Ach Ślimaczek… Cóż też można powiedzieć o tym niskim kocurku? Nie grzeszył wzrostem, jego masywne łapki wydawały się być krótsze, a jego tęga budowa tylko owe wrażenie potwierdzała. Ślimak jest kotem czarnym krótkowłosym, którego biel uraczyła w zdecydowanej mniejszości. Każda z łapek posiada swoją białą skarpetkę, przez brzuch przechodzi wąska, biała ścieżka, która poszerza się dopiero na piersi wędrując przez szyję, aż do brody kocurka. Na czarnej tafli odznaczają się jeszcze jasne wąsy i złote, świecące oczka.
Oto przed państwem mały dżentelmen! A dokładniej Ślimaczek, kocurek, który jest zwyczajnie w świecie kochliwy. Raz po raz znajduje coś, albo kogoś, kto też w jego głowie staje się czystym ideałem. Wszelkie cechy, aktualnego obiektu westchnień, sprawiają, iż Ślimaczek jest zwyczajnie zachwycony. Kocurek zdecydowanie patrzy na świat przez różowe okulary, których nie zamierza w najbliższym czasie ściągać. Zauroczony Ślimaczek idealizuje świat wokół obranego obiektu, a jego mały światek potrafi kręcić się wokół niego. Ciężko znaleźć kogoś bardziej pozytywnego i przy okazji naiwnego. Ślimaczek jest kotkiem czysto dobrym, a przynajmniej z reguły właśnie tak określa się takowe osoby. Przeogromna naiwność nie jest jednak zawsze czymś dobrym, a właśnie tym charakteryzuje się kocurek. Wierzy w wiele rzeczy, a już szczególnie w te, które brzmią przyjemnie.
Więc ruszyły. Szylkretka pognała przodem, a wojowniczka zaraz za nią. Uszy obu kotek sporadycznie wyłapywały ćwierkanie ptaków, szelest liści, poruszanych przez wiatr. Nic jednak, co mogłoby je zaniepokoić do Gromiaczek nie dotarło. Żaden warkot nie rozbrzmiał, żadna ciemna postać nie szarżowała ku nim. Było czysto. Spokój nastał jednak dopiero, gdy łapy obu kotek opuściły nieprzyjemną powierzchnię, ponownie stając na dobrze znanej im już ziemi. Najniebezpieczniejszy element wyprawy został oficjalnie POKONANY!
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Brzózka ma ochotę rozpłynąć się na trawie, czuje jak jej łapy miękną, gdy dociera do niej, że największy przeciwnik dzisiejszej wyprawy pokonany (nie wybiega jeszcze tak daleko w przyszłość jak do myśli o powrocie). Ale nie ma czasu na pełną ulgi przerwę, więc podskakuje w miejscu i rozgląda się po przestrzeni przed nimi.
– To teraz przez Borsucze Pagórki i dalej prosto?? – dopytuje na wszelki wypadek, bo teraz totalnie stuprocentowo będą polegać na jej przewodnictwie, nie? Nie ma tu klanowych granic, które stanowią jakiś wyznacznik, jest tylko moc obcych zapachów. No a Brzózka miała okazję zwiedzać te tereny, gdy szukała Rosomak, więc tu dodatkowa przewaga! Dlatego jest gotowa poprowadzić, gdy tylko dostanie wytyczne dokąd.
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
Tupocząca Salamandra nie czuła się inaczej niż partnerka. Gdyby nie to, że czas gonił coraz bardziej, to pewnie padłaby na trawę i się rozpłynęła w kolorową kałużę na jakiś czas, tak jej serce waliło w tym momencie. No, ale najgorsze jak na razie miały za sobą, ostatnia prosta została do przekroczenia. Juhu!
-Z tego co mówiła Gwiezdny Nurt to tak -szylkretka pokiwała głową, kiedy już ogarnęła się w miarę w miarę po przebieganiu przez Grzmiącą Ścieżkę (a trzeba przyznać, że chwilę jej to zajęło)- Będę iść za tobą, ty tu teraz rządzisz i przewodnikujesz, może cię złapię za ogon i mnie pociągniesz -zażartowała tak trochę, żeby zacząć myśleć o czymś przyjemniejszym niż to co ostatnio zadziało się w jej życiu, plus ta loteria czy Potwór się pojawi i w nie uderzy, czy nie. Chociaż w sumie, jeśli Brzozowa Drzazga by się zgodziła, to Sal chętnie wprowadziła by ten swój żarcik w życie, delikatnie łapiąc ogon wojowniczki zębami, żeby ta ją prowadziła, ale to już zależało od decyzji partnerki. Na razie czas było iść do Szepczącej Sadzawki i skończyć ten etap całej wyprawy, więc Tupocząca Salamandra ruszyła za odgłosami kroków szarej, kiedy ta zaczęła prowadzić ją do celu.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Ach Ślimaczek… Cóż też można powiedzieć o tym niskim kocurku? Nie grzeszył wzrostem, jego masywne łapki wydawały się być krótsze, a jego tęga budowa tylko owe wrażenie potwierdzała. Ślimak jest kotem czarnym krótkowłosym, którego biel uraczyła w zdecydowanej mniejszości. Każda z łapek posiada swoją białą skarpetkę, przez brzuch przechodzi wąska, biała ścieżka, która poszerza się dopiero na piersi wędrując przez szyję, aż do brody kocurka. Na czarnej tafli odznaczają się jeszcze jasne wąsy i złote, świecące oczka.
