Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
- Czasem rzeczywiście warto przewietrzyć głowę i przemyśleć parę spraw, a obozowy zgiełk w tym nie pomaga. - zgodziła się, nie wnikając w szczegóły. Jeśli potrzebował się komuś wygadać to sam zacznie temat, prawda? Nie ma co na niego naciskać, bo jeszcze tylko osiągnie się efekt odwrotny od zamierzonego, a robienie sobie wrogów wśród znajomych Łabędziej Szyi to ostatnie czego by chciała. Nie żeby ogólnie ciągnęło ją do wrogich relacji, ale tutaj wybitnie wolała uniknąć kłopotów. Tak samo jak w Gromie, chociaż chyba tam za późno na takie rozważania, już i tak część patroli krzywo na nią patrzyła.
Widząc niezręczność, która wkradła się w postawę pręgusa, chciała szybko skierować rozmowę na przyjaźniejsze tory. Nim jednak przewertowała wszystkie opcje luźniejszych tematów, nim zdecydowała się na któryś z nich, kocur się wyprostował i odezwał. O? Poćwiczyć? No i elegancko.
- Oo, ćwiczenia to dobry sposób na spędzanie czasu. - szczególnie w ramach ucieczki przed swoimi myślami i problemami - A co takiego postanowiłeś poćwiczyć? - spytała z wątłym ożywieniem. Wszelkie aktywności to była jej działka, więc może tak będzie prościej się na coś przydać niż w rozmowie. Czekając na odpowiedź przypomniała sobie o drobnym szczególe. - A właśnie, Roziskrzona Noc jestem.
Księżyce: 47 Mistrz: Płotkowy Potok, Wiewiórczy Skok Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Ślimacza Muszla* [NPC] Ojciec: Ostowy Kolec* [NPC] Trwałe urazy: brak lewego oka
Kocur ma umaszczenie czarne srebrne pręgowane. Jego futro jest długie jasnoszare z ciemniejszymi pręgami oraz trochę jaśniejszą szyją, pyszczkiem i brzuszkiem. Uszy ma długie, a pozostałe oko złotawe. Kwiat jest duży wzdłuż, wszerz oraz wzwyż, jak taki potężny klocek. Od kiedy zaczął trening jego mięśnie się uwydatniły i syn Ślimaczej Muszli zrobił się silniejszy, a do tego wygląda całkiem pokaźnie już z daleka.
Kwiat w dalszym ciągu jest precyzyjny, punktualny i obowiązkowy, jednak z czasem intensywność tych cech zaczęła opadać i stanęła na chyba całkiem znośnym dla innych poziomie. Po tym co zrobił mu Czarna Łapa, po zaginięciu matki i śmierci ojca, syn Ślimaczej Muszli wyciągnął trochę lekcji z życia po swojemu. Przede wszystkim uznał, że te wszystkie trudności, które los rzucał mu pod nogi miały na celu zahartować jego ducha aby Kwiatka nic nie mogło odciągnąć od celu, który ten sobie postawi. Zaczął też wierzyć, że świat urządzony jest w sposób racjonalny i że z każdej sytuacji można wyjść w jakiś sposób pozytywnie jeśli tylko się o to postara, a on po prostu w przeszłości popełniał błąd za błędem przez swoje narwaństwo i dlatego tak skończył jak skończył. To sprawiło, że się uspokoił i bardziej myśli o swoich słowach, jednak nie sprawiło że stał się milszy niż wcześniej. Jeśli chodzi o intensywność upartości co do jego przekonań to w tym przypadku nic się nie zmieniło, tak samo z jedzeniem.
-Cieszę się, że nie jestem uziemiony w obozie jak kociaki -odparł na słowa wichrowej kotki o przewietrzeniu się i obozowym zgiełku. Tak naprawdę to dopiero teraz uświadomił sobie dokładniej jak to dobrze wyjść i pobyć czasami sam na sam ze światem. Wcześniej był tak zamyślony i zaślepiony swoimi problemami życiowymi i pechem, że nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Kwitnąca Łapa aż wziął w płuca głęboki wdech świeżego powietrza i zamknął złote oko, żeby cieszyć się przez kilka uderzeń serca zapachem lasu, zapachem i szumem pobliskiej rzeki. A potem otworzył je i znów spojrzał na wichrowiczkę, gotów do dalszej rozmowy z nią.
-Um... tak ogólnie, ale skoro tu jest pełno błota i wystających z niego kamieni... to pomyślałem, że skoki poćwiczę. Jeszcze się... przyzwyczajam do tego -odparł, pokazując łapką na ziejącą czernią w jego czaszce dziurę.
-Ładne imię... ja jestem Kwitnąca Łapa -on również się przedstawił kiedy usłyszał imię wojowniczki. Oh jak on jej zazdrościł, że ta ma już wojowniczy tytuł. Nie wyglądała na wiele starszą od niego, a już była wojowniczką... a on dalej tkwił na początku swojego treningu. Kiedy on do tego wszystkiego dojdzie?
✭✭✭✭
Gotta gohard(gotta go hard) I ain't got time to waste(I ain't gottime) I gotta gohigh(gotta go high) I gotta elevate(I gotta elevate)
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
- Noo... one to rzeczywiście mają przekichane. Nie wiem jak ja wytrzymałam tyle czasu w obozie za kociaka. I nie zwariowałam. - rzuciła wesoło. Chociaż odpowiedź na to pytanie była bardzo prosta. Za dzieciaka niewiele wiedziała o świecie i większość dni schodziła jej na nękaniu starszych kotów w próbach zdobycia wiedzy. Co prawda praktycznie nic z tego nie wychodziło, ale jakoś zajmowało jej to kocięce dni. Jakoś. Och, żałoba po śmierci matki też była zajmująca. Nieistotne.
- Ach, czyli to świeże. - mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż towarzysza. I gdyby tylko anatomia pozwalała, to po tej krótkiej chwili zasępienia, klasnęłaby radośnie w łapy i odbiła temat w bardziej pozytywne rejony. - Ale to dobry pomysł w sumie. Sprawne poruszanie po różnorodnym terenie później się przydaje na polowaniach czy walkach. - skomentowała. Pewnie zalet było jeszcze więcej, ale ta pierwsza przyszła do rdzawej głowy. I trochę szkoda, bo w takich ćwiczeniach to ona nie będzie miała jak pomóc.
