Krótkowłosy kocur przeciętnego wzrostu. Nie jest gruby, jednak ma dość masywną budowę ciała, co jest jeszcze podkreślone przez jego umaszczenie. Jest w większości czarny, ale posiada również charakterystyczne białe znaczenia - białe skarpetki, podbrzusze, rozległą białą plamę na klatce piersiowej i połowie szyi oraz białą plamkę na głowie, która otacza cały pyszczek kończąc się charakterystyczną strzałką między oczami. Ma czarny nos i zielone oczy. Jego futro prawie zawsze jest dokładnie wyczyszczone i dobrze ułożone.
Dymne Niebo jest kotem, który nie rzuca się za bardzo w oczy. Rzadko odzywa się nie pytany - i to bynajmniej nie dlatego, że nie lubi rozmawiać; po prostu woli spokojnie obserwować i podchodzić do wszystkiego z dystansem. Bardzo uważa też na swoje słowa i zwykle stara się formułować swoje wypowiedzi tak, żeby brzmieć jak najbardziej poprawnie. Nie w jego stylu są kąśliwe komentarze czy wybuchy emocji. Jedynie w stosunku do bliskich kotów potrafi sobie pozwolić na małe złośliwości, ale głównie w celach humorystycznych i tylko wtedy gdy wie, że zostanie prawidłowo odebrany. Jest bardzo ciekawy; chętnie poznaje inne koty oraz ich opinie na mniej lub bardziej ważne tematy, przez co rozmowa z nim często jest po prostu przyjemna. Potrafi dogadać się z wieloma kotami, starając się zawsze nieco wczuć w ich pozycję i dostosowywać sposób i treść wypowiedzi do drugiego kota. Zależy mu na tym, jak zostanie odebrany przez drugą stronę - zawsze stara się sprawiać dobre wrażenie. (-> KP)
Ognistopręga, Kamienna Łapa, Kacza Łapa
Dymne Niebo potrzebował przerwy. Musiał zrobić sobie spacer dłuższy, niż dookoła terenów Klanu Cienia. W końcu jak zniknie na jeden, dwa czy pięć dni to chyba nic wielkiego się nie stanie. Pewnie nikt nawet nie zauważy. Z resztą, skoro Popieliczka mogła chadzać na Osiedle żeby sobie poromansować, to chyba jego wycieczka w celu ochłonięcia i przemyślenia paru spraw była jak najbardziej odpowiednia.
Czarno-biały kocur szedł i szedł. O czym myślał w międzyczasie? O Popielnym Żarze, oczywiście, choć najchętniej wyparłby ją z pamięci. Myślał ogółem o kotkach, o związkach, o tym, jak żyli jego rodzice i inni wojownicy w parach. Zastanawiał się, czy są między sobą szczerzy? Czy zdarzają się sytuacje, że jedno drugiego zdradza na boku, i jak wtedy reaguje ta druga strona? Wybaczają sobie? Przestają się do siebie odzywać? Myślał o tym, czy wszystkie kotki mają tendencje do skoku w bok - czy może on miał wyjątkowego pecha natrafiając - czy raczej w pewnym sensie wybierając sobie córkę Trzcinowej Sadzawki? Były to oczywiście pytania, na które ciężko komukolwiek byłoby odpowiedzieć, a co dopiero samemu sobie...
W pewnym momencie natrafił na Grzmiącą Ścieżkę. Przeszedł przez nią szybko i szedł dalej, dochodząc do terenów, na których zwykle nie stawały jego łapy. Natrafił w końcu na rzekę, którą według jego wiedzy również zwano Grzmiącą. Nie umiał pływać i brzydził się wody; zaciekawiły go jednak tereny dalej. A może po prostu nie chciał się zatrzymywać, bo nie miał co ze sobą zrobić, a nie chciał teraz wracać w stronę Klanu Cienia. Po krótkiej obserwacji zorientował się, że wodę można przekroczyć przebiegając kawałek Grzmiącą Ścieżką - tak też właśnie zrobił. I szedł dalej, teraz przez tereny porośnięte lipami, choć ciężko było rozróżniać gatunki drzew liściastych podczas Pory Nagich Drzew, gdy wszystkie z nich wyglądały bardzo podobnie. Nie szukał niczego; po prostu szedł, pogrążony we własnych myślach, w dużym stopniu ignorując hałasy i zapachy, jakie go otaczały - czasami jedynie przystawał by się rozejrzeć i cieszyć oczy terenami, których wcześniej nie widział.
