Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
A zaczęło się tam, skąd się rozpoczęło.
No, prawie.
Susza dotknęła tereny małego stada drastycznie, czyniąc z nich wysuszony płat pożółkłej zieleni, spalonej momentami do reszty żarem ze słońca. Zwierzęta koty znajdowały ledwo żywe, jeśli nie martwe. I nic z tym nie można było zrobić. Jakby los raz na zawsze Nowemu Świtowi chciał wyrwać, wszystko, co trzymał w kruchych łapkach. I wyrwał.
Nad Rumiankową Łąką zalśniła jasna łuna. Nic groźnego, lekki rozbłysk, może jakaś zabawka dwunożnych czy czyjś nieśmieszny żart, kto wie, może i znak Gwiezdnych. Wiatrowi więcej nie trzeba. Rozdmuchał zarodek na Zielone Pagórki, w okolice Ciemnego Jeziorka, a stamtąd reakcja zaszła łańcuchowo. Jakby ktoś popchnął domek z kart.
Rozpędzonej pożogi nie można było zatrzymać niczym. Rozszerzone kocie oczęta mogły tylko podziwiać, jak żar niszczy ich dorobek.
Szkarłatne jęzory buchnęły w górę, pięły się zajadliwe do obozu stada. Nim ktokolwiek zdążył podnieść solidny alarm, Różane Krzewy stanęły w ogniu. Później pożogę zainteresowały ściany obozowe, odgradzając drogę ucieczki. Jedyną formę schronienia zostały jaskinie, skąd koty mogły oglądać masakrę dokonującą się w obozie. Ogień pochłonął trawy ubitej ziemi, pnie drzew, krzewy, rośliny, kwiaty, wszystko, co tylko mógł. Nieproszony pakował się wszędzie, wpychał się, zabierając czasami coś więcej niż wspomnienia czy zieleń. Kocie życia też.
Rozległy się syreny, cięte wrzaski ludzi, tam, gdzie kiedyś było legowisko uczniów, wjechał ogromny potwór z rykiem silnika. Wyskoczyli z niego dziwnie ubrani ludzie, biorąc znikąd wodę i z głośnym sykiem gasząc rozbawiony żywioł. Nieprzejęci kotami chowającymi się wśród skał, zakończyli swoją robotę i odjechali. Potwór odjechał, zostawiający po sobie ogromne, rozorane rowy w czarnej ziemi.
I ogień odszedł. Znudził się zabawą po długich godzinach posiłku, albo przegoniła go magiczna woda z w rękach czerwonych ludzi. Koty, które nie uciekły z terenów, nim pożar rozszalał się na dobre, zaczęły z przestrachem wychylać się zza bezpiecznych ścian skalnych odkrywając kolejne warstwy start.
Czarną ziemię przykryły popioły, osmolone końce drzew dopalały się nieśpieszne. Pomiędzy kłębami szarego dymu żywot kończyły koty, którym szczęście odebrał los i nie udało im się uciec. Ci, którzy przeżyli mogli bez końca kręcić się po czarno-szarych zgliszczach obozu Nowego Świtu, wdychać duszący swąd spalenizny, deptać rozżarzone niedopałki, parzyć się gorącą parą czy poślizgnąć się o morką nawierzchnię. Raz na jakiś czas, gdy roztrzęsione spojrzenie spotkało się z drugim, w oczach błyskał wyraźny ból. Świadomość, że ich stado odeszło razem z dymem.
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
Gdziekolwiek Śreżoga się nie udało, gdziekolwiek statek pijany zarzucał kotwicę, gdziekolwiek zatrzymywało się na dłużej – prędzej czy później uderzał je w nozdrza ten nieporównywalny z niczym innym smród śmierci.
Podczas podróży, gdy cichaczem opuściło Bąbel i Pigwę skaczących sobie do gardeł nad pozbawionym przytomności ciałem Gustawa, starannie i ostrożnie spychało tą myśl na sam tył głowy. Nie myślało o tym, że to przez nie zniknął ojciec, ta istota, której jedyną cechą zapisaną w pamięci Śreżogi była para szkarłatnych ślepi – że to przez nich umarła matka, którą pamiętało dokładnie, zbyt dokładnie – że to przez nich zmarła najpierw Łamignat, potem Konrad, wreszcie Świtezianka. To nie moja wina, powtarzało sobie w kółko i w kółko, tak długo, aż wreszcie rana przestała się jątrzyć i jęła pokrywać się cienką błonką odrastającej skóry.