- O, to miło poznać, Kwitnąca Łapo. - odparła, szczerząc białe kiełki w uśmiechu. Przez krótki moment, ale jednak szczerze.
Księżyce: 47 Mistrz: Płotkowy Potok, Wiewiórczy Skok Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Ślimacza Muszla* [NPC] Ojciec: Ostowy Kolec* [NPC] Trwałe urazy: brak lewego oka
Kocur ma umaszczenie czarne srebrne pręgowane. Jego futro jest długie jasnoszare z ciemniejszymi pręgami oraz trochę jaśniejszą szyją, pyszczkiem i brzuszkiem. Uszy ma długie, a pozostałe oko złotawe. Kwiat jest duży wzdłuż, wszerz oraz wzwyż, jak taki potężny klocek. Od kiedy zaczął trening jego mięśnie się uwydatniły i syn Ślimaczej Muszli zrobił się silniejszy, a do tego wygląda całkiem pokaźnie już z daleka.
Kwiat w dalszym ciągu jest precyzyjny, punktualny i obowiązkowy, jednak z czasem intensywność tych cech zaczęła opadać i stanęła na chyba całkiem znośnym dla innych poziomie. Po tym co zrobił mu Czarna Łapa, po zaginięciu matki i śmierci ojca, syn Ślimaczej Muszli wyciągnął trochę lekcji z życia po swojemu. Przede wszystkim uznał, że te wszystkie trudności, które los rzucał mu pod nogi miały na celu zahartować jego ducha aby Kwiatka nic nie mogło odciągnąć od celu, który ten sobie postawi. Zaczął też wierzyć, że świat urządzony jest w sposób racjonalny i że z każdej sytuacji można wyjść w jakiś sposób pozytywnie jeśli tylko się o to postara, a on po prostu w przeszłości popełniał błąd za błędem przez swoje narwaństwo i dlatego tak skończył jak skończył. To sprawiło, że się uspokoił i bardziej myśli o swoich słowach, jednak nie sprawiło że stał się milszy niż wcześniej. Jeśli chodzi o intensywność upartości co do jego przekonań to w tym przypadku nic się nie zmieniło, tak samo z jedzeniem.
Otworzył pyszczek, żeby dodać coś jeszcze do tego tematu, jednak doszedł do wniosku, że takiego detalu nie musi zdradzać wichrowej kotce... jeśli w ogóle komukolwiek. Kwitnąca Łapa chciał ponownie ruszyć na przód, a nie po raz kolejny cofać się przez pech jaki go od jakiegoś czasu prześladuje. To chyba był dobry pomysł zapomnieć, zakopać gdzieś nieprzyjemne wspomnienia i iść dalej. Najwyraźniej tak po prostu miało być i kropka. Teraz po prostu musi się starać bardziej i tyle.
-Pewnie masz rację -odparł, odkrywając nowy aspekt swojego pomysłu wyjścia z obozu i dało się w tym momencie zauważyć, że humor mu się chyba trochę poprawił. Produktywność, nawet przypadkowa, była czymś co zawsze wprawiało go w lepszy nastrój, bo czuł się potrzebny, czuł że nie jest więcej ciężarem dla innych. To było miłe uczucie po tym wszystkim co się stało.
-Ciebie też -nie do końca wiedział co innego mógłby odpowiedzieć, więc rzucił po prostu "wzajemnie" w trochę innej formie. W kontaktach z innymi raczej nie był dobry, zwłaszcza że dużo czasu spędził tak naprawdę samotnie.
-Mogę się ciebie o coś zapytać? -postanowił zadać pytanie na temat, który nurtował go jeszcze przed chwilą- Długo ci zajął trening?
✭✭✭✭
Gotta gohard(gotta go hard) I ain't got time to waste(I ain't gottime) I gotta gohigh(gotta go high) I gotta elevate(I gotta elevate)
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
Potrząsnęła przecząco łbem, słysząc pytanie.
- Nie, w zasadzie sam trening był intensywny, ale krótki. - odparła, a po krótkim namyśle postanowiła rozwinąć myśl, by pokazać, że nie było u niej aż tak kolorowo. - Ale długo czekałam na jego rozpoczęcie. Przedłużało się niemiłosiernie z powodu choroby pierwszego mistrza, a ja siedziałam bezczynnie w obozie. Wreszcie wzięłam sprawy w swoje łapy i poprosiłam przywódczynię o zmianę na kogoś kto będzie w stanie poprowadzić mój trening. I dzięki temu udało mi się być mianowaną wraz z bratem w wieku dwunastu księżyców. - zakończyła z uśmiechem, licząc na to, że jej historia będzie raczej motywująca niż dobijająca.
Niestety rozmowę wkrótce przerwało pojawienie się szylkretowej wojowniczki. Splątany Wąs odciągnęła Iskrę na bok, szepcząc jej coś na uszko o sytuacji wymagającej jej pomocy, więc rdzawa uśmiechnęła się tylko przepraszająco do Kwitnącej Łapy.
- Wybacz, obowiązki wzywają. Może jeszcze kiedyś uda się dłużej porozmawiać. - rzuciła w ramach pożegnania, nim ruszyła za Wichrzaczką.
Księżyce: 47 Mistrz: Płotkowy Potok, Wiewiórczy Skok Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Ślimacza Muszla* [NPC] Ojciec: Ostowy Kolec* [NPC] Trwałe urazy: brak lewego oka
Kocur ma umaszczenie czarne srebrne pręgowane. Jego futro jest długie jasnoszare z ciemniejszymi pręgami oraz trochę jaśniejszą szyją, pyszczkiem i brzuszkiem. Uszy ma długie, a pozostałe oko złotawe. Kwiat jest duży wzdłuż, wszerz oraz wzwyż, jak taki potężny klocek. Od kiedy zaczął trening jego mięśnie się uwydatniły i syn Ślimaczej Muszli zrobił się silniejszy, a do tego wygląda całkiem pokaźnie już z daleka.
