Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Nim się obejrzysz, będzie z ciebie wojownik.
Słowa tę dźwięczały w umyśle Nagietkowej Łapy, na którego pysku zawitał delikatny uśmiech. Uda się. Zostanie wojownikiem przed Porą Młodych Liści. Zajmie się patrolowaniem granic, polowaniami, a może i nauczaniem własnych terminatorów? Może nawet wszystko się ułoży... Oczywiście, że sam nie był co do tego przekonany, a wszelkie wątpliwości wspaniale w nim kwitły, ale rozpaczliwie pragnął, by tak było – by wszystko wreszcie jakoś się ułożyło. Wypuścił powietrze ze świstem.
Zapewnienia Łabędziej Gwiazdy częściowo zdjęły odczuwany przez Nagietka ciężar. Dokładnie tak, po prostu wczuł się w sparing. – Chciałbym... skończyć trening przed Porą Młodych Liści – powiedział wreszcie, obserwując reakcję mistrza. Sam nie wiedział, czemu ostatecznie zdecydował się z nim podzielić tą refleksją, tym bardziej, iż było to ich pierwsze spotkanie. Szybko więc uzupełnił swoją wypowiedź: – Dlatego tym bardziej będę się przykładał.
Skinął głową, na powrót uśmiechając się ciepło. – Chętnie – wymruczał z zadowoleniem, zabierając się do ostrożnego zejścia z Kociego Grzbietu. Był przekonany, że towarzystwo kocura bez wątpienia dobrze mu zrobi. Łabędzia Gwiazda był sympatycznym rozmówcą, który jak na razie działał na Nagietka uspokajająco. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by poprowadzić ten dzień w przyjaźniejszym tonie. Nie przepadając za ciszą, szybko znalazł temat, który miał potencjał na dłuższą rozmowę. – Dużo pamiętasz ze swojego treningu?
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Nie krył zaskoczenia usłyszawszy o celu Nagietkowej Łapy, jednak już po chwili uśmiech na powrót zagościł na jasnym pysku.
— Nie chcę zapeszać, ale jeśli kolejne dni będą wyglądały jak dzisiejszy, myślę że ci się to uda. Tak czy inaczej, nie sądzę, byś miał powód do obaw... Ale, rzecz jasna, przykładanie się jest mile widziane — powiedział pogodnie. A po kolejnych uderzeniach serca dodał, przyglądając się czarno-białej mordce z życzliwym zainteresowaniem: — A dlaczego akurat przed porą młodych liści, jeśli wolno zapytać?
Och, jeśli terminator faktycznie szukał tematu, który nie wyczerpie się po krótkim czasie, to trafił w dziesiątkę. Na pytanie o jego trening, Łabędź zawiesił spojrzenie ponad horyzontem i mruknął przeciągle, zaglądając w karty zakurzonych wspomnień.
— Pamiętam, że był niefortunny — zaczął ze śmiechem. — Nie zrozum mnie źle, miałem najwspanialszych mistrzów pod słońcem, gdyby nie oni, nie wiem, gdzie teraz bym był. Jednak pech śledził mnie niemal przez całą drogę, przynajmniej tak to odczuwałem. Począwszy od ceremonii mojego miotu, którą przesiedziałem w lecznicy. Wyszedłem z niej... księżyc później? Dwa? Jakoś tak. Niedługi czas, chociaż wtedy to wydawało mi się końcem świata. Siedem księżyców i stać w miejscu? Nie może być! Tak mi było wstyd, że przełamałem lęk i, trzęsąc się jak osika, spytałem Czerwoną Gwiazdę, czy mogę rozpocząć trening przed kolejną ceremonią, jako że nie zapowiadało się, by przez jakiś czas miała się jakaś odbyć. Zgodziła się, a moją mistrzynią została młoda wojowniczka, Przepiórcze Piórko. Niestety, pech ciągnął się za mną dalej i po kilku spotkaniach, podczas których w zasadzie nie zdołałem nauczyć się niczego konkretnego, przestała się zjawiać, nawet już nie pamiętam, z jakiego powodu. Aż tu pewnego razu przyszedł do mnie Kałużowy Krok i oznajmił, że został moim tymczasowym mistrzem i... czas najwyższy zacząć dorzucać się na stos; pora nauczyć się polowania! Byłem przerażony. Ja? Polować? Tak od razu? Kiedy nie potrafię choćby ogona upilnować, żeby nie