Och, jakież ono było głupie. Jakież ono było nieporównywalnie z nikim, niczym innym głupie, naiwne i tchórzliwe.
Ile czasu minęło? Przecież to nie mogło być długo. Dopiero co wróciło, dopiero co na nowo rozglądało się po spalonej słońcem okolicy, dopiero co zaczynało myśleć, że czas przyzwyczaić się do jedynego miejsca, które mogło jeszcze nazywać domem. Spędziło tutaj choć jedną noc? Dwie? Być może. To nieistotne. Wszystko przestało być istotne, gdy na oczach Śreżogi z nieba przyfrunęła iskierka, jak malutki świetlik, która wylądowała w Różanych Krzewach i z której wykwitł olbrzymi płomień.
Dobrze znało zakamarki jaskiń, w których tak długo się ukrywało, i to uratowało im życie. W dosłownie ostatniej chwili, gdy krąg ognia miał zacisnąć się wokół nich, stojących jak słup nieopodal wyjścia z obozu, jednym susem znalazło się w ich korytarzach. Schowane w kredowych trzewiach obserwowało, jak ogień pożerał wszystko na swojej drodze. Wyschnięty do ostatniego źdźbła trawy obóz był łatwym łupem dla pożogi.
Kiedy odjechali, kiedy ucichł ten przerażający huk, kiedy ostatnie języki ognia już zgasły, Śreżoga wyskoczyło ze swojej kryjówki. Osmalone przez płomienie powoli obeszło obóz, lub to, co kiedyś nim było, a w ich czerwonych oczach za każdym krokiem wzrastała jakaś pustka i szaleństwo. Wreszcie, w przypływie nagłych sił, rzuciło się nerwowym pędem ku wyjściu z obozu i stanęło nieruchomo, napięte jak struna.
– To wszystko jest prawda – powiedziało wyraźnie, choć zachrypniętym od dymu głosem, niezależnie od tego, czy ktoś słuchał, czy nie. – Ja przynoszę nieszczęście. Ja naprawdę przynoszę nieszczęście!
Zataczając się, ruszyło z powrotem ku jaskiniom – i jęło krążyć wokół, raz przyspieszając, raz zwalniając, nigdzie nie zatrzymując się na choćby chwilę dłużej.
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Nowy Świt... Nowy Świt. Nie istnieje. Już i koniec.
Kropka.
Poetę, gdyby został przez kogoś zapytany o cokolwiek, nie odpowiedziałby pewnie rymem z powodu szoku. Jest to zadziwiająco mocna emocja, biorąc pod uwagę, co uczyniła z synem Pęda i Raniuszka. Sparaliżowała młodego tak, że ten dosłownie zastygnął zaszyty gdzieś w jakiejś jamie, skale, sam do końca nie był w stanie określić. Ogień zawalił ścianę obozu, gdy Uczeń leżał w legowisku, kto wie, może i nawet został przytrzaśnięty konarami. Nie pamiętał. Pamiętał tylko skrawki szalejącego ognia, wrzaski kocich towarzyszy i ból, jaki doskwierał mu w klatce piersiowej. Wdychanie dymu wznoszącego się znad spalonego obozu było dwakroć okropne: po pierwsze, bo czuł, że płuca błagały go o choćby łzę czystego powietrza, po drugie, bo paliło się coś, co kochał. I nawet jeśli bezpośrednio nie gnał między smagającymi żarem jęzorami, czuł się zaskakująco podobnie.
Kotowi bogatemu w wyobraźnię nie potrzeba nic poza wysoką temperaturą i przeraźliwymi wrzaskami. Po raz pierwszy też Poeta miał chęć przekląć swój rozbujany umysł za obrazy, jakie mu podsuwał.
Serce biło mu jak oszalałe do samego końca, aż dziw, że przeżył. Czy tata żyje? Czy Pozytywek nie spłonął razem z bijącym sercem Nowego Świtu? Czy Radna Tundra zdobędzie się po wszystkim na Słoneczną Półkę i powie, że wszystko będzie dobre.