Kwiat w dalszym ciągu jest precyzyjny, punktualny i obowiązkowy, jednak z czasem intensywność tych cech zaczęła opadać i stanęła na chyba całkiem znośnym dla innych poziomie. Po tym co zrobił mu Czarna Łapa, po zaginięciu matki i śmierci ojca, syn Ślimaczej Muszli wyciągnął trochę lekcji z życia po swojemu. Przede wszystkim uznał, że te wszystkie trudności, które los rzucał mu pod nogi miały na celu zahartować jego ducha aby Kwiatka nic nie mogło odciągnąć od celu, który ten sobie postawi. Zaczął też wierzyć, że świat urządzony jest w sposób racjonalny i że z każdej sytuacji można wyjść w jakiś sposób pozytywnie jeśli tylko się o to postara, a on po prostu w przeszłości popełniał błąd za błędem przez swoje narwaństwo i dlatego tak skończył jak skończył. To sprawiło, że się uspokoił i bardziej myśli o swoich słowach, jednak nie sprawiło że stał się milszy niż wcześniej. Jeśli chodzi o intensywność upartości co do jego przekonań to w tym przypadku nic się nie zmieniło, tak samo z jedzeniem.
Intensywny, ale krótki. No, Kwitnąca Łapa raczej by nie narzekał gdyby on też taki trening miał. Do tej pory to tak naprawdę nic nie zrobił, tylko tracił księżyce przez brak nowej mistrzyni, ponieważ jego stara zaginęła po ich pierwszym spotkaniu. A już myślał, że życie się zmieni. Niech to Gwiezdny Klan. Tej drugiej części praktycznie nie usłyszał przez swoje rozmyślania. Niechcący wpuścił jednym uchem, a drugim wypuścił, bo w zadumaniu nie pomyślał, że wypowiedź wichrowiczki będzie miała swoją kontynuację. Dopiero ogarnął się pod koniec, a kiedy chciał się zapytać o powtórzenie nagle pojawił się ktoś inny, zabierając Roziskrzoną Noc na bok.
-Oh… okej -odparł smętnie, bo chciał jeszcze trochę się powypytywać o to czy tamto, ale nie zdążył, bo rdzawa jak szybko się pojawiła tak szybko zniknęła. Kwitnąca Łapa fuknął do samego siebie, uderzył łapą w błoto, a potem postanowił dalej kontynuować skakanie po kamieniach w ramach swoich własnych ćwiczeń.
//zt
✭✭✭✭
Gotta gohard(gotta go hard) I ain't got time to waste(I ain't gottime) I gotta gohigh(gotta go high) I gotta elevate(I gotta elevate)
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Wiedziałam, które kocięta pójdą do ojców, które chcą iść do ojców, a które zostają ze mną i poprosiłam patrol, by zaprosił Barwną Wodę na granicę. Kocięta skończyły jeden księżyc, powoli zaczynały odkrywać wszystko wokół i był to idealny moment, by oddać je pod opiekę aspirujących rodziców. Chciałam jednak, by wszystkie maluchy mogły poznać swojego ojca i przede wszystkim pożegnać dwójkę maleństw, które odchodzą do innego klanu. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że spacer na granicę z ósemką kociąt nie jest zbyt bezpieczny, więc wzięłam do obstawy Klekoczącego Bociana i Bażancie Pióro. Mieli być tylko po to, żeby zająć się drapieżnikiem w razie czego.
Pilnowałam, by nikt się nie zgubił i powiedziałam każdemu że jest to jednorazowa wycieczka poza obóz i mają kategoryczny zakaz wychodzenia beze mnie pod groźbą poważnej kary. Tak na wszelki wypadek.
Po dotarciu na miejsce usiadłam, owijając ogonem każde z kociąt, które grzecznie siadło. Ochronę poprosiłam o zajęcie miejsc gdzieś dalej, żeby nie podsłuchiwali. Pozostało czekać.
Pierworodne kocię. Musi więc być najlepsze, prawda? Taka, swoim skromnym zdaniem, jest Malina. Nazwana po poprzedniej przywódczyni Klanu Wichru kotka o bielutkim futrze z delikatną nutą żółci, gdyby ją postawić obok młodej babci, Zawilcowej Skórki, byłyby serio podobne, nie licząc rzecz jasna szarości pokrywającej część futra wcześniej wspomnianej babki. Duża jak na kocię, z długim futrem, prawdopodobnie dorówna matce w wielkości, o okrągłych uszkach, które w przyszłości przerodzą się w szpiczaste trójkąty. O skórze w intensywnej, można by powiedzieć malinowej barwie, najbardziej na nosie oraz z długimi, białymi wibrysami, lekko skręconymi na końcach. Jej wąski pyszczek zdobi para dużych oczu, przymrużonych, świecących świecących na kolor na ten moment niewybarwiony, szaro-niebieski. W przyszłości kolor ten zmieni się na dwa różne sposoby. Lewe oko (ze strony obserwatora) pozostanie niebieskie, ale będzie w bardziej lazurowym odcieniu, drugie zaś będzie mieć odcień przydymionej zieleni, z błękitnymi przebłyskami gdy spojrzy się z innego kąta. Przechodząc w dół mamy długie łapy z bialutkimi pazurami na paluszkach, których jest tyle, ile należy. Malina ma dość krótki ogon jak na kota, o równie długim, białym futrze jak reszta. Bez skaz, o cudownej urodzie, wręcz oślepiającej, strzeż więc swoje oczy!
Z charakteru jest... Mieszanką. Mieszanką pokoleń charakterów przed nią. Gdyby jeszcze żył ktoś, znający młodą Maślak, zauważyłby podobieństwo. Pewnie trochę też ma wspólnego z pierwszą wichrową Maliną, bo o, taka jest specjalna. Jest takim powrotem do tak zwanej Wichrowej Szlachty, teraz już mniej intensywnej niż kiedyś. Może i nawet przywróci jej dawny blask. Zaczynając od początku jednak, jest to istna córeczka mamusi. Jako, że jest młoda, nie wykształciła jeszcze w pełni charakteru, posiada jednak parę odróżniających ją cech. Dość sprytne kocię, lubiące towarzystwo, będące w stanie również siedzieć w samotności. Możliwe że ma trochę kompleksu wyższości, zwłaszcza że była pierworodną córką. Pewna siebie, odpowiada jej bycie w centrum uwagi. Lubi też być skryta, siedzieć w cieniu i po prostu obserwować, w większości nie są to koty, nie mają niczego w sobie aby zająć uwagę królewny. Preferuje naturę, jej zmiany i zjawiska, bo przynajmniej one, niektóre, zbliżają się do poziomu jej własnej urody. Jest spokojna i cicha, nie odzywa się często, chyba że specyficznie jest o to proszona. Oczywiście cechy te pewnie ujawnią się trochę później, może nie od razu, ale w tę stronę zmierzają.
