Zgodnie z zapowiedzią i obietnicą, do granicy doszedł z Łabędziem. Teraz chyba cieszył się nieco mniej i był trochę mniej podekscytowany tym odejściem. Bo w sumie, nie wiedział co i jak. Nie wiedział co z Klanami, nie wiedział co z Psem, co ze Skałą, czy zaraz znowu nie dotrze do niego ekipa poszukiwawcza, czy zaraz nie będzie więcej problemów... I tak się to kłębiło, że z każdym krokiem miał wrażenie, że śniadanie chce wyjść jeszcze raz zobaczyć słońce.
Odetchnął cicho, otarł się o bok Przywódcy. - Mogę się zarzec, że chyba nie znam lepszego kota od ciebie - rzucił półmrukiem, będąc obok jeszcze parę ostatnich sekund. - Wpadnę od razu jak się ustabilizuję. Wiesz, dać znać że żyję i w ogóle, tak żebyś nie zapomniał jak drażnię.
To dodając cofnął się już i przeszedł za granicę. Uśmiechnął się machnął mu głową. - Trzymaj się! Bezpiecznej drogi powrotnej... I do zobaczenia!!
No to nieszczęśliwców była dwójka — odprowadzając Szpona na granicę, Łabędź starał się emanować jak najbardziej wspierającą aurą, jaką był w stanie z siebie wydobyć w panujących warunkach, ale nie dało się ukryć, że nie cieszyła go wizja pożegnania. Ani wypuszczania jednego ze swoich najlepszych wojowników w świat, prawdopodobnie do innego Klanu. Którego? To pytanie obijało mu się o czaszkę jak kauczukowa piłeczka. Oby Grom; nie znał zbyt wielu gromiaków, ale znał Węża i wiedział, że przywódca zadbałby o nowego członka Klanu. Wicher również by go uspokoił, tak sądził. Nawet jeżeli nie widywałby się ze Szponem często, miałby kogo pytać o nowinki, nie wychodząc przy tym na nadgorliwego przywódcę, pchającego nos w już-nieswoje sprawy. Najmniej wiedział o Cieniu, zwłaszcza po śmierci Polnej Gwiazdy.
Droga od Obozu do granicy zajęła absurdalnie krótko, a nie narzucili sobie wariackiego tempa. Point uśmiechnął się, czując na sobie dotyk kota, którego przez ostatnie uderzenia serca mógł nazywać Rzeczniakiem. Nie, wróć. Szpon zawsze będzie Rzeczniakiem. Gdziekolwiek by nie był, jakkolwiek siebie nie nazywał... Przecież gdzieś tam, w głębi duszy, we własnych korzeniach, pozostanie jednym z nich. Otarł się policzkiem o prześlizgującego się obok kocura.
— Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale stałeś się dla mnie jak syn. Czuję się, jakby odchodził mój syn. — Pokręcił głową, jak gdyby z politowaniem dla samego siebie. Ale delikatny uśmiech nadal mu towarzyszył; bez obaw, nie rozklei im się tutaj. — Uważaj na siebie — poprosił jeszcze. — Gdyby cokolwiek się działo... Wiesz, gdzie szukać domu. Albo pomocy. Zawsze służę pomocą, pamiętaj. Nieważne, gdzie zamieszkasz, zawsze możesz zwrócić się do mnie z czymkolwiek. Dobrze?
Dziwnie było patrzeć na niego, stojącego po drugiej stronie granicy.
— Dziękuję i powodzenia. Do zobaczenia!
Tego się trzymajmy. Niedługo znów się zobaczą.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Cienką skórę kocura owiał wiatr, choć ciepły, zupełne nie przyniósł ulgi związany z okropnym gorącem jaki ostatnio panował nad ich głowami. Myślał ciężko, czy może nie schłodzić się w rzece, skoro i tak wyszedł już na krótki spacer. Taki o! Odkąd nie bywał sam w lecznicy, a pojawił się Senny Świt, w końcu mógł... nieco odetchnąć, znaleźć czas na przechadzkę gdzieś indziej, niż z legowiska do składzik. Wcześniej za bardzo się bał, że pod jego nieobecność coś się stanie, ale teraz? Teraz mógł na nowo przypominać sobie jak wyglądają niektóre kąty terenów Klanu Rzeki, bo choć mieszkał tu całe życie, takie miejsce jak Jagodowy Zagajnik pamiętał... ledwo co, jak przez mgłę!
Księżyce: 111 Płeć: Kocur Trwałe urazy: Łysy placek nad ogonem po ugryzieniu lisa
Orka podobnie do zwierzęcia, po którym otrzymał imię jest czarno-biały. Czerń okala większość jego postaci, z kolei biel ulokowana jest pod brodą, piersi i na całym brzuchu, nie nachodzi jednak na jego boki. Biel znajduje się również w postaci dwóch plamek nad oczami kocura, na palcach u wszystkich jego łap oraz w postaci pojedynczych włosków na jego ogonie. Czerń na jego grzbiecie również nie uniknęła wybielenia, gdyż po środku rozciąga się plama, jakby ktoś śmignął mu pędzlem po grzbiecie. Z kolei pod brodą dla odmiany znajduje się nie biała, a czarna łatka.