Oto przed państwem mały dżentelmen! A dokładniej Ślimaczek, kocurek, który jest zwyczajnie w świecie kochliwy. Raz po raz znajduje coś, albo kogoś, kto też w jego głowie staje się czystym ideałem. Wszelkie cechy, aktualnego obiektu westchnień, sprawiają, iż Ślimaczek jest zwyczajnie zachwycony. Kocurek zdecydowanie patrzy na świat przez różowe okulary, których nie zamierza w najbliższym czasie ściągać. Zauroczony Ślimaczek idealizuje świat wokół obranego obiektu, a jego mały światek potrafi kręcić się wokół niego. Ciężko znaleźć kogoś bardziej pozytywnego i przy okazji naiwnego. Ślimaczek jest kotkiem czysto dobrym, a przynajmniej z reguły właśnie tak określa się takowe osoby. Przeogromna naiwność nie jest jednak zawsze czymś dobrym, a właśnie tym charakteryzuje się kocurek. Wierzy w wiele rzeczy, a już szczególnie w te, które brzmią przyjemnie.
Mogły iść, by Tupocząca Salamandra trzymałą zębami ogon partnerki. Mogły iść również obok siebie, bądź w całkiem inny sposób. Nie zmieniało to jednak faktu, iż nieubłaganie zbliżały się do celu swojej podróży - Szepczącej Sadzawki. Nie zapowiadało się, by jakieś komplikacje miały pojawić się na ich drodze. Wkroczyły na Borsucze Pagórki, pokonując je dość sprawnie. Świadomość, iż Szepcząca Sadzawka była wręcz na wyciagnięcie łapy była w końcu idealną zachętą do sprężenia kroków.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Może i Salamandra jedynie sobie tak żartuje, ale Brzózka od razu podsuwa ogon pod nos z krótkim to trzymaj. I gdy już szylkretka za niego chwyta, popielata może radośnie prowadzić je przez tereny. Borsucze Pagórki mijają bez towarzystwa borsuków, to się ceni (no dobra, wojowniczka ma świadomość, że to tylko taka nazwa i żaden borsuk już tu nie mieszka, ale na miejscu borsuków by się tu wprowadziła – żaden kot by się jej tu nie spodziewał!!). Nuci sobie pod nosem i maszeruje raźnym krokiem. Póki co żadnej wody nie widzi, ale na pewno wkrótce to się zmieni!! Instrukcje były proste!!
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
No i w sumie to Salamandra głównie co teraz robiła to trzymała się ogona Brzozowej Drzazgi i szła za wojowniczką, nasłuchując ewentualnie odgłosów dookoła, żeby nie być tak kompletnie bez informacji o otoczeniu. Ale no, tak to nie miała za wiele do roboty poza nadganianiem swoimi małymi łapkami wyższej kotki, mając nadzieję, że już zaraz będą na miejscu. No, ale przynajmniej szło im to szybciej w ten sposób, niż jakby szylkretka upierała się, że będzie iść całkowicie samodzielnie. To był w sumie plus.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Ach Ślimaczek… Cóż też można powiedzieć o tym niskim kocurku? Nie grzeszył wzrostem, jego masywne łapki wydawały się być krótsze, a jego tęga budowa tylko owe wrażenie potwierdzała. Ślimak jest kotem czarnym krótkowłosym, którego biel uraczyła w zdecydowanej mniejszości. Każda z łapek posiada swoją białą skarpetkę, przez brzuch przechodzi wąska, biała ścieżka, która poszerza się dopiero na piersi wędrując przez szyję, aż do brody kocurka. Na czarnej tafli odznaczają się jeszcze jasne wąsy i złote, świecące oczka.
Oto przed państwem mały dżentelmen! A dokładniej Ślimaczek, kocurek, który jest zwyczajnie w świecie kochliwy. Raz po raz znajduje coś, albo kogoś, kto też w jego głowie staje się czystym ideałem. Wszelkie cechy, aktualnego obiektu westchnień, sprawiają, iż Ślimaczek jest zwyczajnie zachwycony. Kocurek zdecydowanie patrzy na świat przez różowe okulary, których nie zamierza w najbliższym czasie ściągać. Zauroczony Ślimaczek idealizuje świat wokół obranego obiektu, a jego mały światek potrafi kręcić się wokół niego. Ciężko znaleźć kogoś bardziej pozytywnego i przy okazji naiwnego. Ślimaczek jest kotkiem czysto dobrym, a przynajmniej z reguły właśnie tak określa się takowe osoby. Przeogromna naiwność nie jest jednak zawsze czymś dobrym, a właśnie tym charakteryzuje się kocurek. Wierzy w wiele rzeczy, a już szczególnie w te, które brzmią przyjemnie.
A więc wszystko jasne! Widok był naprawdę zabawny, patrząc jak jedna kotka, trzymając w pysku, ogon drugiej, drepta przed siebie. Miały cel! I do owego celu prowadziła je właśnie Brzozowa Drzazga. Powierzyła swój własny ogon, sama podejmując się bycia przewodnikiem. Więc oto się nim stała! I wywiązała się z owego zadania, doprowadzając je obie do celu wyprawy… Szepcząca Sadzawka! Tafla wody była całkowicie nieskazitelna! Zupełnie jakby wszelkie podmuchy wiatru jej nie dotykały.
