Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Gdyby miała doszukiwać się jakichś pozytywów tej sytuacji, to było nim milczenie Spadającej Łapy. Nurt co prawda nie wiedziała, w jaki sposób terminatorka miałaby narobić im problemów, bo przecież nie chciała tej wyprawy, a skoro już nie było odwrotu, to raczej zależało jej na najszybszym powrocie, a nie sabotażu, ale... Ale bojowy nastrój nie przeszedł jej od poprzedniego dnia, dlatego należało spodziewać się wszystkiego.
Drugi pozytyw to pozytywna reakcja przyjaciela. Taka bez zaczepnych pytań, dopytywania o cokolwiek, co byłoby wybitnie nie na łapę (znalazłoby się kilka takich rzeczy), ani droczenia się. Towarzysząca mu kotka szczęśliwie też nie robiła problemu, chociaż w tym zakresie popielata nie odczuwała żadnych obaw. Z Orionem u boku czuła, że ich misja była bezpieczna.
Przy pytaniu logistycznym spojrzała na Zmierzch, kurtuazyjnie odcinając się od decyzyjności. Wypadało, w końcu to nie Nurt była kotem, którego Tupocząca Gwiazda wytypowała na przyszłego przywódcę.
Przy tym drugim już odruchowo chciała odpowiedzieć, wchodząc w tryb rozmowy z Orionem, a nie z Wichrzakiem podczas dość oficjalnej sytuacji, jednak po otworzeniu pyska zaraz go zamknęła. Jasne, umówiły się, że o śmierci przywódczyni można mówić, to miało sens, tylko czy to ona powinna przekazać tę wieść? Jak wiele w ogóle powinna się odzywać, żeby przypadkiem nie przejąć całkowicie rozmowy...? Coś, nad czym nie zastanawiałaby się przez uderzenie serca w towarzystwie Węża, teraz stawało się pokarmem dla paraliżu myślowego.
Ciało natomiast pozostawało sprawne i niewzruszone wszelkimi rozterkami duchowymi swojej właścicielki. Medyczka bez trudu dostosowała się do tempa i kierunku przewodników, podświadomie starając się znaleźć tak blisko orientala, jak pozwalało jej jednoczesne lojalne trzymanie się swojej ekipy.
Bardzo wysoka, choć nie masywna kotka. Posiada szczupłą, wręcz chudą sylwetkę. Futerko jej jest dość rzadkie i długie, jedynie na kryzie nabiera na objętości. Barwi się ono na czarno-biało, z wyjątkowymi plamami na grzbiecie i łapkach, wynikającymi z mutacji fińskiej. Biel pokrywa końcówkę ogona, łapki, większość mordki, oraz całą kryzę. Dodatkowo posiada czarny nosek i skośne oczka o pięknym niebieskim kolorze.
Księżniczka. Niecierpliwa, uważa, że jej się wszystko należy. Zwykle spokojna i oschła, jednak zdarza jej się czasem wybuchnąć. Ma obsesje na punkcie swojego wizerunku i chce być postrzegana za jak najlepszą wersję siebie. Wiecznie chodzi wyprostowana z uniesioną głową, patrząc na innych z góry. Mimo wielu planów i ambicji niechętnie podchodzi do pracy, jednak gdy podejmie się jakiegoś zadania musi być ono dopięte na ostatni guzik, czyli w skrócie ma jej to wyjść lepiej niż mogłoby innym.
Całe szczęście nie mieli żadnych pytań, Oprócz jednego, bardziej w żartach o rybach, ale poza tym żadnych sprzeciwów, sceptycznych spojrzeń czy czegokolwiek. Tylko jasna sprawa, ufamy wam na słowo, chodźcie. Było to zadziwiające, bo przecież teoretycznie łamały kodeks.
- Jeśli uważacie, że przez Wyjące Wzgórza będzie najszybciej to możemy nimi pójść - zadecydowała niemalże od razu. Nie znała Wichrowych terenów ani nie wiedziała jak strome i wysokie były wejścia na te wzgórza, ale musiały wrócić jak najszybciej, nawet jeśli by miały im łapy wysiąść pod koniec podróży.
- Niestety nie... - odpowiedziała pokrótce i ruszyła za ekipą, a dokładnie za Czarnym Koniem. Kotka wydawała się jakaś taka... przyjemniejsza w porównaniu do starszego kocura. Po kilku krokach również przypomniała sobie o istnieniu pewnej burej kotki... Aż odruchowo się rozejrzała, jakby gdzieś na horyzoncie miała zaraz pojawić się jej wesoła mordka, ale chwilę później pomyślała i... Wolałaby się z nią spotkać raczej, gdy już ten cały bałagan zostanie ogarnięty.
‧₊˚❀༉‧₊˚. well,you're onlybothered'cause you'restaringx xxxxxxxxxxand you'llnevertalk meintocaring xxxxxxx'cause it's myown,and I'llkeep owning it xxx I'ma do just whatI wanton the regularxxxxxxxxxx and it'sreallynot my faultif you'rescaredof axx sweet,little,unforgettablething ♡
Księżyce: 51 Mistrz: Rudzikowy Śpiew Płeć: kotka Matka: Cicha Noc [*] Ojciec: Danieli Trop Trwałe urazy: drobne blizny po pazurach na klatce piersiowej, długie blizny po pazurach na prawej łopatce
Księżyce: 51 Mistrz: Rudzikowy Śpiew Płeć: kotka Matka: Cicha Noc [*] Ojciec: Danieli Trop Trwałe urazy: drobne blizny po pazurach na klatce piersiowej, długie blizny po pazurach na prawej łopatce
bardzo wysoka, umiarkowanie umięśniona; perski pysk, małe uszy, zawinięte do góry wąsy; liliowa srebrna długowłosa o klasycznych pręgach i żółtych oczach; biel na brodzie, gardle, podbrzuszu i tylnych łapach do końca pięt; większość czasu ułożone, względnie ulizane futro
z wiekiem straciła część swojej młodzieńczej porywczości. Stara się trochę więcej myśleć nad tym co mówi i nauczyć się ostrożniej poruszać w kocim społeczeństwie, ale próby te są frustrujące i niezręczne, czuje się w nich niepewnie i jakby ciągle popełniała błąd za błędem. Empatia nie jest jej mocną stroną i wciąż ma problemy z trzymaniem języka za zębami, szczególnie w pełnych napięcia sytuacjach. Dużo czasu spędza wypełniając nadprogramowe obowiązki, by wyładowywać siedzące w niej emocje poprzez wysiłek fizyczny i zmęczenie. Mimo coraz częstszej, gburowatej postawy Klan Gromu jest dla niej najważniejszy–z tego też powodu próbuje nauczyć się nawigować społeczne sytuacje. Przejmuje się jego wizerunkiem.
Słona Łapa[KRz]; Zemsta[KW]; Księżycowy Pył[GK]
Lotka milczała dalej, a gdy ruszyli, została nieco w tyle, choć wciąż będąc wyraźnie częścią pochodu. Nie ciągnęła się, ale też nie miała ochoty wdawać się w rozmowy w tym momencie. Rzadko miała do czynienia z kotami z innych klanów; pozaklanowe znajomości nigdy nie były dla niej priorytetem, bardziej czystym przypadkiem. Jej wzrok wędrował po terenach co jakiś czas, ale głównie pozostawał mniej więcej na grupie, by utrzymywać z nią równe tempo.
x
x x x x x I never learned the proper ways and now the weight ispressing down I thought i’d be in a more stable place by now I’llnever straythough it may ache sometimes to put the pen to page no mistake isany end of any world
gossamer thin such a smallincision such an empty plenum ≡I am working with≡
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Czarny Koń skierowała ich przez Falujące Wrzosy – całkiem płaski i przyjemny teren, chociaż zaraz za nim czekały obiecane Wyjące Wzgórza. Wzniesienia nie były zbyt strome i część z nich udało się wyminąć bez konieczności wspinaczki, na niektóre jednak szybciej było się wdrapać niż obchodzić dookoła. Na szczęście później nie czekały ich większe wyzwania, za Płaczącymi Wierzbami (szylkretka przeprowadziła ich obok nich, mając opory przed skracaniem wycieczki przez cmentarz) droga była w gruncie rzeczy płaska, więc koci sznureczek mógł odetchnąć z ulgą.
Tak jak oriental mógł odetchnąć z ulgą, gdy Nurt wcale nie zaczęła przed nim subtelnie uciekać i chować się za resztą towarzystwa. Chyba mógł już z całą pewnością wykreślić opcję, że to z jego winy zachowywała się w ten sposób. Odrobinę szkoda, zdecydowanie prościej byłoby poradzić sobie z problemem, którego to on był źródłem. Przy pozostałych istniało ryzyko, że mogą się znajdować poza jego zasięgiem i obiektywnie nie być na tyle znaczące, by uzasadnić dlaczego Orion zignorował olbrzymi znak z napisem "zakaz wstępu". Ciężko by było go wybronić na późniejszej rozprawie, chociaż nie żeby to miało go kiedykolwiek powstrzymać, gdy wierzył w słuszność swoich działań.
Więc gdy grupa się już nieco rozproszyła do kociego łańcuszka, bezceremonialnie przykleił się do popielatego boku.
– Mrugnij dwa razy jeśli mam ciebie stąd zabrać. – żartował jedynie i odbijało się to w jego tonie. Ale lepiej aby Nurt nie wpadło nic teraz do oka, bo nie zastanowiłby się nawet pół razu przed skradnięciem jej do Wichrowego obozu. Albo gdzieś za linię drzew i Leśnych Ostępów. Parę uderzeń serca nim znowu otworzył pysk. – Wszystko gra? Z tobą. – sprecyzował, bo nie obchodziło go jak Grom radził sobie ze stratą kolejnego przywódcy w tak krótkim czasie. Jego zakres zainteresowania ograniczał się w tym momencie jedynie do tego jak to się odbijało na Nurt. I przede wszystkim – z czego wynikała ta cisza? Czy mógł coś z tym zrobić w krótkim czasie jaki pozostał przed dotarciem do granic Wichru.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Wojowniczka nie chciała zabawiać ich rozmową i to chyba dobrze; to znaczy, nie musiały obawiać się wejścia na niepożądane tematy, a to zawsze jeden stresor z głowy. Ale trochę szkoda. Nurt chciałaby choć przez chwilę posłuchać luźnej, niezobowiązującej gadki. Poudawać, że atmosfera nie była gęsta jak Sowi Gąszcz. Popracować wspólnie nad zatarciem tego wrażenia duchoty, jakie tworzyła wymowna cisza.
Sama jednak nie robiła nic w kierunku zmiany tego stanu rzeczy. Zamiast tego starała się myśleć pozytywnie – że ta cisza to dobra cisza, w końcu była stabilna – i zatonąć w monotonni raźnego marszu przed siebie, w którym każdy chyba trochę bardziej koncentrował się na sobie, a mniej oglądał się na każdego wokół.
Dopóki nie przykleił się do niej Orion.
Uśmiechnęła się do niego lekko na te pierwsze słowa (i nie mrugała), ciut bardziej rozluźniona, ale nadal nerwowo podrygując końcówką ogona, jakby miała zaraz zostać przyłapana na czymś niestosownym. Czuła na karku palące spojrzenie, nawet jeśli absolutnie nikt nie zwracał na nich uwagi. Odnosiła wrażenie, że nawet jej bicie serca roznosiło się echem po najbliższych kilku długościach drzewa.
Delikatnie skinęła głową.
– Długa historia – szeptem wyjaśniła jak mogła, dostosowując się do alternatywnej rzeczywistości, gdzie uszy wszystkich zebranych rosną nagle do niebotycznych rozmiarów i pożerają każdy najdrobniejszy dźwięk niczym jastrząb robaka. – Słabe okoliczności. – Po czym dodała już normalnie, wyprostowawszy się: – Dawno mnie tu nie było! Ostatnim razem nawet nie było ciebie jeszcze w Wichrze.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Mhm, długa historia, słabe okoliczności. Czyli nic nie grało, nic nie śpiewało. I najprawdopodobniej było związane z towarzyszącymi jej kotami, bądź ogólnie sprawami klanowymi, inaczej Nurt prędzej udusiłaby się wypluwając wszystko na jednym wdechu, niż zrezygnowała przez coś tak błahego jak długa historia. Szkoda tylko, że nawet będąc prawie pewnym słuszności swoich domysłów, nie czuł się ani trochę spokojniejszy przez uniknięcie bezpośredniej odpowiedzi. No przecież to brzmiało tragicznie. Na szczęście to nie było pierwsze rodeo orientala i mimo własnych wątpliwości, nie drążył głębiej tematu przy dwóch parach nieproszonych uszu.
Zamiast tego zaczepił ją lekko cynamonową kitą, bezgłośnie oferując splecenie ogonów – z jego perspektywy nie było nic niebezpiecznego w tym geście, nawet jeśli kotka za nimi obserwowała uważnie, już wiadomo było, że się znają. Zresztą to nie tak, że sekrety klanowe miały zdolność wędrowania po ogonach.
– Czyli mówisz, że przestałaś odwiedzać Wicher, gdy tylko dołączyłem? Okrutne z twojej strony. Mogłem ciebie oprowadzić, super fajną, osobistą wycieczkę ci załatwić po naszych łąkach. – obruszył się w typowo przerysowany sposób. – A ja ci chciałem powiedzieć, że Świt ma młodszą siostrę, wiesz? Zupełnie inną i jednocześnie przerażająco podobną. Ale no nie wiem czy ciebie interesują takie nowinki, skoro po tej stronie lasu się nie spotykamy.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Miała nadzieję, że Orion zrozumie, że pysk miała... trochę związany. I chyba zrozumiał, bo nie dociekał, co Nurt powitała z ulgą. Jasne, gdzieś daleko stąd, na Ziemiach Niczyich, tylko we dwójkę, chętnie dałaby ujście temu natłokowi emocji, jakie towarzyszyły jej od wczorajszego zebrania. Nawet gdyby nie zrozumiał sytuacji z jej perspektywy, to wiedziała, że mogła mu powiedzieć wszystko bez ryzyka bycia wyśmianą albo potraktowaną jak ostatnia idiotka. Ale nie tutaj. Nie tak.
Z wdzięcznością przyjęła gest i mocno ścisnęła ogonem rudawą kitę, tylko odrobinę denerwując się tym, jak mogło to wyglądać z boku. To chyba nic złego, że spotkała przyjaciela?? I że korzystała z jego towarzystwa przez ten krótki dany im moment, nim będą musieli się rozdzielić i każdy ruszy w swoją stronę.
Zamrugała intensywnie. Głupie gardło ścisnęło się bez powodu.
– I dopiero teraz mówisz?? – żachnęła się. – Nie wiedziałam, że takie wycieczki znajdują się w ofercie! Świt? Młodszą siostrę?? Od kiedy? Oczywiście, że mnie to interesuje!
Nie musiała udawać zainteresowania. To było znacznie lepsze od rozmowy o byle czym.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nie odskoczyła od niego, nie zaczęła się nagle upierać na solidny odstęp dwóch susów między nimi. Oczywiście nie było ten fakt nie był w stanie uśpić w pełni niepokoju orientala, albo chociaż w znacznej części, ale było to już... coś. Nie była to najgorsza sytuacja w jakiej popielata się znalazła i najwyraźniej tyle musiało mu wystarczyć. A skoro go nie trzepnęła ogonem, chętnie odwzajemnił uścisk z podobną siłą. Był tutaj z nią, chociaż przez ten krótki fragment podróży. I będzie też, gdy kotka już wróci i będą mogli spotkać się w normalnych warunkach.
– Aj, skąd miałem wiedzieć, że byłabyś zainteresowana, no wiesz, oficjalnie to odrobinę wbrew zasadom przecież... – nie dokończył myśli, pozwolił jej zostać w takiej formie, bo chyba nie wypadało mu wystosować w tym momencie faktycznego zaproszenia do przestępstwa. Nie przy świadkach. – Mm, ciężko powiedzieć od kiedy, parę księżyców może? Trochę więcej? Bo widzisz, wyobraź sobie taką sytuację. Wracam z wyprawy na osiedle i postanawiam skrócić drogę przez pole, by nie obchodzić potem głupio klanów. Pole jak pole, trochę ziemi, kamieni i szczurowatych kociaków sztuk jeden. Trochę wyrośniętych, niewpisujących się w klanowe standardy bycia kociakiem, ale wiesz, wciąż młode, głupie i niepotrafiące polować. I oświadcza mi, że to jej pole. Całe wielkie pole po horyzont na jednego małego pchlarza. – nie odpowiadał na pytanie, ale z pewnością przyda jej się pełny obraz. I możliwość posłuchania dłuższej historyjki dla odwrócenia uwagi. – Nie wierzyła mi, że zejdę z pola do tego stopnia, że śledziła mnie aż do Wichrowej granicy. No to mówię jej, że fajna zabawa, ale tutaj lepiej niech nie wchodzi, bo ją patrol zje. A ona na to, że w żadne klany nie wierzy, chętnie poczeka tutaj aż coś ją zje. I doczekaliśmy się patrolu z szanowną Krzyk na czele. Uwierzyła, że jednak może zostać zjedzona za przekraczanie granic. Ale wyobraź sobie, że to ona musiała być przekonywana, że dołączenie do klanu to super pomysł, słyszałaś o czymś takim? By zastępczyni musiała nakłaniać podrośnięte kocię do dołączenia? A głupio ją było zostawić, bo dotychczas żyła na łasce ludzi, więc widzisz. Finalnie sprawdziło się nieśmiertelne ok, to pa, zostaniesz tu sama i odejście kawałek, nagle klany zaczęły jej się wydawać całkiem spoko. Nadążasz póki co czy się wyłączyłaś? Byłoby przykro, bo jeszcze do Świt nie dotarliśmy w tej historii. – ale za to docierali już do kolejnej łąki.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
– Nooo... – odpowiedziała jedynie, nie formułując co prawda żadnej konkretnej myśli, ale prywatnie przechodząc w głowie przez wspomnienia z ich najróżniejszych spotkań. Tego jednego na granicy z Gromem, gdzie posprzeczali się z użyciem łap, już nawet nie pamiętała konkretnie o co. Niezliczenie wielu w samotniczym legowisku Oriona, dokąd wymykała się ukradkiem, nikomu nie dając znać o swoich zamiarach. Wyprawy do Siedliska Koni, gdzie mieli spotkać drapieżne piszczki, ale przede wszystkim skończyli walcząc z rozdrażnionym psem. Nie dało się chyba zakwalifikować niczego z tego jako bezsprzecznie wbrew zasadom, chociaż jako wątpliwe?? Jak najbardziej. Ta znajomość niemal od początku prosiła się o kłopoty! W obliczu wszystkiego, co przeszli, mały spacerek po terenach Wichru zdawał się zasługiwać na lekceważące splunięcie. Co to dla nich??
Bardzo hipotetyczne, mało realistyczne wycieczki na bok, kocur zaczął opowiadać jak to było z tą siostrą, a Nurt starała się nie zgubić wątku (już zdążył uciec jej początek. Z jakiego powodu właściwie wywiało go na jakieś pole?).
– To granicę z Wichrem też ustanowiła częścią swojego pola? Po co lazła za tobą aż tak daleko?? – spytała z szeroko otwartymi oczami. Gdzie niby znajdowała się ta omawiana miejscówka? – I jak z tego zrobiło się przyjmowanie do Klanu?! Nie lepiej ją było odesłać do dwunożnych czy coś?
Chyba że została od nich wyrzucona, to by miało sens. Ale rzeczywiście, namawianie w dodatku przez zastępczyni do dołączenia do Klanu brzmiało abstrakcyjnie. Szczególnie podrośniętego kocięcia, a nie takiego z prawdziwego zdarzenia!
– Pewnie, że się nie wyłączyłam – dopowiedziała z lekkim wyrzutem. No przecież słuchała. – Czekam na Świt. Póki co to ta... jak jej na imię w sumie?? ...w niczym nie przypomina Świt. Nawet z wyglądu.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Może słusznie zatrzymał historię w tym momencie. Nie dlatego że Nurt miałaby zasnąć w trakcie – w czasie marszu o to trudno – ale spodziewałby się, że zagubi się w natłoku słów.
– Aj, skąd. Jej granica kończyła się przed Kłującym Gąszczem, ale widzisz, najwyraźniej podejrzewała, że schowam się w krzakach i gdy tylko się odwróci, znowu wejdę na jej pole. Tak to tłumaczyła, chociaż bardziej spodziewałbym się samotnego, znudzonego dzieciaka, który szukał byle pretekstu by do kogoś się przyczepić. Ale to tylko luźna teoria. – wzruszył leciutko barkami, na tyle na ile pozwalał mu marsz. – Mieszkała na polu, sama. Jej dwunodzy się jej pozbyli, a mnie nie uśmiechała się wycieczka na osiedle bezpośrednio po powrocie z osiedla. I szukanie dwunogów, którzy by ją przygarnęli... Ach, tyle roboty i na co to komu, skoro można było bezbronną duszyczkę umieścić w bezpiecznym obozie. I widzisz, ze swojej strony zamierzałem ją tylko nauczyć polować, walczyć i niech mieszka gdzie chce, byle nie umarła z głodu. Stąd ja chciałem by dołączyła do klanu. Ale niezbadany jest umysł Krzyk, nie dowiemy się dlaczego jej zależało. – podejrzewał, że po prostu podążała za nim, albo zrobiło jej się żal samotnego pchlarza. Nic dziwnego, młode orientale miały proporcje idealne do wymuszania współczucia. – Otóż Nie. Znaczy dosłownie mam na myśli, że przedstawiła się jako Nie., ale w klanie została przyjęta jako Mróweczka. Bo tak ją nazywałem i Krzyk zamiast spytać dziecko o imię to uznała, że to musi być to. – spojrzał na Nurt z niemym a nie mówiłem? Niezbadane ścieżki umysłu Wichrowej zastępczyni.
Ale wreszcie dotarli do tej właściwej części opowieści.
– Z wyglądu to wręcz powiedziałbym, że są przeciwieństwami. Ale ze Świt bardziej poznały się, gdy młoda była mianowana na terminatorkę. Bo Mróweczka nie chciała mieszkać w kociarni, uparła się, że będzie spać w moim legowisku, więc jakoś się rozmijały. Ale widzisz, w Wichrze jest taki zwyczaj, że kocięta mianowane na terminatorów się ozdabia. Zwykle to jakieś kolorowe paćki z jagód w futerku, barwna glina. Ale Świt to prawdziwy twórca z wizją, nie ogranicza się do standardowych narzędzi, wykorzystuje kwiatki, piórka, listki, żywicę lub miód. Ogólnie wszystko co wpadnie jej pod łapki może znaleźć artystyczne zastosowanie. I tak jak Mrówka była z początku zestresowana zgromadzeniem tylu kotów w jednym miejscu, tak ozdabianie przez Świt dodało jej pewności siebie. Szczególnie dumna była z piórek, bo widzisz, Mrówka nie je wcale ptaków, uważa ich za swoich przyjaciół i podejrzewam, że to właśnie ci skrzydlaci przyjaciele pomogli im odnaleźć wspólny język. Do tego stopnia, że teraz Mrówka aspiruje do bycia matką po to by dołączyć do Świt w kociarni. Chociaż tu też inne powody na to wpływają, ale wiesz, słodko, że chce iść w ślady siostry. – znajdowali się już w centralnej części Świszczących Traw i mimo, że nie miał nic konkretnego do czego zmierzał z dzisiejszą opowieścią, ale wciąż uciekający czas razem odrobinę niepokoił. Teraz było fajnie i przyjemnie, uwaga odwrócona, ale co jeśli rzeczywistość uderzy ze zdwojoną siłą jeszcze przed wejściem na jezdnię? Co jeśli popielata nie będzie odpowiednio ostrożna? Jasne, klanowe koty mocno rozdmuchiwały ogrom zagrożenia istniejącego na tej ulicy, ale wciąż nie był to spacer środkiem obozu.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Całkiem zabawna, choć trochę dziwna historia dzikusa z pól, w obliczu dalszych wyjaśnień nabrała smutniejszego wydźwięku i Nurt spojrzała na swoje łapy, zawstydzona swoim niewrażliwym podejściem. Kiedy Orion tak stawiał sprawę, istotnie pozbycie się problemu zmieniało się w nieczułą praktykę. Nadal ciężko było go sobie wyobrazić przejmującego się losem małego upierdliwca i nawiązującego z nim głębszą relację, a chyba tak naprawdę nie powinno być w tym niczego zaskakującego. Był jaki był, ale przecież nie był bezduszny!
– Co ty tam wiesz. Ona po prostu bardzo intensywnie strzegła swojego terenu. Jak wojownik! – rzuciła w obronie godności nieznajomej, z drobnym uśmieszkiem zdradzającym brak stuprocentowej powagi. Ale za takie oddanie sprawie należało się przecież odpowiednie uznanie. – Taka to bardziej nada się do klanowego życia niż wygodnego legowiska dwunogów, Krzyk musiała to wyczuć!
Poruszyła wąsikami w reakcji na to zamieszanie z imionami. Lubiła wichrową zastępczyni, nie dało się jednak ukryć, że była podobnie roztrzepana co ich Gwiazda!! Jak oni sobie tam radzili??
– I Nie zgłaszała sprzeciwów? Znaczy się... Nie nie zgłaszała sprzeciwów?? – spytała w niedowierzaniu. Gdyby ją – młodą i gniewną – ktoś nazwał mróweczką i przyklepał to jako oficjalne, chyba wyszłaby z siebie i stanęła obok. Z drugiej strony, Nurt było godnym imieniem, którego gotowa była bronić kłami i pazurami. Nie nie mogła podzielać tego sentymentu.
Uniosła wyżej uszy i zerknęła na niego kontrolnie. Pierwsze słyszała o zwyczaju ozdabiania kociaków przed ceremonią i wydało jej się to strasznie dziwne. Aż zwątpiła, czy Orion nie zrobił teraz szybkiego zboczenia z tematu w anegdotkę mającą wkręcić jej jakieś mylne przekonania. Tyle że to kompletnie nie miałoby sensu.
– Słodko – zgodziła się chętnie. – Nie pomyślałabym, że ta historia pójdzie w takim kierunku! – Zdumiewająco sympatycznym. Jak sama Świt, więc pewnie nie mogło być inaczej. – Czyli jednak matka-artystka a nie wojowniczka, no dobra. Jak jej siostra. Jaasne. W sumie jako kogo stawia to ciebie w tej układance, co?? – Zrobiła jeden nieporadny krok, by móc zaczepnie szturchnąć go łapą w bark.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– A nie no, to przepraszam, faktycznie. Idealny materiał na wojowniczkę, który Krzyk własnym nosem zwietrzyła. Wielka szkoda, że aspiruje na matkę w takim razie. Taka strata potencjału. – pokręcił smutno łbem, chociaż i jemu brakowało należytej powagi w spojrzeniu i lekkim wygięciu warg.
– Nic mi o tym nie wiadomo by zgłaszała oficjalne sprzeciwy. A wątpię też żeby Krzyk bądź Roziskrzona odmówiły jej zmiany imienia, mają swoje odchyły, ale raczej nie w takich kwestiach. Pewnie zaakceptowała, że czasem będzie musiała reagować też na Mrówczą Łapę, tak jak ja nie udaję głuchego, gdy ktoś mnie nazwie Wędrującymi Światłami. – intensywność niedowierzania Nurt spotkała się ze spokojną niemal obojętnością Oriona. Ale żeby Gromiaczka zaraz nie wpadła w zbyt głęboką analizę jak to tak, dodał z błyskiem w oku. – Może wyczuła, że mogło być gorzej. Mogła zostać Kleszczem przez to jak ciężko było ją odczepić od mojego ogona.
Nie umknęło mu to podejrzliwe spojrzenie, gdy wspomniał o malowaniu kociąt. No to miał potwierdzenie, że nie słyszał o niczym takim w pozostałych klanach, bo nic takiego w nich nie funkcjonowało. I ten jeden raz mógł być usatysfakcjonowany swoim wyborem miejsca tymczasowego pobytu. Cenił sobie ozdabianie, uważał więc, że to miły zwyczaj. I jak wojowników nie dotyczył, tak wciąż ze Świt poszli do mianowania z kwiatami powtykanymi w futro. Aby odwrócić uwagę od pajęczyny owijającej jej rany. Nie wspominał wcześniej o tym popielatej, teraz zresztą też nie było okazji.
– Dla mnie też było to zaskoczeniem. – przyznał z rozbawionym odetchnięciem. Przechodząc do kolejnej kwestii, zamiast odpowiadać na szturchnięcie, uniósł wyżej głowę i lekko machnął w górę splecionymi ogonami. – Jak to jako kogo? Oczywiście, że jako dumną matkę. To skarb mieć dwie tak uzdolnione córki. – odparł bez namysłu, lekkim tonem wskazującym na żart. Nie pierwszy raz się przewijał w rozmowach, zaczęło się od oskarżenia Nie. o bycie okropną matką, gdy podstępem zmusił ją do spłukania piachu. Uderzenie serca później spojrzał na Nurt, jakby coś rozważał. – Chcesz to możesz być ciocią Nurt. Będę ci je podrzucać na granice, gdy będę chciał odetchnąć od bycia wspaniałą matką. Albo gdy się za tobą stęsknią. – wciąż żartował, oczywiście, chociaż trochę mniej.
Powoli kończyły im się Świszczące Trawy, a wraz z nimi czas.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Chętnie wkroczyłaby na poboczny temat odchyłów wichrowej władzy, niestety nic w obecnych okolicznościach nie było ku temu sprzyjające. Poza tym zaraz co innego przykuło jej uwagę. I bynajmniej nie chodziło o brak wiary, jakim cudem Mróweczka nie poruszyła nieba i ziemi w celu ratowania swojego honoru.
– Dobrze, że to nie ty jesteś przywódcą, nie nadajesz się do wymyślania imion – skrytykowała powierzchownie, myślami będąc już odrobinę dalej. – Wędrujące Światła?? I nic się nie chwaliłeś, no wiesz?! Ale ty chyba nie matkujesz, no nie? – Kolejne słowa dopowiedziała szeptem: – Ta tutaj jest dosyć stara jak na kociaka, moim zdaniem.
Całkiem wyraźnie wyglądał jej na kota na patrolu, jednak co ona tam mogła wiedzieć? Akurat w tym długopyskim przypadku trudno mieć pewność co do czegokolwiek, dopóki nie dostanie się bezpośredniego potwierdzenia.
Bezczelnie się z niego naigrywała i spodziewała się raczej, że odpowie w adekwatnym tonie, takim zakrawającym o wzburzenie, dlatego jego dumne przyznanie się do (a jednak!) matkowania sprawiło, że Nurt zdębiała. Jej mordka się uchyliła i tak już została, gdy wyszło na jaw, że nie miała na te słowa szybkiej, celnej riposty. W celu zapełnienia tej dziury, ze zrezygnowaniem potrząsnęła głową, niby rozmyślając nad tym, na czym stał świat.
– Ciociaa? Ten tytuł chyba mnie postarza – miauknęła, całkowicie ignorując fakt, że czysto technicznie ciocią stała się dawno temu. Wówczas wyłącznie z nazwy. – Ale niech będzie, mogę to dla ciebie zrobić. No i dla Świt, Świt jest spoko. A że rodziny się nie wybiera... no to biorę dwupak. Co nie znaczy, że się wywiniesz! Musisz mi przedstawić Mrówkę! Tak wiesz, oficjalnie.