chwiał się jak gałązka na wietrze? Ale gdzieżbym śmiał sprzeciwić się swojemu mentorowi, tymczasowemu czy nie. No i polowałem, a jakież było moje zdziwienie, gdy faktycznie udało mi się upolować tłustego królika, a później kolejną i jeszcze jedną piszczkę. — Uśmiechnął się z rozbawieniem, wspominając tamte czasy. Dziwnie bliskie oraz odległe zarazem. Nim się obejrzał, wylądował tutaj, kilkadziesiąt księżyców w przyszłość, jako głowa Klanu. Gdyby Łabędzia Łapa wiedział, co go czeka, z miejsca zszedłby na zawał. Łabędzia Szyja o mało nie zszedł. — Koniec pecha? Skądże znowu. Minęło trochę i Kałużowy Krok przejął mój trening na stałe, po tym, jak Przepiórcze Piórko została porwana przez dwunogów. To był dla mnie wielki cios, choć nie większy, niż późniejsze zaginięcie Kałużowego Kroku... Które akurat zbiegło się w czasie ze śmiercią mojego ojca, możesz więc sobie wyobrazić, w jak wyśmienitym nastroju przyjąłem kolejną zmianę. Ale jak mówiłem, trafili mi się wspaniali mistrzowie i właśnie taki był Kornikowy Konar, który również najpierw zastępował mojego mentora, aż w końcu stał się nim oficjalnie. To dzięki niemu pod koniec treningu mogłem towarzyszyć jemu, Ćmiej Gwieździe, wówczas jeszcze Zmierzchowi, oraz Gorzkiej Łapie, ówczesnej terminatorce medyka, w wyprawie do Szepczącej Sadzawki, tuż po śmierci Czerwonej Gwiazdy... A przy Sadzawce spotkać się z Lodowym Kłem, moim tatą.
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Z początku obawiał się reakcji Łabędziej Gwiazdy, jednak tak naprawdę nie miał ku temu powodu – uniósł ku górze kąciki warg, gdy tylko dostrzegł uśmiech, a jakiegokolwiek niepokoju wyzbył się wraz ze słowami wypowiedzianymi przez mistrza. Oczywiście, absolutnie nie miał zamiaru rezygnować z przykładania się; zgodnie z umową był gotów odpuszczać, jeżeli tylko brakowałoby mu sił, ale nie oznaczało to braku zaangażowania w trening. Częściowo był gotów na zadane mu pytanie, stąd tylko spuścił wzrok i cicho westchnął. – Może trochę to głupie, ale... Szafirowy Pyłek chciał pójść ze mną na ryby, gdy się ociepli. Powiedział też, że może będzie to po moim mianowaniu, więc... tak uznałem, że dam z siebie wszystko, żeby teoretycznie mogło tak być... – przerwał, czując, że nie musi precyzować, co stało mu na przeszkodzie. Zresztą, raczej nie czuł się na siłach, by mówić o tym na głos.
Rzeczywiście, trafił w dziesiątkę – ostatnie, co mogło im teraz grozić, to cisza. Nie spodziewał się nawet, że Łabędzia Gwiazda potrafi być aż tak wygadany, ale nie zamierzał przecież narzekać, ba, przysłuchiwał się jego słowom ze szczerym zainteresowaniem, co jakiś czas potakując, by dać temu dowód, a co jakiś czas z jego pyska wyrwał się nawet cichy, sympatyczny śmiech. Jako kocię również nie mógł się doczekać treningu, chociaż trudno powiedzieć, by czegoś się szczególnie obawiał; wszystko raczej przyjmował z wielkim entuzjazmem. Mina trochę mu zrzedła, gdy kocur napomniał o kolejnej stracie, jakże mu bliskiej. Mimo to... uśmiechnął się? Smutno, współczująco, ale uśmiechnął. – To musiało być... piękne spotkanie... A jak było w Szepczącej Sadzawce? Gdy już miałeś dostać dar dziewięciu żyć? – spytał, czując lekkie ukłucie zazdrości. Sam nie mógł się doczekać, kiedy któryś z jego ojców zdecyduje się go odwiedzić – chyba nie musiał w tym celu zostawać przywódcą...? Zaraz jednak przypominała mu się kwestia, na którą z Szafirkiem nie znaleźli odpowiedzi, a obecnie mógł spytać u źródła. – Jak to się stało, że zostałeś przywódcą? Bo teoretycznie powinna była nim zostać Wydmowa... Uch, przepraszam, nie pamiętam, jak się nazywała... Ale nie byłeś wtedy zastępcą, prawda? Gwiezdni jakoś to wyjaśnili?