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
Kiedy Brzózka oznajmiła już, że doszły do Szepczącej Sadzawki, a powietrze zrobiło się jakieś takie delikatnie inne, co potwierdzało tylko słowa partnerki, Salamandra puściła ogon wojowniczki. Następnie ostrożnie zbliżyła się do tafli wody i przysiadła przy niej. To wszystko było takie jakieś nierealne, nagle fakt tego uderzył szylkretkę jak pędzący Potwór. Zastępczyni siedziała przez chwilę, wgapiając się w wodę ślepym spojrzeniem, dopóki nie położyła się na ziemi. Jeszcze trochę smętnie łapką pobawiła się z taflą, a potem w końcu napiła się trochę i spróbowała zasnąć, zgodnie z instrukcjami przekazanymi jej do tej pory przez bardziej doświadczone koty w tym temacie.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Wystarczyło kilka niedługich chwil, aby Salamandra zasnęła. Sadzawka efekty przynosiła szybciej, niż jak się mogło wydawać - i być może dla (niemal)Przywódczyni było to szokujące. Po obudzeniu się, chociaż nie do końca mogła zrozumieć gdzie jest, do jej nosa dotarł typowy, Gromowy zapach, dokładnie taki sam jaki był zwykle o tej porze w obozie. Z drugiej strony, mogła bez problemu wyczuć, że coś jest zupełnie nie tak! Jakby ziemia była lżejsza, a jej ciało o pięć razy cięższe. Wszystko też było za razem tak ciche, ale i okrutnie głośne, że trudno było odgadnąć czy to co słyszy to szmery Klanowiczów i okolicznych ptaków, czy tylko wyobrażenie.
W tym wszystkim też mogła wyczuć chyba najbardziej jej znany ze zapachów - Wężowego Błysku. Tym razem taki, który nie był zmieszany ze smrodem potwora... i taki, który wyglądał zdecydowanie lepiej, niż jak w momencie gdy trafił do obozu. Sam Wąż też wyglądał minimalnie lepiej, niż jak przez ostatnie księżyce swojego życia; szczęśliwiej, może zdrowiej. Ostatecznie jednak jeśliby widziała jego pysk, dostrzegłaby tę samą nutę zmartwienia, która chyba wyryła się na jego mordzie i nie zniknie już po kres wieków.
Był sam. Gdziekolwiek duchy innych by się nie pałętały, on wyszedł niemal od razu na przód, zostawiając za sobą tłumy innych dusz. O swojej obecności dał znak bardzo bezpośrednio, czołem stuknął o jej głowę, a później chwilę siedział przy niej tak blisko, jak tylko mógł. - Salamandra, o rety... - sapnął w końcu, ostatnich parę chwil dając sobie na tę jedną z ostatnich okazji do bycia obok córki. - Ale zawaliłem, co nie?
Rzucił, chyba nieco bardziej w wiatr niż w ramach uzyskania odpowiedzi. Nawet jakby wierzyła, że jest inaczej - on był chyba zbyt uparty, by zmienić w tej kwestii zdanie. Było mu co najmniej wstyd, że nie był silniejszy. - Cieszę się, że tu dotarłaś cała i zdrowa. Jak szliśmy z Muchomorem po moje życia, to o mało sam nie skończył wśród Gwiezdnych.
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
Najpierw wszystko było dziwne. Wszystko było kompletnie nie tak i głowa Salamandry aż zawirowała i zakręciła się, coś, czego od dawna nie robiła. Mała szylkretka pokręciła głową szybko, próbując się jakoś ogarnąć, ale tak naprawdę na "ziemię" ściągnął ją dopiero znajomy zapach i głos. Kiedy Salamandra go usłyszała, do oczu od razu napłynęły jej łzy, prawie uwalniając się tak jak na pogrzebie. Wszystko wróciło teraz ze zdwojoną siłą, bo teraz zastępczyni nie krzyczała do martwego truchła, które jej nie odpowie, a zamierzała krzyczeć na bardzo odpowiadającego jej papę Węża.
-Jak mogłeś?! Wracasz ze mną! -zawołała i skoczyła przed siebie, chwytając zębami ogon kocura i ciągnąc. Nawet nie wiedziała jak by go wyciągnąć z tego miejsca, jak go ściągnąć z gwiazdek znów na ziemię, ale przecież musiała chociaż spróbować! Tak sobie obiecała przy rozpoczynaniu wyprawy i nie ważne jak durnowato teraz mogła wyglądać, nie zamierzała rezygnować- Klan Gromu cię potrzebuje! Ja cię potrzebuję! -wykrzyczała, a raczej wymemłała mu w ogon, który trzymała w zębach.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Westchnął, bo chyba tylko tyle mógł zrobić w tej sytuacji. Nie ważne ile słów pocieszenia chciałby z siebie wylać, nie było najmniejszych szans na to, żeby znaleźć rozwiązanie na jej prośby... rozkazy? Przechylił głowę na bok, przez parę krótkich chwil obserwując jak łzy lecą z jej oczy, o czym znowu lekko szturchnął ją swoją głową o tę jej. - Nie mógłbym. Jeśli wróciłbym do was jako rozkładające się ciało, prawdopodobnie i tak by mnie ktoś zabił ze strachu. Poza tym... sądzę, że po moim wypadku, to wszystko tak by mnie bolało, że nie mógłbym się ruszyć - zaczął od najlogiczniejszego z wyjaśnień. Nie mógł wrócić, bo nie miał ciała. Kot po starciu z potworem, nawet jeśli nie wyglądał źle z zewnątrz, to i tak był okrutnie poszkodowany wewnętrznie. Inaczej by nie umarł, po prostu.
W tym wywodzie tylko obserwował jak ta mu gryzie ogon, a on... o dziwo, niewiele czuje. To jest, czuł na pewno coś, ale nie było to porównywalne do tego co miał w rzeczywistej formie. Jakby każdy dotyk był nieco stłumiony! Nie wyrwał jej oczywiście swojego ogona z jej zębów. Niech ma; jemu się to należało i tak. - Jestem przy tobie - odpowiedział jedynie, nie chcąc jej mydlić oczu głupimi kontrargumentami. - Może nie tak, jakbyś tego ty chciała, ale nie mógłbym po prostu uznać, że cię zostawiam i nigdy nie patrzę w twoją stronę... Czy Klanu Gromu.