/Złotko :3
Nieważne co mi powiesz Nie słyszę twoich słów
Stoję tam gdzie stoję Nie tam gdzie bym chciał
Wolny od urojeń twych Absurdalny ż a r t
Średniego wzrostu kotka o jasnokremowym, długim i bardzo, bardzo aksamitnym oraz sumiennie wyczesanym futerku. Z małych zgrabnych uszek Złocistego Kłosa wyrastają białe włoski, tego samego koloru są również jej wąsy. Pysk ma okrągły, a policzki pełne. Nos kotki jest ciemnoróżowy, tak samo zresztą jak poduszki łapek. Posiada duże, otoczone białą obwódką oczy we wspaniałym miodowym odcieniu. Najwięcej chluby przynosi jej okazały ogon, przypominający ciągnący się w nieskończoność złoto-biały tren. Porusza się ostrożnie z powodu drobnych problemów z koordynacją ruchów, ale trzeba jej oddać, że jest w tym całkiem urocza, zwłaszcza jak się potknie. Odkąd została Samotnikiem bardzo schudła, czego jednak nie widać przez gęste futro, można za to poczuć jej drobny szkielet, gdyby tylko tak nie stroniła od fizycznego kontaktu.
Jak zdjęta z krzyża... Czyli jak każdy, kto jakiś czas przebywał w klanie Cienia i miał to nieszczęście określać się kiedyś jako empatyczny i wrażliwy. Złocisty Kłos jest dobrze wychowana, poważna, ale też głęboko emocjonalna - tak głęboko, że zazwyczaj na próżno szukać tych skrywanych uczuć na zewnątrz. Wycofana, ustępująca, bierna - pewnie to tym cechom zawdzięcza po dzień dzisiejszy przetrwanie. Jednocześnie ma w sobie coś arystokratycznego, wiele zachowań po prostu urąga jej godności, chociaż nie przez wzgląd na rozdmuchane ego... Raczej zupełnie mimowolnie uznaje, że coś jest nie dla niej, a wtedy stara się wybrnąć z niewygodnej sytuacji. Wobec rozmówców najczęściej nostalgiczna oraz łagodna, będziesz miał naprawdę szczęście, jeśli ujrzysz jej blady melancholijny półuśmiech. Nie oznacza to jednak, że Złotko daje sobą pomiatać albo łatwo ją zmanipulować, wszak jest typem zagorzałej intelektualistki.
Kałużowy Krok, Goryczka, Szarówka
Ten dzień przynajmniej z pozoru nie niósł ze sobą niczego niespodziewanego. Właściwie zlewał się z każdym poprzednim i prawdopodobnie każdym następnym. Posiadał swoją do bólu przewidywalną dynamikę zdarzeń - zdążył się rozpocząć, później słońce zaliczyło jeden szczyt, a teraz spadało coraz niżej, ubierając okolicę w krwisty kolor późnego popołudnia, a samą Złotko w bardziej uroczystą, brzoskwiniową szatę, chociaż najlepsze zostawało zawsze na koniec, ponieważ zdecydowanie najpiękniej jej futerko prezentowało się nocą, gdy o oświetlenie dbał sam blady księżyc...
Do lipowej nory przyciągnął ją dzień wcześniej zwietrzały koci zapach, uświetniony jeszcze kompozycją nieodgadnionych przez zmysł węchu roślin. Jako ta, która zawsze skrycie marzyła, aby zostać Medykiem, nie mogła wprost nacieszyć się swoim znaleziskiem, choć co to był za dziwny, poszarzały odcień radości... Chyba nawet jeden przelotny uśmiech na moment nie rozrzedził powagi Złocistego Kłosa. Cieszyła się jednak naprawdę, samym środkiem. Bardzo. Może wkrótce dane będzie jej ucieszyć się ponownie?
Wyszła przed Norę i usiadła wygodnie, wyciągając zachłannie pyszczek w stronę dogasającego słońca. Każdy gram witaminy D był teraz cenny, skoro wielkimi krokami nadchodziła Pora Nagich Drzew... Z miarowym zadowoleniem obserwowała żółto-pomarańczowy, ciepły świat spod przymrużonych powiek zakończonych długimi białymi rzęsami. Znalazłszy się dokładnie w tym czasie i w tym miejscu co inny kot, nie mogła go nie dostrzec, gdy przechodził tuż obok... Złotko poprawiła się odruchowo na miejscu, mając przeczucie, że zajęta przez nią pozycja mogła być zbyt swobodna do oglądania przez obcych. Była taka... Rozkraczona. Gdy już usiadła jak Wielkiej Damie wypadało pozdrowiła głośno kocura zawsze odpowiednim i zawsze trafnym "dzień dobry". Wyglądał na dosyć wzburzonego, ale co ważniejsze... Wyglądał znajomo. To skonfundowało Złotko na tyle, że postanowiła z trwogą uwieszoną jej barku rozwiać od razu wątpliwości.
- Najmocniej przepraszam, ale... - urwała, patrząc uważnie na czarno-białego przybysza, gdyby ten postanowił się przed nią zatrzymać i odpowiedzieć pytającym, a być może rozeźlonym spojrzeniem. Usiłowała za wszelką cenę podporządkować ten obraz jakiemukolwiek wspomnieniu, z czymś go połączyć i po kolejnych sekundach odniosła na tym polu zwycięstwo. - ...wydaje mi się, że skądś... się znamy - konkretniej z klanu, który kiedyś był im wspólny. Kłos wyglądała na wyraźnie niepewną, ale nie ustawała w wysiłkach zmierzających do rozwiązania zagadki znajomego pyszczka.