Jego futro jest gładkie, gęste, a przede wszystkim długie, idealnie prezentuje się na umięśnionej sylwetce. Należy również do kotów ponadprzeciętnego wzrostu. Tym co wyróżnia się na czarno-białym tle są lodowo-błękitne ślepia.
Przez swój tryb życia, od dłuższego czasu nie miał kontaktu z drugim kotem, dlatego też może wydawać się niezręczny, a już na pewno zdziwaczały. Daleko mu jednak do bycia odludkiem, wręcz przeciwnie, towarzystwo jest przez niego jak najbardziej poszukiwane, a już szczególnie takie, które wysłucha jego zażaleń, albo lepiej opowiastek. Orka jest osobnikiem niebywale pewnym siebie, żeby nie powiedzieć dumnym. Dodatkowo mówi szczerze co mu ślina na język przyniesie, dlatego na pierwszy rzut oka może wydawać się dość szorstki w obyciu. Uwielbia wszystko co ma związek z wodą i co przypomina mu o tym od czego został oddzielony. Nie znosi za to zasad, a co za tym idzie stworzeń, które je wytaczają, bo niby dlaczego ktokolwiek miałby zarządzać cudzym życiem. Czy można go nazwać anarchistą? Cóż, możliwe.
Nie planował ponownego tułania się po lesie, i wcale, ale to wcale mu się to nie podobało. Owszem, życie z dwunożnymi również nie było szczytem jego marzeń, ale tam przynajmniej nic nie próbowało go zjeść.
Przysiadł właśnie między krzewami, chcąc sobie chwilę odsapnąć. Musiał obrać sobie nowy, konkretny cel, do którego mógłby dążyć, byle tylko nie kręcić się bezcelowo w nicości. Problem był jednak taki, że nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Do czorta, on nawet nie wiedział gdzie był!
Jego rozmyślania zostały przerwane przez sylwetkę, która zamajaczyła mu w pewnej odległości od jego miejscówki. Zjeżył się momentalnie, odsłaniając pazury, ale im bliżej był nieznajomy, tym bardziej w czarnej główce zaczęło coś świtać. - Hej ty! -Zawołał do kocura, usilnie próbując przypomnieć sobie jego skomplikowane imię, o ile ten kiedykolwiek mu je podał. Nie był pewien.- Patyku?-Dodał po chwili, tym razem brzmiąc, jakby rzeczywiście był zbity z tropu. Nie przez samo imię, a przez fakt tego, że właśnie zawołał do siebie kota, którego widział jedynie raz w życiu. Prawda prawdą, że raz mu pomógł, ale czy to coś oznaczało? Może to nawet nie był ten sam kot, i właśnie sprowadził na siebie kłopoty, a to ostatnie czego potrzebował.
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Zdecydowanie zbyt długą drogę, jaką miało do pokonania Widmo, przecinały nieregularne postoje. A czas płynął bezlitośnie, jak ta rzeka, którą mijało dziś wczesnym popołudniem... Teraz słońce broczyło już na całego ostrą czerwienią, spadało za linię horyzontu, zaś wkrótce, prędzej niż by się chciało, miał zapaść zmierzch. Oznaczało to, że musiało sobie w miarę szybko wyczarować kryjówkę przed nocnymi drapieżnikami, jakieś tymczasowe lokum, gdzie w spokoju zregeneruje siły przed jutrzejszą tułaczką.
Dostrzeżone właśnie miejsce nadawało się do tego doskonale.
Gdy zjadło kolację, na którą składał się śliski oraz mięsisty ślimak, obeszło na miękkich łapach okolicę, wyraźnie oczarowane pomysłem matki natury, żeby jeżynowe krzewy otulały co niższe gałęzie, dając kotom wystarczająco dużo przestrzeni nad głowami, aby mogły wpełznąć pod daszek, a tam schronić się przed wiatrem albo pokracznym psem i przeczekać na niewidoku do rana. Widmo też tak właśnie zamierzało postąpić. Ponieważ jednak nie łapał go jeszcze sen, a było zmęczone tylko na tyle, żeby nie oddalać się od zagajnika, usiadło na jego skraju. Poza miłym brzęczeniem cykad panowała absolutna cisza.
Przynajmniej na razie...
Na razie jest to mała kotka, która pewnego dnia wyrośnie na średniego rozmiaru kocicę o żółtych oczach i długim futrze. Jest dumną posiadaczką biało-niebieskiego umaszczenie z tygrysim pręgowaniem. Białe znaczenia oplatają ją niemal całą z wyspami mniej lub bardziej ciemniejszego koloru futra w okolicach oczu i uszu. Boki i grzbiet kotki również zdobi ciemniejsze umaszczenie chociaż jest ono umieszczone raczej bliżej, równie ciemnego, ogona. Można powiedzieć, że przednia i tylna część grzbietu Mżawki "wymieniają się." Ta pierwsza jest białą z dwiema ciemniejszymi plamami, a ta druga ciemniejszą z większymi lub mniejszymi kępkami bieli.
