mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
***
Plotki o tym, że po terytorium Klanów walały się jakieś tajemnicze przedmioty, prawdopodobnie dwunożnego pochodzenia, nie była może najbardziej rewolucyjną i ekscytującą informacją jaką Kość słyszał w swoim życiu, ale była przynajmniej jakąś odmianą od zwykłych wieści z patroli. Na tyle, że sam osobiście postanowił się rozejrzeć po okolicy. Jednak, łażenie samemu wydawało się na tyle nudne, nawet z perspektywą znajdywania czegoś, że zgarnął ze sobą pierwszego towarzysza, który mu się nawinął i był gotów przystać na rzucone "idziesz ze mną, zbierać rzeczy". Tym nieszczęśnikiem był Księżycowa Łapa i rzeczywiście bez oporów dał się zaciągnąć Kostkowi prawie na granicę z Gromem.
Kocurek aż zaczął się zastanawiać na co jeszcze dałby się namówić.
Niemniej, to akurat mógł być plan na przyszłość, bo póki co, orientala interesowały te rzekome cuda i niewidy. Czy jakieś leżały w zasięgu jego wzroku?
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
Księżyce: 98 Mistrz: Węgorzowe Gardło / Płotkowy Potok Płeć: fajna [amab nb] Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: mutyzm wybiórczy
Przeciętnego wzrostu, chude, słabo umięśnione. Futro ma długie, srebrne czarne, klasycznie pręgowane. Na lewym boku pod futrem skrywa się długa blizna. Oczy zielone, nos ceglastoczerwony.
Melancholijny włóczęga o bardzo fragmentarycznej pamięci i łagodnym usposobieniu. Pogrążone w anhedonii, niepewne tego, czego samo chce, nawiedzane mrocznymi wspomnieniami, ukojenie odnajduje w syceniu swojego stałego wanderlust.
Księżyc nie wiedziało dokładnie, o co chodzi niemal nieznajomemu im Kościstej Łapie. Poprawka, nie wiedziało kompletnie nic, ale skoro Kostek był tak miły, by zaprosić ich do towarzystwa, nie wypadało odmówić. Poszło więc za nim niemal aż na samiutką granicę, cały ten czas bardziej ubawione, niż zaniepokojone czy zdziwione całą sytuacją.
- Będziemy polować? Czy szukać czegoś? - zapytało i bardziej orientacyjnie, niż czegokolwiek konkretnego szukając, rozejrzało się po okolicy.
somepeopleSMILE attheendoftheday 𝘀𝗼𝗺𝗲 𝗽𝗲𝗼𝗽𝗹𝗲 𝗹𝗮𝘂𝗴𝗵, 𝗶 𝘀𝘂𝗽𝗽𝗼𝘀𝗲 but to me there’s nothing
but gloom and despair that’sjusthowthestorygoes
A przedmiotów chyba rzeczywiście musiało się sporo walać po terenach Klanu Rzeki, skoro wesoła wycieczka nie musiała długo maszerować nim wpadła na coś niezbyt pasującego do standardowych dzikich krajobrazów.
Koścista Łapa dostrzegł na ziemi raczej niewielkiego śmiecia. Ot zawiązany sznureczek, wraz z zawieszonym plastikowym czymś. Gdyby oriental miał okazję zawędrować kiedykolwiek w okolice Siedliska Koni, mógłby w tym kształcie rozpoznać jednego z jego mieszkańców. To znaczy – nie do końca, bo ta podobizna konika o sympatycznym uśmiechu, miała na czole długi róg, a tęczowej grzywie daleko było do prawdopodobnej. Ozdóbka sprawiała wrażenie niezbyt trwałej, jakby nawet kocie szczęki były w stanie ją przeżuć. Ale przynajmniej węzeł na sznurku był trwały.
Z kolei Księżycowa Łapa nie zauważyło niczego, gdy rozglądało się po okolicy. Za to potknęło się lekko o skitrany w trawach przedmiot. Dziwny okrąg, wykonany z niewiele trwalszego materiału niż znalezisko Kostka, ale zdecydowanie większy. W jego granicach spokojnie zmieściłoby się kilka kocich chlebków, chociaż twórcy tego przedmiotu raczej nie przewidywali by miał wydzielać strefę odpoczywających kotów. Samo hula hop było białe, z nadrukowanymi licznie kolorowymi kwiatkami i wystarczająco lekkie by Księżyc nie wyzionęło ducha ze zmęczenia, gdyby postanowiło przynieść je do obozu.
mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
- Ty możesz robić co chcesz. - Miauknął do Księżyca beznamiętnie. Nie wytłumaczył mu powodów, dla których zaciągał ich na granicę i w sumie nadal nie zamierzał tego robić. Jakoś nieszczególnie go ciągnęło do rozmowy, był skupiony na postawionym sobie zadaniu, a towarzystwo traktował przedmiotowo - trochę jak kwiatek do butonierki. - A ja będę szukać rzeczy. - Dodał, mając nadzieję, że to ucinało dalszą część pytań. Zostawiał sprawę otwartą, czy Księżyc się przyłączy, czy po prostu będzie się plątało po okolicy. Kostek sam się zgłosi, jak będzie coś potrzebować.