Płakał. Całe godziny, ale bez głosu, jakby się bał, że zaalarmowany chlipaniem ogień przybędzie do jego pozornie bezpiecznej kryjówki. Nie przyszedł. Na szczęście. Choć gdy Poeta już wychynął obolały na zewnątrz, wolałby, żeby tak było.
Młody Poeta, pokryty sadzą, skulony przez ból, z futerkiem mokrym od łez, pisnął przerażony po zobaczeniu pustego obozu. Nie było radnej Tundry, tatusia, Pozysia, nikogo. Garstka, jaka została, nie była godna nazywania garstką.
Nad ciałem Pierwiosnka płakała Spinka. Kocica nie tak stara, której niedawno urodził się miot i która miała przed sobą jeszcze trochę do przeżycia. Parę krajobrazów do obejrzenia, parę miłych słów do zamienienia z partnerem. Teraz to koniec. Młodego Poetę ścisnęło za serce.
Przekazała mu wszystko, o co z resztą nie prosił, jednak był rad, że dostał w miarę logiczną historię, którą przerywały tylko spazmy. Sam nie za wiele pojmował i starał się umyć kompletnie poszarzałe od sadzy futerko.
Spóźnił się. Tata go szukał, Tundra go szukała, szukał go kto mógł. A on leżał bezradnie, nie mogąc się podnieść i przestać płakać. I odeszli. Aura, Tundra, tata Pęd, Sekwoja, Nowy Świt, ten, który został, był już kawałek w swojej podróży i Spinka lada moment miała wyruszyć i w nią, żeby złapać towarzyszy.
Młody Poeta mógł odejść z rodziną. Zostawić za sobą spalony obóz, przerażony dreptać wtulony w bok ojca, co chwilę przełykając łzy i żal. Zamiast tego jednak, przełknął ślinę. Odmówił.
Pośród odchodzących kotów nie było Pozytywka i Zmierzch. Ani taty Raniuszka, który pewnie się wałęsa gdzieś pogubiony. I co by było, gdyby odeszli? Nie byłoby nic. Tata straciłby ich na zawsze.
Musiał odmówić. Miał rodzinę tu, tutaj, tutaj się urodził, tutaj chciał pokazać piękny Nowy Świt własnym kociętom, przedstawić im dziadków, rodziców Poety. Dziadków. Nie jednego dziadka Pęda. Dwóch. Raniuszka też. I wujka Pozytywka. Poprosił Spinkę, by ta przekazała tacie, że jest z nim dobrze. Przekonał kocicę, że lada chwila wróci ze Zmierzch, Pozytywkiem i samym sobą, że wyruszą, zanim zapach zwietrzeje. Wiedział, gdzie się kierować. Poradzi sobie. Jest dużym kotem.
Prawdą jest, że nie miał zamiaru odejść, póki nie będzie miał pewności, że tata Raniuszek się znajdzie. I Pozytywek też. Tyle, że Pozytywek nie był zaginięty już od dawna.
Musiał znaleźć ojca. Musiał, nawet jeśli oznaczało to zawędrowanie do odległych Klanów, skąd podchodzi. Był gotowy zajść i tam. Może coś się wydarzyło i tata Raniuszek siedzi pogubiony w Klanie Wody, czy jak mu tam było, czekając na swojego synka z niecierpliwością. Znajdzie go. Wie to.
Nie musiał człapać do wyjścia z obozu, by udać się na swoje poszukiwania, nie było takiej potrzeby. Obóz nie istniał. Zawalone, spalone ściany nie miały już czego chronić. Dreptając tak przed siebie, szedł szorstkim, przemoczonym pyłem. Natknął się na szalejące Śreżogę.
- Nie przynosisz nieszczęścia - mruknął smutno. Do głowy nie przyszedł mu żaden rym. - Weź parę wdechów. Idę szukać Pozytywka i Zmierzch. Spinka zaraz idzie za resztą. Możesz się przyłączyć do kogo chcesz - powiedziawszy to, obejrzał się po raz ostatni raz za spalonym obozem, otarł łzę i ruszył w świat.
zt.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
Śreżoga ledwie słyszy słowa Poety, a jeszcze trudniej przychodzi kotu zrozumienie, że to ono jest ich adresatem. A gdy wyławia sens spomiędzy sylab, jakby wyciągało lśniące kamyki z głębi potoku, chce im się jednocześnie śmiać i płakać.