Wydmowy Wiatr [KRz], Aura [NŚ], Ćma [KC]
Rozumiałam. Oczywiście, że tak. Mama dokladnie wyjaśniła, jak to wszystko działa. I może kiedyś o tym zapomnę, ale teraz wiedziałam co i jak. Mamy tatę. Nie należy jednak do Klanu Wichru... a Klanu Rzeki. I tata chciał, aby wychować jakieś kocię, albo i dwa. Ja się nie zgłosiłam, bo chciałam zostać z mamą. Ale zgłosiły się dwa kocięta, rodzeństwo, które będę widzieć zdecydowanie rzadziej niż resztę. Czy mnie to obchodziło? Może trochę. To jednak nie ja rozstawałam się z mamą. Zresztą, to nie tak że zdążyłam się przywiązać do Nagietka i Gwiazdnicy. Przecież dopiero ostatnio otworzyłam oczy, ostatnio wyszłam oglądać piękny zachód słońca! Stało się tak dużo, ale jednak tak mało. Czy będę tęsknić? Nie wiem.
Szlam dziarsko za mamą, obserwując przez chwilę co robią tamci mniej ważni wojownicy. Prędko znudziłam się jednak ich widokiem i zdecydowałam oglądać to, co mam pod łapami i to, co jest wokół mnie. Piękne rośliny, lecące czarne punkty na błękitnym tle... To przynajmniej było w stanie dorosnąć mi do łap swoją urodą. Tak więc to obserwowałam. W końcu trochę potrwa, aż ponownie opuścimy obóz. Słuchałam mamy, wiedziałam, że sama nie będę mogła wyjść z obozu. Może kiedyś ją przekonam, ale musiałabym znaleźć do tego jakiś powód. Teraz jednak usiadłam obok mamy, jak najbliżej mogłam. Czekałam na spotkanie z tatą i na pożegnane rodzeństwa.
hehe ════⋆★⋆════ So nowyou'vedonea littlewrong And youswearyoudidn'tdo it Butvolition left youburdenedwith a curse hehe Andyouconjureupafictionnever gonna give you up never gonna let you downTogettheprettygirltolisten
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Kocięta Lśniącej Ścieżki miały wielkie szczęście urodzić się na samym początku pory nowych liści. Zazwyczaj niosła ona ze sobą dobrobyt i całe stosy piszczków, zatem miał pewność, że nie będzie im niczego brakowało, a same będą rosły duże i silne. Lśniące Futerko, zawodowa matka, miała okazję wielokrotnie wykładać mu o rozwoju dzieci. Tak, jak ojcowie patrzyli w niebo i przepowiadali deszcz, tak ona wieszczyła ze zwierzyny kondycję nowego pokolenia klanu.
Sroczy Ogon przylizał futerko na barku, widząc na horyzoncie orszak Wichrzaków. Nigdy nie miał okazji spotkać Lśniącej Sadzawki, odbieranie od niej (za chwilę swoich, miał nadzieję. Chociaż gdyby marudziły, nie byłby zdziwiony, w końcu wedle nich równie dobrze mogłyby zostać porwane i oddane strasznym obcym panom, którymi w normalnych warunkach straszy się dzieci) kociąt wydawało się nieco… niezręczne, jednak wojownik nie miał najmniejszych wątpliwości, że była dobrym wyborem. Cóż, może nie tyle wyborem, w końcu to ona zaproponowała Barwnej Wodzie układ! Otarł się bokiem o partnera, posyłając mu niepewny uśmiech i nie dając się stresowi stanął przed wichrową medyczką.
— Dzień dobry, Lśniąca Sadzawko. Klekoczący Bocianie, Bażancie Pióro. — Kiwnął głową białej kocicy, siadając. Pozostałą dwójkę wojowników kojarzył głównie z patrolów granic, niekiedy zdarzało mu się zagadać z tym pierwszym, przesympatyczny kocur. Spojrzał na ukryte za puchatym ogonem kocięta. Raz, dwa… ojej, jak dużo. — Jestem Sroczy Ogon, partner waszego taty — miauknął, uśmiechając się łagodnie. Mama byłaby w Gwiezdnym Klanie.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Pajęczyna rozumiał wszystko, tak samo jak siostra. Mieli jakiegoś tatę, poza Klanem - oczywiście, że poza Klanem! Nie potrzebowali go tutaj, bez niego radzili sobie doskonale! Rozumiał także, że kilkoro z jego rodzeństwa pójdzie i zamieszka z tatą w Klanie Rzeki, innym (wrogim, może nawet?) Klanie, gdzie będą wychowywać się z dala od niego. Phi! On ich i tak nie potrzebował do szczęścia! Jak chcieli, to niech sobie idą i na sam koniec świata! Pajęczyna nie chciał iść do Barwnej Wody, ale stwierdził, że wypadałoby się z rodzeństwem pożegnać, jako że nie wiadomo kiedy znów się zobaczą... Wcale nie będzie tęsknił, i na pewno nie był o to wszystko zły! To po prostu bezsensu, to wszystko!
Mały królewicz szedł z zadartą w górę główką, co chwilę zerkając na mamę i rozglądając się po rodzeństwie. Nie docierało do niego zapewne jeszcze to, że od tego dnia będzie ich o dwójkę mniej, że kogoś faktycznie w jego życiu zabraknie - nie chciał o tym myśleć, bo gdy to robił, czuł się jakby coś rozpalało mu gniew w sercu! Ah, jak oni mogli się na to zgodzić? Kto mógł chcieć zdradzić tak swój Klan i rodzinę, i odejść do wroga? Nie podobało mu się to, ale wolał zachować spokój, bo tak wypadało. Zwłaszcza na oczach mamy...
Widząc przed sobą obce koty Pajęczyna przyspieszył nieco, kilka razy ślizgając się na jakichś starych liściach, ale finalnie łapiąc jednak równowagę. Uniósł wysoko swój krótki, puchaty ogonek i stanął obok mamy, uparcie, prawie jakby był gotowy walczyć z rzeczniakami o swoje rodzeństwo. Naprawdę nie podobała mu się ta cała sytuacja... Kto to widział! Na pyszczek małego kocurka wkradł się grymas, ale młody nie odezwał się ani słowem - jedynie mierzył nieznajomych groźnym spojrzeniem. Zwłaszcza tego Sroczego Ogona, który właśnie się odezwał.