Kotka-marzycielka, która często daje się ponieść wyobraźni, a bujanie w obłokach sprawia jej niemal taką samą frajdę, jak zabawa w gronie rówieśników. Mżawka oczywiście nie zostawia swoich pomysłów jedynie dla siebie samej, a zamiast tego od razu dzieli się nimi ze światem - czy to w postaci głupiego wierszyka, wymyślonej bajki, czy też strasznej historyjki, takiej do opowiedzenia rodzeństwu przed snem, rodzeństwo oczywiście bardzo kocha, by je odrobinę przestraszyć. Ktoś nie znający Mżawki, widząc ją zamyśloną, mógłby nieopatrznie założyć, że to naprawdę grzeczne i spokojne kocie, jednak nic bardziej mylnego! W momentach, gdy nie jest skupiona na świecie swoich wewnętrznych fantazji, kotka potrafi być prawdziwym wulkanem energii, chcącym zobaczyć jak najwięcej i to jak najszybciej, jako że cierpliwość nie jest jedną z jej najmocniejszych cechą. Zachowywanie spokoju zresztą też nie. Zazwyczaj jest miła i życzliwa dla każdego, nawet jeśli czasem bywa nieco złośliwa dla kotów, które darzy szczególną sympatią. To się jednak szybko zmienia, gdy ktoś ją zirytuje, a o to nie aż tak trudno, wtedy pokazuje, że potrafi być uparta i łatwo nie daje za wygraną, a jej wkurzony słowotok da się usłyszeć z daleka.
Mżawka czasem lubiła chodzić sobie przy granicach, zwłaszcza o tak pięknych porach dnia. Dlaczego? Było coś absolutnie fascynującego w stawaniu tam i rozważaniu gdzie by mogła urządzić sobie dłuższą wycieczkę, gdyby miała na to czas, chęci i nie martwiła się, że rodzice i rodzeństwo by się jeszcze o nią martwili. A może gdzieś tam dalej jest jeszcze więcej miejsc, przez które podróżują potwory? A może jest jeszcze więcej różnych potworów, o których jeszcze nie miała pojęcia, ale skoro istniały różne koty, takie o różnych kolorach, kształtach czy nawet puchatości futra, to na według tej samej logiki powinno to tez dotyczyć potworów? Zwłaszcza, że gdy wybrała się aby podziwiać je z bratem już i tak fascynowały ją one swoimi różnymi barwami.
A jak już o potworach była mowa...
Jakoś tak wyszło, że nie spodziewała się, że kogoś tutaj spotka, a zwłaszcza kogoś kogo wcześniej nie kojarzyła. Może więc dlatego, gdy dopiero kątem oka dostrzegła białą istotę, niczym zjawę, prawie podskoczyła i jedynie resztkami siły woli zamaskowała zaskoczenie.
– Co do eeee... O. Cześć. To znaczy część. Nie zauważyłam cię wiesz? – zmierzyła przybyła istotę uważnym spojrzeniem. – Kim ty jesteś?
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Widmo tym bardziej się nie spodziewało, że oprócz tych paru cykad i ślimaka, trawionego już w tej chwili, kręci się tu ktoś jeszcze, ale nie bujało w obłokach do tego stopnia, żeby nie wyczuć zbliżającego się intruza i żeby dać się zaskoczyć sytuacji. Kot żyjący w pojedynkę, Samotnik, zawsze musiał pozostawać czujny; nawet wtedy gdy teoretycznie odpoczywał, słuch oraz wzrok pracowały na wysokich obrotach, co można byłoby określić w dwóch słowach sztuką przetrwania. Obserwowało, jak kociopodobny gąszcz kłaków zbliża się ku Jeżynowemu Zagajnikowi, a potem staje jak wyryty, a na koniec wita się z nim nieskładnie.
- Dobry wieczór. Widmo - przedstawiło się cicho, kojąco, jakby już nucił nieznajomej kołysankę, choć dopiero wymienili pozdrowienia. Odpowiedziało równie uważnym, niemniej trochę zmęczonym spojrzeniem, uwydatnionym przez lekką opuchliznę w tych okolicach, a widoczną dzięki krótkiej, przylegającej sierści.
- W rejonach, z których pochodzę... Taka nieostrożność w terenie może być niebezpieczna, o ile nie śmiertelna, ale proszę... Ty czujesz się tutaj pewnie - podzieliło się pierwszym z brzegu spostrzeżeniem. Pewność siebie, a może głupota? Koteczka wyglądała na zadbaną, wręcz nieprzyzwoicie aksamitną, bliżej jej było do kotów mieszkających z ludźmi niż takich włóczykijów jak ono. - To Twój teren?
Na razie jest to mała kotka, która pewnego dnia wyrośnie na średniego rozmiaru kocicę o żółtych oczach i długim futrze. Jest dumną posiadaczką biało-niebieskiego umaszczenie z tygrysim pręgowaniem. Białe znaczenia oplatają ją niemal całą z wyspami mniej lub bardziej ciemniejszego koloru futra w okolicach oczu i uszu. Boki i grzbiet kotki również zdobi ciemniejsze umaszczenie chociaż jest ono umieszczone raczej bliżej, równie ciemnego, ogona. Można powiedzieć, że przednia i tylna część grzbietu Mżawki "wymieniają się." Ta pierwsza jest białą z dwiema ciemniejszymi plamami, a ta druga ciemniejszą z większymi lub mniejszymi kępkami bieli.