– Ty nie wiesz – mówi tylko, mruga raz i drugi, i wydaje się, że o czymś bardzo intensywnie myśli. Potem dopiero odchodzi, oddala się na pajęczych nogach, i być może ktoś widzi, jak próbuje rozkopać ziemię tam, gdzie księżyce temu pochowali matkę, a potem – nagle, jakby porażone iskrą elektryczną – podrywa się i biegnie w resztki Różanych Krzewów, znika w zwęglonych szkieletach kwiatów, a cały czas, gdy biegnie, niesie się za nimi coś na kształt wycia rozrywającego gardło...
zt
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
To miał być krótki postój przy Samotnym Strażniku. Przerwa w kolejnym wymagającym patrolu. Samotny moment, by przypomnieć sobie moment, w którym stanęła tu u boku Rocha, Voodoo i Pokrzywy. Pamiętała po dziś dzień, jak pod jej łapami ugięły się wrzosy, a na horyzoncie zamajaczył kształt obozu. Nadzieja na nową przyszłość, dar, jaki dał im w prezencie los. Jeśli pamiętała, po raz pierwszy i ostatni był tak szczodry. Bo nie był nigdy przedtem czy nigdy później.
Odbierał jej wszystkich, każdego po kolei. Pech chciał, że były to kocury. Sądziła, że stada jej nie odbierze. Przecież to nie kocur, żaden fizyczny kot. A jednak.
Nowy Świt się skończył i z każdym oddechem czuła, jak tam myśl wżera się jej w głowę. Pokrzywa? Zaginęła. Artem? Zaginął. Tsunami? Zmarła. Z mocnej pozycji trzyosobowej rady została tylko Tundra. Każdy zasłużony kot dzień po dniu rozpływał się, jakby nie miał bliskich, których to zaboli. Zostało ich piętnastu. Pię-tna-stu. To nawet nie było już stado, o Nowym Świcie nie mówiąc. To był żałosny zlepek starców, kociąt i pogubionych kotów, którzy jeszcze z niego nie uciekli. Upadek nie był już pytaniem zaczynającym się od "czy" a "kiedy". Kos miała szczerą nadzieję zemrzeć przed tym, gdy zawali się ostatnia kolumna.
Kocica zaczerpnęła powietrza o zapachu wrzosów. Zaraz musi wracać. Na kolejny patrol, na kolejne polowanie, na.... Terenach zamajaczyło coś świecącego. Przełknęła ślinę.
Kos znała ogień z opowieści, podobnie jak jego niszczycielską siłę. I inni pewnie też ją znali z opowieści. Spotkanie z żarem pysk w psyk przeżywał mało który kot. W tym momencie, gdy pożar rozległ się na pagórki z niszczycielską siłę, mogła tylko patrzeć. A myśl, że to koniec, wgryzała się jej do umysłu jak jad kleszcza.
Koniec. Koniec. Koniec, po prostu.
Końca nie zaczął ani upadek stada, ani choroba, ani wewnętrzna kłótnia, tylko los. Rozrzucił promienie słońca tam, gdzie nie trzeba było, pokierował jak na złość wiatrem. Przez chwilę, sparaliżowana strachem, wlepiała się w rosnącą łunę, pożogę zabierającą coraz to nowsze tereny. Łapy przygwoździły się jej do ziemi, nie mogła złapać oddechu.
To koniec. Koniec, koniec, koniec. Nie ma już Nowego Świtu, nie jest Strategiem, nie jest Kos, nie jest radną Kos, doświadczoną stróż Kos, jest... Falą. Zwykłą Falą. Tą samą, tak samo roztrzęsioną na pogrzebie matki, jak w Cieniu. Dolna szczęka bezwładnie zaczęła jej zwisać, w oczach odbijały jej się płomienie zbliżającego się ognia. Nie można zrobić jej nic. Gwiezdnych też nie ma. Jak mogliby być, skoro zostawili ją taką? Na starość? Już powinna zdechnąć. Umrzeć. W Klanie miałaby już wykopany rów, koty przychodziłyby się z nią żegnać po raz ostatni. A tu? Miała niecałe pięćdziesiąt księżyców, choć ciało i przemęczone kości krzyczały co innego.