Krótkowłosy kocur przeciętnego wzrostu. Nie jest gruby, jednak ma dość masywną budowę ciała, co jest jeszcze podkreślone przez jego umaszczenie. Jest w większości czarny, ale posiada również charakterystyczne białe znaczenia - białe skarpetki, podbrzusze, rozległą białą plamę na klatce piersiowej i połowie szyi oraz białą plamkę na głowie, która otacza cały pyszczek kończąc się charakterystyczną strzałką między oczami. Ma czarny nos i zielone oczy. Jego futro prawie zawsze jest dokładnie wyczyszczone i dobrze ułożone.
Dymne Niebo jest kotem, który nie rzuca się za bardzo w oczy. Rzadko odzywa się nie pytany - i to bynajmniej nie dlatego, że nie lubi rozmawiać; po prostu woli spokojnie obserwować i podchodzić do wszystkiego z dystansem. Bardzo uważa też na swoje słowa i zwykle stara się formułować swoje wypowiedzi tak, żeby brzmieć jak najbardziej poprawnie. Nie w jego stylu są kąśliwe komentarze czy wybuchy emocji. Jedynie w stosunku do bliskich kotów potrafi sobie pozwolić na małe złośliwości, ale głównie w celach humorystycznych i tylko wtedy gdy wie, że zostanie prawidłowo odebrany. Jest bardzo ciekawy; chętnie poznaje inne koty oraz ich opinie na mniej lub bardziej ważne tematy, przez co rozmowa z nim często jest po prostu przyjemna. Potrafi dogadać się z wieloma kotami, starając się zawsze nieco wczuć w ich pozycję i dostosowywać sposób i treść wypowiedzi do drugiego kota. Zależy mu na tym, jak zostanie odebrany przez drugą stronę - zawsze stara się sprawiać dobre wrażenie. (-> KP)
Ognistopręga, Kamienna Łapa, Kacza Łapa
Nie szukał towarzystwa, nie planował nikogo spotykać, właściwie nawet nie chciał. Z drugiej jednak strony sam nie wiedział, czego chciał. Wędrował długo i długo męczył się z własnymi myślami, ale do tej pory nie odczuł żadnej, choćby najmniejszej ulgi. Cały czas jego samopoczucie balansowało między irytacją a rozczarowaniem - były to całkiem spore uczucia dla kocura, który od wielu księżyców podchodził do wszystkiego ze sporym dystansem. W każdym razie pewnego rodzaju wybawienie z obecnego marazmu przyszło samo. Czarno-biały nie wyczuł obecności kotki z tak dużym wyprzedzeniem, z jakim powinien. Pomyślał przez chwilę, że gdyby zamiast niej napotkał drapieżnika, to być może byłoby już po nim, ale wizja śmierci nieszczególnie go przejęła. Trochę było mu wszystko jedno.
- Cześć - odpowiedział na przywitanie jakby od niechcenia. Zlustrował kotkę wzorkiem - początkowo planował tylko powierzchownie się jej przyjrzeć, ale po pierwszym zerknięciu na jej sylwetkę okazało się, że wyglądała jakby znajomo. Zmrużył oczy. Kolejne słowa dobiegające z jasnego pyszczka tylko przekonały wojownika, że jego pierwsze wrażenie było słuszne. - Chyba tak - zielone oczy obserwowały uważnie kotkę od głowy do ogona, a Dymek w głowie przypominał sobie wszystkie koty, które kiedyś miał okazje poznać... - Jesteś... byłaś w Klanie Cienia, prawda? - zapytał, chcąc się upewnić, zanim zacznie strzelać, jak długowłosa ma na imię.
Nieważne co mi powiesz Nie słyszę twoich słów
Stoję tam gdzie stoję Nie tam gdzie bym chciał
Wolny od urojeń twych Absurdalny ż a r t
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Co prawda Morwa znalazł sobie już kryjówkę, ale to nie oznaczało, że będzie tam wiecznie siedział. Musiał przecież wychodzić zapolować, szukać mchu, czy po prostu wyprostować łapy. Był przyzwyczajony do długich wycieczek, nie stanowiły one dla niego wielkiego wyzwania. Przyzwyczaił się do bolących łap i głodu. Może i nie powinien, jednak teraz ta... umiejętność mu się przydaje. Przekraczanie Grzmiącej Ścieżki też nie wydawało mu się szczególnie trudne, wystarczyło poczekać na odpowiedni moment, a później biec szybko przed siebie. Mimo to, zawsze gdy przez nią przechodził, pojawiał się w nim mały lęk. Nie chciałby przeżyć spotkania z samochodem. Na osiedlu widział wiele, słyszał wiele i pewnie na jego miejscu normalny kot nie bałby się tak świata. Ale nie jest normalny.