Pytania zadawał ostrożnie, nie chcąc przypadkiem urazić mistrza, ale sympatycznym, nieuszczypliwym tonem. Nie rozumiał jednak tego, czemu ani kiedy Kodeks Wojownika można było naginać, a już zwłaszcza – dlaczego robili to Gwiezdni, od których przecież pochodził.
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Spojrzał na łaciatego miękko, ze zrozumieniem. Szafirek, hm? Może trochę to głupie, ale miał nadzieję, że dokończy to, co zaczął jego siostrzeniec, należycie, tak, że gdyby dane mu było stanąć obok nich, wyraziłby zadowolenie z przebiegu ich treningu. Łabędź mógł być głową Klanu, przykładnym wojownikiem i mistrzem, nauczyć się stawać na głowie czy zabawiać Rzeczniaków fikołkami z Mroźnej Skały — pod pewnymi względami nigdy nie dorówna synowi Ciemnej Mordki, po prostu.
— Nie ma w tym nic głupiego — zaprzeczył z lekkim potrząśnięciem głowy. — Jestem pewien, że zrobisz mu przyjemność takim gestem. Nie powiem, że będzie dumny, ponieważ, cóż... Już jest. Już był, gdy chwalił się twoimi postępami. Mnie też mówił, że prawie na pewno będziesz gotów do mianowania przed porą młodych liści, wiesz?
Pytanie o ceremonię przy Szepczącej Sadzawce wymagało od niego krótkiego zastanowienia. Księżyce mijały, a natłok uczuć towarzyszących mu w tamtej chwili pozostawał żywy, ilekroć wracał do niej myślami.
— Było... magicznie. I onieśmielająco zarazem — przyznał, rozkładając uszy na boki, jakby ponownie znalazł się w tamtej chwili i znów był Łabędzią Szyją stojącym u progu największej zmiany w swoim dotychczasowym życiu. — Czułem się jak drobinka kurzu, będąc otoczonym pełnymi majestatu, pobłyskującymi gwiezdnym pyłem Przodkami. Spotkałem tam wielkie osobistości: Świetlikową Gwiazdę, Czerwoną Gwiazdę, Ćmią Gwiazdę... ale też mojego ojca, a nawet brata, który zaginął krótko po moim mianowaniu na terminatora. To dziwne uczucie wiedzieć, że tyle kotów patrzy na ciebie z góry, postanowiło powierzyć ci swój cenny skarb i ufa, że będziesz potrafił się nim należycie zaopiekować. Jednak coś musiało tkwić w atmosferze na Srebrnej Skórce, a może to otrzymane od Gwiezdnych dary? Coś sprawiło, że obudziłem się silniejszy. I pewniejszy.
I szybko ta pewność została wystawiona na próbę. Ledwie postawił łapę w Obozie, czekało go stanięcie pysk w pysk z Paprociową Łapą, samozwańczą Spalającą Gwiazdą. Cóż, jego kadencja rozpoczęła się burzliwie i odtąd nie poznał smaku prawdziwego spokoju. To chyba domena wszystkich przywódców, czego sobie nie uzmysławiał, dopóki nie stanął na ich miejscu, nie odczuł na własnej skórze.