Kotka-marzycielka, która często daje się ponieść wyobraźni, a bujanie w obłokach sprawia jej niemal taką samą frajdę, jak zabawa w gronie rówieśników. Mżawka oczywiście nie zostawia swoich pomysłów jedynie dla siebie samej, a zamiast tego od razu dzieli się nimi ze światem - czy to w postaci głupiego wierszyka, wymyślonej bajki, czy też strasznej historyjki, takiej do opowiedzenia rodzeństwu przed snem, rodzeństwo oczywiście bardzo kocha, by je odrobinę przestraszyć. Ktoś nie znający Mżawki, widząc ją zamyśloną, mógłby nieopatrznie założyć, że to naprawdę grzeczne i spokojne kocie, jednak nic bardziej mylnego! W momentach, gdy nie jest skupiona na świecie swoich wewnętrznych fantazji, kotka potrafi być prawdziwym wulkanem energii, chcącym zobaczyć jak najwięcej i to jak najszybciej, jako że cierpliwość nie jest jedną z jej najmocniejszych cechą. Zachowywanie spokoju zresztą też nie. Zazwyczaj jest miła i życzliwa dla każdego, nawet jeśli czasem bywa nieco złośliwa dla kotów, które darzy szczególną sympatią. To się jednak szybko zmienia, gdy ktoś ją zirytuje, a o to nie aż tak trudno, wtedy pokazuje, że potrafi być uparta i łatwo nie daje za wygraną, a jej wkurzony słowotok da się usłyszeć z daleka.
Mżawka przyjrzała się Widmu z nieukrywanym zaciekawieniem, próbując zrozumieć czemu tak właściwie ją, aż tak zaskoczyło. Bo to nie tak, że wyglądało ono strasznie. Nie. Wyglądało przecież jak kot, mniej puchaty od niej samej i z nieco innym kształtem pyska, ale jednak kot. A jednak... Było coś takiego w atmosferze, która towarzyszyła przybyszowi, że Mżawka nawet nie zdziwiła się, kiedy w końcu ujawniło swoję imię, uznając że idealnie do niego pasuje.
A może to jednak naprawdę było widmo? Może nie wyjawiło jej właśnie swojego imienia, a po prostu powiedziało czym jest. Ale nie... To by było bez sensu. W końcu ona nie przedstawiłaby się Dobry Wieczór. Kot.
– Widmo, ładnie. Rumuje się z widno i ponidło – odpowiedziała w końcu, wymyślając to ostatnie słowo w przypływie weny. – Jestem Mżawka. Mroźna Mżawka. – Z tymi słowami wypięła się nieco dumniej i tę dumę próbowała utrzymać, nawet jeśli kolejne słowa Widma wytknęły jej pewną nieuwagę. Rzeczywiście powinna bardziej uważać. Przecież nie była już dzieckiem, ani terminatorka, a dorosłą i poważną wojowniczką.
– Jesteśmy przy granicy mojego klanu – odpowiedziała po prostu, czując się w obowiązku poinformować o tym Widmo, nawet jeśli nie chciała żadnych nieprzyjemności. – Ty natomiast nie jesteś stąd, prawda?
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Wzbudziło takie zainteresowanie, że ktoś inny na jego miejscu pewnie spłonąłby rumieńcem, ale ono, jakby obdarzone szóstym zmysłem, dało się podziwiać jak ta rzeźba w galerii sztuki - w ogóle mu to nie przeszkadzało, w cierpliwym bezruchu znosiło cudze spojrzenie. Mogło być równie dobrze snem, który koteczka śniła we własnym legowisku, nie miałoby nic przeciwko, nie zrobiłoby jej krzywdy, poprowadziłoby ją po kładce z chmur do migoczących gwiazd, a potem szarmancko odprowadziło do domu. Dom. Podejrzewało, że nie widziała zbyt wiele świata i rzadko opuszczała swoje siedlisko, rzadko spotykała koty nie ze swojej bańki, skoro wywarło na niej aż takie wrażenie. Z drugiej strony, nie było co tu kryć, że jej atencja i rymowanki mile połechtały ego Zjawy.
- Mroźna Mżawka? Najpiękniejsze imię, jakie kiedykolwiek słyszałem... - odbiło komplement ze zdwojoną siłą w kierunku nowej znajomej. - Będę to teraz często powtarzał. Mroźna Mżawka. Mroźna Mżawka. Mroźna Mżawka.
A z każdym pełnym zachwytu i cichutkim powtórzeniem jasny pysk ociupinkę się przybliżał, a gdy już się wydawało, że ich nosy się spotkają, Widmo wróciło do poprzedniej pozycji, z której górowało nad kotką. Czar prysł.
- Ach, klany... - słyszało o klanach, samo wywodziło się z jednego z nich, ale już praktycznie nie pamiętało niczego z dawnego życia. Zastrzygło szpiczastym uchem. - Nie jestem, istotnie, ale plotka o czterech klanach żyjących w symbiozie niesie się po świecie. Powiedz, Mroźna Mżawko - tu Widmo posłało kotce subtelny, znaczący uśmiech - Czy życie ciągle w jednym miejscu nie jest dla Ciebie... No wiesz... Zbyt monotonne?
Samo w drodze do klanu Cienia miało rozliczne obawy, czy gdyby zdecydowało się z nimi zostać, potrafiłoby tak skompresować swoje życie, ot, ograniczyć do wydzielonego kawałka terenu i nic poza tym.
Na razie jest to mała kotka, która pewnego dnia wyrośnie na średniego rozmiaru kocicę o żółtych oczach i długim futrze. Jest dumną posiadaczką biało-niebieskiego umaszczenie z tygrysim pręgowaniem. Białe znaczenia oplatają ją niemal całą z wyspami mniej lub bardziej ciemniejszego koloru futra w okolicach oczu i uszu. Boki i grzbiet kotki również zdobi ciemniejsze umaszczenie chociaż jest ono umieszczone raczej bliżej, równie ciemnego, ogona. Można powiedzieć, że przednia i tylna część grzbietu Mżawki "wymieniają się." Ta pierwsza jest białą z dwiema ciemniejszymi plamami, a ta druga ciemniejszą z większymi lub mniejszymi kępkami bieli.
Kotka-marzycielka, która często daje się ponieść wyobraźni, a bujanie w obłokach sprawia jej niemal taką samą frajdę, jak zabawa w gronie rówieśników. Mżawka oczywiście nie zostawia swoich pomysłów jedynie dla siebie samej, a zamiast tego od razu dzieli się nimi ze światem - czy to w postaci głupiego wierszyka, wymyślonej bajki, czy też strasznej historyjki, takiej do opowiedzenia rodzeństwu przed snem, rodzeństwo oczywiście bardzo kocha, by je odrobinę przestraszyć. Ktoś nie znający Mżawki, widząc ją zamyśloną, mógłby nieopatrznie założyć, że to naprawdę grzeczne i spokojne kocie, jednak nic bardziej mylnego! W momentach, gdy nie jest skupiona na świecie swoich wewnętrznych fantazji, kotka potrafi być prawdziwym wulkanem energii, chcącym zobaczyć jak najwięcej i to jak najszybciej, jako że cierpliwość nie jest jedną z jej najmocniejszych cechą. Zachowywanie spokoju zresztą też nie. Zazwyczaj jest miła i życzliwa dla każdego, nawet jeśli czasem bywa nieco złośliwa dla kotów, które darzy szczególną sympatią. To się jednak szybko zmienia, gdy ktoś ją zirytuje, a o to nie aż tak trudno, wtedy pokazuje, że potrafi być uparta i łatwo nie daje za wygraną, a jej wkurzony słowotok da się usłyszeć z daleka.
Mżawka może i nie odsunęła się kiedy Widmo raz po raz powtarzało jej imię, przyglądając się temu z pewnym zaciekawieniem, ale i rozbawieniem, a sama kotka pokręciła łebkiem, bo nawet jeśli lubiła swoje imię i rzeczywiście uważała je za bardzo ładne, tak nieco sceptycznie patrzyła na zachowanie Widma. Może rzeczywiście nie było do końca kotem, a jakąś zjawą i próbowało uśpić jej czujność? Nie, że by tego chciała, bo jednak byłoby to trochę niebezpieczne, ale na pewno byłaby to nieco ciekawsza i bardziej fascynującą sytuacja.
Mżawka zamyśliła się na chwilę, rozważając jego słowa, a potem nieco cofnęła się, tak aby ogarnąć swoim wzrokiem granice swojego klanu, jakby miała się upewnić, czy ta niewidzialna linia przypadkiem nie woła jej teraz do siebie.
– Nie – odpowiedziała w końcu szczerze. – Dużo się dzieje, mam tu rodzinę i to nie tak że jestem tutaj więziona. Długo tak podróżujesz? Zastanawiam się, czy może... Napotkały cię kiedyś koty z tego klanu, o których nie wiem co się z nimi stało. Mam hm... Wujka i siostrę, którzy zaginęli bez śladu.
Nie, że liczyła na to że Widmo rzeczywiście kogoś z nich spotkało, ale... Zawsze można się było chociaż trochę łudzić, prawda? Wujka niemal nie znała, tak więc nie martwiła się o niego jakoś strasznie, ale jednak był to brat jej taty i kotka była pewna, że jej ojciec ucieszyłby się z wiadomości o rodzeństwie. A Topik? Topik była jej siostra, która robiła głupie rzeczy, takie jak ciąża, więc chciała się upewnić, że miała się dobrze, gdziekolwiek by nie była.
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Liście spadały z drzew, na polach pęczniały dynie, a mgła coraz częściej włóczyła się przy ziemi... klimat w sam raz, żeby trzykrotne wezwanie "Mroźnej Mżawki" coś wywołało. Jeśli nie tu i teraz, to może za kilka nocy, jeśli nie niespokojne duchy, to może chociaż jakąś życzliwą myśl o Widmie...
Na co tak patrzyła? Potomek Śpiewającej Kniei chyba się domyślał, skoro temat rozmowy zahaczył o rodzinne gniazdko Mroźnej Mżawki. Gdzieś tam, dokąd wyrywały się teraz jej żółte oczy, musieli właśnie ugniatać sobie legowiska do snu jej bracia, siostry. Może ona też była już zmęczona, a może, zgodnie z ich wyszukanymi klanowymi zasadami, musiała dziś sama samiutka stróżować od zmierzchu do świtu?
- Rodzina, no tak - powtórzyło jak puste, zniekształcone echo. Ono było na tym świecie zupełnie samo. Pomimo że jego rodzeństwo, matka, może nawet kuzyni żyli gdzieś tu w okolicy, to jednak ostatnie czterdzieści księżyców nie miało o nich, ani od nich żadnych wiadomości...
- Czyli właściwie nie liczy się dla Ciebie to konkretne miejsce, ale te koty - podsumowało, a zaraz po tym w zamyśleniu zmarszczyło delikatnie brwi. Bardzo chciałoby pomóc w kwestii zagubionych krewnych, ale potrzebowało mżawkowego zaufania i przede wszystkim więcej informacji.
- A jaki to właściwie klan? I jak wyglądały te koty? Jak się nazywali? Jeśli nawet dotąd ich nie spotkałem, to niewykluczone, że jeszcze spotkam. - tu, albo w zaświatach. Widma mogły przecież swobodnie podróżować między krainą żywych i umarłych, między gęstościami... - Chciałabyś im coś konkretnego przekazać, czy po prostu wiedzieć, że żyją? - zapytało nisko, życzliwie. Nasuwała mu się inna końcówka pytania: wiedzieć CZY żyją, lecz wybrało wersję mniej brutalną. Taką łagodną, aksamitną substancję trzeba było traktować w adekwatny sposób.
Na razie jest to mała kotka, która pewnego dnia wyrośnie na średniego rozmiaru kocicę o żółtych oczach i długim futrze. Jest dumną posiadaczką biało-niebieskiego umaszczenie z tygrysim pręgowaniem. Białe znaczenia oplatają ją niemal całą z wyspami mniej lub bardziej ciemniejszego koloru futra w okolicach oczu i uszu. Boki i grzbiet kotki również zdobi ciemniejsze umaszczenie chociaż jest ono umieszczone raczej bliżej, równie ciemnego, ogona. Można powiedzieć, że przednia i tylna część grzbietu Mżawki "wymieniają się." Ta pierwsza jest białą z dwiema ciemniejszymi plamami, a ta druga ciemniejszą z większymi lub mniejszymi kępkami bieli.
Kotka-marzycielka, która często daje się ponieść wyobraźni, a bujanie w obłokach sprawia jej niemal taką samą frajdę, jak zabawa w gronie rówieśników. Mżawka oczywiście nie zostawia swoich pomysłów jedynie dla siebie samej, a zamiast tego od razu dzieli się nimi ze światem - czy to w postaci głupiego wierszyka, wymyślonej bajki, czy też strasznej historyjki, takiej do opowiedzenia rodzeństwu przed snem, rodzeństwo oczywiście bardzo kocha, by je odrobinę przestraszyć. Ktoś nie znający Mżawki, widząc ją zamyśloną, mógłby nieopatrznie założyć, że to naprawdę grzeczne i spokojne kocie, jednak nic bardziej mylnego! W momentach, gdy nie jest skupiona na świecie swoich wewnętrznych fantazji, kotka potrafi być prawdziwym wulkanem energii, chcącym zobaczyć jak najwięcej i to jak najszybciej, jako że cierpliwość nie jest jedną z jej najmocniejszych cechą. Zachowywanie spokoju zresztą też nie. Zazwyczaj jest miła i życzliwa dla każdego, nawet jeśli czasem bywa nieco złośliwa dla kotów, które darzy szczególną sympatią. To się jednak szybko zmienia, gdy ktoś ją zirytuje, a o to nie aż tak trudno, wtedy pokazuje, że potrafi być uparta i łatwo nie daje za wygraną, a jej wkurzony słowotok da się usłyszeć z daleka.
– Hm... Chyba tak. Można tak to nazwać, ale jednak też miło jest widzieć te same znajome koty i no wiesz... Mieć taką społeczność wokół siebie. Nie wiem sama, to po prostu fajne wiedzieć, że za tym zakrętem zawsze będzie to samo drzewo, nawet jeśli ktoś inny się przy nim bawi – odpowiedziała po chwili zamyślenia. A gdyby jej cała rodzina zniknęła? Czy coś ją by tutaj trzymało? Czy jednak uznałaby, że lepiej jest trochę pozwiedzać, zobaczyć co może pokazać jej świat, bo skoro był już taki fascynujący, gdy przekraczała tereny klanu jedynie odrobinę (może było więcej takich widm) , to co dopiero by było, gdyby poszła gdzieś dalej? Hm... Nie. Chyba nie. Chyba jednak by została, bo przecież tylko jeden klan był tym idealnym klanem i był to właśnie klan Rzeki. – A ty? Co ciebie trzyma w ruchu?
Oczy Mżawka rozbłysły. Może i nie pokładała dużych nadziei na to, że Widmo napotka na swojej drodze kogoś z jej rodziny, ale... Ale jednak nie była kimś kto porzucałby tak szybko nadzieję. Nie, wręcz przeciwnie, jakikolwiek płomyk nadziei, od razu rozpalał tak silnie, jak tylko się dało jej optymizm.
– Szukam mojej siostry, Topik, bardzo ładna, kolorem futra podobna do mnie, tylko, że miała hm... Więcej tego szarego koloru i takie jasnoniebieskie oczy. – Zawahał się na chwilę, a potem kontynuowała. – Był jeszcze mój wujek, Skała. Kojarzę go z dzieciństwa, więc mogę coś mylić, ale był taki... Duży z długą ciemną sierścią, trochę taką przypominającą dym. I żółte oczy. A z obycia był taki... Trochę specyfinczy i depresyjny.To klan Rzeki. Chciałabym po prostu... Wiedzieć gdzie są. Dziękuję. Jeśli masz kogoś tutaj komu mam też coś przekazać to daj znać.
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
- Stabilizacja. Bezpieczeństwo. Pewność - podsumowało z terapeutycznym zrozumieniem dla pobudek rozmówczyni. Oczywiście nie każdy musiał lubić życie na krawędzi, czy specjalizować się w skakaniu do pustego jeziora na główkę. Doceniło szczerość Mroźnej Mżawki, była taka... ujmująco bezpretensjonalna. Ktoś na jej miejscu mógłby mieć problem z przyznaniem, że jest rutyniarzem, ale ona miała wystarczająco wysokie poczucie własnej wartości, żeby nie udawać kogoś, kim nie była. Konwersowanie z nią idealnie zwieńczało spokojny wieczór i stanowiło dla Widma oddech po ciężkim dniu tułaczki.
- Uwierzysz, gdy powiem, że napędza mnie dokładnie to samo, co Ciebie trzyma w bezruchu? - zapytało poufnie, nieco przewrotnie, dopiero gdy doprowadziło do skrzyżowania się ich spojrzeń. Z natury skryte, na granicy uchwytności, nie wyznało jej, że zostało porwane jako kocię i dopiero po śmierci swojego przyszywanego rodzica - oprawcy, zdecydowało, że nie ma nic do stracenia i spróbuje chociaż odnaleźć dawną rodzinę, rodzinę i klan, w którym przyszło kiedyś na świat, a dziś nawet nie pamiętało jego nazwy. Z pewnością nie był to jednak klan Rzeki, ponieważ w Widmie nic nie zaskoczyło, gdy kotka użyła takiego właśnie określenia. Porzuciło więc bez żalu prywatę i swoje własne nadzieje, że jeszcze dziś, a najpóźniej jutro przywita się z matką i rodzeństwem, gdyby jednak okazało się, że jego stary dom to także dom Mroźnej Mżawki, a zamiast tego skupiło się na zapamiętaniu, jak wyglądali krewniacy nowej koleżanki. Zaginione koty były dość charakterystyczne, a same opisy wystarczająco precyzyjne, żeby zawęzić poszukiwania i od razu odrzucić co częściej spotykane umaszczenia.
- Hmm... Takich kotów nie ma wcale tak dużo. Mamy szansę - oznajmiło Rzeczniaczce, a zaraz po tym dodało jej otuchy również przez muśnięcie długimi palcami jej nadgarstka. - Gdy coś ustalę, wrócę w te rejony i o wszystkim Ci powiem, zawołam Cię po imieniu trzy razy, tak jak ćwiczyliśmy... Do tego czasu będę pytał o Topik i Skałę. Nie mogli przecież zapaść się pod ziemię... Ruszę jutro, gdy tylko wstanie słońce. A teraz dobranoc, Mroźna Mżawko. Nie uwierzysz, ale nawet Widma czasami śpią...
Uśmiech Zjawy opływał zmęczeniem. Gdy oderwało się w końcu od swojej towarzyszki, wkulało się w Jeżynowy Zagajnik, a tam błyskawicznie zasnęło.
Mroźna Mżawko, Mroźna Mżawko, Mroźna Mżawko...
Nic straconego.
Księżyce: 63 Mistrz: jaśniejący płomień, łabędzia gwiazda i los Płeć: kotka Matka: roziskrzona gwiazda Ojciec: łabędzia gwiazda Partner: wolność
Rdza to długowłosy kot, o smukłej budowie ciała. Ma duże uszy, z końcówkami, które stercza na końcu uszu. Jest wysoka. Jej imię odpowiada jej wyglądowi, jest to rdzawy kot: ciemna pręga na grzbiecie, pyszczku, ogonie i palcach przecinają jej rdzawe ciało. Brzuch, pysk oraz łapy są pokryte rozjaśnianiem, a jej grzbiet jest pokryty ciemnym nalotem. Jej oczy są intensywnego, pomarańczowego koloru, jej nosek ceglany. Wiecznie napuszone i brudne futro jest jej znakiem szczególnym.
Jeśli myśleliście, że Rdza dorosła to haha, dobry żart. Rdza się absolutnie nic nie zmieniła, dalej jest głupia, dalej żartuje, dalej się wygłupia i jest zbyt pewna siebie. Cholera wie czy kiedyś coś jej nie zje przez ta pewność siebie. Chaotyczna i o krótkiej pamięci. Żyje pełnią dnia, niespecjalnie myśląc o konsekwencjach swoich czynów. Raczej wyluzowana, z czystą głową i myślami. Jedna komórka mózgowa.
Rdza podczas spacerów w stronę morza i z powrotem miała dużo myśli. Jedną z nich było to, że chciała wrócić do Klanu. Ale nie "swojego". Tam, gdzie był jej ojciec. Ale też nie chciała iść tam w ślepo. Także!
Po polowaniu przyszła na granicę Rzeki. Drgnęła delikatnie uszkami, rozglądając się po terenach. O, a czy tam się nie ukrywała przed matką w nocy? Hehe.
Czekała na kogokolwiek, kogo może spotkać, z kim może pogadać. OOOOH.
Może w Klanie Cienia jest jeszcze ta śliczna kotka?
Księżyce: 61 Mistrz: Krokusowy Pląs † Płeć: kotka Matka: Rozbita Tafla [NPC] Ojciec: Wierzbowy Pęd [NPC] Trwałe urazy: ubytek w kształcie V na czubku prawego ucha
Modliszka już jako terminatorka jest zgrabnie wysoka, o długich łapach i dosyć smukłej budowie ciała. Gdy osiągnie swój końcowy wzrost, zdecydowanie górować będzie nad większością swojego rodzeństwa. Pełna wdzięku sylwetka kocicy pokryta jest długim, gładkim futrem.
Sierść zdominowana jest przez biel, przechodzącą od pyska (węższa struga pomiędzy oczami, rozszerza się na pysk) poprzez gardło i brzuch, w pełni obejmując kolorem wszystkie kończyny. Głowa obdarzona jest największą w kwestii całego ciała czarną plamą, która nachodzi od lewego ucha, do połowy policzka kotki - po drugiej stronie identycznie ułożony jest rudy kolor. Futro na grzbiecie to kombinacja czerni, gdzie ciągnie się ona od głowy do karku, aż do pleców kocicy, gdzie nierównomiernie rozłożone są plamy. Czarnym plamom na grzbiecie towarzyszy rude futro, które wypełnia braki pomiędzy ciemniejszym kolorem. Gdzieniegdzie (na kolorze rudym) przedzierają się klasyczne pręgi o ciemniejszej, rdzawej barwie. Ogon w większości czarny, z niewielkimi rudymi akcentami, zakończony delikatnie bielą na końcu.
Prawe ucho natomiast, w trakcie szczurzej bójki podczas treningu, zaliczyło stratę; teraz na jego czubku widoczny jest ubytek przypominający literę V.
Smukły pysk przyozdobiony jest wibrysami oraz różowoczarnym nosem, nad którym widnieją oczy z heterochromią - lewe niebieskie, prawe o brązowej barwie, przechodzące w orzechowy odcień.
Specyficzna, być może w oczach niektórych kotów nawet i dziwna. Z jednej strony preferuje ciszę i własny zakątek w Zrośniętych Drzewach, woląc do nikogo się nie odzywać i zająć się własnym ogonem. Z drugiej jednak czasami z zazdrością patrzy na koty, którym z łatwością przychodzi nawiązywanie znajomości i prowadzenie rozmowy; sama Modliszka jest dosyć niezręczna w tej kwestii i często miewa problem z dobrym wypowiedzeniem się, lub chociażby powiedzeniem więcej, niż parę na szybko wyciągniętych z gardła słów. Nie jest dobra w drobne rozmowy, chociaż stara się, chociażby by nie sprawić przykrości rozmówcy. Dzięki treningom powoli otwiera się bardziej, a i zdania, które są przez szylkretkę wypowiadane, są dłuższe i lepiej złożone. W większości przypadków.
Mimo wszystko, jest kocicą łagodną, o przyjaznym usposobieniu; wykazuje zmartwienie innymi, gdy dotyka ich przykra sytuacja, lub gdy widzi, że ktoś może potrzebować pomocy... a nawet jeśli sytuacja nie zalicza się do żadnej z dwóch podanych opcji, wciąż wyciągnie pomocną łapę. Spokojna i opanowana, bardziej woli słuchać, niż mówić, zawsze przysiądzie, by stać się słuchaczem czy to długiej historii, lub chociażby krótkiej opowieści na temat tego, jak drugiemu kotu minął dzień.
Zainteresowana otaczającym ją światem i rzeczywistością, ambitna i chętna do nauki nowych rzeczy, czy to w kwestii praktycznej, czy teoretycznej.
Była wojowniczką, co oznaczało, że teraz mogła spacerować i patrolować granicę sama, bez towarzystwa kogoś starszego... Wciąż wolała wychodzić na patrole grupowe, jednak w ostatnim czasie, gdy szukała Gąsienicy... albo teraz Pieczarki, wychodziła samotnie, próbując złapać choć skrawek ich zapachu, wiedzieć, gdzie ich szukać.
Ah. Łamało jej się serce.
Poczuła nowy zapach, jednak nie był on żadnym, jaki kojarzyła, a gdy uniosła głowę, na chwilę opuszczając swoją wyobraźnię i myśli - oh, na granicy stał ktoś zupełnie inny... ktoś, kogo nie kojarzyła wcale.
- ...Dzień dobry? - przywitała się łagodnie. Samotniczka? Powinna ją przegonić? Raczej nie była to osobowość, przed którą przestrzegał ich Nocny Szkwał i Klan Cienia. Drgnęła ogonem. - Czekasz... na kogoś? - może była dawną zaginioną kogoś z Klanu Rzeki, a teraz chciała wrócić? Cóż, nie żeby Modliszkowy Gaj była świadoma, czyją córką była... Mimo wszystko, jeśli kotka szukała pomocy, szylkretka nie była kimś, kto by jej odmówił.
you'll be the saddestpart of me
a part ofme that will never bemine it's obvious tonight isgonna be theloneliest you're still theoxygeni breathe i see yourfacewhen iclose my eyes it's torturous tonightisgonna betheloneliest