Dotarcie do dziwnej, pustej nory nie zajęło mu długo. Była stosunkowo blisko Grzmiącej Ścieżki. Natrafił na nią przypadkiem, bowiem jego celem było jezioro, znajdujące się niedaleko ulicy. Postanowił, że skoro znalazł, to zostanie. Wypadałoby odpocząć, może nawet coś zjeść, gdyby mu się poszczęściło. Ostrożnie wszedł do nory, rozglądając sie. Była pusta. Nie czuł zapachu kota, ani żadnego nie widział. No i dobrze, będzie mógł poczuć się bezpiecznie. Lecz zanim odpocznie, miał zamiar się rozejrzeć. Być może znajdzie tu coś przydatnego. Nie sądził, zważając na to, że nikogo dawno tu nie było, ale tak juz postanowił. To na wszelki wypadek.
/Toń
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń już dość dawno tutaj nie zaglądał. Krzywucha odeszła, nie pozostał po niej najmniejszy ślad, a on, gdy tutaj spoglądał, czuł czasem dość mocne wyrzuty sumienia. Niemniej jednak nie mógł na zawsze pozostawić tego miejsca odłogiem, wybrał się zatem na tę stronę Topiołek, by przekonać się, czy nie ma tutaj przypadkiem jakiegoś kota, który błąka się nie mając pojęcia, że dawnej uzdrowicielki nie ma już wśród żywych. Jaki to był dziwny czas, dziwne miejsce, jak wiele się zmieniło! Kiedy sam tutaj zamieszkał, Krzywucha wydawała mu się jeszcze dość młoda, a teraz sam miał blisko dziewięćdziesiąt księżyców i zaczynał dostrzegać, że jego życie jakoś zbliżyło się niebezpiecznie ku końcowi. Czas płynął mu szybko, choć przecież nie imał na czym, jako samotnik nie miał zbyt wielu rzeczy do zrobienia, nie musiał jakoś szczególnie mocno koncentrować się na zadaniach, po prostu płynął przed siebie, wraz z czasem, jaki niespodziewanie umykał mu między łapami.
Uśmiechnął się lekko, kiedy przystanął na moment w pobliżu nory i zamknął oczy, by wciągnąć głęboko woń okolicy. Przekonał się wtedy, że jest tutaj jakiś nowy, nieznany i całkiem świeży trop. Zamrugał i zaczął węszyć usilnie, aż w końcu uznał, że to po prostu najwyższa pora się odezwać.
- Dzień dobry? - rzucił zatem w przestrzeń. Może niezbyt rozważnie, ale od księżyców ćwiczył swe łapy i ufał, że będzie w stanie pobiec tak szybko, iż nikt go nie doścignie. Oczywiście, mógł się mylić, ale dokładnie takie poczynił założenie i zamierzał się go trzymać, w razie niebezpieczeństwa, ot, po prostu brałby łapy za pas.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Nie spodziewał się, że kogoś tu zastanie. A raczej ktoś jego. Na początku Morwa sam nie wiedział co powinien robić. Uciekać? Odpowiedzieć? Był pewny, że bury kot, który właśnie wszedł do nory, jest jej właścicielem. Intruzów należy przeganiać, czyż nie? Chociaż w tej sytuacji były gromiak sam by się przegonił. Bo po co pakować się w walkę, jeśli tego nie potrafi? Nie warto nabawić się niepotrzebnych ran, szczególnie jeśli nie ma u kogo ich wyleczyć. Najprędzej musiałby udać się na osiedle, ale kto wie jak wtedy by skończył. Dwunożni mają swoje dziwne sprzęty, z którymi nie chciałby się spotkać.
-Umm... Dzień dobry?- odpowiedział, ukazując się obcemu kotu. Może to i nie było odpowiedzialne, bo w każdej chwili mógłby zostać zaatakowany, ale czy miał inny wybór? Kot, przed którym teraz stał, był o wiele starszy od niego. Raczej samotnik, bo Morwa nie wyczuł od niego zapachu klanów. Taki zwykły, bury kot. Jedyne, na co zwrócił uwagę to jego uszy. Były jakoś dziwnie wywinięte, nigdy takiego czegoś nie widział, nawet na osiedlu. Ciekawe. Mimo to, starał się nie patrzeć na nie zbyt długo, żeby nie urazić tym nieznajomego. -To... Twoja nora? Przepraszam najmocniej, jusz sobie ide. Tylko sie rosglądałem... W okolicy- powiedział pośpiesznie, wpatrując się w samotnika. No i znowu ma problemy. Bo... Ma, prawda? Tak mu się w tamtej chwili wydawało.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Woń Klanów na pewno już dawno go opuściła, w końcu z Rzeki musiał odejść przed tak wieloma księżycami, iż nawet nie był w stanie powiedzieć dokładnie, kiedy to było. Nie miało to również dla niego nazbyt wielkiego znaczenia, było już przeszłością, jakiej nie poruszał i pozwalał jej pozostawać gdzieś daleko, w tle świadomości, nie potrzebował tego. Być może dałoby się od niego wyczuć zapach Wichru, lecz tak słaby, iż nikt nie posądziłby go z pewnością o żadną przynależność, tego był całkowicie pewien.
