przejść do konkretów.
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
- A jeśli ktoś... nie jest pewien czy wierzy w Gwiezdny Klan? Wtedy też go w puszczą? Na pewno muszą być takie koty. - Zadał to pytanie bardzo spokojnie i zupełnie nie jak ktoś, kto był w to wszystko emocjonalnie zaangażowany. Pytał o potencjalne inne koty, nie o siebie. Wiadomo. Obawiał się trochę, że zasypuje Łabędzią Gwiazdę zbyt wieloma pytaniami, w dodatku pytaniami na które kocur wyraźnie nie miał jednoznacznych odpowiedzi, lecz nie był w stanie powstrzymać ciekawości. Obraz Gwiezdnego Klanu jaki malował przed nim Łabędzia Gwiazda był o wiele... łaskawszy niż to, co zwykle wyobrażał sobie sam Gorycz.
- Z chęcią posłucham. Brzmi ciekawie. - Nie miał zamiaru odrzucać ani skrawka z wiedzy, którą darował mu jego mistrz. Po części wynikało to z jego własnej ciekawości a po części z faktu, że wciąż chciał dobrze wypaść w jego oczach. Obawiał się, że jeśli powiedziałby, że go to nie interesuje, wypadłby w jego oczach gorzej. Owszem, Łabędzia Gwiazda twierdził, że to nic złego jeśli Gorycz będzie chciał przejść dalej, ale... co jeśli to jakiś test? Żeby sprawdzić jego dedykację do nauki czy coś w tym rodzaju? Trzeba było się mieć na baczności!
— Hmm, tego nie wiem — przyznał, marszcząc lekko brwi. — Myślę, ale to tylko moje luźne dywagacje, że to już zależy nie od Gwiezdnych, a od konkretnego kota — od tego, czy będzie gotów przyjąć za fakt istnienie Gwiezdnego Klanu, czy chce go doświadczyć i stanąć u ich boku, nawet jeżeli nie jest ich pewien. Ktoś, kto ma zamknięte serce, nie będzie miał sposobności otworzyć się na to, co mają mu do zaoferowania; to nie tak, że nie zostanie wpuszczony, ale sam odetnie sobie od nich drogę.
Odchrząknął, by oczyścić gardło przed dłuższą pogadanką. Jak na dzień treningowy oryginalnie poświęcony walce, dużo dziś gadał.
— Wydarzenia składające się na tę historię miały miejsce tak dawno temu, że nikt z obecnie żyjących kotów nie jest w stanie powiedzieć, ile w tym wszystkim prawdy, a ile dopowiedzeń i przekształceń wynikających z przekazywania jej z pokolenia na pokolenie przez wiele pysków — zaczął usadawiając się wygodniej. — Działo się to na terenach znacznie oddalonych od naszych obecnych ziem. Nasi dalecy przodkowie prowadzili wówczas samotniczy tryb życia; jasne, niektórzy formowali się w grupki, inni w pary, ale nijak nie przypominało to tego, co znamy teraz. Granic nie było wcale albo przesuwały się z dnia na dzień. Koty staczały walki o co tylko się dało — o pożywienie, o miejsce do spania, o krzywe spojrzenie, którym jeden uraczył drugiego, a w utrzymaniu pokoju nie pomagał fakt rozrastającej się kociej społeczności. Wola przetrwania zmuszała do ciągłego utrzymywania kłów i pazurów w gotowości, jednak z czasem z mieszkańców lasu zaczęły wychodzić najgorsze cechy — chciwość, zuchwałość okrucieństwo, a ta niebezpieczna mieszanka pewnego dnia doprowadziła do wybuchu otwartej wojny. Krew rosnącej z każdym uderzeniem serca liczby poległych zbrukała niegdyś piękne i bogate w zwierzynę tereny, ci, którym udało się ujść z życiem, byli ranni i bitwa wreszcie musiała się zakończyć... przynajmniej tymczasowo. Wyczerpani ocaleni pogrążyli się we śnie, otuleni blaskiem księżyca w pełni, a tam czekali już na nich ich zmarli towarzysze. Nie nosili na sobie żadnych śladów stoczonego boju, ich skóry nie skażone były najmniejszymi zadrapaniami, na próżno doszukiwać się kropli krwi, natomiast ich futerka połyskiwały, jakby odbijała się w nich Srebrna Skórka. I to właśnie oni, pierwsi znani nam Gwiezdni, otworzyli żywym oczy. Dobitnie uświadomili im, że kontynuowanie wojny nie rozwiąże problemu, jedynie kosztować będzie więcej żyć, doprowadzi do zguby. Przekaz był prosty — aby przetrwać, koty musiały się zjednoczyć.