Ekscytacja i radość to niedopowiedzenie. Usłyszawszy, że jest wzywany przez Lśniącą Sadzawkę na granicę doskonale wiedział, czego ma się spodziewać. Nie prosiła o kolejne spotkanie po ostatnim razie, medyk wywnioskował zatem, że jedna próba wystarczyła, że kocica spodziewała się młodych... a teraz mijało już kilka księżyców. A ona wzywa go na granicę.
Pozna swoje dzieci. On, medyk który nigdy nie miał ojca, sam został ojcem i pozna swoje dzieci. Przynajmniej jedno z nich przyprowadzi do domu ze sobą, do drugiego ojca - nie, kocięta poznają swojego drugiego ojca od razu, bo uradowany Barwinek zamierzał zabrać na granicę ze sobą Kapustkę.
Ich dwójka wystarczyła.
Był podekscytowany. Był szczęśliwy, szczerze szczęśliwy, pierwszy raz od tylu księżyców, ale też szczerze nerwowy, widząc białą kocicę, dwóch wojowników i gromadkę włochatych, jeszcze nieforemnych kłębuszków kręcących się u łap Lśniącej Sadzawki. Odwzajemnił czuły gest Sroczego Ogona i uśmiechnął się, szeroko. Barwinkowi serce kołatało tak, jak ptak w potrzasku który desperacko chciał się uwolnić. Były tak maleńkie... i były jego.
Podszedł bliżej, kiwając głową dwóm Wichrowym wojownikom, Lśniącej Sadzawce, wzrok jednak zawiesił na kociętach. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... - Osiem. Ośmioro - wydusił z siebie z niedowierzaniem, oczami zaszklonymi od pozytywnych emocji i wyszczerzył się jeszcze szerzej, nieśmiało, powoli przysuwając nieco bliżej gromadki maluchów. Dwa były w pełni białe, jak ich matka. Kolejne dwa - łaciate. Z czarnymi plamkami na ogonie, mordce... och, to tak, jak Sroka... jedno czarne. Jedno bure, pozostałe dwa szaro-srebrzyste, z białymi plamami. Barwna Woda przełknął ślinę. Były idealne, wszystkie były absolutnie perfekcyjne. - Cześć, skarby... jestem Barwna Woda, wasz tata... bardzo miło mi was wszystkich poznać. Jakie macie imiona? - spytał, nie wiedząc, jak inaczej rozpocząć interakcje z kociętami tak kruchymi, tak małymi. Kociętami, dla których na razie był... obcym.
Uniósł wzrok na Lśniącą Sadzawkę. Wdzięczność, radość. To było widoczne na jego mordce. - Więc... które? - spytał, doskonale wiedząc, że medyczka również wie.
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
Czarno-biały kocur o intensywnie zielonych, wiecznie rozbieganych oczach. Większość jego ciała pokrywa białe futro – gęste i pierzaste, zwłaszcza na policzkach oraz ogonie. Szczególną uwagę przykuwają jednak czarne akcenty, zaskakująco upodabniające go do Sroczego Ogona – zakryte smolistą sierścią ucho i wspomniany już ogon, a także kilka plam ozdabiających czubek pyska i łapy. Zdecydowanie wysoki, raczej masywny – „naturalnie przysposobiony” do bycia wojownikiem. Kiedy tylko Nagietek nie ma czym zająć myśli, całe jego ciało zdaje się momentalnie spinać, a każdy krok sprawia wrażenie nienaturalnie sztywnego – w ten sposób najczęściej nieświadomie zdradza kłębiące się w nim negatywne emocje.
Chociaż otaczający świat nie zachwyca już tak jak kiedyś, to Nagietek z przyjemnością pogłębia posiadaną o nim wiedzę, wykorzystując swoją absurdalnie pojemną pamięć – spacer w towarzystwie bardziej doświadczonych gawędziarzy skutecznie zajmuje myśli, a dobrą odskocznię od codziennych trosk zapewniają i kocięta, pełne zapału, entuzjazmu i niejednokrotnie zaskakujących rozkmin. Wyłania się z tego klarowny obraz – Nagietek stroni od samotności, która niegdyś szła w parze z rutynowymi obserwacjami, a obecnie jest wręcz nieznośna. I tylko co jakiś czas, ale naprawdę co jakiś czas, zaczyna się zastanawiać – może to nie samotność, ale on sam jest nieznośny? ten natłok niepokoju i nerwowości? I dlaczego życie, jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej mimo śmierci jego rodziców?! Ale zaraz potem wraca do sumiennego wykonywania swoich terminatorskich obowiązków, pieczołowicie czyści futerko na piersi albo szuka byle pretekstu, by odwiedzić medyka. Wszystko, byle być czymś zajętym!
Wydrzy Wąs [KW], Węgielek [KRz] | Bezchmurne Niebo [GK], Deszczowa Noc [GK] i in.
Dzisiaj, dokladnie dzisiaj był ten dzień! Chciał poznać tatę i... Chciał iść do taty. A dlaczego? Nie zamierzał już sprawiać kłopotów mamie i... Hehe, z tatą pewnie będzie miał o wiele, wiele więcej tematów do rozmów! Bo to tata, a nie mama! Będzie mu opowiadał o... O żukach! Biedronkach! Kulkach mchu! Wszystkim!
Przez całą podróż obserwował otoczenie, raz po raz głośno informując o swoim zachwyceniu. Było... Ślicznie! Pięknie! Cały ten dzień wydawał się tak piękny!... Gdyby tylko nie nagły uścisk w gardle, nagła... Niepewność, która w końcu się wykluła i zawładnęła jego ciałem. Próbowała właśnie zgasić jego szczęście. Zdmuchnąć zaraz to zapaloną świecę. Ale on postara się chronić ten płomień własnym uśmiechem. Przykryć go pozytywnymi emocjami, tak! Stanęli. Usiadł zaraz obok mamy i przeleciał wzrokiem po swoim rodzeństwie, posyłając do nich delikatny uśmiech, by zaraz spojrzeć na białą medyczkę.
- Mamo, mamo, MAMO!... A-... Bęciesz odfiecac mnie i Gfiastnice? I-I... Pajęcyna, Malina, Miót, Mięta, Mak, Sto-... STO-KLO-TKA tes? Bo jak- Jak macie mnie ne odfiecac, to- to ja nie ce! Bo byloby mi ftedy... Smutno. BO WAS KOCHAM! BALDZO! - wbił wzrok w rodzicielkę, głośno wyrażając własne zdanie. Nie chciał być sam. Nie, wiedział, że nie zostanie sam, ale... Właśnie miał pójść do obcego klanu, być tam ze swoim... Tatą, którego widział pierwszy raz na oczy. Bał się. To białe futro Lśniącej Sadzawki było jego pierwszym komfortem. Głos jego rodzeństwa, ich wszystko... To było jego szczęście, pierwsze szczęście. Czy miał miejsce na to drugie?
Ale wtedy właśnie przyszedł... Jakiś pan i... Tata? Szeroko otworzył oczy, wpatrując się w nich bez wyrazu. Bez niczego. Myślał. Sroczy Ogon, Barwna Woda... Partner taty, skarby, imiona... Ojojoj.
Wziął głęboki oddech i zaraz szeroko się do nich wyszczerzył. Byli... Byli super! Mieli takie... Fajne imiona! I cali byli fajni! W dodatku Sroczy Ogon- Pan Sroczy ogon był bardzo podobny do niego! Też czarno-biały!
- TATA, TATA, TATA!!! NAGIETEK! JESTEM NA GIE TEK! Mi tes- Mi tes jest baldzo miło! Panie Slocy Ogon- PAN SLOCY OGON! MA PAN FUTELKO! TAKIE! JAK! JA!! ALE SIĘ CIESĘ!! Jestescie!! Supel! Jestescie tacy DUZI! DOLOSLI!! ALE FAJNIE!! - nie mógł dłużej już wytrzymać. Rozpierała go radość na tyle silna, że ochroniła jego szczęście przed zniknięciem. Pochłonięciem przez uprzedni niepokój. Rozwiązała mu węzeł w gardle i podarowała mu siłę na najładniejszy uśmiech. Podszedł bliżej, w pełni zafascynowany wpatrując się w dwójkę kocurów. TATA! I PAN PARTNER TATY! Stali tutaj! Pójdzie z nimi! Będzie z nimi! I będzie... I BĘDZIE SIĘ Z NIMI BAWIŁ! ROZMAWIAŁ! WSZYSTKO! To był świetny dzień, wspaniały. Dzień, który z pewnością zapamięta. Będzie miał szczególne znaczenie wśród innych ''najlepszych dni''.
*:・゚✧*:・゚ your voice it carries over
the hubbub andthe hum
and it paints the sky and circles high
like the beating of a drum
you will scream "i won’t forget you"
but i’ll cover my coldears
[ it cannot be a lie if no-one hears ]
Przejął widoczne cechy wyglądu po... żadnym z rodziców. Jego pulchne, dosyć duże jak na kociaka ciałko pokryte jest długim, ciemnoburym futrem, które ozdabiają fantazyjne, kręcące się klasyczne pręgi. Rozjaśnienia widoczne są na jego podbródku i kawałku mordki, a białe plamki znajdują się na dwóch środkowych palcach przedniej prawej łapy. Uszy mają delikatne frędzelki na swoich końcach. Oczęta malca są na razie niewybarwione, błękitnoszare, w przyszłości zaś osiągną płomienną, pomarańczową barwę, a pyszczek jego akcentuje czarny nosek na jego czubku, ozdobiony wykręconymi wąsami po obu stronach. Nie zapominając o puszystych, okrąglutkich policzkach tuż obok!
Może to dopiero kocięca nieśmiałość, z której kocurek wyrośnie w dorosłym życiu... póki co jednak Stokrotka jest istotą nadzwyczaj cichą i ułożoną, stroniącą od bycia w centrum uwagi, co z pewnością będzie trudnym wyzwaniem ze względu na to, kim są jego rodzice. Cechuje go niepewność i lekki strach do świata zewnętrznego - jest nim jednocześnie zachwycony, jak i przerażony. Dostrzega jednak jego piękno, jest w stanie się nim zachwycić i podziwiać, odcinając się wtedy od reszty bodźców. Większość czasu uśmiecha się pogodnie, nie narzeka, słuchając się posłusznie słów innych i nie sprzeciwiając się. Upodobał sobie nasłuchiwanie różnych dźwięków, które próbuje odtworzyć - czy to śpiew ptaków, czy konkretne stuknięcie kamykiem o podłoże. Wrażliwy, łzy łatwo pojawiają się w jego oczach - czy to dlatego, że któreś z rodzeństwa nadepnie na jego ogon, czy też popchnie go trochę zbyt energicznie przy karmieniu. Nie wyraża jednak niezadowolenia, zawsze cierpliwie czeka na swoją kolej, nawet, jeśli w między czasie pociąga smutno nosem.
Tak jak część rodzeństwa wiedziała, rozumiała to co mówiła mama... tak Stokrotka był w tym troszkę... powolny. Mieli tatę, poza klanem, nie tutaj... i miała do niego pójść dwójka z jego rówieśników. Nagietek i Gwiazdnica. Ale... dlaczego oni chcieli tam iść...? Nie woleli zostać tutaj, gdzie większość ich rodziny, gdzie jest mama, gdzie jest braciszek Krwawnik? Burasek... nie potrafiłby ich zostawić. Nie dałby rady... nawet, jeśli w tym... drugim klanie, był jego drugi rodzic.
Szedł jednak grzecznie za mamą i resztą, spoglądając na dwójkę wojowników, którzy szli z nimi. Bał się, mimo... że to nie on przecież odchodził. On wróci z powrotem do Ziołowego Wzgórza i jego życie będzie trwać dalej, będzie dorastał w Wichrze i... kto wie, jak się potoczy jego przyszłość? Spiął się lekko, a stres tylko narastał bardziej, im bliżej byli.
Usiadł bliżej mamy, czując, jak zaczyna drżeć. Milczał jednak, przebierając łapami pod sobą i oczekując przybycia... ojców. Podniósł zaskoczony główkę, gdy Sroczy Ogon się przedstawił jako partner taty, a bury kocurek zamrugał parę razy oczętami. Skinął mu w niepewności głową, dostrzegając jego obecność, po czym wzrok zwrócił w stronę... tego oficjalnego taty? Nie rozumiał.