— Wydmowy Wiatr. Masz rację, powinna była, jako zastępczyni Kosowej Gwiazdy, a mimo to Gwiezdni postanowili inaczej, zsyłając jej wizję. Podobno przedstawiała gwiazdę znikającą z nieboskłonu; na jej miejsce wstąpił łabędź, stając się nową gwiazdą. Według Wydmowego Wiatru był to znak, że to ja powinienem udać się do Szepczącej Sadzawki... A tam nie zostałem wyprowadzony z błędu. — Pytanie Nagietkowej Łapy nie uraziło go w najmniejszym stopniu. Rozumiał ciekawość, bądź co bądź nie była to standardowa sytuacja, a będąc całkowicie szczerym, osobiście do teraz nie w pełni rozumiał odgórne motywy, które poprowadziły jego życiem w takim kierunku. Nie mógł się zatem dziwić młodemu. — Nie zostało powiedziane wprost dlaczego, chociaż większość Klanu snuła podobne domysły, myślę że trafne. Widzisz, po długich rządach Czerwonej Gwiazdy, czas Ćmiej Gwiazdy skończył się nieporównywalnie szybko; nie minął nawet jeden pełen obieg pór od początku jej panowania, jak została porwana przez dwunogów i zmarła w ich siedlisku. Później nastała Kosowa Gwiazda, która rządziła jeszcze krócej... Została przywódczynią w porę nagich drzew i chyba jej zdrowie nie zniosło tego najlepiej. Przez długi czas była mało... widoczna, mało obecna duchem, aż wreszcie przestała być obecna również ciałem i nikt nie wie, co się z nią stało. — Westchnął. Wyglądało to tak, jakby już sama wyprawa wiele ją kosztowała, a później było tylko gorzej. Ta sama przeklęta wyprawa, po której zniknęła Mętna Łapa. — Do czego zmierzam — Rzece brakowało stabilizacji. Słyszałem to z pysków niektórych kotów, zresztą nic dziwnego, że częste zmiany w tym zakresie wywoływały niepokój. Wydmowy Wiatr była wówczas najstarszym kotem w Klanie, nawet dziewięć żyć nie mogło zapewnić jej długiego czasu tutaj, szczególnie w formie odpowiedniej do przewodzenia Klanem. Prawdopodobnie Gwiezdni mieli to na uwadze, chcieli uchronić nas przed kolejnym zachwianiem stabilizacji, a że dwóch zastępców nie ma... Musieli wybierać spośród wojowników. Padło na mnie. Może ze względu na mój wiek rokowałem im na kogoś, kto pożyje dłużej i co by się nie działo, przynajmniej będę. — To ostatnie dodał ze śmiechem, w oczywistym żarcie.
Aczkolwiek nie zdziwiłby się, gdyby prawda leżała gdzieś w pobliżu. Nie był najlepszym wyborem z możliwych, to nie ulegało wątpliwości. Klan Rzeki był bogaty w wyśmienitych wojowników, zarówno wtedy, jak i obecnie. A jednak to on zasiadał na Mroźnej Skale. Niezbadane są wyroki gwiezdne.
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Uśmiechnął się słabo, gdy Łabędzia Gwiazda zaprzeczył, jakoby w jego rozumowaniu było coś głupiego. Zaraz jednak spojrzał z niedowierzaniem na mistrza, unosząc wysoko brwi. Szafirkowy Pyłek już jest dumny? Chwalił się postępami i dzielił tymi przemyśleniami z kocurem? Potrzebował kilku uderzeń serca, w trakcie których jego głowa była opuszczona, nim wreszcie jego oczy się zaszkliły, a pysk rozjaśnił znacznie bardziej szczery uśmiech. Powiedzieć, że potrzebował tego, to jakby nic nie powiedzieć. – Nie, nie wiedziałem – powiedział, gdy wreszcie otarł pysk z tych kilku łez, które oczyszczająco spłynęły po jego policzkach. Znów podniósł wzrok na mistrza, by z wdzięcznością dodać: – Ale cieszę się. Dziękuję, że mi powiedziałeś.