W tym momencie przed szereg wyszła kotka o imieniu Cień. Zauważyła, że ktoś powinien objąć rolę lidera, jeśli ma zostać zachowany ład, po czym zgłosiła swoją kandydaturę. Nie spodobało się to Rzece, który czuł się odpowiedniejszą osobą na to stanowisko. Grom i Wicher także nie chcieli oddać władzy nad całym lasem tak łatwo i między czwórką doszło do kłótni. Przerwało ją dopiero przysłonięcie księżyca przez złowróżbne, ciemne chmury. Ponownie głos zabrali Gwiezdni — polecili zebranym podzielić się na cztery klany oraz sprawiedliwie rozdzielić terytorium, którego odtąd będą bronić i którego granice nie będą przekraczane. W ten sposób uformowały się Cztery Klany. Rzeka zebrał doskonałych pływaków; jego Klan zamieszkał przy wodzie, gdzie członkowie mogli żywić się rybami. Wicher zrzeszyła ponadprzeciętnych biegaczy i miłośników otwartych przestrzeni; odtąd mówiło się, że dla jej Klanu złapanie królika jest proste jak połknięcie płotki. Grom zgromadził koty silne, o równie mocnych charakterach, zdolne do przetrwania nawet w najbardziej wymagających warunkach. Cień odnalazła podobnych sobie, nocnych łowców, inteligentnych i walecznych, którym nie straszne są ani podmokłe ziemie, ani polowanie na wysokościach.
Pierwsi przywódcy otrzymali dar dziewięciu żywotów, natomiast ich imiona od tej pory kończyły się członem Gwiazda, na znak błogosławieństwa i poparcia Gwiezdnego Klanu. Podlegające im koty zyskały miano wojowników. Klany zaopatrzono w jasno określoną hierarchię oraz Kodeks Wojownika; to miało za zadanie pomóc utrzymać ledwo nawiązany pokój, tak by dawne błędy nie zostały popełnione ponownie, a koty mogły żyć w harmonii, bezpieczeństwie i dostatku. Gwiezdni zaprzysięgli się mieć ich w swojej opiece, czuwać nad Klanami i przychodzić do nich w snach, za swoich głównych pośredników obrawszy medyków. W zamian Klany obiecały spotykać się co pełnię księżyca na Zgromadzenia — pokojowe spotkania utrwalające pamięć wydarzeń, które zapoczątkowały ich powstanie. I tak się stało. Przywódcy podczas nich wymieniali się nowinkami, pozostali dzielili języki i plotkowali w przyjaznej atmosferze. Wszystko po to, by Cztery Klany pozostały w dobrej komitywie i pamiętały, jak ważny jest pokój, oraz że mają wspólną historię, którą zespoiła ich ze sobą na zawsze, nawet jeśli z pozoru dzieli ich więcej niż łączy.
Przez dłuższy czas Zgromadzenia właśnie tak funkcjonowały, aż nie weszła zmiana zarówno w Kodeksie Wojownika, jak i w życiu kotów. Wspomniałem, że teraz Klany gromadzą się z woli przywódców; być może coksiężycowe Zgromadzenia były kłopotliwe w organizacji? Tego nie wiem, wiem natomiast, że teraz raczej potrzebny jest konkretny powód, by spotkać się pod Czterema Dębami. W innym wypadku chyba nikt nie widzi takiej konieczności.
Co było przykre, spoglądając wstecz na genezę powstania tej pięknej tradycji. W teorii, bo w praktyce Łabędź nie czuł wielkiego żalu. Nie dość, że tłumy go przytłaczały, to gdy było się głową Klanu, Zgromadzenia jawiły się bardziej jako silny czynnik stresogenny, nie przemiłe posiadówy w gronie sympatycznych pyszczków. A po ostatnim Zgromadzeniu miał cichą nadzieję, że zostanie mu oszczędzony zaszczyt brania udziału w następnym.