- Nie, to miejsce należało do Krzywuchy, ona jednak... już odeszła - odpowiedział, spoglądając na nieznanego mu kota i nieznacznie przekrzywił łeb. Pewnie gdyby posiadał ogon, to jego końcówka właśnie teraz drżałaby z nieznacznym zainteresowaniem, ale w zaistniałej sytuacji, nie miał okazji wykorzystać tego atutu, jaki był codziennością właściwie wszystkich kotów w okolicy.
- Nie jestem tylko pewien, czy byłbyś tutaj bezpieczny. Część samotników przywykła do tego, że mieszkała tutaj ich uzdrowicielka, mogliby więc patrzeć na ciebie nieco krzywo, gdybyś zajął jej dawną norę - wyjaśnił całkiem spokojnie. Nie zamierzał się irytować, denerwować i nie chciał również za mocno naciskać na nieznajomego, wolał go jednak, w pewnym sensie, ostrzec. Jeśli ten szukał miejsca dla siebie, lepiej by było, gdyby wybrał jednak nieco inny zakamarek.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Krzywucha odeszła? W głowie Morwy zaczęło rodzić się wiele pytań, na które nie znał odpowiedzi. Czy stojący przed nim kot byłby w stanie mu odpowiedzieć? Pewnie tak. Jak widać wiedział kim jest Krzywucha i co się z nim stało. Mały kocur natomiast nie miał pojęcia kto to jest i w jakim sensie odeszła. Najpierw pomyślał, że kocica opuściła norę i poszła szukać innej, lepszej. Ale czy to miałoby sens? Doszedł do wniosku, że nie. Znaczy on sam by tak nie zrobił, uważał takie działanie za niepotrzebne. Zaraz potem pomyślał, że być może kocica jest już na Srebrnej Skórze. O ile ona w ogóle istnieje. No... Mógłby się na ten temat kłócić, ale nie ma na to teraz czasu.
-Umarła?- spytał wprost, zerkając na samotnika. Zaraz po tym rozejrzał się po norze. Ciekawe jak była kiedyś urządzona. Gdzie było legowisko, gdzie trzymała jedzenie i jakieś inne, małe drobnostki. Jak on by się tu urządził? Sam nie wiedział i chyba wolał nie wiedzieć. Jeśli Krzywucha rzeczywiście jest trupkiem, to nie chciałby tu mieszkać. Bał się? Być może.
-Ah, no tak, masz racje- odparłz namysłem, przygryzając dolną wargę. Nie będzie się tu więcej zapuszczał. Po co ryzykować zdrowiem? U kogo wyleczy się, jeśli będzie ranny. Krzywucha już mu raczej nie pomoże. Szkoda, że dopiero teraz dowiedział się o jej śmierci i... Istnieniu. Gdyby znał ją wcześniej, na pewno nie byłby taki ostrożny i podejmowałby się walki, gdyby musiał. A nie uciekać jak tchórz. -Hmm, była usdrowicielką... Dla samotników? Jedyną?- spytał po chwili. Lepiej dowiedzieć się czy jest ktoś inny, kto mógłby mu w razie potrzeby pomóc.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń wiedział doskonale, że mógł być całkiem bezpośredni, że mógł po prostu powiedzieć, że kocica umarła, ale jakoś te słowa, mimo wszystko, wydawały mu się ciężkie, zwłaszcza w stosunku do kogoś, kto pod pewnymi względami przypominał mu Łososia. Niemniej jednak nie było zbyt wielkiego sensu w tym, by ukrywać prawdę, w końcu nieznajomy mógł szukać Krzywuchy, mógł jednak czegoś od niej chcieć, tylko nie miał pojęcia, gdzie ta dokładnie mieszkała. Toń wolałby zaś nie wysyłać go na jakieś bezsensowne poszukiwania, tym bardziej że doskonale wiedział, iż nic nie znajdzie, co najwyżej hulający wiatr i wspomnienie, które powoli zaczynało się rozmywać. Tak jak wiele innych, które kiedyś istniały, a teraz stanowiły jedynie ciemną plamę, gdzieś w przeszłości, jakiej już nie było, a kocur wątpił, żeby to kiedykolwiek miało się zmienić.
- Tak. Już kilka księżyców temu - odpowiedział i skinął nieznacznie łbem, wciąż przyglądając się młodszemu kocurowi, zastanawiając się, czego ten dokładnie mógł chcieć. Nie zamierzał go w niczym poganiać, ani robić niczego podobnego, ale poruszył swymi śmiesznymi uszami, gdy tylko usłyszał kolejne pytanie. Na jego pysku na pewno odmalował się cień zmartwienia, gdyż była to kwestia, która niepokoiła go w znacznym stopniu, nie było sensu tego ukrywać.
