Gdyby Sowia Łapa nie pędził na złamanie karku mógłby dostrzec mysz, która opuściła swoją norkę, by poszukać czegoś smacznego. Niestety pochłonięty szaleńczym biegiem nie zauważył burego kształtu przy kępie trawy, który to zaraz zresztą również rzucił się do ucieczki, spłoszony głośnym tupaniem. No i tyle z wyjścia gryzonia na powierzchnię, już wrócił do domu.
Nawet nie zauważył, że przestraszył jakąś mysz. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal czy jak to tam było. Sowa musiał najpierw uciec przed zagrożeniem. Dopiero po jakimś czasie stanął i zaczął głęboko oddychać, żeby nabrać powietrze w płuca. Uzupełnić zapasy tlenu, które powoli wykończyło to bieganie. Dopiero później kiedy już odetchnął to wrócił do tego co tu robił. Szukania zwierzyny.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Wracając do poszukiwań Sowia Łapa nie natrafił na żaden świeży trop zwierzyny. Jedynie parę porzuconych piórek, parę starych śladów, z których już zupełnie wywietrzał zapach, a także... coś. Było częściowo zatopione w przesuszonym torfie i kształtem przywodziło na myśl węża, jednak nie sposób było trgo pomylić z gadem – nigdy żywe nie było, na sto procent jakiś twór Dwunogów, chociaż już nimi nie śmierdział. Włókna tworzące linę były miejscami poprzecierane, a na jednym z końców znajdowała się pętla z mocnym węzłem. Całość była długości króliczego skoku. Mniej więcej, bo ciężko było ocenić bez miarki w oczach.
Sowa zmarszczył brwi kiedy natknął się na dziwny przedmiot. Bury terminator obszedł go kilka razy, wpatrując się w niego jak sroka w gnat i zastanawiając się co to takiego może być. Nigdy takiego czegoś nie widział. Było to dla niego coś zupełnie nowego i nieznajomego. Jednak po przyjrzeniu się postanowił to wziąć, długie to było więc wycofał się i odłożył to w miejscu gdzie zakopał poprzednie zdobycze a później w dalszych poszukiwaniach ruszył w drugą stronę niż wcześniej.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Niestety zmiana kierunku nie przyniosła poprawy – zwierzyny wciąż nie było ani widać, ani słychać. Tylko Sowia Łapa i dziwne przedmioty Dwunogów oraz przesuszone torfowisko.
Bury terminator zmarszczył brwi. Nie do końca rejestrował co się dzieje dookoła, ale mimo wszystko dalej nie podobało mu się, że nic nie znalazł. To sprawiło, że postanowił skupić się bardziej na tym co robi i wytężyć zmysły. Może to coś mu da.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Niestety wytężanie zmysłów nie przyniosło oczekiwanych skutków. Sowia Łapa mógł wyczuć dzięki temu stare tropy, które należały do piszczek, których już przynajmniej pół dnia nie było w okolicy.
Sowa burknął pod nosem i stanął w końcu. Nie widział sensu w dłuższym takim szlajaniu się po Zroszonym Torfowisku. Jak nic nie chciało przyjść to trudno. Wystarczy mu to co ma, tak więc machnął tylko po raz ostatni ogonem, żeby dać ujście frustracji, a potem cofnął się po zdobycze i wrócił z nimi do obozu.
//zt
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Średniego wzrostu niebieski pręgowany tygrysio point bez bieli o budowie europejskiej i błękitnych oczach. Jest nieco przychudy. Ma zarysowane mięśnie.
pozytywny, pajac, szuka plusów we wszystkim co się dzieje, ambitny, chętny do rozmów, boi się wstydu, szybko się nudzi i łatwo traci koncentrację, milutki, people pleaser, kocha każdego kto go lubi (jak go nie lubi to też go kocha), nienawidzi się kłócić
Po rozejściu się z Borsukiem, miał wrócić do domu... Tylko problem był taki, że chyba niespecjalnie chciał jeszcze wracać. Przecież tereny były tak wielgachne, że chodzić mógłby tutaj dniami! I tak też teraz robił. Zdecydowanie wracał w kierunku obozu (a taką przynajmniej miał nadzieję), ciągnąc za sobą badyl który zostawił mu nowy przyjaciel. I po prostu cieszył się śnieżnym terenem. Nadal był niezbyt ładny, ale teraz miał chociaż o czym to myśleć! Bo to ile mu myśli w głowie zostawił Borsuk, nie do zliczenia!