Choć te drugie, wątpliwe. Nie sądził bowiem, że musiał go pilnować, jeśli otrzyma nowego przywódcę. - ...Przepraszam, że cię zostawiłem.
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
-Ale-... ale-... -niby słowa papy Węża miały sens, były logiczne, ale Tupocząca Salamandra nie chciała ich zaakceptować. Przez chwilę próbowała jeszcze ciągać ogromnego kocura za ogon, jednak kiedy już zrozumiała, że nic z tego nie będzie, po prostu usiadła beznadziejnie na ziemi i płakała, po chwili jeszcze dodatkowo chowając pyszczek w futro byłego przywódcy. Jak ona miała sobie teraz poradzić? Przyszła tu tak naprawdę nie z misją po życia, a po jakimś cudem ściągnięcie papy Węża znów do nich tam na dół. Jednak to nie wypaliło, gdzieś tam głęboko od początku wiedziała, że to durny pomysł, że nie ma prawa wypalić nawet w najmniejszym stopniu, ale nie słuchała swojej logicznej strony, targana emocjami, no i teraz miała za swoje. Kopa w tyłek i do widzenia- Jak... jak ja sobie poradzę bez ciebie? -wypłakała w końcu po jakimś czasie.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Kolejne kontrargumenty przyjmowałby podobnie - po prostu spokojnie próbowałby jej wyjaśnić czemu nie może być tak, jak ona by tego chciała. Ku jego zdziwieniu - i uldze - chyba moment słabości powoli mijał, a ona zaczynała akceptować to, że Wąż nie wróci do Gromu razem z nią. Uśmiechnął się za to w jej kierunku, delikatnie i ostrożnie. - Będziesz sobą - odparł wprost. - Nie znam chyba silniejszego kota od ciebie.
A przynajmniej jeśli chodzi o tę mentalną część bycia. Salamandra w końcu od urodzenia miała się z lekka pod górkę, więc... wierzył, że teraz będzie miała już lżej. Lub chociażby, że będzie wszystko szło równym spokojnym tempem, bez żadnych nagłych zmian. - A gdyby coś było nie tak, jestem tu zawsze do ciebie - to zaś zupełnie szczere - nie miał powodów, by jej nie odwiedzać czy nie dopatrywać... lub tym bardziej, gdyby kiedykolwiek tu po prostu przyszła, z jakiegokolwiek powodu. - ...Jesteś gotowa zacząć?
Podszedł bliżej niej. - Jak nie, to odsapnij chwilę. Jak się dostaje życia to... jest trochę dziko.
Księżyce: 66 Mistrz: Wężowa Gwiazda [*] Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga [NPC] (papa Wąż, bo mama be [*]) Ojciec: Płonący Liść [NPC] [*] Partner: Brzozowa Drzazga Trwałe urazy: niewielka blizna na grzbiecie po ugryzieniu przez lisa, uszczerbione prawe ucho
niewielka; ledwo większa od małego terminatora, chuda, krótkowłosa szylkretka, czarno-ruda z białymi znaczeniami, sporadyczne cętkowane pręgi na rudych partiach ciała, oliwkowe oczy
energiczna, radosna, wszędzie jej pełno, sympatyczna, przyjazna, dziecinna, naiwna, najpierw robi a potem myśli, lubi słuchać opowieści, nie lubi kiedy traktuje się ją jakby nie umiała o siebie zadbać
Tupocząca Salamandra zdecydowanie potrzebowała chwili, więc z niej skorzystała. Musiała zdecydowanie pogodzić się, że nie będzie już papy Węża fizycznie obok niej, kiedy będzie go potrzebowała nawet z jakąś najmniejszą głupotą. Szylkretka pociągnęła nosem, a potem wytarła go oraz załzawione oczy wierzchem łapy. Skoro już miała faktycznie pogodzić się z tym, że będzie przyjmować życia i zastąpi papę Węża na stołku Gwiazdy, to przydałoby się nie wyglądać jak wiele gwiezdnych nieszczęść czy kociak, któremu mama powiedziała "nie", gdy ten coś chciał.
Zastępczyni dopiero po dłuższej chwili jakiegoś doprowadzenia się zewnętrznie i chociaż trochę wewnętrznie do porządku powiedziała:
-Teraz chyba tak -w dodatku kiwnęła głową i wstała z siadu. Wiedziała jednak, że mimo wszystko, kiedy to wszystko się skończy, ona tak szybko się nie podniesie. Teraz starała się udawać, że wszystko jest lepiej, bo nie było już odwrotu i trzeba to wszystko przełknąć niczym jakąś nieprzyjemnie śliską piszczkę, ale z chociaż odrobiną godności -no wstyd narobić sobie wiochy przed Gwiezdnym Klanem no. Później... później będzie się działo, jak Salamandra zostanie już sama... lub sama z Brzózką.
✿✿✿
》Slept in all myclothes like I didnʹt care Hopped into a cab,takemeanywhere Iʹmin if youʹredown to get downtonight ʹCauseitʹsalways a good time《
☼ Good morningandgood night ☾
》Iwake up at twilight Itʹsgonna be alright Wedonʹtevenhaveto try Itʹsalways a good time《
Ach Ślimaczek… Cóż też można powiedzieć o tym niskim kocurku? Nie grzeszył wzrostem, jego masywne łapki wydawały się być krótsze, a jego tęga budowa tylko owe wrażenie potwierdzała. Ślimak jest kotem czarnym krótkowłosym, którego biel uraczyła w zdecydowanej mniejszości. Każda z łapek posiada swoją białą skarpetkę, przez brzuch przechodzi wąska, biała ścieżka, która poszerza się dopiero na piersi wędrując przez szyję, aż do brody kocurka. Na czarnej tafli odznaczają się jeszcze jasne wąsy i złote, świecące oczka.
