mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
Atak Cykuty sprawił, że Kostek nie miał nastroju, by poświęcać swojemu terminatorowi zbyt wiele czasu na samej ceremonii. "Masz dość księżycy by samemu trafić na Koci Grzbiet. Możesz go szukać cały jutrzejszy poranek, widzimy się w trakcie górowania słońca na miejscu" rzucił mu tylko, nie próbując udawać przyjaznego i nie czekając na odpowiedź. Po dziecku Czereśni i Zboża spodziewał się wielu rzeczy, ale żadnej dobrej. Kiedy już ugasił irytację tym, że reakcja Szalejącej nie dała mu za wiele wskazówek, nawet zaczął być ciekawy jak wiele rozrywki będzie w stanie wydusić z treningu z Brodem.
Wystawiając trójkątny łeb do słońca, powoli zbliżającego się do zenitu, pomyślał, że oby kocura dało się łatwo pozbyć, w razie gdyby jednak okazał się mało zabawny.
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
duży, włochaty, biały kot z brązowym ogonem. jasnozielone, migdałowate w kształcie oczy, prosty profil
młody gniewny arogancki
Pochmurny Sen || Śpiewająca Knieja
Zanim Bród doczołgał się na trening minęło jednak wiele księżyców. Miał go zacząć zaraz po swojej ceremonii ale zamiast tego nie był w stanie wypełznąć z legowiska i wkrótce go przeniesiono znowu do lecznicy, gdzie leżał i leżał i się nudził. To był paskudny rodzaj nudy, wypełniony godzinami gapienia się w sufit i delirium obdarowującym go obficie wizjami których nie chciał widzieć. Wizje te były zwyczajnie dziwne, nieprzyjemne, sprawiały, że czuł się markotny i zmęczony.
Ale w końcu nadszedł ten dzień gdy Rybiołowi Lot pozwoliła mu opuścić lecznice. Był dość silny by zająć się czymkolwiek, chociażby stawianiem pierwszych kroków poza obóz. Sam odnalazł swojego "mistrza", tego kocura od siedmiu boleści który zwyczajnie zdawał się go nie lubić, i zarządził, że w końcu zaczynają trening. I faktycznie kolejnego dnia pojawił się na Kocich Grzbietach, zupełnie niezadowolony z gorąca, rozglądając się gdzie ta koścista wywłoka może się podziewać.