Średniej wielkości bura szylkretka; więcej bieli niż kolorowych plam; długie futro; heterochronia - prawe oko brązowe, lewe zielone.
Zgubiona, nieobecna, dziwna.
Pochmurny Sen
Gdy Zwiędła Łodyga poinformowała matki, że nie może znaleźć jednego ze swoich synów, w obozie zapanował chaos. Nie aż tak wielki, ale na tyle duży, że kilka kotów zaczęło przetrząsać obóz, a gdy nie znaleziono kociaka, kilka kolejnych kotów wyruszyło na poszukiwania na terenach. Wśród tych kotów była Pieśń, które pomagała i w szukaniu po obozie i w szukaniu poza obozem.
Prószący lekko śnieg nie pomagał wcale w poszukiwaniach, zakrywając ślady i wymrażając zapachy. Pieśń szła przez las wykrzykując "Konik! Konik! Gdzie jesteś, Koniku!" raz po raz, a narastający w niej niepokój wcale jej nie pomagał. Drzewa szumiały, a Pieśń miała wrażenie, że jeśli drzewa zaczną szumieć jeszcze odrobinę głośniej, to popłacze się z tej obezwładniającej bezsilności.
Jednak w końcu wiatr który poruszał drzewami przywiał do niej odległy zapach czegoś, co zdawało się być kocięciem, a Pieśń bez zastanowienia rzuciła się w tamtą stronę. Biegła co sił aż jej oczom ukazał się biało-szary kociak, do którego podbiegła i od razu go przytuliła.
- Konik, gdzie ty byłeś, wszyscy w obozie cię szukają?! - spytała prawie krzycząc. Czuła jak serce chce jej wyskoczyć z piersi, a łzy ulgi powoli zaczynają spływać po policzkach.
「 I met aMANdowntowntheother day Withruby eyesthat tookmylifeAWAY 」 The moralALWAYSgoes .: :Donttrustthewolfin woolen clothes: :. But know the consequence ofimaginationsfear 「 Ihearfrom the witches
Fear sounds ofthe dead Thesourceof the itchеs Livesunder my bed 」
Średniego wzrostu niebieski pręgowany tygrysio point bez bieli o budowie europejskiej i błękitnych oczach. Jest nieco przychudy. Ma zarysowane mięśnie.
pozytywny, pajac, szuka plusów we wszystkim co się dzieje, ambitny, chętny do rozmów, boi się wstydu, szybko się nudzi i łatwo traci koncentrację, milutki, people pleaser, kocha każdego kto go lubi (jak go nie lubi to też go kocha), nienawidzi się kłócić
ZASADZKA! ATAK! Bowiem nagle ktoś wyskoczył na Konika. Ktoś - bo w pierwszej chwili nie zauważył kto w ogóle do niego podbiega i później przytula. Innymi słowy, gdyby przytulić postanowił go pies czy borsuk, Koni mógłby się pożegnać z życiem. Mały wydał z siebie tylko "a-", puszczając swój patyk. - Śpiewająca Kniejo, moja droga! - odpowiedział już wesoło, wtulając się w długie futro. A skąd te nerwy, po co ta złość?... Czy cokolwiek by to nie było! - Już tłumaczę, to krótka historia!
Zaśmiał się cicho, pysk nadal wpychając w sierść tej starszej. - A więc było to tak. Jak chodziłem po obozie, to znalazłem malutkie przejście. Malusieńkie! Ale idealnie duże, żebym ja przez nie przeszedł. Więc przeszedłem i zacząłem iść przed siebie. Nie powiem, nie było mi wesoło, bo wszystko było takie smutne i ciche, i dość nudne wokół, więc nie wiedziałem co robić. Aż poczułem obcy zapach! I poszedłem w jego stronę, a tam znalazłem obcego kota. Zupełnie obcego! Rzucił we mnie patykiem, a potem zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Wiesz, tak całkiem wesoło, o wszystkim wokół. Nauczył mnie rzucać patykami też, ale przypadkiem go nim uderzyłem... ale nie był zły, ani nic się mu nie stało! On mi oddał patykiem po głowie, więc byliśmy kwita. A później przezywał na swojego tatę, bo był wredny i niemiły! Jego siostry obrażał, wyobrażasz to sobie?! Noo... i mówił mi, że nie wolno przekraczać granic, bo za to można się pobić. A ja bardzo bym nie chciał nikogo bić - chociaż, jak się okazało, będzie musiał chociaż tak troszeczkę czasami... Ach! - No a później musiał iść, ale zostawił mi ten patyk. Mogę go sobie wziąć? Bardzo pięknie cię proszę, przepięknie!