Nie dano jej odpoczynku. Nie prosiła o nic innego. Chciała zniknąć z tego świata, nim Nowy Świt upadnie. Nie chciała być przy rozmowach, co robić, nie chciała obserwować złamanych kotów, nie chciała pod żadnym, żadnym pozorem, w życiu. Modliła się codziennie. I sądziła, że chociaż to się uda. Że nawiedzi jednego czy dwóch członków, poradzi, co robić, zostawi ich samych. A teraz? Wciąż była odpowiedzialna. Życie nie dało jej odpoczynku i powinna teraz biec, robić nerwowe spotkanie, ewakuować obóz, ratować kogo się da, nawet jeśli to ją, kulawą, starą Kos powinni prowadzić pod ramię.
Ale nie umiała. Mogła tylko patrzeć, jak... Wszystko upada. Powiedziała to już? Wszystko upada. Wszy-ściu-się-ńko.
Z rozpaczliwego transu nie zbudził jej ni szloch, ni ból, nie wyczerpanie, lecz dym. Dostał się do jej nozdrzy, osmalił skórę, przypalił futro. Rzuciła się do ucieczki, do świadomie przegranego wyścigu z oszalałym żywiołem. Gdzie biegła? Po co biegła? Nie wiedziała. Z obozu dochodziły pierwsze wrzaski, pierwsze płacze i spazmy. A Kos biegła, zdzierając sobie opuszki łap, aż rozpędzony wiatr wyrywał jej kępki futra. Nie czuła bólu, och nie. W żadnym wypadku go nie czuła. Choć wolałaby go czuć stokroć bardziej niż to, co wyniszczało ją od wewnątrz. Jakby zamiast kwasów żołądkowych miała ogień, wrzący, żyjący ogień, wypalający ją z satysfakcją od środka.
Biegła przez płomienie. Od boków buchał żar, za nią zamykała się ściana ognia, przed nią padały zwęglone kłody, wciąż parzące, wciąż gotowe zabić. I, jak na złość, żadna nie spadła Kos na głowę. Żadna. Choć chciała. I gdy tylko widziała jedną przed sobą, zbierała w sobie resztki energii i biegła do przodu ile sil dawały jej stare łapy.
I udało jej się. Jeden, nieszczęśliwy raz.
Zgubiona w szaleńczym pędzie, zapomniała o świecie i funkcjonujących w nim zasadach. Kłoda zleciała na nią i nim Kos zdążyła wrzasnąć o pomoc, pociemniało jej przed oczami, żar smagnął koło niej.
Gdy wreszcie świadomość zaczęła dopierać się do szczątków jej umysłu, liczyła, że po otworzeniu oczy rozprostuje stare łapy na Srebrnej Skórce. Kto wie, może i w Klanie Cienia, może Jesionowa Kora zdecydowała się ją odebrać stamtąd. Bo tak musi być. Przez całe swoje życie nie widziała innej opcji niż ta, w której to matka zabiera ją na górę po śmierci. Ani myślała o tym, że mogłaby do Gwiezdnych nie trafić. Po tym, ile przeżyła, ile razy ci okropni bogowie wyśmiali ją w twarz, sądziła, że kiedy przyjdzie jej czas, skłonią się przed nią całe pokolenia i przeproszą.
Zamiast rozgwieżdżonego nieba ujrzała zwykłe szarości chmur. Choć stawiała opór, do płuc napłynęło jej gorzkie powietrze. Jej klatka piersiowa uniosła się, z pyska uciekło mimowolne jęknięcie bólu. Nie, nie, to żart. To popioły się tak nad nią wznoszą. Jeśli poleży jeszcze chwilę, stare kości nie wytrzymają i wpuszczą jej ducha do krainy, gdzie nigdy więcej nie zazna cierpień.
Kłamstwo.
Ból zmusił ją do wstania. Wygrzebała się spod warstw złamanych gałęzi, osmolonych liści, popiołów. Sama nie wyglądała lepiej. Jej żywe futro, tak odmienne w odcieniach od matki, drastycznie poszarzało. Jakby ktoś wyssał z niej całe, ostałe gdzieś, żałosne życie.