Oto przed państwem mały dżentelmen! A dokładniej Ślimaczek, kocurek, który jest zwyczajnie w świecie kochliwy. Raz po raz znajduje coś, albo kogoś, kto też w jego głowie staje się czystym ideałem. Wszelkie cechy, aktualnego obiektu westchnień, sprawiają, iż Ślimaczek jest zwyczajnie zachwycony. Kocurek zdecydowanie patrzy na świat przez różowe okulary, których nie zamierza w najbliższym czasie ściągać. Zauroczony Ślimaczek idealizuje świat wokół obranego obiektu, a jego mały światek potrafi kręcić się wokół niego. Ciężko znaleźć kogoś bardziej pozytywnego i przy okazji naiwnego. Ślimaczek jest kotkiem czysto dobrym, a przynajmniej z reguły właśnie tak określa się takowe osoby. Przeogromna naiwność nie jest jednak zawsze czymś dobrym, a właśnie tym charakteryzuje się kocurek. Wierzy w wiele rzeczy, a już szczególnie w te, które brzmią przyjemnie.
Cisza… wszyscy obecni milczeli, patrząc tylko na przyszłą przywódczynię Klanu Gromu. Dali jej chwilę, pozwolili dojść do siebie - według zaleceń Wężowego Błysku. Szylkretka usłyszała poruszenie, a kolejno odgłos kroków. Ku niej zmierzały dwie osoby… ”Ty pierwsza.” usłyszała szept. Nie była w stanie dopasować głosu do kota… mogła więc liczyć, iż lada moment dowie się, do kogo należał. — Witaj. Mam nadzieję, że podróż nie była szczególnie trudna — przed postacią Tupoczącej Salamandry pojawiła się teraz biała kotka. Zmarła medyczka Klanu Gromu zatrzymała się krok przed szylkretką, a gdzieś za nią, przystanęła kolejna sylwetka. Truskawkowy Gąszcz zasłoniła jednak swoją osobą ową postać, choć dla Tupoczącej Salamandry aktualnie wielkiego znaczenia to jednak nie miało — Miałabym do ciebie ogromną prośbę. Proszę… przekaż Nurt moje pozdrowienia i… powiedz by się nie martwiła. Żeby zaczęła w siebie wierzyć. W siebie i swoje wybory. Wiem że się martwi i boi, że zawiedzie… proszę cię byś przekazała jej, że nigdy w życiu mnie nie zawiodła… więc teraz również tak się nie stanie — biała kotka wyprostowała się, biorąc w płuca większy oddech. Wypuściła powietrze, przechylając wraz z tym nieco głowę. Spojrzenie miała wbite w szylkretkę. Patrząc na nią, bardzo dobrze wiedziała, co też chciałaby jej podarować. — Chciałabym, byś i ty wierzyła w swoje wybory, to mój dar. Wokół ciebie pojawi się wiele sprzecznych głosów. Nie raz będziesz postawiona przed wyborem, nie zawsze oczywistym. Jeśli jednak podejmując wszelkie decyzje będziesz ich pewna — nie masz się czym martwić. Sobie i swoim wyborom możesz ufać — Truskawkowy Gąszcz zastygła w bezruchu, ostatni raz przechodząc spojrzeniem po pyszczku Tupoczącej Salamandry, nim nie przyłożyła swojego nosa do czoła szylkretki. Wraz z owym dotykiem, kotkę naszedł nieprzyjemny chłód. Uczucie jakby całą ją wrzucono w lodowaty śnieg, bądź do lodowatego jeziora. Szylkretka zadrżała, a nos Gwiezdnej odsunął się. Uczucie nieprzyjemnego chłodu nie minęło jednak tak prędko. Dręczyło jeszcze Gromiaczkę przez kilka uderzeń serca.
Truskawkowy Gąszcz oddaliła się, minęła się ze swoim partnerem, obijając się zaczepnie bokiem o jego bok. Owy gest spotkał się z cichym śmiechem Dymiącego Stawu.
— Wąż podjął najlepszą decyzję, jaką mógł — wybierając ciebie swoim zastępcą. Choć ja nie doczekałem się nigdy dziewięciu darów, no i zostania przywódcą… jestem dumny. Jestem przeogromnie dumny, że moje miejsce zajęłaś właśnie ty - Tupocząca Salamandro. Więc mam nadzieję, że mądrość, którą chcę ci ofiarować, wykorzystasz w najlepszy możliwy sposób. Wiele przed tobą i twoim Klanem. Jako mądry przywódca dasz radę poprowadzić innych, stanąć na ich czele, wesprzeć dobrym słowem, podpowiedzieć, doradzić — zmarły zastępca uśmiechnął się i ze zbyt długim przedłużeniem, nachylił się w końcu ku szylkretce. Nos Dymiącego Stawu był zimny, a wraz z owym dotykiem kotkę ogarnęło… ciepło. Całkowita odwrotność poprzednich doznań. Poczuła wręcz jakby ją coś paliło, tak od środka. Nieświadomie wzięła kilka głębszych wdechów, czując jak trudno nabrać jej teraz powietrza do płuc. Gwiezdny się odsunął, a owe uczucie pozostało z Tupoczącą Salamandrą jeszcze chwilę. Ostatni głęboki wdech i zaczęło się normować. Nieprzyjemne wręcz ciepło zaczęło odchodzić, a oddech się spłycił.
Żubrze Gardło zatrzymała się przed Tupoczącą Salamandrą, mrużąc ślepia. Długo milczała, mierząc ją wzrokiem - jakaś paskudna myśl, mówiąca głosem Trzmielego Pyłu, podpowiadała jej, że nie była lepsza od własnego ojca, nie wierząc w możliwości przyszłej przywódczyni i skreślając ją na starcie. Druga, bardziej racjonalna myśl wciąż jednak była zdania, że Wężowy Błysk stracił rozum z rozpaczy i upadł na głowę, wybierając na przywódcę ślepego kota, który, w oczach Żubrzego Gardła, nie udowodnił, że jest godzien stać teraz w tym miejscu. To nie była analogiczna sytuacja do tej, w której była sama, gdy była na jej miejscu. Miała przed sobą nieprzygotowanego, nieodpowiedniego kota, który został wepchnięty na stanowisko przywódcy przez papę Węża, by pełniła rolę maskotki, w którą mógł się wypłakać, a nie zastępcy, który miał przewodzić Klanem Gromu. Zacisnęła zęby. — Sprawiedliwość. To mój dar dla ciebie — oznajmiła, powstrzymując autoironiczny uśmiech, który chciał wpełznąć na jej pysk. Jej głos był donośny i poważny, jak za życia, gdy prowadziła ceremonie — Twoją rolą nie jest bycie przyjaciółką całego klanu, Tupocząca Salamandro. Musisz być matką Klanu Gromu: opiekuj się nim, ale zachowaj dystans i wyznaczaj granice - dla jego, ale i twojego dobra. Nagradzaj dobre zachowanie, ale nie bój się dusić w zarodku i karać, gdy ktoś działa na niekorzyść klanu — dodała, po czym dotknęła nosem jej czoła. Wraz z owym dotykiem, Tupoczącą Salamandrę nawiedził dreszcz. Nieprzyjemne uczucie przebiegło wzdłuż jej kręgosłupa, a sierść zjeżyła się momentalnie. Plus owej sytuacji był taki, iż uczucie to nie trwało tak długo jak wcześniejszy chłód, czy napływ gorąca. Było to krótkie, acz intensywne! Podobnie jak dotyk nosa Żubrzego Gardła. Dawna przywódczyni odeszła, a naprzód wyszedł kot, którego szylkretka znała. Muchomorek. Kocur zatrzymał się w pewnej odległości od kotki.
— Ode mnie dostaniesz… uwagę — uciął, by wykonać kolejne kilka kroków ku zastępczyni — nie ma nic gorszego od bycia rozkojarzonym, od bagatelizowania rzeczy, które z góry określiło się mało istotnymi… Brak uwagi dla rzeczy ważnych. Choć nie wszystkie będą się wydawać takie być… czasami wystarczy czemuś, albo komuś, poświęcić odrobinę uwagi, a dasz radę dojrzeć zupełnie co innego… drugie dno… to też ważne — zakończył, zastygając w chwilowym bezruchu. Zupełnie jakby analizował swoją wypowiedź, czy wszystko było jasne? To co powiedział… nie chciałby w końcu palnąć w takim momencie niezrozumiałej głupoty. Skinął głową, a następnie przybliżył nos do czoła szylkretki. Wraz z owym dotykiem, Tupoczącą Salamandrę nawiedził dreszcz. Dreszcz tak potężny, że futro zjeżyło się momentalnie, jedna z tylnych łap poderwała się gwałtownie, próbując strzepnąć z kotki owe uczucie. Nic jednak nie zadziałało. Dreszcze wzrosły, a Muchomor oddalił się powolnym krokiem, dając Salamandrze chwilę na dojście do siebie.
— Mogę już? — usłyszała z boku. Mogła spekulować do kogo należał owy głos, była również szansa, iż właściciela znała. Następnie rozbrzmiał chichot, a zaraz po tym poczuła, iż ktoś przed nią stanął. Nieprzyjemne dreszcze już ją opuściły, ponownie mogła się skupić na kolejnym już Gwiezdnym. — Płomienna Łapa! Uszanowanko… — i choć kotka tego nie widziała, kocur ukłonił się lekko — ja ci dam… miłość! Wszyscy tak wymyślają, zapominając o najważniejszym! Miłość jest w końcu bardzo, bardzo istotna! To ona napędza do działania, daje nadzieje, sprawia, że chce się codziennie wstawać i funkcjonować! Dla tych, których się kocha, dla tych, dla których warto się starać! Tupocząca Salamandro wierzę! …nie… ja WIEM, że miłości w twoim życiu nie zabraknie, że gdy będziesz mieć ją w sercu, nie zbłądzisz, każda twoja decyzja będzie w dobrej wierze, a miłość do innych pozwoli ci zadbać o Klan Gromu najlepiej, jak tylko potrafisz — Płomienna Łapa przerwał, pozwalając sobie na większy wdech, kontynuował — Miłość do Klanu… chciałbym, by właśnie to decydowało o jego dobru — uśmiechnął się, choć szylkretka owego gestu nie widziała. Kolejno zrobił krok ku Salamandrze i przyłożył nos do jej czoła. Ból rozszedł się po każdej kończynie zastępczyni. Sprawiło to, iż utrzymanie się w pozycji stojącej stało się ciężkim wyzwaniem. Poprzedni dreszcz wydał się teraz być ledwie łaskotaniem. Nie było możliwości, by pyszczek kotki nie skrzywił się w bólu.