Teraz w końcu się cofnął od niej, i, o rany, aż uszy cofnął do tyłu. Czy ona płakała? - O...o rety, Śpiewająca Kniejo... Jak... jak chcesz, to ja mogę oddać ci ten patyk, ale nie płacz, proszę! Ja... ja wiem że on jest fajny, bo to prezent, ale obiecuję że możesz go sobie wziąć i ja będę go sobie pożyczał jak za nim zatęsknię. Ale proszę nie płacz, chodź, chodź tu! - szepnął szybko, starając się stanąć na tych tylnych łapach, żeby, bam! Przednimi oprzeć się o jej bark, drugą zaś pacnął o jej pysk, żeby te łzy ulgi - dla niego smutku! - zetrzeć. - Już, już! Jest dobrze, nie musisz płakać.
Średniej wielkości bura szylkretka; więcej bieli niż kolorowych plam; długie futro; heterochronia - prawe oko brązowe, lewe zielone.
Zgubiona, nieobecna, dziwna.
Pochmurny Sen
Pieśń była prawdę powiedziawszy przerażona, że kociak samotnie dał radę dotrzeć do granicy z innym klanem, ale poczuła też przy tym ulgę, że nic mu się nie stało.
- Gdy wrócimy do obozu to pokażesz mi tę dziurkę, dobrze? - poprosiła, wycierając łzy z pyszczka. - Ten ktoś miał rację, granic nie wolno przekraczać, bo tutaj jest twój dom, gdzie jak będziesz starszy będziesz mógł polować i spacerować, ale poza granicami jest terytorium innych kotów, które jest ich domem i bronią swojego prawa do niego nawet siłą. Chodź, weź swój patyczek, to będzie dobra pamiątka, a ja ci po drodze wszystko wytłumaczę, dobrze?
Pozwoliła kociakowi iść koło siebie i przy tym opowiedziała mu po drodze o innych klanach i ich terenach, i o tym, że te wszystkie zasady są opisane w kodeksie. Gdy wrócili do obozu mogli wszystkich uspokoić, a Pieśń dopilnowała, by dziurka wskazana przez Konika została załatana.
//zt x2
「 I met aMANdowntowntheother day Withruby eyesthat tookmylifeAWAY 」 The moralALWAYSgoes .: :Donttrustthewolfin woolen clothes: :. But know the consequence ofimaginationsfear 「 Ihearfrom the witches
Fear sounds ofthe dead Thesourceof the itchеs Livesunder my bed 」
Księżyce: 95 Mistrz: Burzowe Echo Płeć: kocur Matka: Zwiędła Łodyga Ojciec: Orli Szpon Trwałe urazy: user // półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym
[Wysoki, obecnie chudy i nie posiadający wyraźnych mięśni, lynx point z białymi skarpetkami na łapkach, niebieskie ślepia, różowy nosek, ładny pyszczek, "pieprzyk" na prawym pasiaku, półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym]
[towarzyski, pewny siebie, emanuję aurę nieobecności, lekkoduch, żyje w swoim świcie, skłonności do złośliwości, chętny do zabawy i przysparzania kłopotów, nietypowy, chwilami intensywny]
Średnia życia muchy domowej wynosiła jedynie dwa tygodnie. Wyobraźcie sobie żyć zaledwie skrawek swojego własnego życia, tylko w postaci takiego ograniczonego owada, którego jedyną ratująca cechą jest latanie. Wykluwa się to takie, rośnie, wypełnia to co musi i potem zwyczajnie umiera zanim oni stawiają pierwsze kroki. Drzazgę fascynowało to, jak cały ten dziwny świat pracował i jak bardzo niesprawiedliwy i okrutny mógł być dla niektórych istot. Szczególnie, kiedy przyglądał się jak młoda rosiczka właśnie zamknęła się, łapiąc tym samym w swoje sidła muchę.