Barwna Woda. Kolejne imię wyrysowane w głowie syna Lśniącej Sadzawki, który w zdziwieniu spoglądał na postać Rzecznego medyka. Był... taki biały, ale też trochę... plamiasty. Wyglądał jak Gwiazdnica, a Nagietek wyglądał jak pan Sroczy Ogon... co za przypadek, że akurat oni chcieli iść.
A Stokrotka... nie wyglądał jak żadne z nich. Nie wyglądał jak tata, nie wyglądał jak... partner taty, nie wyglądał jak matula. Do kogo był podobny? Dlaczego tak bardzo różnił się od swojego rodzeństwa i najbliższych? Mimowolnie jego mordka wykręciła się w smutną podkówkę, ale milczał, póki tata nie zapytał o imiona, a Nagietek nie zaczął bardzo głośno się wypowiadać. Wzdrygnął się lekko, spoglądając najpierw na brata, a potem na ojca.
- ...Sto...klotka... - pisknął cicho, od razu przełykając ślinę, niepewnie mrugając ślepiami. Miło mu ich poznać... więc na jego widok też się cieszy, prawda...? Odwrócił się po krótkiej chwili do Nagietka, czując, jak do jego oczu napływają łzy. Dlaczego... dlaczego on musi iść. On nie rozumie. Dlaczego wszyscy rozumieją, tylko nie on. - ...Będę cię... odfiecać... cęsto. Będę... tęsknić. - wymamrotał, spoglądając na brata i czując, jak jego żołądek nieprzyjemnie się zaciska. Będzie mógł go odwiedzać, ale... za ile to będzie? Minie mnóstwo czasu, zanim będzie mógł sam wyjść. Było ich dużo, cała ósemka... ale na pewno poczuje różnicę, gdy będzie ich szóstka, o dwójkę mniej. Spojrzał jeszcze na Gwiazdnicę, będąc ciekawym jej zdania na ten temat.
Miód, wbrew pozorom, wcale nie wygląda miodowo. Jako kocię wyróżnia się na tle swojego rodzeństwa, pokrytego jasnymi barwami mleka czy chmur burzowych, swoją węgielną sylwetką. Czarne futro urośnie w przyszłości długie i aksamitne, pojawią się frędzelki na uszach, a cała sylwetka będzie długa i dostojna. Gdy oczy w końcu się wybarwią pokażą światu barwę zachodzącego słońca, ciepłą lecz odległą. Ale na razie Miód jest tylko małą czarną kulką o czarnym nosku i czarnych poduszeczkach, który po prostu daje nadzieję, że wyrośnie na silnego kocura.
Miód jest spokojny. Nie kwapi się do rześkich zabaw ze swoim rodzeństwem, czy zbyt głośnego zachowania. Woli być trochę bardziej na uboczu niż narażać się na nadmiar bodźców. Ma wrażliwy słuch, co w połączeniu z synestezją która sprawia że widzi dźwięki, daje kociaka którego łatwo przeciążyć samą rozmową. Z drugiej strony jednak nie jest milczkiem. Lubi rozmawiać z innymi, przebywać z mamą i rodzeństwem, poznawać nowe koty. Zwyczajnie potrzebuje trochę więcej przestrzeni dla siebie.
Pochmurny Sen || Zbożowy Kłos, Miraż
Ten dzień miał być niesamowity, jedyny w swoim rodzaju. Mama przygotowała ich już jakiś czas temu, wytłumaczyła wszystko, opowiedziała jak to będzie wyglądać. Nie sprawiło to, że Miód rozumiał co to znaczy, na pewno nie do końca. Nie pojmował jeszcze konceptu szerokiego świata, cały czas szukając spokoju w lecznicy, praktycznie nie wychodząc z mroku. Ale tego dnia nie zamierzał zostawać sam w domu - trochę się tego bał. Krwawnikowy Liść by ich przypilnował, to na pewno ale mama... Nie chciał być bez niej.
Najpierw odbyli długą wyprawę. Głośny kolorowy obóz, wypełniony kolorami głosów rozlegających się z każdej strony, zamienił się w ciszę, której Miód do tej pory nie znał. Nie była to cisza głębokiej ziemi pozbawionej kolorów. Była to raczej cisza rozrywana drobnymi dźwiękami z daleka. Trawa pod stopami szumiała, ptaki odzywały się z różnych kierunków, cała rodzina wydawała z siebie różnorodne dźwięki, poruszając się po okolicy. Miód wpatrywał się w to wszystko wielkimi oczami, powoli przekonując się, że świat jest naprawdę różnorodny i może nie aż tak straszny. Bolały go łapki, uszy co chwilę kładł po sobie chroniąc się przed ostrzejszymi dźwiękami, ale szedł wytrwale przed siebie, czując jak mu serce bije z ekscytacji.
Gdy mama zatrzymała się Miód wciąż szedł, przez kilka kolejnych kroków, zagapiony w chmurę płynącą po niebie. Ale gdy zorientował się, że idzie sam szybciutko potruchtał bliżej mamy. Nie chciał się zgubić i nie chciał być sam, bo to wszystko było niesamowite, ale czuł, że jak wrócą to będzie musiał zaszyć się gdzieś w jakiejś norce i to wszystko odespać. Jeszcze nie było tego za dużo, ale to tylko kwestia czasu, gdy okaże się, że świat był jednak zbyt wymagający dla małego kociaka.
Rozglądając się po świecie w końcu zauważył, że od przeciwnej strony ktoś się zbliża, nawet dwójka ktosiów. Wiatr niósł ich zapachy i to były dziwne zapachy, rażące nosek Miodu. Kociak zmarszczył nos ale patrzył jak idą, co chwilę zerkając na mamę, która wydawała się być bardzo spokojna.
I w końcu przyszli. Przedstawili się. Tata.
Miód przekrzywił główkę. Tata. Co za dziwne słowo. Miód nie do końca je rozumiał, nawet jeśli mama tłumaczyła. Wiedział, że to ważne słowo. Że ten kot jest ważny w jakiś sposób.
Nagietek krzyczał gdzieś z boku a znaczenie jego słów gdzieś umykało Miodowi. Obcy kocur spytał ich o imiona. Nagietek wykrzyczał swoje wraz z całą gamą innych kolorów. Było to głośne i było to dziwne, Miód nie rozumiał tych emocji, chociaż sam był ciekaw nowoprzybyłych. Dlatego wstał z miejsca i trochę niepewnie podszedł do kota który przedstawiał się jako tata. Podszedł do jego łapy i powąchał uważnie, wyczuwając zapachy ziół tak jak na mamie czy Krwawnikowym Liściu. To były dobre zapachy, więc Miód od razu poczuł się trochę lepiej. Postawił swoją drobną łapkę na dużej łapie pachnącego ziołami, by ściągnąć na siebie swoją uwagę.
- Miod - przedstawił się cichym głosem, nie patrząc wcale na kocura. Natychmiast zabrał swoją łapkę i strzepnął ją, by pozbyć się tego uczucia dotyku.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić dalej podszedł do drugiego kocura i też zaczął go wąchać, ale nie wyczuwszy tak intensywnego zapachu ziół poczuł się zawiedziony. Ze zmarszczonym czołem wrócił do mamy i usiadł koło niej, tak by przypadkiem nie dotknąć żadnego z rodzeństwa ani samej mamy.
Ekstrawertyczna, lubi przyjazną rywalizację. Pewna siebie, odważna, lgnie do innych kotów, a do tego ambitna i lubi kiedy może być w centrum uwagi i zabłysnąć.
Cicha Łapa [KC], Prześwitująca Łapa [KG]
Wreszcie nadszedł ten dzień. Z jednej strony Gwiazdnica się ekscytowała, z drugiej strony była nerwowa. Z jednej storny chciała iść do pana taty, a z drugiej... Bała się. Nie chciała zostawiać rodziny. Ale gdyby Gwiazdnica i Nagietek sami się nie zgłosili, mama by kogoś i tak musiałaby wybrać, kto by poszedł do pana taty. A reszta rodzeństwa nie chciała iść. Chcieli zostać z mamą, w Klanie Wichru, w ich domu. Gwiazdnica bardzo nie chciała, by ktoś z jej rodzeństwa został zmuszony do odejścia. Sama również nie chciała odchodzić, ale... Ona była odważna! Silna! Da sobie radę! To... Przecież i tak nie jest chyba tak, że już nigdy się nie spotkają, prawda? Tak, na pewno się będą spotykać gdy będą starsi... Ale rany, kiedy to będzie?
Gdy wyszli z obozu, Gwiazdnica dumnie szła obok mamy... Dopóki nie zaczęła się zachwycać wielkim światem poza ich byłym domem. Co chwilę się zatrzymywała, zerkała na mijane robaczki, patrzyła do góry na szybujące ptaki, patrzyła pod łapki na superowe kamyczki pośród trawy i... Zostawała czasami z tyłu i musiała doganiać resztę. Ale... Ale było superowo! Ci dorośli to dopiero musieli mieć fajnie! Mogą podziwiać to wszyściuteńko bez niczyjej opieki! Jak będzie dorosła, to na pewno będzie zwiedzać ten ogromny świat i będzie się nim do woli zachwycać! O! W końcu jednak nadszedł koniec ich podróży. Gwiazdnica grzecznie klapnęła, chociaż łapki ją świerzbiły i chciała biegać, skakać... Robić wszystko, tylko nie siedzieć! Mama okryła ją swoim fajowym, białym ogonem pewnie ostatni raz. Nie, nie może myśleć o minusach tego wyjścia. Będzie super! Tak! Będzie silna.
Ale gdy Nagietek się spytał, czy będą ich odwiedzać, coś w niej pękło. Ona przecież nie chce ich zostawiać! Nie chce iść! Dlaczego nie może na raz być z nimi i z panem tatą? Czy pan tata nie mógł zamiast tego zamieszkać z nimi? Wtedy miałby ich wszystkich, nie tylko ją i Nagietka! Zapłakała cichutko.
- Będę tęsknić! Kocham was baldzo! Zawse będę o was pamiętać! Wy tes będziecie o mnie pamiętać, plawda? - pociągnęła noskiem. Niech o niej nie zapominają. O niej i Nagietku. To, że odchodzą do innego klanu... To nie oznacza, że nie będą dalej rodzeństwem, prawda? Nadal będą się nawzajem kochać , tak? - Mamo, będziemy cię jesce widzieć, tak? I... I wsystkich, tak? Bo jak nie to my... To my nie idziemy do pana taty! O! - i jeszcze tupnęła łapką. Jeśli pójście do pana taty oznacza, że nie będą się już widzieć z mamą i rodzeństwem, to oni się na takie coś nie zgadzają! O nie! Niech pan tata znajdzie sobie jakieś inne, całkowicie własne kociaki.
Ale gdy Gwiazdnica i reszta ferajny zobaczyli, jak w ich stronę zbliżają się dwa koty, negatywne emocje koteczki zostały przysłonięte ciekawością i ekscytacją. Który to pan tata? Który? Może ten czarno-biały? Wygląda trochę jak Nagietek! Ale ten drugi wyglądał trochę chyba... Trochę jak ona! W końcu przyszli i wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Czyli pan tata to ten trochę taki jak ona! Zrozumiałe! A ten drugi pan, to pan partner pana taty... O rany, coś dużo tego "pan". Chyba się za chwilę jednak pogubi.
Koteczka wystąpiła pewnie do przodu, podchodząc do dwóch dużych kocurów - Dzień dobly panie Slocy Ogonie!! Dzień dobly panie tato!! Jestem Gfiastnica!! Mi tes jest baldzo, baldzo miło! Jesteście... Fajni! Supelowi!! Klan zeki tez jest taki fajowy, plawda? O! O! Cy będziemy mieć tam kolegów? Cy w klanie zeki tez się fajnie bawi? Gdzie będziemy spać? Będziemy spać z wami? Bo ja baldzo nie lubię spać sama! Kiedy idziemy? Kiedy? - była ciekawa jak wygląda Klan Rzeki, jak wygląda ich obóz, jak wyglądają tamtejsze koty, jak brzmią, jak pachną! Bo pan tata i pan Sroczy Ogon pachnęli na pewno zupełnie inaczej, niż koty z ich... No, za chwilę już nie ich... Klanu Wichru. Była bardzo niecierpliwa, chciała wiedzieć wszystko już teraz. Była ciekawa, jak od teraz będzie wyglądać jej życie. Życie z panem tatą i panem Sroką. No i Nagietkiem. Będą w tym razem.