Gdy wszystko wróciło do normy, przed kotką stał już kolejny kot. Stał bez słowa i jedynie wlepiał w nią swoje ostre spojrzenie. Ciężko było odczytać, co też siedziało w głowie owego Gwiezdnego. Jego postawa nie wskazywała jednak na nic pozytywnego. — Przed Klanem Gromu poważne i ciężkie wyzwanie. Będziesz stała na jego czele i musisz podołać wszystkim przeciwnością, jakie zostaną rzucone pod twoje łapy, rozumiesz? — głos kocura był ostry, chrapliwy, nieprzyjemny — bycie przywódcą to nie tylko organizowanie ceremonii i nadawanie nowych imion. To odpowiedzialność, to zaszczyt — zakończył, a jego smukły, rudy ogon przeciął powietrze niczym bicz — ja, Gorejący Krzew ofiarowuję ci umiejętność słuchania. Przez brak wzroku musiałaś na tym polegać bardziej, niż kto inny. Bycie przywódcą nie zwolni cię z tego i w dalszym ciągu masz słuchać. Siebie i innych… oczywiście mówię o TWOIM Klanie. Nie można ci zapomnieć, że to Klan jest najważniejszy, że jednak coś sprawiło, że Klan różni się od kotów wyjętych spod kodeksu — prychnął, a kolejno - krzywiąc pysk - zbliżył swój nos do czoła Tupoczącej Salamandry. Z owym dotykiem kotkę nawiedziły dźwięki. Krzyki i wrzaski kotów jej bliskich, dobiegły do jej uszu i nie ustawały. Wrzaski zyskiwały na sile, szylkretka była więc zmuszona słuchać błagań o pomoc, a sporadycznie i błagań o śmierć. W tym wszystkim nie potrafiła ruszyć się ani odrobinę, ciało miała jak sparaliżowane - poza uszami. Uszy Salamandry poruszały się szybko, gwałtownie, zwracając się w stronę każdego krzyku, który rozbrzmiewał. Błagam, pomóż mi! owe słowa jak echo rozchodziły się po głowie kotki… aż nastała cisza. Gwałtowna, momentalna i po tym wszystkim tak bardzo niepokojąca. Tupocząca Salamandra jednak wiedziała - pomoże… każdemu kto poprosi i kto będzie potrzebował.
— Bardzo chciałam uczestniczyć w tym wszystkim — przyjemnie miły i ciepły głos kotki wyróżniał się na tle tego, co jeszcze chwilę temu Salamandra była zmuszona słyszeć. Biała postać, która stanęła przed kotką, przechyliła głowę, przeszła po szylkretce spojrzeniem — mój syn tobie zaufał, wybrał ciebie swoją zastępczynią… bardzo więc chciałam coś ci podarować — zamilkła na moment, zaraz ponownie kontynuowała — Chciałabym podarować tobie determinację — kotka krótko zachichotała — mój syn otrzymał ode mnie ten sam dar. Uważam, że jest jak najbardziej odpowiedni - dla niego… a teraz i dla ciebie. Idź przed siebie, dumnie. Każdy krok zbliża cię do celu, który sobie ustalisz. Nie ma więc nic piękniejszego, niż moment zbliżania się do niego — kotka uśmiechnęła się ciepło i choć Salamandra ujrzeć owego wyrazu nie mogła, coś w środku niej sprawiło iż wiedziała, że Cichy Strumyk właśnie tak się do niej uśmiecha. Kotka zbliżyła swój nos do czoła szylkretki. Pod Salamandra ugięły się łapy. Kotka przykleiła się momentalnie do ziemi, a uczucie spadanie nie opuszczało jej. Spadała. W dół i w dół. Czuła jak wiatr owiewa jej ciało, jak targa jej futro i jak świszczy w jej uszach. Grunt pod łapami zniknął, a w gardle tłumiony był właśnie krzyk… a może krzyczała? Nie potrafiła rzec. Czuła, że z każdą chwilą zbliża się coraz to bardziej moment twardego spotkania z ziemią. Moment, w którym każda z jej kończyn zostanie złamana, a ból rozejdzie się po całym jej ciele. Jakie więc było zaskoczenie, gdy ból nie nastąpił, a pod łapami poczuła grunt… W głowie Salamandry zawirowało.
— No już wstań, zepnij się, już koniec prawie — usłyszała nieznany jej głos. Nie widziała oczywiście kota, który był teraz przed nią. Pewna jednak była, iż miała przed sobą kocura — Jestem Węglowe Gardło, gdy tylko dowiedziałem się jaki wyjątkowy kot tu zmierza, chciałem mu coś podarować — kocur usiadł — …umiar. To będzie mój dar. Wielu znałem takich, co tego nie znali. Nie chcę, by przyszła przywódczyni nim się nie wykazywała. We wszystkim trzeba znać umiar, a już szczególnie w momencie, gdy jest nam coś ofiarowane. Brać jest łatwo… ale oddawać już ciężej. Chciałbym byś we wszystkim zachowywała umiar, byś się nie zawiodła… no i byś przez taką głupotę nie popełniała błędów — bez zbędnego przedłużania przyłożył swój nos do czoła Salamandry. Wszystkie dźwięki zniknęły, a kotkę ogarnął chłód… nie taki jak wcześniej… czuła się jakby była pod wodą. Nabranie powietrza do płuc stało się niemożliwe, a poruszanie się stało się utrudnione. Woda skutecznie hamowała ruchy szylkretki. Salamandra z każdą chwilą była coraz głębiej i głębiej. Coraz to ciężej było wstrzymywać oddech… płyń. Rozbrzmiało wewnątrz głowy kotki, a wtem zaczęła przebierać łapami. Było ciężko, męcząco, a pani rosła z każdą chwilą. Zaraz utonie… czuła to w środku.