Gdzieś w oddali majaczył obóz. Jego szczątki. Nie…
Nie było obozu. Nie było ścian, nie było legowisk, drzewa, Słonecznej Półki, jej ulubionej groty na wysokościach, nie było, nie ma nic, nic, gdzie mogłaby zapłakać. Przez otwarte pobojowisko przebiegał wiatr, wzniecając w drobne wiry poniesione ze sobą czarne kupki spalonej trawy.
Na miękkich łapach ruszyła. Krok po kroku, łapa za łapą, z oporem. Nie chciała tam iść. Wiedziała, rozumiała, co się stało, ale póki mózg jej otępiał, póki serce roznosiło jej po żyłach adrenalinę, która ewidentnie kazała uciekać, musiała zobaczyć, co się stało. Chociaż zerknąć, nim cierpienie rozerwie ją na strzępy i nie pozwoli się ruszyć.
Nie było ścian, nie było wejścia do obozu, nie było niczego, co utrudniałoby przejście do niegdyś bijącego serca obozu. Kos mogła wręcz widzieć jak gdzieś pośrodku goni się rozbawiony pierwszy miot Tsunami, jak jej uczeń Gronostaj stara się zrozumieć przekazywaną przez nią wiedzę, jak Sekwoja i Artem wprowadzają pogubionego Kocurka, jak rodzi się miot Tundry, jak sama Tundra ląduje bez oznak życia na ziemi i jest na wiele księżyców wyłączona z życia w Stadzie. Jak na samym początku zaginął Plaga i spanikowana starała się go znaleźć. Jak w obozie uśmiechnął się do niej Raniuszek i przyjął ją do ich wielkiej rodziny, choć tak nie czuła, jak Rudzik starał się jej coś wyjaśnić, jak Dynia, jeszcze żyjący Dynia, opowiedział jej o pochodzeniu i jak Wieszczy przyjął ich tutaj podczas końca wyprawy, jak… Mogłaby tak bez końca. Jako jedna z niewielu była w Nowym Świcie, i jeszcze Pożodze, od samego początku. Prawie. Choć niewiele wydarzyło się przed nią, czuła, jakby to z nią pisała się razem ta przygoda. I idąc wtedy na cmentarzysko czuła, że tu jej życie dobiegnie kres. U boku tych kotów, wreszcie bezpieczna, wreszcie z poczuciem rodziny, bez pustki w sercu, bez… Braku poczucia przynależności. Dostanie wszystko to, czego nie był w stanie zagwarantować jej Cień.
Myliła się. Jak ona się, głupio, myliła.
Czasami w futro dmuchnął jej wiatr, rozwiał szary pył spomiędzy kłaków i wepchnął w nie nowe. Było cicho. Nikt zapłakany nie wychynął z kryjówki, nikt nie krzyknął, by biegła za nim. Nikt. Po prostu była sama. Sama ze zwłokami Nowego Świtu. Taki pogrzeb. Jak mieli w Klanach. Jak mieli tutaj. Brakuje tylko łamiącego serce wrzasku, takiego agonalnego wrzasku, gdy jakaś część ginęła w kocie.
Wrzasnęła tak. Jak pogrzeb, to pogrzeb. Samotny, cichy. Wreszcie nikt nie moczył jej futra ukochanej matki, nikt nie darł się za nią, nie było konfliktów.
Ona sama mogła płakać. I płakała. Płakała tak mocno, że bolało ją gardło i płakała jeszcze dłużej. Zamiast futra wilgotniały popioły. A zapach śmierci, taki ciężki, raniący nozdrza zapach zwłok też był. Kto wie, może i on też już nie istnieje. Może to wszystko dzieje się w głowie Kos. Może tego pożaru wcale nie ma i lada moment obudzi się zapłakana w swoim legowisku, samotna, bez partnera, przyjaciela u boku.
Nie widziała żadnych zwłok. Jedynie dwa kopczyki po środku obozu, na których ziemie zarzucono niedbale, w pośpiechu. Zawsze mogła je odkopać i zerknąć, kto w nich leży, jeśli jeszcze futro nie rozłożyło się tak szybko. Choć kto wie, i tak tego nie potrzebowała. Znała swoje stado tak dobrze, że sam wygląd czaszek mógł jej powiedzieć więcej, niż musiała. Mogła ich szukać, biegać po terenach, ale wiedziała, jakie to przyniesie konsekwencje. Żadne.
Popiołów nie było aż tyle. Musiało minąć wiele, wiele wschodów słońca od pogrzebu. Może i księżyc. Nie no, nie przesadzajmy. Ale dla Kos to wyglądało jak księżyc. Co się z nimi stało? Kto przeżył? Może tam leżały ich najdrobniejsze kociątka, których nikt nie uratował? Dwa kopczyki, idealnie dla Poety i Pozytywka. Może tam jest Tundra z Sekwoją. Może Aura. Może dwa kopczyki chowały pod sobą cały Nowy Świt, tylko jakieś dobre duszyczki je zakopały. Może wszyscy czekali już pod ziemią na Kos. Przez moment nawet zastanawiała się, czy nie rozkopać grobu i nie złożyć się do niego. I tak z życia nie zostało jej wiele. Z resztą, biorąc pod uwagę jej wiek i stan wytrzymałości, podejrzewała, że ma niewiele więcej jak dziesięć księżycy przed sobą. Może i ćwierć sezonu.
To tak jak na pogrzebie Jesionowej.
Jak w momencie, gdy całe życie zawaliło się jej na głowę i myślała, że gorzej być nie będzie. Jak wtedy Olcha, i jak ona biegła, biegła, uciekała od tego wszystkiego, a żałoba goniła ją i dopadła ją, a później, gdy już chciała powstać i naprawić błędy przeszłości, Krogulec smagnęła ją po pyszczku i…
Mogła przysiąc, że jej ciało odmłodziło się o sto księżycy. Że znowu znalazła się w obozie Cienia, a pośród popiołów leżały zwłoki Jesionowej. Nikt się nią nie interesował. Nikt. Nikt nie pobiegł za nią, gdy wybiegła, nikt nie wrzasnął za nią, nikogo nie obchodziła mała Fala. Świat się zatrzymał. Poszarzał. Zniknął.
Pomijając fakty, że nie mogła oddychać przez chmur sczerniałego pyłu, nie mogła oddechu złapać w ogóle. Na ile możliwość oddechu zatrzymał jej szok, na ile ona sama sobie na niego nie pozwalała - nie wiedziała.
To…. Się nie stało, prawda? Nie było możliwości, żeby w jej życiu mogło spotkać ją coś jeszcze okrutniejszego. Nie. Po prostu. Zakaz. Gwiezdni sami powinni sobie zakazać brutalności, jaka spotykała koty. Nie wiedziała nawet, czy jest sens w nich wierzyć. A niech sobie istnieją - Kos zawsze może odrzucić wystawioną do siebie łapę. Nie chciała być kolejnym kotem w ich machinie napędzającej śmierć i zniszczenie. Nawet jeśli miałaby to być łapa matki, nie miała zamiaru jej chwytać. Nie będzie robić tego samego, co uczyniono jej. Chciała, o Gwiezdni, jak ona chciałaby znaleźć kogoś takiego, na kim mogłaby wyżyć swoje żale….
Otaczał ją tylko wiatr. Cichy, szumiący podmuch. Nie rozległo się żadne zduszone warknięcie kota, coś, co obudziłoby ją ze snu. Została sama.
Znowu.
Kos w miejsca grobów głęboko wbiła osmolone, grube patyki, w ramach ostrzeżenia, by tam nie kopać. Ostatkami sił wspięła się na Słoneczną Półkę. Przez łzy wysunęła pazury, podrapała znacząco powierzchnię półki, jakby stoczyła się na niej poważna walka. Następnie zaczepiła jednym o skórę, rozcięła ją nieznacznie pozwalając, by nieśpiesznymi kroplami krew skapywała na powierzchnię rozoranej skały. Gdy nazbierała się już niewielka kałuża, rozmazała ją, licząc, że szkarłat wniknie głęboko w powierzchnię i nie zmyje go byle ulewa. Pobojowisko na Słonecznej Skale jednym mogło przywieść wspomnienia o poważnym pojedynku, innym o osobliwej tragedii, do której nie sposób napisać prawidłowy scenariusz. Jedyna Kos wiedziała, co miało ono znaczyć.
Jeśli umiała, napisałaby:
TU LEŻY PAMIĘĆ NOWEGO ŚWITU. NIE ZAPOMNIJ O KOTACH POLEGŁYCH ANI O HISTORII, KTÓRA MOGŁABY NAUCZYĆ POKOLENIA.