- Niestety. Znam się nieco na ziołach i leczeniu ran, ale na pewno nie posiadam tak szerokiej wiedzy, jaką posiadała Krzywucha - odparł i pokręcił znowu głową, czując, jak mocno żałuje, że nie próbował częściej, że nie starał się bardziej, że nie szukał rozwiązań i możliwości.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Kilka księżcyów temu? To... Długo. Przez chwilę Morwa miał zamiar spytać ile dokładnie, ale doszedł do wniosku, że może wyjść na zbyt dociekliwego. Śmierć Krzywuchy nie była jego sprawą, bo nawet się nie znali. Dlaczego więc aż tak się tym interesował? Bo naprawdę miał wiele pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. Rzecz w tym, że nie miał zamiaru wszystkich ich zadawać. No bo... Po co? Toń na pewno wolałby porozmawiać o czymś innym, czymś weselszym. Morwa co prawda o tym nie wiedział, ale sam wolał skończyć ten temat. Gadanie o trupkach z obcymi kotami było... Dziwne. Przyszedł tu w innym celu. Skoro już się spotkali, to najlepiej będzie się poznać.
-Dawno. Szkoda jej- odparł, przygryzając dolną wargę. Mogło się wydawać, że jest na to obojętny, ale... Nie był. Jakaś cząstka jego w środku było zrozpaczona. Zawsze współczuł innym, śmierci nie były czymś, co spokojnie omijał. Od zawsze był czuły. Nawet teraz można to było dostrzec w jego oczach, ten błysk współczucia. Interesowało go, czy stojący przed nim kot był kimś bliskim dla Krzywuchy. Znali się? Nie pytał. Miał skończyć ten temat. A szkoda.
-Ale zawsze to coś. Ta wieca ci sie pszyda- odpowiedział. Sam dałby dużo, żeby dowiedzieć się czegoś o ziołach. Na pewno by mu się ta wiedza przydała. Miał przed sobą kota, który mógłby mu udzielić informacji na ten temat. Trzeba by było go tylko poprosić. No i właśnie tu pojawił się problem. Morwa nie potrafił tego zrobić. Nie chciał, nie mógł, nie umiał. Był zbyt... Nieśmiały. Dziwne by to dla niegbo było, przecież dopiero co się poznali. A co jeśli Toń odmówi? Point na pewno czułby sie zawstydzony, a wolał tego uniknąć. Więc pozostało mu liczyć na to, że dziwnouchy kocur sam zaproponuje mu lekcje ziółek. A jaka jest na to szansa? Sądził, że mała. Cóż... -Mosze mógłbyś zająć miejsce Kszywuchy? Duszo przychodzi do ciebie samotników, aby sie wyleczyć?- spytał. Jego cel był prosty- ciche wybadanie, czy w razie zagrożenia mógłby do niego przyjść. Bo jeśli inni samotnicy przychodzili, to czemu on by nie mógł?
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń sam już dokładnie nie wiedział, kiedy to się stało, ale tak naprawdę nie przykładał do tego aż tak wielkiej wagi, tak samo jak do własnego życia, to jego tempa, do tego, jak się zmieniało a zmieniało sie nieodwołalnie. Czuł również, że przemija, chociaż nie miał na ciele i wewnątrz niego żadnych znaków wskazujących na starość, to i tak wiedział doskonale, że jego czas nieco się zubożył, a fakt, że nie było już przy nim kotów, które znał do tej pory, jedynie to potęgował. To było dziwne uczucie, takie przemijanie, tak więc wolał się skoncentrować na czymś innym, wolał patrzeć na to, co miał, co go otaczało, wolał po prostu mieć to, co mu odpowiadało i niekoniecznie potrzebował do tego czegoś więcej. To zaś prowadziło do całkiem prostej myśli, że miło było tak sobie porozmawiać, bez jakichś zobowiązań, czy czegoś podobnego, po prostu, więc uśmiechnął się lekko do kocura.
- To prawda. Mam nadzieję, że teraz odpoczywa w spokoju - powiedział łagodnie, a następnie poruszył lekko uszami, po czym usiadł, bo takie stanie w miejscu nie było wcale aż takie wygodne. Skinął lekko głową, przyznając mu rację, jeśli mowa o użyteczności wiedzy medycznej, potem jednak zaśmiał się cicho.