Dopóki nie poczuła jak ktoś wyciąga ją z wody jednym ruchem…
Wąż obserwował jak Sal dostawała kolejne życia i... tylko się krzywił. Nie ważne jak by to nie wyglądało z boku, doskonale wiedział ile bólu te wszystkie przejścia mogły dawać. Sama myśl, że zaraz sam ją na takowy będzie musiał skazać w pewien sposób go zaduszała. Naturalnie, bo nigdy nie chciałby jej sprawiać żadnych nieprzyjemności... a teraz to robił, znowu.
Podszedł do niej, gdy otrząsnął się po ósmym życiu. Uśmiechnął się w jej kierunku delikatnie, z ewidentną troską. — Mam nadzieję, że czujesz się w miarę — chociaż sam wiedział, że raczej na sto procent nie było jej nazbyt dobrze. Na szczęście, po pobudce nie powinna czuć niczego, poza drobnym zmęczeniem. Gdyby było inaczej... yikes. — Sal. Obiecuję ci, że nie ważne co się stanie, będę zawsze obok ciebie. Bez względu na to co będzie się działo, czy będzie dobrze, czy źle, przysięgam ci przy wszystkich Gwiezdnych. Zobaczysz, że będzie wszystko dobrze. Tym razem cię nie zawiodę.
Cicho mrucząc, raz jeszcze ją przytulił. Być może to ostatni, lub przedostatni raz, kiedy są tak blisko na kolejnych ponad sto długich księżyców. Nie życzyłby jej źle, oczywiście... nie chciałby, żeby przychodziła tutaj zbyt często, czy co gorsza - przedwcześnie tu trafiła. Ale sam mógł próbować ją odwiedzić, jeśli (nie)życie mu akurat pozwoli... — Dziewiątym z darów będzie pewność siebie — mruknął, spuszczając z siebie na moment powietrze. — Tak, żebyś nigdy w całym swoim życiu nie musiała wątpić w swoje decyzje i to, kim jesteś. Masz stąpać przez swoje życie dumnie i wiedzieć, gdzie leży twoje serce —
To powiedziawszy, szturchnął nosem jej czoło.
Nieprzyjemna ciężkość w zupełności ogarnęła całe jej ciało. Klan Gromu upadł, zaczęła się wojna domowa. Stała na Omszałej Skale, zupełnie skamieniała i przerażona, dokładnie widząc wszystkie twarze Klanowiczów. Każda była wściekła lub przerażona, a Klan był pogrążony zawziętą kłótnią, która powoli zaczęła zamieniać się w pole bitewne — mogła zauważyć, jak jej najbliżsi obrywają i wołają o pomoc, czy też są tymi którzy zdają innym te okrutne rany. Cała ta scena trwała kilka dobrych chwil, a Salamandra nie mogła ruszyć nawet koniuszkiem ogona. Jej serce biło coraz mocniej, a żołądek stawał się coraz słabszy... aż w końcu całe to uczucie zeszło. Salamandra się wyprostowała, a jej głos - chociaż w odsłuchu jakby zakrzywiony, czy wręcz nieistniejący — wypełnił całą scenę. Konflikt ustał, a Klan pozostał w całości.
Gdy ex-zastępczyni wybudziła się z wizji, tutaj również widziała wszystkich, którzy przed nią byli. Już na prawie-jawie, ale widziała. Wąż na nią patrzył uważnie, czując mieszankę dumy i niepewności, czy aby na pewno taka wizja - do pewnego stopnia realna, znając ich Klan — czasem nie byłaby przykrą zapowiedzią przyszłości. Oby nie. To ostatnie czego by jej życzył. — Przed nami stoi Tupocząca Gwiazda! — ryknął w końcu, zwracając się do reszty Gwiezdnych. Stał u jej boku, wyprostowany jak do niedawna, gdy rzucał ogłoszenia z Omszałej Skały. — Otrzymałaś dziewięć żyć. Broń Klanu Gromu i dbaj o niego z całych swoich sił. Gwiezdny Klan wita cię jako nowego przywódcę! —
Pierwsze słowa były delikatniejsze, skierowane wprost do niej. Dopiero te kolejne były znów twardsze i pewniejsze. Tuż po tym, kotka mogła usłyszeć jak wszyscy wykrzykiwali głośno jej nowe imię. — Jestem z ciebie taki dumny... — to już powiedział na sam koniec, opierając się swoim bokiem o jej.
Cała scena trwała dobrych kilka chwil, aż w końcu się obudziła. W jej uszach nadal brzęczały głosy Gwiezdnych, a gdy otworzyła oczy... poczuła ból. Okrutnie mocny, oślepiający w inny sposób, niż do jakiego była przyzwyczajona. Wszystko było zdecydowanie zbyt jasne, niż jak przed snem. Do tego, wszystko zdawało się być nieco dalej czy bliżej, bo w końcu to zupełnie nowe uczucie, jakiego nigdy nie znała! Nim udało się jej ogarnąć i wstać, minęła kolejna chwila. Z każdym momentem jednak wszystko było mniej uporczywe, a Salamandra mogła się pochwalić parą oliwkowych ślepi — zupełnie takich samych, jakie miał Wąż. Zbieg okoliczności, czy też faktyczny dar i dowód, że jest przy niej w jakikolwiek sposób był do własnej interpretacji... Niemniej jak sam były przywódca obiecał, zobaczy, że wszystko będzie dobrze. Teraz tylko wrócić do obozu w jednym kawałku!