Z przyjemnością słuchał opowieści o wizycie w Szepczącej Sadzawce. Z pewnością przyczynił się do tego fakt, iż widać było, że przywódca dalej przeżywa tamte chwile, jakby zdarzyły się przed wschodem słońca, ale poza tym Łabędzia Gwiazda był po prostu świetnym mówcą. Jego wypowiedzi były rozbudowane w szczegóły, ale te pod żadnym pozorem nie były nużące; ba, trafnie ubarwiały całość, od początku do końca trzymającej się konkretu. Nagietek był zwyczajnie pod wrażeniem. – Żaden Gwiezdny nigdy mnie nie nawiedził, więc może się mylę, ale chyba mogą z nami rozmawiać w snach, prawda? Nie uważasz, że to dość zabawne, że któryś z nich mógł zwyczajnie powiedzieć, czego oczekują, ale zamiast tego ci zdecydowali pobawić się w niejasne symbole? – Jego wibrysy zadrżały w wyrazie rozbawienia, na które z pewnością nie pozwoliłby sobie przed księżycami. Wierzył, że musiała to być niezwykle trudna decyzja, ale teraz, z perspektywy czasu i posiadając wiedzę, jakiej nikt wtedy nie posiadał... wydawało się to przynajmniej zabawne. Zaraz jednak Łabędzia Gwiazda przeszedł do dalszych wyjaśnień, już znacznie bardziej ponurych, przez co Nagietek położył po sobie uszy z cichym westchnieniem. Cała ta niepewność, stojący w powietrzu niepokój... brzmiały potwornie. Całe szczęście, że jako Klan mieli to już za sobą, chociaż nie oznaczało to innych przeciwności losu. Rozluźnił się dopiero słysząc śmiech przywódcy; wyraz jego pyszczka złagodniał. – No i faktycznie, przynajmniej jesteś – zaczął rozbawiony, wesoło poruszając wibrysami. – Ale... jestem jeszcze ciekaw. Powiedziałeś, że Kosowa Gwiazda zniknęła. Myślisz, że wraz ze zniknięciem straciła wszystkie życia, podarowane jej przez Gwiezdnych?
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Przyglądał się kocurkowi najpierw z zatroskaniem, później z rosnącą czułością, w czasie gdy tak obserwował zachodzące w jego postawie zmiany. I żal ścisnął mu serce, że Szafirkowego Pyłka nie było tutaj. Nie tylko po to, aby trwać przy swojej rodzinie nie mogącej pogodzić się z jego nagłym odejściem, ale by towarzyszył Nagietkowej Łapie, który potrzebował go żywego. I który w swoim krótkim życiu stracił tak wiele bliskich. Od matki i rodzeństwa począwszy, bo choć oni nie umarli, to łaciaty został od nich odseparowany. Ile miał wtedy księżyców? Dwa, cztery? Okropieństwo.
Zmrużył oczy z sympatią, jedynie w ten niewerbalny sposób reagując na podziękowania. Nie były potrzebne, ale Łabędź cieszył się, że podzielenie się tą drobną informacją go podbudowało, nie dobiło.
— Och, to prawda, nasi Przodkowie lubują się w niejasnych przekazach i zwykle nie zdradzają zbyt wiele swoich przemyśleń, pozostawiając nam szerokie pole do interpretacji — zgodził się lekkim tonem. — Ale zauważ, że zwykle nie narzucają swej woli, pozostawiając nam, żywym, decydujące słowo. Może właśnie dlatego obrali taką metodę? Wizja była wskazówką, nienatrętną podpowiedzią, którą Gwiezdni podzielili się widząc trudności, z jakimi mierzył się Klan. Mogę się mylić, ale przypuszczam, że gdyby Wydmowy Wiatr zdecydowała się nią nie sugerować i, zgodnie z Kodeksem, osobiście udać się do Szepczącej Sadzawki, otrzymałaby dar dziewięciu żyć.
Prawdopodobnie ku dezaprobacie co poniektórych Przodków, ale oni raczej nie mieli w zwyczaju ingerować, dopóki nie było to absolutnie konieczne. W przeciwnym razie zrobiliby cokolwiek w celu przerwania poprzedniego Zgromadzenia... albo chociaż naprowadziliby Klany, która ze "stron" miała rację. Tymczasem z ogólnej wrzawy, monologów i dyskusji wynikło nic, tak jakby nic z tego w ostatecznym rozrachunku nie miało najmniejszego znaczenia.