Poznawała te tereny. Przysunęła się bliżej Oriona, żeby poczuć na grzbiecie jego bok, i usilnie starała nie myśleć o tym, że wichrowa część podróży nieubłaganie dobiegała końca.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Już miał się obruszyć, że miał niesamowity gust do imion i co najwyżej mieliby zaraz łąkę również w środku obozu z jego preferencjami, ale nim otworzył pysk, Nurt już przeżywała kolejną kwestię. Kwestię jego imienia.
– Aj, nie chwaliłem się, bo nie było czym. – strzepnął zbywająco uchem. – Nie matkuję, chociaż z pięcioma terminatorami pod opieką faktycznie można poczuć się jak w kociarni. – westchnął cierpiętniczo. Już dawno nie miał ich tylu i w roli mistrza bliżej mu było do nieobecnego ojca niż do zaangażowanej w wychowanie matki, ale wciąż zasługiwał na współczucie z tytułu tego wyzysku. Zniżył ton do szeptu. – Ale do niedawna była terminatorką. Jej własna córka wyprzedziła ją z ukończeniem treningu, a teraz mnie nęka kiedy Bagno i Klacz będą mianowani, bo już długo na treningi chodzą. A ja robię co mogę, ale nie moja wina, że takie geny im przekazała.
Obgadywanie Czarnego Konia zawsze w cenie. Nawet jeśli nic do wojowniczki nie miał w rzeczywistości, była jednym z lepszych kompanów na patrole.
Uprzejmie nie skomentował tego nadzbyt wyraźnie zarysowanego szoku na popielatej mordce, ani tego jak długo zajęło jej się pozbieranie by być w stanie odpowiedzieć.
– Hm, może odrobinę, ale niestety, tylko tę pozycję mamy nieobsadzoną. Może wzrostem nadałabyś się na trzecią córkę, ale byłoby to odrobinę dziwne. – bardziej niż odrobinę nawet, więc zamiast obracać w głowie tę myśl z uwagą, zepchnął ją w kąt świadomości. – Jasna sprawa, masz załatwione oficjalne przedstawienie Mrówki. – zgodził się bez większego oporu.
Nurt przylgnęła do niego. Żartował z Nie. chowającej się w cynamonowym ogonie, ale czy medyczka czymkolwiek się różniła w tym momencie? Nie mógł (nie powinien) odłączać ich teraz od grupy. Jakby nie było – nie mrugnęła dwa razy. Ratowanie na siłę byłoby porwaniem w tym momencie.
– Ale to dobrze sie składa, wiesz? Bo zdążyłem już nieco nagadać Mrówce na ciebie i obiecać spotkanie z ciocią. Więc hm, może jak wrócisz? – prawdopodobnie ostatnia okazja do skupienia na czymś luźniejszym.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
– Z pięcioma?? Klan Wichru chyba marnie sobie radzi! – Bo nie spodziewała się, że to Orion z własnej nieprzymuszonej woli maltretował Roziskrzoną Gwiazdę o dodatkowych uczniów. A przynajmniej byłaby bardzo zdziwiona takim obrotem zdarzeń. Nie pierwszy raz, nadarzały się bowiem takie chwile, w które docierało do niej, jak mało tak naprawdę o nim widziała. Dzisiejsza rozmowa była jednym z takich momentów. Nie tylko nie miała pojęcia o jego nowym imieniu i randze, o licznych terminatorach też nie pisnął słówkiem! – O rany, to ten typ co przelewa swoje niespełnione ambicje na kociaki czy co??
Postawiona przed takim a nie innym wyborem, uznała status cioci za niesamowicie atrakcyjny. No bo ona, córką Oriona?? A w życiu! Aż szara mordka lekko się skrzywiła na to wyobrażenie. Abstrakcja.
– No, może akurat przy nich to jestem trochę za stara – zgodziła się, jakby to akurat ten aspekt odgrywał najważniejszą rolę, dlaczego najlepiej sprawdzi się jako ciocia. – Dobra. Zobaczymy się... tam gdzie zwykle? – dopytała. Świt poznała w nieco bardziej... klanowych okolicznościach, a nie w ich typowym miejscu spotkań. Tyle że sytuacja ze Świt była inna. – Co jej takiego nagadałeś??
Same dobre rzeczy, miała nadzieję! Gorzej z wiarą, tej nie miała w sobie równie wiele, co podkreślało podejrzliwe spojrzenie medyczki, jakim obdarzyła kocura.
Drgnęła wciąż splecionym z rudą kitą ogonem. Spotkają się, kiedy wróci. Nadal przecież zmierzali do Szepczącej Sadzawki. Gwiezdni wiedzieli, jak będzie wyglądało jej życie po powrocie.