30.12.2021 01:55
Jakkolwiek szokującym widokiem był uszkodzony pysk wyjątkowo przystojnego samotnika, Fairy wzroku nie mógł oderwać od komicznego incydentu rozgrywającego się za plecami pacjentów dobijających do leczącej przystani - Czarnowron ciągnął przez Ubitą Ziemię truchło rosłego, dojrzałego lisa. Czy wlekł go tak przez te wszystkie łąki? Absurd.
- Witam. Dobrze, że go zabiliście - mówił pośpiesznie, wciąż obserwując wysiłki czarnego kocura. Lekko rozbawiło go to, w jaki sposób szylkretka sformułowała swoje pytanie, ale nie okazał tego. Nie chciał wyjść na nieempatycznego; wiedział przecież, że była rozkojarzona przez ból. - Brakujących części ciała liściem i kwiatkiem nie przywrócę, niestety.
A później odwrócił się i ruszył ku wnęce w północnej ścianie, gdzie krył się jego inwentarz ziół bardziej niż mniej zaufanych.
Po niedługiej chwili wrócił do przedsionka Ważkowej Groty, do Nadziei, wyposażony w następujące medykamenty: dwa motki pajęczyny, dwa liście pokrzywy i jedną główkę czosnku. Dla pomocy przy oczyszczaniu ran wybrał jeszcze trzy porcje mchu, z czego zmoczył tylko dwie.
Pomimo tego, że rana obcego samca była poważniejsza, wpierw zamierzał zająć się uchem Kos, zgodnie z Trzecią Zasadą. Nasączonym czystą wodą mchem przemył szczątki jej prawego ucha, przeżuwając równocześnie liść pokrzywy na miękką miazgę. Powstałą z zioła maść nałożył na poszarpaną krawędź małżowiny, całość zabezpieczył opatrunkiem z pajęczyny, której pasmami obwiązał łeb szylkretki kilkukrotnie.
- Dla bezpieczeństwa wstrzymałbym się z opuszczaniem obozu przez dwa tygodnie. Straciłaś całkiem dużo krwi, a łatwo zimą złapać zapalenie ucha nawet i bez dodatkowego osłabienia - poinformował kocicę z gorzkim uśmiechem i delikatnie przesunął łapę po jej ramieniu na pożegnanie.
Następnie przeniósł swój niewielki warsztat bliżej nieznajomego kocura. Cierpliwie inhalował się zapachem zarazy namnażającej się na wygryzionej w jego policzku dziurze, bez cienia odrazy na licu. Biło od niego niezdrowe ciepło i wyraźny swąd słodkawej ropy; Fairy nie mógł nawet wątpić w to, że rana była zainfekowana.
- Standardowo: otwórz pysk - polecił, uśmiechając się z przekąsem i samodzielnie, siłą, rozchylił szczęki biało-czarnego pacjenta, bo nie był pewien, czy w tym stanie samotnik w ogóle potrafił go zrozumieć. - Między ranę a twoje zęby włożę kawałek mchu, dobrze? Zagryź się na nim, żeby nie wypadł. Inaczej zmyjesz śliną maści.
Jak zapowiedział, tak zrobił. Później mokrym mchem obmył cuchnący ubytek, aby natrzeć go sokiem z czosnkowej główki. Byłoby miło, gdyby oba te intensywne zapachy walczyły ze sobą na tyle zaciekle, aby niwelować się wzajemnie i stworzyć bezwonne ekwilibrium, ale nie, nie stało się tak. Po prostu cuchnęły dwa razy mocniej.
- Ty również będziesz musiał pozostać w lecznicy przez dwa tygodnie. Przez przynajmniej dwa tygodnie, o ile infekcja nie zacznie postępować - mówił, przemieliwszy wcześniej w zębach porcję pokrzywy, którą posmarował brzegi odkażonej czosnkiem rany. - Obwiążę twój pysk bandażem z pajęczyny. Położysz się teraz w Antycypacji, w legowiskach pod północną ścianą, żeby chociaż trochę się przespać. Obudzę cię, kiedy przyjdzie pora na posiłek. Możesz jeść tylko w czasie pomiędzy zdjęciem starego opatrunku a założeniem nowego. Porozmawiamy, jak już będziesz w lepszym stanie.
"O ile będziesz", pomyślał, bo absolutnie nie wykluczał jego rychłej śmierci. Właściwie ku temu się skłaniał. Ku najbardziej bolesnej opcji. Wszakże właśnie skończył nakładanie opatrunku z pajęczyny na łeb wysokiego kocura, dzięki czemu tylko wyraźniej mógł przyjrzeć się jego wychudłemu ciału. Odprowadził go na miękką wyściółkę Antycypacji, pozwalając jemu samemu ułożyć się do snu.
Gdy odwracał się do wejścia, aby pomówić z Kos, kątem ślepia wyłapał dziwacznie agresywny ruch Czarnowrona, który w tle nieprzerwanie adorował truchło drapieżnika. Zmrużył oczy w niedowierzaniu, wymownym spojrzeniem obdarzył wojowniczkę. Nowicjusz, jak cholerny, makabryczny bóbr, przegryzał się właśnie przez szyję tężejącego od mrozu lisa. To naprawdę się działo.
- Znasz go... dobrze? - szepnął z niezręcznym uśmiechem. - Czy on jest... czy księżyc mu za mocno przyświecił?
Kos
» rana 2. stopnia: urwane prawe ucho; krwawi
Stopa
» rana 2. stopnia: wyrwany niewielki fragment prawego policzka; uszkodzenie mięśni, krwawienie (infekcja)
- Witam. Dobrze, że go zabiliście - mówił pośpiesznie, wciąż obserwując wysiłki czarnego kocura. Lekko rozbawiło go to, w jaki sposób szylkretka sformułowała swoje pytanie, ale nie okazał tego. Nie chciał wyjść na nieempatycznego; wiedział przecież, że była rozkojarzona przez ból. - Brakujących części ciała liściem i kwiatkiem nie przywrócę, niestety.
A później odwrócił się i ruszył ku wnęce w północnej ścianie, gdzie krył się jego inwentarz ziół bardziej niż mniej zaufanych.
Po niedługiej chwili wrócił do przedsionka Ważkowej Groty, do Nadziei, wyposażony w następujące medykamenty: dwa motki pajęczyny, dwa liście pokrzywy i jedną główkę czosnku. Dla pomocy przy oczyszczaniu ran wybrał jeszcze trzy porcje mchu, z czego zmoczył tylko dwie.
Pomimo tego, że rana obcego samca była poważniejsza, wpierw zamierzał zająć się uchem Kos, zgodnie z Trzecią Zasadą. Nasączonym czystą wodą mchem przemył szczątki jej prawego ucha, przeżuwając równocześnie liść pokrzywy na miękką miazgę. Powstałą z zioła maść nałożył na poszarpaną krawędź małżowiny, całość zabezpieczył opatrunkiem z pajęczyny, której pasmami obwiązał łeb szylkretki kilkukrotnie.
- Dla bezpieczeństwa wstrzymałbym się z opuszczaniem obozu przez dwa tygodnie. Straciłaś całkiem dużo krwi, a łatwo zimą złapać zapalenie ucha nawet i bez dodatkowego osłabienia - poinformował kocicę z gorzkim uśmiechem i delikatnie przesunął łapę po jej ramieniu na pożegnanie.
Następnie przeniósł swój niewielki warsztat bliżej nieznajomego kocura. Cierpliwie inhalował się zapachem zarazy namnażającej się na wygryzionej w jego policzku dziurze, bez cienia odrazy na licu. Biło od niego niezdrowe ciepło i wyraźny swąd słodkawej ropy; Fairy nie mógł nawet wątpić w to, że rana była zainfekowana.
- Standardowo: otwórz pysk - polecił, uśmiechając się z przekąsem i samodzielnie, siłą, rozchylił szczęki biało-czarnego pacjenta, bo nie był pewien, czy w tym stanie samotnik w ogóle potrafił go zrozumieć. - Między ranę a twoje zęby włożę kawałek mchu, dobrze? Zagryź się na nim, żeby nie wypadł. Inaczej zmyjesz śliną maści.
Jak zapowiedział, tak zrobił. Później mokrym mchem obmył cuchnący ubytek, aby natrzeć go sokiem z czosnkowej główki. Byłoby miło, gdyby oba te intensywne zapachy walczyły ze sobą na tyle zaciekle, aby niwelować się wzajemnie i stworzyć bezwonne ekwilibrium, ale nie, nie stało się tak. Po prostu cuchnęły dwa razy mocniej.
- Ty również będziesz musiał pozostać w lecznicy przez dwa tygodnie. Przez przynajmniej dwa tygodnie, o ile infekcja nie zacznie postępować - mówił, przemieliwszy wcześniej w zębach porcję pokrzywy, którą posmarował brzegi odkażonej czosnkiem rany. - Obwiążę twój pysk bandażem z pajęczyny. Położysz się teraz w Antycypacji, w legowiskach pod północną ścianą, żeby chociaż trochę się przespać. Obudzę cię, kiedy przyjdzie pora na posiłek. Możesz jeść tylko w czasie pomiędzy zdjęciem starego opatrunku a założeniem nowego. Porozmawiamy, jak już będziesz w lepszym stanie.
"O ile będziesz", pomyślał, bo absolutnie nie wykluczał jego rychłej śmierci. Właściwie ku temu się skłaniał. Ku najbardziej bolesnej opcji. Wszakże właśnie skończył nakładanie opatrunku z pajęczyny na łeb wysokiego kocura, dzięki czemu tylko wyraźniej mógł przyjrzeć się jego wychudłemu ciału. Odprowadził go na miękką wyściółkę Antycypacji, pozwalając jemu samemu ułożyć się do snu.
Gdy odwracał się do wejścia, aby pomówić z Kos, kątem ślepia wyłapał dziwacznie agresywny ruch Czarnowrona, który w tle nieprzerwanie adorował truchło drapieżnika. Zmrużył oczy w niedowierzaniu, wymownym spojrzeniem obdarzył wojowniczkę. Nowicjusz, jak cholerny, makabryczny bóbr, przegryzał się właśnie przez szyję tężejącego od mrozu lisa. To naprawdę się działo.
- Znasz go... dobrze? - szepnął z niezręcznym uśmiechem. - Czy on jest... czy księżyc mu za mocno przyświecił?
Kos
» rana 2. stopnia: urwane prawe ucho; krwawi
Stopa
» rana 2. stopnia: wyrwany niewielki fragment prawego policzka; uszkodzenie mięśni, krwawienie (infekcja)
13
Siła
S
12
Zręczność
Zr
3
Szybkość
Sz
10
Zmysły
Zm
55
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W