— Przyznam, że nie mam pojęcia — odpowiedział, a jako że właśnie przekroczyli wejście do Obozu, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami skierował się do stosu zwierzyny. Jednak zamiast dokonać wyboru z dostępnego menu, mówił dalej, z uwagą w pełni poświęconą rozmówcy: — Całkiem możliwe, że tak. — Co nie było przyjemną myślą. Przyjmowanie darów wiązało się ze sporą dawką dyskomfortu, więc co dopiero musiał czuć kot, któremu wydzierano je siłą? — W końcu otrzymuje się je po to, żeby z ich pomocą sprawować pieczę nad Klanem przez długie księżyce, by opiekować się jego członkami i móc zawsze nadstawić za nich karku bez paraliżującej myśli, że jeden zły ruch będzie kosztował Klan utratę przywódcy. Jeśli przyjąć ten punkt widzenia, dodatkowe życia nie są już jej potrzebne. A przynajmniej Kosowa Gwiazda nie może skorzystać z nich zgodnie z przeznaczeniem.
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Decyzja zastąpienia konkretnych poleceń niejednoznacznymi wskazówkami wydawała się dość zabawna – Łabędzia Gwiazda miał jednak rację, a Nagietek przyznał mu ją krótkim skinięciem pyska. Rola Gwiezdnego Klanu była bez wątpienia niebagatelna, ale pewnie to i lepiej, gdy ostateczna decyzja należała do żywych, skoro to oni musieli się później mierzyć z taką a nie inną rzeczywistością. – Tylko też... No, na pewno nie mogli przewidzieć odejścia poprzedniej Gwiazdy, ale jednak wrzucili cię na taką głęboką wodę. Byłeś wojownikiem, nie wiem jak długo, ale i tak nie pełniłeś obowiązków zastępcy, które są przecież pewnego rodzaju przygotowaniem. To musiało być... strasznie trudne – powiedział tonem, który wskazywał równocześnie na zmartwienie i... narastający w nim podziw. Zaraz jednak lekko się uśmiechnął. – Przynajmniej dary od Gwiezdnych trochę ci pomogły.
Kiedy przekroczyli wejście do Obozu, jego uwaga wciąż była skupiona na Łabędziej Gwieździe. Wbrew pozorom nie chodziło jednak o dobre maniery i kwestię autorytetu; Nagietek był po prostu szczerze zaangażowany w to, co starszy kocur mówił, a już tym bardziej, że ten starał się wyjaśnić niejednoznaczne kwestie, których nie udało mu się rozwiązać z Szafirkowym Pyłkiem. Przysiadł, lustrując wzrokiem stos zwierzyny i nie odmówił wróbla, który jako pierwszy przykuł jego uwagę. – Ciekawe czy takie odebranie żyć sprawia, że koty czują się... niepewne? A przynajmniej mniej silne, niż przed spotkaniem z przodkami – powiedział, zabierając się za jedzenie. Dopiero teraz odczuł efekty niewyspania, sparingu. Był dojmująco zmęczony. Zamierzał jednak wpierw skończyć posiłek, nim pożegna się z mistrzem.
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
— Los bywa przewrotny, prawda? — odparł z zalążkiem zamyślenia, które zmąciło błękitne oczy. — Nie wiem jak Gwiezdni, choć zapewne nie mieli innego wyjścia, niż improwizować, ale Kosowa Gwiazda miała plan. Pamiętam jak, gdy wyznaczała zastępcę, zapewniła nas, że jej następca będzie odpowiednią osobą na to stanowisko i godnie poprowadzi Klan. A do tego czasu potrzebuje pomocy... i wybrała Wydmowy Wiatr, podkreślając, że kiedy nadejdzie pora, będzie mogła przejść na zasłużony odpoczynek. Jeśli ktokolwiek, to tylko ona wiedziała, kogo konkretnie Kosowa Gwiazda miała wtedy na myśli, ale na pewno nie mnie.
Nie miał wątpliwości, ponieważ już w tamtym czasie mógł zostać zastępcą w zgodzie z zasadami Kodeksu Wojownika. Nie była to nigdy jego wymarzona ścieżka, aczkolwiek znając swoje dalsze losy w tej historii, Łabędź trochę żałował, że nie zyskał możliwości zdobycia doświadczenia pod kompetentnym okiem ówczesnej przywódczyni.
Widząc, jak terminator wybiera wróbla, przecknął się jakby i sam zgarnął ze stosu badylarkę. Wziął kęsa, korzystając, że akurat Nagietek zabrał głos. Zanim odpowiedział, przejechał językiem po wargach.
— Nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale nie spodziewam się niczego innego — przyznał z cichym westchnieniem. — O ile, oczywiście, to w ogóle się dzieje. Wydaje się logiczne, z drugiej strony... Widzisz, o śmierci Ćmiej Gwiazdy Klan dowiedział się z pyska twojego ojca, po tym, jak przyszła do niego we śnie Księżycowy Pył, by podzielić się z nim tą straszną wiadomością. Ćmia Gwiazda zmarła w siedlisku dwunożnych, gdzie straciła wszystkie dziewięć żyć. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy miała je dlatego, że nie zniknęła dobrowolnie, czy do końca istniała szansa na jej bezpieczny powrót do Klanu, czy wszystko działo się zbyt szybko, by Gwiezdny Klan mógł — albo czuł potrzebę — interweniować, czy zwyczajnie tak miało być, bo bez znaczenia na okoliczności, Przodkowie nie odbierają podarowanych żyć.
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Nagietek krótko skinął głową, nim się zamyślił. Los bywa przewrotny, fakt.
Poczuł, jak ziewnięcie ciśnie mu się na usta – szybko więc zatopił kły w leżącym u jego łap wróblu. Nie chciał przecież, żeby mistrz pomyślał, że go nudzi. Po prostu... nieprzespana noc coraz bardziej dawała mu się we znaki. Dalej jednak uważał, choć z zauważalnym trudem. Położył po sobie uszy, słysząc o losie, jaki spotkał Ćmią Gwiazdę. Straciła wszystkie dziewięć żyć u dwunogów. Wszystkie. Dziewięć. Żyć. Przez jego ciało przeszły ciarki, a futro na karku lekko się zjeżyło. – Straszne – wymruczał cicho pod nosem, nim podniósł wzrok na Łabędzią Gwiazdę. – Miała całe życie... ba, całe dziewięć żyć przed sobą, a straciła je przez dwunogów. Nawet nie chcę myśleć, przez co musiała przechodzić...
Zamilknął. Jeszcze zanim zaczęli rozmowę, miał mnóstwo pytań; teraz jednak wszystkie odeszły na dalszy plan, ustępując potrzebie snu. Czuł ciężar na powiekach, któremu z coraz większym trudem się opierał. Poczekał jednak, aż i point skończy swój posiłek. – Mówię, zgodnie z umową – zaczął z lekkim uśmiechem. – Jestem... zmęczony. Jeżeli ci to nie przeszkadza, to pójdę trochę odpocząć. Zobaczymy się jutro? Na Kocim Grzbiecie?
I jeżeli Łabędzia Gwiazda nie miał żadnych uwag, Nagietek oddalił się do swojego legowiska – pomimo większego zmęczenia, to w trochę lepszym humorze niż jeszcze kilka godzin wcześniej.
/zt <3
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Westchnął. Jemu także ciężko się o tym myślało. Ćmia Gwiazda była młodą przywódczynią, która długo przygotowywała się do tej roli. Miała głowę na karku, siłę charakteru i nosiła w sobie pełną gotowość do prowadzenia Klanem — Rzeka rozkwitała w czasach jej rządów. Jednak nawet gdyby sprawy miały się inaczej, to przede wszystkim była osobą. Nie zasłużyła na taki los i Łabędź prywatnie był zdania, że lepiej byłoby już, gdyby to Gwiezdny Klan odebrał jej życia, by nie musiała ginąć w męczarniach kilka nieznośnych razy.
— Nigdy nie poznaliśmy szczegółów. I może to dobrze — odparł smutno.
Dokończyli posiłek, po którym Nagietkowa Łapa ogłosił kapitulację i zdecydował się udać na spoczynek. Łabędź skinął mu głową z delikatnym uśmiechem.
— Pewnie, widzimy się — przytaknął. — Wypocznij porządnie, czeka cię jutro dużo pracy. W końcu pora młodych liści nie będzie na nas czekać, mam rację?
Mrugnął do niego porozumiewawczo. Poczekał, aż terminator zniknie w wejściu do Zrośniętych Drzew, po czym sam zajął się ostatnimi obowiązkami tego dnia.