Po chwili ciszy westchnął ciężko, po czym rozglądnął sie po Zroszonym Torfowisku. To była kolejna jego solo przygoda, z którą nie mógł się z nikim podzielić... Mimo faktu, że chciał. Nie miał nic przeciwko pobyciu jakiś czas sam, szczególnie po ceremonii, kiedy mógł w końcu wyjść z obozu po księżycach przesiadywania w kociarni i w końcu poczuć wolność jednak... Ile można? Drzazga lubił koty, chciał być w towarzystwie. Może i był ok z samotności, co jednak nie oznaczało, że chciał ją czuć cały czas! - Gwiezdny Klanie! Albo ześlesz mi tu kogoś z kim mógłbym pogadać albo walni we mnie piorunem! - Rzucił głośno ku niebu, gdzie przodkowie spoczywali. - Albo cokolwiek co byłoby zabawne! - Dodał jeszcze, marszcząc nos i siadając ociężale, gniotąc swoim kuperkiem przy okazji nieszczęsne roślinki. Kto by pomyślał, że znudzony Kłujak zmieniał się w kogoś kto ma zadatki na prawdziwą dramę queen.
Żmija jest kotem drobnym, zarówno pod względem wzrostu jak i tężyzny fizycznej. Jest mniej umięśniony niż typowy kot z klanów a także całkiem sporo niższy. Cechą najbardziej odróżniającą go od innych członków Klanu Cienia są jednak wywinięte uszy i brak ogona, a także nietypowe umaszczenie. Czarne pręgi pokrywają całe jego ciało, najciemniejsze są jednak na pyszczku, uszach, ogonie oraz końcówkach łap, na brzuchu i szyi natomiast są już prawie niewidoczne a Porą Zielonych Liści zanikają całkowicie. W dotyku jego futerko jest niezwykle gładkie - kocur zawsze utrzymuje je w nieskazitelnym stanie. Nos wojownika ma kolor różowo-brązowy, opuszki łap grafitowy a oczy mienią się wieloma odcieniami lodowego błękitu. Rysy jego pyszczka są delikatne - tworzą raczej delikatne łuki niż ostre kąty, nie jest jednak pucołowaty. Ze względu na brak ogona jego chód jest nieco niezgrabny.
Cichy, w miarę spokojny introwertyk. Obojętny na większość świata, unika konfliktów, gdyż zazwyczaj przedstawienie swojej racji jest dla niego mniej ważne niż cisza i spokój. Jedną z niewielu rzeczy, które się dla niego liczą, jest Kodeks Wojownika a także lojalność wobec klanu. Jest mocno uprzedzony wobec kotów urodzonych w klanie, które z jakiegoś powodu go opuściły, nie przepada również ogółem za samotnikami. Bardziej od Klanu Cienia kocha jedynie swoje dzieci - dla ich dobra jest w stanie naginać, a nawet złamać reguły. W ich obecności staje się znacznie bardziej wylewny i ożywiony.
xxxPlan był taki, że pójdzie na polowanie. Plan nie przewidywał jednak tego, że krótko po opuszczeniu obozu usłyszy wołanie do Gwiezdnych. Zatrzymał się i wyciągnął szyję do góry, żeby zobaczyć, kto tak jęczy. Zobaczył... Kłującą Łapę? Tak, był mianowany na ostatniej ceremonii. Jego komunikat był dosyć jasny, dlatego Żmijooki postanowił przełożyć polowanie na później i podejść do wyjca. xxx- W obozie byłoby ci łatwiej znaleźć towarzystwo - oznajmił, zbliżając się do krótkowłosego pointa od tyłu. Zatrzymał się obok niego i zmierzył go krótkim spojrzeniem, po czym rozejrzał się dookoła po miejscu, które wybrał do siedzenia sobie. Dookoła rosły głównie zbrązowiałe trawy i skrzypy, Drzazga usadowił się jednak przy - a raczej na - skupisku rosiczek. Grunt był wilgotny i zapewne zmoczył też terminatorowi pupkę. No cóż, jak mu nie przeszkadzało to niech sobie siedzi. Ale robienie hałasu, poza obozem, będąc samemu, raczej nie było dobrym pomysłem. - Nie bo- nie boisz się, że przyszedłby jakiś drapieżnik? Bo krzyczysz? - Starał się nie brzmieć zbyt oskarżająco, nie miał się jednak o co martwić. Jego głosowi i tak brakowało autorytetu. W zasadzie wiele rzeczy mu brakowało - był dosyć płaski, kiedy zadawał jednak pytania podnosił ton nieco za wysoko, nauczony doświadczeniem, że w przeciwnym razie mogą one zostać zinterpretowane jako stwierdzenia.