- Nie. Większość z nich chodziła do Krzywuchy, a później wędrowali do medyków z Klanów, bo mimo wszystko ci mają większe doświadczenie i zasoby ziół. Może jednak kiedyś uznają, ze również jestem pomocny - wyjaśnił spokojnie, a następnie zapytał łagodnie, czy może przypadkiem kocur nie szuka tutaj jakiegoś miejsca dla siebie.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
A Morwa, przeciwnie do Toni, bardzo zwracał uwagę na przemijający czas. Zwracał uwagę na to, kiedy pdszedł z klanu, ile minęło od tego czasu. Zwracał uwagę na to, jak długo siedzi już w lesie czy inne takie. Dla niektórych to mogło wydawać się bezsensowne i czasochłonne, ale nie dla niego. Sądził, że takie liczenie to niezłe urozmaicenie czasu, sposób w jaki może zabić nudę. A tej nudy miał aż za dużo. Dałby wszystko, aby tylko mieć jakieś zajęcia. Bo włóczenie się po terenach też zaczęło wydawać mu się... Rutynowe. Robił to codziennie, zawsze mijał te same miejsca. Nic ciekawego. jedynym urozmaiceniem mogło być napotkanie jakiegoś kota, czasem mu się zdarzało. I cieszył się wtedy niezmiernie, szczególnie jeśli rozmowa zapowiadała się ciekawie. Tak jak to właśnie było dzisiaj z Tonią.
-To metycy klanowi leczą samotników?- spytał, ewidentnie zdziwiony. Zawsze wydawało mu się, że medycy z klanów nie mogą zajmować się samotnikami albo w ogóle tego nie chcą. Bo po co marnować zioła na jakichś intruzów, jeśli klan może później potrzebować ich bardziej. Przez chwilę pomyslał co by w takiej sytuacji zrobiła jego siostra, która piastuje rangę terminatora medyka. Czy pomogłaby mu, gdyby przyszedł na granice ranny? Chyba nie chciał tego sprawdzać. Przynajmniej jak na razie. -O tak. Jeśli miałoby ci to polepszyć humor, to kasztego napotkanego samotnika, który bęcie ranny moge odesłać do ciebie.- powiedział, patrząc na kocura. Wydawało się mu, że tamten nie pogardziłby garścią kotów, którymi mógłby się zająć. To zrozumiałe, Morwa pewnie na jego miejscu chciałby tego samego. No bo miałby jakieś zajęcie oraz koty, z którymi mógłby rozmawiać. To nie zdarza się u niego często. Kurcze... Musi sobie w końcu znaleźć jakiegoś towarzysza. No, albo przynajmniej przekonać Kunę do opuszczenia klanu. Ale czy naprawdę chciał mu robić coś takiego?
-Nie. Znaczy sam nie wiem. Niby mam swoje legowisko gcieś w okolicach Sietliska Koni, ale mało kiety tam siece. Większość czasu spęcam na choceniu i nocuje gcie popatnie- odpowiedział po chwili, na zadane przez kocura pytanie. -A ty osietliłeś sie gcieś w okolicy?- spytał go. Być może bury tak samo jak Morwa, jest wędrowcem, który przybywa z daleka? Kto wie...
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Początkowo Toń również to liczył. Później przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie, bo nie było żadnym odnośnikiem i absolutnie nic nie zmieniało w jego życiu, nie powodowało, że to było gorsze albo lepsze, ot, po prostu było i w ten sposób Toń na to po prostu spoglądał, nie potrzebował szukać czegoś, co było dawno, bo mimo wszystko czuł doskonale, że to po prostu nic nie zmieni - nie musiał zastanawiać się nad tym, jak wiele księżyców minęło od dnia, kiedy Świetlik wygnał go z Klanu, bo to nie miało znaczenia dla jego obecnego życia, dawny przywódca nie żył od wielu księżyców, a większość kotów, które kocur dawniej znał, już i tak zasiadała na Srebrnej Skórce, nie miał zatem potrzeby odnoszenia się do czegoś, co po prostu przeminęło, płynnie, ale jednak zniknęło raz na zawsze.
- Tak. Nie wszyscy i nie zawsze, ale godzą się na to. Może mają jakieś swoje warunki, a może nie, nigdy nie mam co do tego pewności - odpowiedział i uśmiechnął się lekko, bo to była całkiem potrzebna wiedza. W końcu nigdy nie było wiadomo, co złego może ich spotkać, jak mocno mogą zostać ranni i należało wiedzieć, gdzie i do kogo można się zgłosić, by w razie problemów uzyskać jednak pomoc.