Oriental nie musiał się namęczyć, by rzeczywiście szybko znaleźć... coś. Nie był nigdy w okolicach Siedliska Koni, więc nie potrafił rozpoznać w podobiźnie magicznego konika. Bardziej zwrócił uwagę na jego tęczową grzywkę i przykuty doń sznureczek. Wyglądało jak coś, co mogło zawisnąć na gałązce przy jego gnieździe. Kostek jako dumny gej podświadomie i natychmiastowo poczuł więź z dziwnym przedmiotem i postanowił przyozdobić nim swoje legowisko. Capnął delikatnie pętelkę w zęby, omijając tę bardziej wrażliwą część. Nie chciał uszkodzić tego tęczowego... jednorożnego jelenia. Czy czegoś.
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
Księżyce: 98 Mistrz: Węgorzowe Gardło / Płotkowy Potok Płeć: fajna [amab nb] Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: mutyzm wybiórczy
Przeciętnego wzrostu, chude, słabo umięśnione. Futro ma długie, srebrne czarne, klasycznie pręgowane. Na lewym boku pod futrem skrywa się długa blizna. Oczy zielone, nos ceglastoczerwony.
Melancholijny włóczęga o bardzo fragmentarycznej pamięci i łagodnym usposobieniu. Pogrążone w anhedonii, niepewne tego, czego samo chce, nawiedzane mrocznymi wspomnieniami, ukojenie odnajduje w syceniu swojego stałego wanderlust.
Skinęło głową ze skrywanym rozbawieniem całą tą sytuacją i, z braku czegokolwiek lepszego do roboty, jęło przypatrywać się bliżej otoczeniu. Opłaciło się, bo oto dostrzegło w trawie jakiś dziwaczny obiekt; obeszło go wokół, skrzętnie obejrzało ze wszystkich stron i ujęło go w zęby, na próbę, czy jest ciężki. - Fajowe - ucieszyło się, gdy przedmiot okazał się być łatwy do niesienia... a zarazem na tyle duży, że chyba na tym musiały skończyć się zbiory. Zawiadomiło Kostka o tym, że bardzo przeprasza, ale chce wrócić z obręczą do obozu, i życzy mu owocnych łowów, i do widzenia, i - niezależnie od reakcji towarzysza - ruszyło ku obozowi Klanu Rzeki.
zt
somepeopleSMILE attheendoftheday 𝘀𝗼𝗺𝗲 𝗽𝗲𝗼𝗽𝗹𝗲 𝗹𝗮𝘂𝗴𝗵, 𝗶 𝘀𝘂𝗽𝗽𝗼𝘀𝗲 but to me there’s nothing
but gloom and despair that’sjusthowthestorygoes
Idąc dalej Kostek mógł się natknąć na kartonowe pudełeczko. Takie zdecydowanie za małe by się dało w nim chociaż usiąść, ale w miarę duże jak na kocie standardy. Miało dziurę na środku, z której wystawała biała chusteczka. I momentalnie po jej wyciągnięciu pojawiłaby się w jej miejscu nowa, taka magia (przynajmniej dopóki nie wyciągnie wszystkich stu sztuk). Samo opakowanie zdobiły usmiechnięte liski, kwiatuszki i niebieskie szlaczki zwane napisami.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Dzisiejszy spacer to Totalna Porażka™. Minóg ma same dobre intencje, ale oczywiście nimi jest Ciemny Las wyłożony. Teraz, przedzierając się przez zaspy, nie rozumie jak mógł być tak beztroski. Rzecz jasna może się usprawiedliwiać, że w zachowaniu Wilka nie ma dziś nic nadzwyczajnego. Jest ospały i niechętny do dalekich wycieczek – ale Wilk zawsze jest ospały i niechętny do dalekich wycieczek. Więc szylkret tym bardziej zachęca go do ruszenia się z legowiska, nalega wręcz i nie przyjmuje odmowy, przekonany, że wycieczka dobrze im zrobi.
Błąd. Wcale tak nie jest.
Wszystko zaczyna się sypać wkrótce po przekroczeniu Bobrowej Tamy, jego przyjaciel zostaje gdzieś w tyle i zwija się w pół by zwymiotować żółcią. Wtedy okazuje się, że w sumie to prawie nic dzisiaj nie jadł. Wilk! Nie jadł! O Gwiezdni, przecież to zwiastun rychłego końca świata. Ale gdy szylkret przypada do srebrnego boku, by służyć za podparcie, odkrywa dwie kolejne, mrożące krew w żyłach, rzeczy. Po pierwsze – Wilcza Łapa jest nienaturalnie ciepły. Po drugie ma żółte dziąsła i prędko okazuje się, że to nie od wymiocin tylko rzeczywiście zmieniły barwę. I to jest ten moment, gdzie syn Karasiowej Ości jest gotów zemdleć od nadmiaru złych wieści, ale musi być silny!! To na jego barkach spoczywa teraz odpowiedzialność za życie przyjaciela, którego wyciągnął na spacer mimo jego uzasadnionej niechęci do opuszczania ciepłego legowiska!!
Przeprawa przez rzekę, nawet z pomocą Bobrowej Tamy jest zbyt ryzykowna, więc prędko podejmuje decyzję, że pomocy należy szukać u sąsiadów i właśnie pod granicę z Gromem to niesie kocura (znaczy, próbuje przez parę kroków nim łapy zaczynają mu drżeć), to ciągnie za skórę na karku, to podpiera jak ślepą babcię, chociaż z ich dwójki to on ma raczej problemy z widzeniem – za sprawą słonych łez napływających mu do oczu. Na szczęście, szary kształt na białym tle dostrzega bez trudu. Mruga kilkukrotnie, a kształt zaczyna przypominać kota. Ostrożnie, choć pośpiesznie, pomaga Wilkowi usiąść czy się położyć (no dobra, po prostu nie rzuca nim jak workiem kartofli i na tym delikatność się kończy) i leci w stronę nieznajomego.
– POMÓŻ NAM, ON UMIERA!! MEDYKA POTRZEBA! – zawodzi jakby przyjaciel odszedł już z tego świata, zostawiając mu pod opieką czwórkę dzieci. Straumatyzowanych dzieci. Zatrzymuje się przed zaskoczonym Czaplim Piórem i płacze dalej. – Zasłabł w czasie spaceru i zwymiotował, jest cały rozpalony i ma żółte dziąsła. ŻÓŁTE DZIĄSŁA!! Nic nie jadł dzisiaj, bo nie był w stanie, a on zawsze je!! – wyciera białe gluty w futerko wojownika, wciąż łkając. – Błagam, pomóżcie mu... – sam czuje jak gorączka go łapie, pewnie od tego stresu, ale na szczęście szaro-biały zgadza się sprowadzić medyka. Więc Minóg wraca truchcikiem do Wilka i przytula się do niego. – Trzymaj się przyjacielu, pomoc jest w drodze!! Nie idź w stronę światła, bądź silny!!
//zalozmy ze to granica z gromem, ok
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Srebrno-czarny, pręgowany klasycznie, kocur o bladym i zmęczonym spojrzeniu zielonych oczu. Wysoki (naprawdę wysoki), bo idący w ślady ojca, sierść odrosła już przykrywając Wilczka. On sam jednak... stracił kilogramy - depresja, potem choroba i okazuje się, że dieta cud. Wygląda jakby musiał przybrać nowe kilogramy, by być zdrowym. Wychudzony, sierść powoli sama z niego teraz ucieka.
Nieprzystosowany do dzikiego życia i głupi. Nie zmieniło się to. Sprawa się jednak podziała, mleko się rozlało, a on stał się smutniejszy, bardziej aspołeczny i przerażony. W wielkich tłumach nie potrafi sobie poradzić z lękami, a wszystko poza obozem wydaje się jedną wielką umieralnią. Brak umiejętności komunikacyjnych też nie jest na jego łapę i poznawanie nowych kotów kończy się - brakiem poznawania nowych kotów. Jest też wredny jak czuje się zagrożony. Przypadek - beznadziejny.
Piórko [KG/GK]
Powiedziawszy szczerze od dawna czuł się słabo, dawno temu stracił apetyt, praktycznie nic nie pił, ale nie wiedział co zrobić z tym faktem. Kojarzył, że siedziały na nim jakieś małe robactwa, ale było tyle robactwa w lesie, że już się przyzwyczaił do ich towarzystwa. No swędziała przez nie skóra, robił sobie rany przez to, ale co mógł począć? Nie wiedział. Znaczy kojarzył, że byli medycy, ale myślał, że sami przychodzą i odwalają robotę po prostu monitorują każdego na bieżąco i jak widzą coś niepokojącego to... interweniują. Tak robili ludzie. Czemu miałby myśleć inaczej? Wszystko robiono za niego i no tak jakby był już dłuższy czas w klanie to czy on się czymkolwiek zainteresował tak naprawdę?
Wyjście z Minogiem było czystą chęcią ochłodzenia się, czuł się jak rozpala go od środka gorąco i bucha mu żywym ogniem po organizmie. Przejście w mrozie brzmiało logicznie dla biednego głupiutkiego Luny. Nie sądził, że im dłużej szedł tym bardziej wykańczał organizm do takiego stopnia, że samo ciało już nie miało siły z nim walczyć. Zastanawiał się czemu słania się tak na łapach, czemu gorąco nie przechodzi, a on powoli czuje jakby miał ochotę wyrzygać wnętrzności. I nie trwało to długo, bowiem już chwilę później wymiotował wnętrznościami. Tak przynajmniej tak się czuł, bo co on miał zwrócić jak nic nie jadł ostatnim czasem? Dopiero teraz czuł jak łapy zaczynały mu drżeć, a głowa pękała jakby dzięcioł dziobał go w łeb. Ogień ze środka ciała również powoli sprawiał, że nie wiedział co się dzieje, nie miał pojęcia co się działo, ani czemu go tak targano, skupiał się na tym, że świat po prostu nie dawał mu teraz oddychać.
Krzyki przyjaciela dopiero potem dotarły do jego uszu, a on nie wiedział nawet o czym on gada, czuł się jedynie jakby zaraz znowu miał zwrócić obiad sprzed tygodnia, a nie sądził, że było to możliwe!!! Tak mu się przynajmniej wydawało. No, ale chyba się go wydala... o czym on teraz myślał? Gdy umierał? Naprawdę nie był sobą.
– Ja umieram, Minóg ja umieram – zapłakał żałośnie i upadł (znowu, bo już raz nim rzucono o śnieg) pyskiem w śnieg, który drażnił go w nos. Co za życie nie do życia. Czy mogło przestać mu być tak gorąco??? Musiał stwierdzić, że dzisiejszy spacer to była Totalna Porażka™.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Kiedy Czaple Pióro opowiedział jej o dwójce kotów czekających na pomoc przy granicy z Klanem Rzeki, Nurt rozwarła szerzej oczy. Z Klanem Cienia, poprawiła wojownika, bo co jak co, ona wiedziała, kto był ich najczęstszymi (i jedynymi, tak po prawdzie) gośćmi. I kto był jedynym Klanem bez medyka. Ale nawet po poprawce kocur upierał się przy swoim i chociaż popielata nie mogła powstrzymać podejrzliwego łypania na jego pysk, który być może mógł zdradzić sygnały świadczące o rozwijającej się demencji, to wysłuchawszy objawów, z którymi borykał się ten niby-rzeczniak, porzuciła wszelkie sprzeczanie się. No nie wyglądało to najlepiej. Nigdy przedtem nie oglądała kota zmagającego się z żółtą kleszczówką – gromiacy leczyli się w czas, phi – wiedziała za to, jak należy z tą chorobą walczyć. Oraz to, że nie wolno jej lekceważyć, bo to już poważne zagrożenie życia, a nie śmieszki-heheszki.
Dzikie jęki godne zarzynanego bawołu, jakie ponoć zaprezentowała towarzyszka chorego, również nie brzmiały optymistycznie. Nie było na co czekać, medyczka bezzwłocznie udała się do składziku po niezbędne medykamenty. Zaczynała wyrabiać sobie wprawę w szykowaniu pakunków, więc wkrótce była gotowa do wyjścia, dzierżąc w pysku zwinięty liść łopianu. Wewnątrz znajdowało się po trosze kory olchy i wierzby, ziarenko maku, liść ogórecznika, liść szczawiu oraz rumianku. Te dwa ostatnie zgarnęła na w razie co, bo chociaż ogólna panika dotyczyła zakleszczonego kocura, to, jeżeli ufać opisowi Czaplego Pióra, kotka najpewniej też miała swoje za uszami. A mówiąc za uszami, Nurt miała na myśli na skórze. I nie coś, tylko swędziawkę.
Droga do wskazanego miejsca minęła jej bez większych komplikacji, nie licząc spowalniającego ją śniegu. Wyklinała go niemal cały czas, nie szczędząc także obelg pod adresem własnych łap, nieadekwatnie krótkich do obecnych warunków. Cała się zmachała od przeskakiwania zasp i przemierzania kolejnych długości drzewa w nienaturalnie wysokich krokach. Szyja bolała ją od unoszenia głowy ku górze, bo nie chciała przecież zaśnieżyć targanych medykamentów. Bezsprzecznie mogła dołączyć do rzecznych ofiar losu w twierdzeniu, że dzisiejszy spacer to Totalna Porażka™.
– Gwiezdni wyklęci w bezgwiezdnych zaklęci, czy Cis w ogóle o was nie dba?! – powitała ich tymi słowy, ze zgrozą patrząc to na jedno, to na drugie. Niech ktoś powie, że oczy ją myliły. Naprawdę widziała białą wydzielinę wyciekającą z nosa szylkretki?! A ci to co, certyfikowani kolekcjonerzy chorób? – Co on robi na granicach, skoro od co najmniej kilkunastu wschodów słońca powinien siedzieć w lecznicy? Zmysły postradaliście, żeby z tym wszystkim się jeszcze w śniegu tarzać? – miauknęła z oburzeniem, zmieszaniem, kompletnym skołowaniem i przerażeniem wrzuconymi hurtem do jednego tonu głosu. Kolejne słowa dodała już ciszej, sama do siebie, kręcąc głową: – Ja nie wierzę, po prostu nie wierzę, ryby zamiast mózgu. Gwiazdy, widzicie to i nie grzmicie.
Spojrzała w dół, na upuszczony w akcie wzburzenia pakunek. Odetchnęła niecierpliwie, rozwinęła liść łopianu, po czym ze zmarszczonymi gniewnie brewkami przewierciła rzeczniaczkę wzrokiem.
– Koniec tego dobrego, odklej się od niego, chyba że chcesz mieć go na sumieniu, jak mu jeszcze biały kaszel dołożysz – rzuciła stanowczo. Na to mogło być za późno, osłabiony organizm nie miał powodu nie przyjąć prezentu-niespodzianki od zarażającej znajomej, ale nie było to coś, na co mogła teraz cokolwiek poradzić. Wolała skupić się na tym, co dało się zrobić. – A ty pokaż mi się tu.
Czaple Pióro i dramatyzm zamknięty w ciele kota byli średnio godni zaufania, ujmijmy delikatnie, jeśli chodzi o sprawy medyczne; musiała srebrnego obejrzeć sama. Przystąpiła do oględzin, no i rzeczywiście, psia jego mać. Dziąsła żółte jak ta lala, żółta kleszczówka jak się patrzy. No, to lepiej niech już zaczną prosić Gwiezdny Klan o spojrzenie na chorego łaskawym okiem, bo trudno zagwarantować, że zioła go z tego wykaraskają.
– Wiem, że ty i apetyt to tak teraz niezbyt macie ze sobą po drodze, ale mam coś dla ciebie – oznajmiła Wilczej Łapie, jednocześnie odwracając się ku medykamentom. Brzmiała łagodniej i spokojniej niż wcześniej, choć nadal była w intensywnej fazie działania i kojący ton to ostatnie, na czym się skupiała. – Przeżuj dokładnie najpierw to, potem to, a na koniec... to.
Po kolei wręczyła mu korę olchy, korę wierzby oraz liść ogórecznika. Przykucnęła tuż obok, gotowa osobiście przytrzymać go za pysk, gdyby próbował wypluć medykamenty. Nie sięgały wyżyn kulinarnego wyrafinowania dla zdrowych, tym bardziej nie było co liczyć na entuzjazm chorego, ale jeśli mieli spróbować go uratować, to nie było innego wyjścia jak wmusić je w siebie.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Nie umieraj, proszę cię, nie umieraj mi tu!! – wtóruje Wilkowi w jego płaczach i szturcha go nosem w bok. Ogólnie ciężko ocenić upływ czasu, bo jednocześnie mijają wieki nim zjawia się Gromowa medyczka, a także Minóg dałby sobie łapę odgryźć, że zaledwie dwa uderzenia serca temu prosił o pomoc tamtego wojownika. To byłiby fascynujące gdyby nie szalenie ciężki stan przyjaciela.
– Nie miał siły stać... – szylkret broni niemrawo leżenia na śniegu, bo nieco mu głupio, że nie zorientował się, że przyjaciela nęka też coś innego poza klasycznymi chorobami duszy i umysłu. No ale!! Zachowywał się jak zawsze – bez życia. Narzekał jak zawsze – na wszystko. Więc jak tu się domyślić, że dzieje się coś poważnego? Od kilkunastu wschodów słońca?
– Biały kaszel? Ja nie jestem chory. – zaprzecza, chociaż pewność w tym średnia. Może jest chory? Nie czuje się chory ogólnie, ale medyczka się musi na tym znać chyba. Tak czy siak posłusznie odsuwa się od Wilka, ociera pysk z łez i glutów, a następnie siada blisko by obserwować całe leczenie. By potrzymać ziomeczka za łapkę w ramach wsparcia, gdy będzie musiał przełknąć gorzkie medykamenty.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Srebrno-czarny, pręgowany klasycznie, kocur o bladym i zmęczonym spojrzeniu zielonych oczu. Wysoki (naprawdę wysoki), bo idący w ślady ojca, sierść odrosła już przykrywając Wilczka. On sam jednak... stracił kilogramy - depresja, potem choroba i okazuje się, że dieta cud. Wygląda jakby musiał przybrać nowe kilogramy, by być zdrowym. Wychudzony, sierść powoli sama z niego teraz ucieka.
Nieprzystosowany do dzikiego życia i głupi. Nie zmieniło się to. Sprawa się jednak podziała, mleko się rozlało, a on stał się smutniejszy, bardziej aspołeczny i przerażony. W wielkich tłumach nie potrafi sobie poradzić z lękami, a wszystko poza obozem wydaje się jedną wielką umieralnią. Brak umiejętności komunikacyjnych też nie jest na jego łapę i poznawanie nowych kotów kończy się - brakiem poznawania nowych kotów. Jest też wredny jak czuje się zagrożony. Przypadek - beznadziejny.
Piórko [KG/GK]
Kim był Cis?, pomyślał sobie między szarpaniem śniegu, pokładaniem się, skomleniem i próbą powstrzymania rzygów. Chyba nie sądził, że to skończy się tak okropnie w sensie spacer... w życiu!!! Już nie opuści obozu! Nie ma mowy. Wszystko teraz będzie przypominać mu o tym okropnym miejscu, zdarzeniu i wymiotach...
Słuchał, ale w sumie nie słuchał, nie bardzo wiedział czemu miał siedzieć w lecznicy i czemu nikt go tam nie zabrał? I czemu nikt mu nic nie mówi i w ogóle świat już dziwnie się kręcił, a on powoli hiper wentylował się od całego chaosu jaki dział się w jego głowie. I poza nią. Jego ciało było rozpalone, a on... się gubił. Czemu on nic nie rozumiał? Denerwowało go to.
Jakieś polecenie, którego nie wykonał, ale kotka chyba znalazła sposób na ogarnięcie co ma zrobić, bo zaraz potem zaczęła coś gadać o jedzeniu, a on prawie zwrócił resztę żołądka. Patrzył na nią spod przymrużonych powiek i widział jak zajmuje się jego chorą dupą. Cieszyło go to z jakiegoś powodu, bo tylko Minóg zwracał na niego taką uwagę i wydawało się mu, że może są jakieś koty, które też są w porządku?
Żarł co dostał, a dostał jakieś drewno i obrzydliwe liście. Co to w ogóle było. Miał ochotę to wypluć, ale połknął, zjadł, no zrobił co było mu kazane. Zbyt się bał, by jeszcze wybrzydzać i udawać, że sobie bez tego poradzi. Nadal czuł skutki wcześniejszego przerażenia i jednak stwierdzał, że śmierć może nie jest dla niego wyborem. No, ale traumę sobie zaliczył i już trząsł się na samą myśl, że będzie musiał jeszcze kiedyś opuścić obóz.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
– A jeże latają – odburknęła na zapewnienie szylkretki, że nic jej nie dolega. Czy tak wygląda (i pachnie) zdrowy kot? No raczej nie. – Z tym to będziesz już musiała pójść do swoich medyków, bo nie wzięłam nic na biały kaszel. Hmm, ale skórę to bym sobie obejrzała, twoja sierść coś podejrzanie wygląda!
Sierść może i owszem, skóra jednak nie zdradzała śladów swędziawki. Dzięki Gwiezdnym, chociaż tyle! Czyli albo ktoś tutaj zbyt gorliwie podchodził do nauki walki na treningu, albo... w sumie nie wiedziała co, może rzeczniaczka borykała się z problemami natury emocjonalnej! To by nawet pasowało do jej przeraźliwie chudej sylwetki, ale to nie coś, czym Nurt zamierzała się interesować. Po pierwsze dlatego, że kocur z żółtą kleszczówką to pilniejszy przypadek, a po drugie i tak nic nie wskórałaby krótką rozmową na granicy, tutaj trzeba stałej pomocy. Z tego pierwszego powodu również zdecydowała się nie robić użytku z liścia szczawiu; jasne, pewnie jego działanie wpłynęłoby korzystnie na kondycję futra, tyle że średnio mieli czas na zabawę w pielęgnację.
– Dacie radę dojść do obozu? – spytała, patrząc bez przekonania na szczątkowo obecnego pacjenta. To nie był jego szczęśliwy dzień, zdecydowanie. Wyglądał, jakby lada chwila miał zejść z tego padołu i kto wie, czy ten wygląd nie znajdzie swojego odzwierciedlenia w przykrej rzeczywistości, chociaż o tej ewentualności medyczka starała się nie myśleć. Targanie go dokądkolwiek brzmiało jak słaby pomysł, ale nie słabszy, niż trzymanie go na śniegu w miejscu, w którym niebezpieczeństwo mogło zmaterializować się w dowolnym momencie. – Przydałaby się wam jakaś pomoc. Jak tam stoicie z patrolami, będzie ktoś tędy przechodził niedługo??
Księżyce: 100 Mistrz: Łabędzia Gwiazda Płeć: Kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Przepiórcza Pieśń Życia: 9 Trwałe urazy: długi ślad po pazurach między uszami; nadgryzione od boku prawe ucho; blizna po wyrwanym płacie skóry na zadzie, podłużny ślad po pazurach na nosie, ojciec
Księżyce: 100 Mistrz: Łabędzia Gwiazda Płeć: Kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Przepiórcza Pieśń Życia: 9 Trwałe urazy: długi ślad po pazurach między uszami; nadgryzione od boku prawe ucho; blizna po wyrwanym płacie skóry na zadzie, podłużny ślad po pazurach na nosie, ojciec
Masywny gbur ze znudzonymi, zielono-żółtymi oczami. Długie futro, czarne srebrne cieniowane umaszczenie z bielą na pysku (od nosa do policzków), od szyi do brzucha oraz na łapach, na wysokości palców.
Dla obcych: gbur, sprawia wrażenie ignoranta. Głównie obserwuje i wyrabia sobie opinie na tej podstawie. Zyskuje przy bliższym poznaniu i okazuje się, że nie jest taki zły. Nawet pożartować potrafi. Dla rodziny dużo cieplejszy, opiekuńczy.
Bzycząca Łapa [KRz]
// dali radę dojść do obozu jakby co XD
Udało się. Zostaliśmy wojownikami razem z Korą. A jak najlepiej to uczcić? Wspólnym polowaniem. Ze wszystkich kotów w klanie, to chyba właśnie z siostrą polowałem najczęściej. Było to po prostu przyjemne i wiedziałem, że w razie zagrożenia sobie poradzi, albo mnie zawoła. To była sprawdzona formuła. Dobrze też się z nią walczyło. Mieliśmy już wyćwiczoną synergię.
Tym razem udaliśmy się w stronę Samotnego Świerku.
- Znasz zasady. Powodzenia. - powiedziałem jedynie z uśmiechem i na ugiętych łapach ruszyłem pod wiatr na poszukiwania zwierzyny.
TO MOJA WINA
nie taki był plan, wiem nie zmyjemy tych plam są jak krople wina możesz to na mnie zrzucić
niech wszystko spadnie na mnie łzy z jej powiek uwięziony wokół pokus, jestem solą w oku
Księżyce: 22 Mistrz: :/ zawilcowy gej Płeć: kotka Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Partner: kodeks wojownika Trwałe urazy: blizna na brodzie, przecina wargę; cienkie, płytkie blizny na lewym policzku
Księżyce: 22 Mistrz: :/ zawilcowy gej Płeć: kotka Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Partner: kodeks wojownika Trwałe urazy: blizna na brodzie, przecina wargę; cienkie, płytkie blizny na lewym policzku
chaotyczna, dużo krzyczy, lubi się bić, kocha rywalizację z rodzeństwem, gwiezdny klan i uwagę ojca
barwna woda, szalejąca łapa, bród [rzeka]
Owszem, polowanie z bratem trzeba było uczcić. Polowania z bratem były skuteczne od zawsze, od ich najmłodszych dni, od pierwszego polowania na którym pozbyli się samotnika. A Kora była w niesamowicie dobrym humorze odkąd została wojowniczką. I to jeszcze dostała terminatora, i to nie byle jakiego! Nic tylko powody do dumy i świętowania.
Ruszyła obok Nocnego Szkwału, żwawym krokiem; i posłała mu uśmiech, bez słowa zaraz się oddalając w swoim kierunku.
Węszyła, nasłuchiwała. No dobra, to z czym się zmierzą dzisiaj?
but my wordsaregrowin stronger and mylegs keepgettin l o n g e r im likenobody else
Od dawna wiadomo było, że z Kruka nie będzie nikogo budzącego postrach czy szacunek samą aparycją.Wzrost co najwyżej przeciętny, łapy wciąż jakby lekko za długie w porównaniu z resztą ciała i tylko trochę grubsze od pierwszego lepszego patyka. Dodajmy do tego ogólnie szczupłą sylwetkę i oto jest przedstawiciel nowego pokolenia Wichrowców. Nabrał mięśni, ale są one prawie niezauważalne pod lekko odstającą, krótką białą sierścią. Dzięki ciągłym spacerom i patrolom krok ma o wiele bardziej pewny niż wcześniej, ale nigdy nie będzie poruszać się z gracją czy wdziękiem. Winowajca - skrócony ogon - magicznie nie odrósł, pozostał jedynie kikutem, nad którego nasadą widnieje brązowa plamka. Oczy, niezmiennie zielone, stały się lekko przygaszone, mało co potrafi przywołać dawne rozbawienie czy ciekawość. Trójkątny pyszczek zwieńczony różowym nosem stał się jakby bardziej poważny w wyrazie. Na karku ma bliznę po oderwaniu stosunkowo małego płata skóry przez lisa.
Zmienił się. Zamknął towarzyszący mu zawsze strach gdzieś w głębi umysłu. Wciąż się boi, owszem, lecz teraz skrywa to za maską determinacji. Na pozór nie wie już, czym są silniejsze emocje, a postronnym może czasem wydać się niewzruszony jak głaz, lecz to tylko sposób radzenia sobie Kruczego z otaczającym go, nieprzyjaznym światem. W rzeczywistości jest bardzo emocjonalny, wystarczy poznać go nieco bliżej, aby się o tym przekonać. Prawie wrodzona nieufność, pielęgnowana starannie przez księżyce, odbija się wyraźnie na jego relacjach z otoczeniem, co skutkuje bardzo wąskim gronem bliskich. Do tego jest uparty, chociaż on raczej użyłby sformułowania pokroju "stały w poglądach". Ma swoje własne zdanie, przekonania oraz wyobrażenia o idealnej dla wszystkich sytuacji i nie zmieni ich pierwsza lepsza sugestia nowego porządku. Może dziesiąta skłoni go do namysłu, jeśli zostanie odpowiednio przedstawiona. Znajomość sytuacji, w której się znajduje, także jest dla kocura bardzo ważna. Z tego powodu trzyma się swojskich terenów, nie opuszczając ziem Wichru. Stara się nie pakować w nierozsądne starcia, słowne czy fizyczne, choć bardziej skłania się ku tym pierwszym. Jest gotów poświęcić się dla klanu w każdy możliwy sposób, wciąż mając wrażenie, że jego dotychczasowe starania są niewystarczające. Chciałby sprawić, że obaj jego mistrzowie będą z niego dumni, nawet jeśli jeden z nich nie widzi, jak Kruczy dorasta do roli wojownika klanu Wichru.
Żołądź, Płotka, Padalec, Kawka (GK) | Jeleń (nkt)
Słońce świeci, ptaszki śpiewają, co za cudowny dzień na bycie wojownikiem Klanu Rzeki. Wiatr całkiem przyjemnie mierzwił futro, od czasu do czasu zza chmur wychyliło się słońce i naprawdę wszystko wskazywało na to, że Pora Nagich Drzew nie wróci zbyt prędko. Klanowe ziemie zaczynała pokrywać świeża, zielona trawa, a z nor i dziupli coraz śmielej wychylały rozmaite piszczki, na które para Rzeczniaków z pewnością liczyła.
Pech jednak chciał, że zamiast na trop myszy czy chociaż chudego wróbla, Nocny Szkwał trafił na coś o wiele mniej przyjemnego. Idąc dziarsko przed siebie i wypatrując ofiary, zamiast tego nadepnął przypadkowo prawą łapą na rudawego, nagiego ślimaka, który spokojnie pożywiał się... czymś na pewno. Nie dość, że pod ciężarem wojownika zupełnie się rozpłaszczył i pękł, to jeszcze ubrudził futro Nocy śluzem oraz wnętrznościami. Fuj.
Dębowy Bór miała mniej szczęścia, o ile można w ogóle mówić o czymś takim, jak dobra passa, jeśli znalezisko nie było oczywistym i łatwym do złapania piszczkiem, którego można dorzucić na stos zwierzyny. Wojowniczka znalazła całe, okrągłe nic. Średni początek polowania dla obojga, co tu kryć.