inxxmyxxmindxxxx Ithoughtthebirdswouldsingxxxx andSPARKSxwouldflyxxxx but it's just quietxxxx
★ ★ ★xxxx
am I cruel? xxxxxxxxxxxxor amI ignorant xxxxxxxxxccxxxxxxxxxxxxor was I FOOLED xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxby the stories I knew
Księżyce: 95 Mistrz: Burzowe Echo Płeć: kocur Matka: Zwiędła Łodyga Ojciec: Orli Szpon Trwałe urazy: user // półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym
[Wysoki, obecnie chudy i nie posiadający wyraźnych mięśni, lynx point z białymi skarpetkami na łapkach, niebieskie ślepia, różowy nosek, ładny pyszczek, "pieprzyk" na prawym pasiaku, półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym]
[towarzyski, pewny siebie, emanuję aurę nieobecności, lekkoduch, żyje w swoim świcie, skłonności do złośliwości, chętny do zabawy i przysparzania kłopotów, nietypowy, chwilami intensywny]
Siedział tak jeszcze chwile sam, mrużąc błękitne ślepia ku roślince, która zapewnię teraz zaczynała delektować się swoim robakiem. Czuł, jak serce kołata mu w klatce piersiowej. Rytmiczne bicie, które terminator porównałby do odgłosów oddalonej od obozu burzy, była jawną oznaką tego, że nadal żył. Gwiezdni, jaką nieograniczoną mocą mogli dysponować, byli jednak na tyle łaskawi by nie cisnąć w głupiego podlotka piorunem lub przynajmniej jakąś szyszką z pobliskiego drzewa, by się chłop opanował. A może zwyczajnie nie krzyczał wystraczająco głośno i długo? Może musiał użyć swój talent bycia profesjonalnym cierniem w tyłku i sprawić, że nawet duchy będą miały go dość? Nie brzmiało to jak jego najgorszy pomysł, więc czemu miałby nie spróbować? Na szczęście dla wszystkich, nie zdążył zrealizować swojego planu, ponieważ usłyszał czyiś głos. Uszy lynxa drgnęły, niczym małe antenki wychwytując źródło dźwięku by w końcu skierować się ku niemu. Chwilę później, Kłujak odwrócił się do wojownika. Zaskoczenie zniknęło z jego pyszczka dość szybko, pozwalając by zadowolony uśmieszek pojawił sie na jego miejscu. Zadziałało. - Może, ale obóz znam, jak tył mojego ogona - tutaj jawnie zerknął na kikut wojownika, pokazując kiełki. Nie mógł się zwyczajnie powstrzymać, widocznie nie tylko do przodków był on dziś bezczelny. - A tu praktycznie nic. Nieobadane tereny i takie tam, tylko, na Gwiezdny Pył, fajnie byłoby do kogoś czasem otworzyć pysk - dodał błądząc wzrokiem po Zroszonym Torfowisku, zahaczając nawet o rosiczkę. Jeszcze chwila bez innego kota a przysięgał na wąsy ojca, że zacząłby z nią gadać. Dobrze, że wojownik sie pojawił.
- A krzykami można wezwać drapieżniki? - Odpowiedział pytaniem na pytanie, choć tym razem nie przez jakieś jego głupie gierki, tylko zwyczajną i typową dla niego ciekawość. Nie słyszał o takiej regułce, wręcz przeciwnie! Matka ostrzegała go, że jeżeli będzie głośno, praktycznie wszystko będzie przed nim uciekać. Nikt nie uświadomił terminatorowi, że chodziło tu o zwierzynę łowną a nie przeciwników, które to gustowały w kocie żeberka. Przewróciłl główkę w lewo, jego brwi zaś uniosły się delikatnie na czole, kiedy tak czekał na wyjaśnienie mniejszego kocura. Jego ogon leniwie zaszorował o wilgotne roślinki, jednak jak już Żmija zauważył, nie było to dla młodego jakimś większym problemem.