- Dziękuję, ale tak jak mówię, nie będę pewnie w stanie pomóc im ze wszystkim - powiedział, kręcąc lekko głową, a później wysłuchał tego, co jego rozmówca miał jeszcze do powiedzenia i mimowolnie odwrócił się nieco w stronę Siedliska Koni, zastanawiając się, czy jest tam ktoś, kogo kojarzy albo zna jakoś bliżej, jednakże nic nie przychodziło mu do głowy. Poruszył zatem uchem, gdy kocur zadał mu pytanie, a następnie skinął łbem. - Tak, w okolicy Borsuczych Pagórków. Mam tutaj sporo jedzenia i mogę łowić ryby, więc nie czuję się źle - wyjaśnił, uśmiechając się łagodnie. Gdyby zechciał, również mógł się tutaj przenieść, może wtedy byłoby łatwiej żyć? W końcu byłoby do kogo otwierać pysk, gdyby zachodziła taka potrzeba i chęć byłaby dostatecznie duża, a u Toni była spora.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Zapewne Morwie też w końcu odechce się liczyć księżyce. No bo może i teraz było to dl niego iekawym zajęciem, ale w końcu wpadnie w rutynę i zrezygnuje z tego. Do klanu nie miał zamiaru wracać, przynajmniej na tą chwilę, bo wiadomo jak to z nim jest. Teraz powie, że nie chce, a za chwilę pomyśli sobie o Kunie i znowu mu się zachce. No bo to głównie ze względu na niego chciał wrócić. Czy warto? Sam powinien sobie na to odpowiedzieć.
-O. Dobsze wiecieć. Na pewno otwiece któregoś medyka klanowego, gdy bede ranny. No albo przyjte do ciebie- odpowiedział. Toń wyglądał na miłego kota, takiego który nie ma wobec innych złych zamiarów. Mógł tylko udawać, ale nawet jeśli, to Morwa i tak by na to nie wpadł. Może i zmądrzał trochę na osiedlu, ale nie do tego stopnia. Dziwnouchy w pewnym sensie go oczarował i nie wpadłoby mu do głowy, że tak naprawdę może być całkiem inny.
-No tak. Ale to zawsze moszesz zerknąć, lepsze to nisz nic- odpowiedział, kiwając głową, na znak że go rozumie i się z nim zgadza. Wydawało mu się, że samotnicy chętniej przyszliby do innego samotnika, który zna się na ziołach, aniżeli do klanowego medyka. No bo tak jest po prostu raźniej i łatwiej. Tak myślał, zapewne sam by tak postąpił w razie zagrożenia. Z resztą po co czekać długo na granicy, w dodatku nie mając pewności czy medyk na pewno się zjawi. Jeszcze zamiast niego zjawi się patrol, który albo przegoni albo zabije. Czy warto tak ryzykować? Z jednej strony tak, ale... Wolał to łatwiejsze rozwiązanie. Po co sobie utrudniać?
-Ryby?- powtórzył, otwierając szerzej oczy. Nigdy nie jadł żadnej ryby, nie miał do tego okazji. Widział koty, które zajadały się nimi i wyglądałby jakby im smakowało. W takich momentach Morwa zastanawiał się czy ryba naprawdę jest taka dobra. Obiecał sobie, że kiedyś jakiejś skosztuje. -Dopre są? Bieszesz je z tego jeziora niedaleko?- spytał, nie wiedząc zbytnio co ma powiedzieć. Był... Onieśmielony. Ten samotnik potrafił tak dużo, a on? Kompletnie nic! Wstyd!!!
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Czas zmieniał bardzo wiele, zmieniał również sposób postrzegania otoczenia, całej rzeczywistości, wszystkiego, co z jakiegoś powodu było ważne i Toń doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Teraz nie spoglądał na życie tak, jak jeszcze kilkanaście księżyców temu, nie był tym samym kotem, co wtedy, chociaż gdyby był w wieku Morwy i ktoś chciał wmawiać mu takie rzeczy, z całą pewnością nie uwierzyłby w taki opowieści, gdyż brzmiałoby to dla niego niesamowicie nieprawdopodobnie. Skoro jednak miał blisko dziewięćdziesiąt księżyców, mógł spokojnie powiedzieć, że wszystko to, co uznawał za niezmienne, gdy był młody, tak naprawdę mogło wiecznie się przeobrażać.
- Bądź tylko ostrożny, nigdy nie wiadomo, jak inne koty podejdą do całej sprawy. Niektórzy wolą od razu przegonić samotników i nie pytać ich nawet, po co właściwie przyszli - powiedział jeszcze, tym samym ostrzegając go nieznacznie, bo nie wiedział, jakie kocur ma właściwie doświadczenia z Klanami, a wolał żeby przypadkiem nie wdał się w jakąś bójkę. Miało to również podwójne znaczenie, gdyż nie dotykało tylko samego Morwy, ale i wszystkich samotników, którzy mogli być oceniani przez pryzmat tylko jednej jednostki.
- Gdyby zaszła taka potrzeba, na pewno spojrzę na twoje rany - obiecał, a później nastawił uszu, gdy kocur zapytał go o ryby i uśmiechnął się do niego lekko. - Tak, jest ich mnóstwo w jeziorze, całkiem różnych, można znaleźć małe i duże, więc łatwo się nimi wyżywić. Mnie smakują, ale to tylko moje zdanie - stwierdził, kręcąc lekko łbem, jakby chciał mu przekazać, że jeśli chce wiedzieć, czy ryby są dobre, to musi się o tym sam przekonać, bo za niego smaku Toń nie rozpozna.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight