Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Dygotał i drżał. Jego futro targał wiatr, a sam wpatrywał się zamglonym wzrokiem w nicość. Co chciał zrobić? Co planował? Nie miał pojęcia. Bał się, tak strasznie się bał. Miał momenty w którym wydawałoby się, że wszystko kieruje się na prostą a wtedy - przychodziła wilgoć i ta okropna chmura! Nie mógł się tego pozbyć, nie mógł! Okropne sceny rozgrywające się pod jego powiekami podczas marnego i płytkiego snu wcale mu nie pomagały. Był zmęczony, słaby i głodny gdzieś daleko od domu. Jednak czy nadal mógł nazywać obóz domem? Pewnie tak, jednak te spojrzenia i świadomość braku przydatności go dobijały Nienawistne spojrzenie i zdegustowany wyraz pyska ojca wyryty w jego myślach również nie poprawiał sytuacji. Dyniowa Łapa się zatracał we własnym smutku i nachodzącym na to wszystko szaleństwie. Nie potrafił zrozumieć sytuacji, która spędzała mu sen z powiek. Nie wiedział jak powinien się zachować. Z jednej strony miał ochotę wyć i błagać o pomoc, z drugiej jego gardło zaciskało się nie wypuszczając żadnych dźwięków poza jego wnętrze. Był swoim własnym więzieniem a z każdym wschodem słońca i księżycem było tylko gorzej. Był kocięciem zamkniętym w ciele dorosłego kota, w swoim świecie z którego nie mógł uciec jak się walił i gnił. Wbił pazury głęboko w chłodną ziemię o pożółkłej, brudnej trawie. Był sam, całkiem sam z tym wszystkim. Niby jakieś koty wokół niego przebywały, jednak widział jedynie ciemne sylwetki pośród nicości i bieli. Czarne plamy nachodzące na siebie, wykrzywiające pyski w wyrazach zaniepokojenia, rozpaczy i strachu. Przynajmniej...tyle był w stanie określić. A może i nawet tu się pomylił? Miał problemy z tego typu rzeczami, chociaż grymas niezadowolenia i niedowierzania znał na pamięć. Oj znał...
Kolejny wstrząs. Tym razem nie spowodowany zimnem i drgawkami. Usłyszał czyjś głos. Otworzył szerzej ślepia i poruszył delikatnie uchem jakby chcąc się upewnić czy to nie wytwór jego wyobraźni. Słyszał to jak przez głęboką wodę. Jednak...głos powtórzył swój czyn. Zdołał się przebić przez niewidoczną powierzchnie mętnej wody i dotrzeć do rudzielca. Jego imię...
Odwrócił łeb i zastygł. To nie była czarna plama. Nie...ona była zdecydowanie ruda! Źrenice kocurka nagle się zmniejszyły do wielkości malutkich szparek. Poderwał się chwiejnie na łapy i zjeżył wypłowiałą sierść w ostrzegawczym geście, zaczynając się oddalać od przybysza. Sierść...ta sierść! Rudy...rudy potwór! Skąd znał jego imię? Jesteś beznadziejny wyszeptał chłodno znajomy głos a kocurek pokręcił łbem zaciskając mocniej szczęki w panice. xx- Zo-zostaw - wychrypiał, kładąc uszy po sobie. - Zostaw mnie! - jego obraz był zamazany jednak widział sylwetkę. Rudą. Tyle mu wystarczyło aby spanikować. Miał być sam, przecież nikt tutaj nie chodzi! W panice nawet nie rozglądając się wystrzelił w kierunku ostrego zapachu i rysującego się przed jego oczami ciemnego, płaskiego kształtu. Musiał uciec, musiał uciec!
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
xxxŻaba nie mógł wiedzieć co w tym momencie dzieje się w głowie rudego Terminatora. Bo i skąd? Mimo sympatii, jaką go obdarzał i nawet jeżeli gdzieś w odmętach swojego zepsutego samouwielbieniem serduszka uważał go za jednego z niewielu przyjaciół, to w gruncie rzeczy był w życiu zainteresowany jednym - samym sobą. Nigdy nie wpadł na pomysł, przeanalizowania stanu psychicznego Dyńka po śmierci siostry i nigdy potem, jak również, że ten mógłby potrzebować czyjegoś wsparcia. Właściwie to nie poświęcił mu w ogóle zbyt wielu myśli. Jeżeli dłużej się nad tym zastanowić, to nawet jego nieomal rycerski bieg na granice, w poszukiwaniu śladów siostry, nie był niczym innym niż zaspokojeniem własnej potrzeby uzewnętrznienia smutku. Czy ruszyłby tak samo prędko, gdyby usłyszał, że Biała Łapa walczy z lisem? No wątpię... W tym momencie jedynym co było dla niego zrozumiałe, był fakt, że coś jest bardzo nie tak, jak być powinno. To poczciwe, wieczne dziecko stało gdzieś poza bezpiecznymi granicami klanu. No właśnie, właściwie to gdzie? Czuł gryzący nos zapach, jednak jedynym, na czym potrafił się skupić, było poranione, dygoczące jak osika na wietrze ciało Terminatora, a kiedy spojrzał w normalnie wypełnione wesołymi iskierkami oczy, nie dojrzał w nich nic oprócz pustki. Poczuł uderzenie zimnego wiatru na swoim boku i zadrżał, sam nie wiedząc, czy pod jego wpływem, czy tego smutnego obrazka. xxx"Zo-zostaw" to jedno, krótkie słowo zdawało się wręcz ociekać cierpieniem. Co miał niby teraz zrobić? Nigdy nie znalazł się w sytuacji, która wymagałaby od niego wykazania, choćby szczypty czegoś w rodzaju heroicznej odwagi Wojownika. Tu przydałby się ktoś taki jak choćby jego brat, silniejszy i gotowy do poharatania sobie karku w czyjejś obronie. To była myśl! Przyprowadzi pomoc! xxx- Dyniowa Łapo, poczekaj tu... - przerwał mu krzyk i próba ataku, pod których wpływem, aż położył uszy po sobie. xxxCo do stu diabłów?! Zszokowany Żaba, przez kilka uderzeń serca po prostu wpatrywał się tępo w uciekającego w stronę ciemnego, płaskiego kształtu przed nimi kocura. I jeszcze ten zapach... czy mogło być to, to o czym myślał? Spiął się, dość bezmyślnie ruszając za młodszym kolegą. xxx- Dynia! - Głos Żaby uderzył w wysoki, piskliwy ton, kiedy starał się zatarasować mu drogę. - Opanuj się, to przecież nierozważne! Stój! Dyniowa Łapo, stójże wreszcie! To jest Grzmiąca Ścieżka, ty nieroztropny kocie!
Sadza nigdy nie wychodziła z obozu poza treningami. I praktycznie wcale z niego nie wychodziła od...od pogrzebu Jesion, czyli od księżyców. Terenów Wichru nie znała prawie wcale, a jeśli już gdzieś szła - szła razem z Dynią. Zawsze poza bezpiecznymi murami obozowiska chodziła za Dynią. Więc czemu tym razem miałoby być inaczej?
Bo najpierw, najpierw córka Pomarańczy chciała odwiedzić swojego brata w Ziołowym Wzgórzu, mimo niechęci - strachu! - do medyczki, mimo awersji przed samą lecznicą, ale, na osty i ciernie, jaką byłaby siostrą, gdyby nie odwiedzała swojego kochanego Dyniowej Łapy? Przyniosła mu nawet ze stosu kuropatwę...a w lecznicy Dyni nie było. I to był moment, w którym Sadzową Łapę oblały nerwy. Jeszcze nie panika, ale już wtedy była poddenerwowana i nie rozumiała, co się stało, jeśli jej brata nie było tutaj.
Więc zostawiła kuropatwę tam, gdzie stała, dochodząc do wniosku, że zje ją potem Lśniąca Sadzawka lub ktoś z chorych; i wyszła z Ziołowego Wzgórza równie niechętnie, ale musiała wiedzieć, gdzie jest jej rude słoneczko. Nie...nie poruszała się po obozie tak pewnie, jak kiedyś, jednak wiedziała, że teraz potrzebuje się przemóc. Może przesadzała, może Dynia...poszedł na trening? Nie, jeszcze na to za wcześnie...poruszała się wśród zarośli obozu z nosem przy ziemi, ze wszystkich zapachów, ze wszystkich śladów próbując znaleźć te, należące do brata.
A więc gdy znalazła woń prowadzącą poza obóz - panika i wszechobecny lęk. Wiele lęków na raz. Och, na Gwiezdny Klan, przecież on...nie, niemożliwe. Sadza rozejrzała się rozbieganym spojrzeniem, szybko analizując opcje, i nie miała ich zbyt wiele. Nie, nie powiadomi nikogo, bo wtedy...wtedy Dynia może mieć kłopoty, ale jeśli nikogo nie powiadomi i pójdzie za nim sama...miała w ogóle odwagę wyjść z obozu i ruszyć za i tak mizernym tropem braciszka? Co jeśli się zgubi?
Jednak to nie chodziło o losowego kota, ani nawet o nią samą, to chodziło o Dyniową Łapę. Przełknęła ślinę i na drżących łapach, rozglądając się przy tym, czy nikt jej nie namierzył wzrokiem, wypruła poza obóz, kierując się znanym zapachem braciszka.
Kolczaste Krzewy znała stosunkowo dobrze i wiedziała, że jeżeli przejdzie przez nie, dalej powinno być...ha, z górki, prawda? Była przerażona. Przerażała ją wizja wyjścia z obozu ale zdrowy rozsądek wyparował dawno i jedyną myślą, jaką miała, poza lękiem tego, co spotka poza bezpiecznym domem, było znaleźć Dynię i sprowadzić go bezpiecznie do obozu.
A gdy wygrzebała się z zarośli przy obozie, na otwartej przestrzeni woń wydawała się być niesamowicie rozwiana. Otwarta przestrzeń. Było tak dużo miejsca...zapomniała już prawie jak to jest poza obozem Wichru. Stanęła jak wryta, zielonymi oczyma skanując przestrzeń wokół. Było...pięknie.
Nie nad tym jednak teraz musiała się zastanawiać, dalej pozostawała kwestia jej braciszka. Sadzowa Łapa zebrała w sobie resztki odwagi i żwawym krokiem ruszyła za resztką tropu jaki pozostawał po Dyni. Nie zorientowała się nawet, kiedy opuściła bezpieczne, znajome granice.
A przy Szarych Topolach zobaczyła dwa włochate, rude kształty i była przekonana - przekonana! - że jeden z nich, to Dyniowa Łapa. Usłyszała jego wrzask. I na moment serce Sadzy stanęło jej w gardle, bo myślała, że tym drugim, który go goni, jest lis. Lis jednak przemawiał głosem równie znajomym, bo kocim. Ktoś z obozu? Znał jego imię - tak, to BYŁ Dynia! Grzmiąca Ścieżka?
Kotka zaszła już tak daleko, mimo paniki i lęków kłębiących się jak chmura burzowa w jej głowie, teraz nie mogła odpuścić. Znalazła swojego brata, a on...był w niebezpieczeństwie? Na to wskazywał głos Żabiego Księcia.
Rzuciła się pędem za dwoma rudymi kształtami, tyle, ile miała sił w zesztywniałych łapach. Chciała dobiec, dogonić ich, zagrodzić drogę swojemu braciszkowi, przytulić go i powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że tata wcale nie będzie zły, nawet jeśli byłoby to rzewne kłamstwo...
- DYNIA! - wyrwało jej się jeszcze z pyszczka, piskliwie, przerażonym, drżącym głosem, który odbijał się echem od Topoli, gdy Sadza biegła pomiędzy nimi. Nie była pewna, czym była Grzmiąca Ścieżka...nie brzmiało to jednak dobrze, drugi rudy kocur wyglądał na przerażonego i to samo wystarczyło Sadzowej Łapie.
Nie mogła kolejny raz zawieść brata.
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Powinien być sam. Siedzieć tutaj, wypłakać się i wykrzyczeć z bezsilności. Chciał wszystko naprawić, jednak nie potrafił. Chciał to przemyśleć, ale jego umysł był zamglony i dziurawy. Ba! Można nawet powiedzieć, że był zaśmiecony. Tak, zaśmiecony wszystkim co wsiąkał. Był przerażony tym, że nie miał pojęcia co się wokół niego dzieje. Był sam, powinien być sam a nagle pojawiła się jakaś ruda sylwetka, która znała jego imię. Można powiedzieć, że Dyniowa Łapa nie był do końca sobą. Już od pary wschodów słońca jak nie księżyca zachowywał się dziwnie. Zaczęło się niewinnie aby skończyć się tutaj. Teraz, kiedy na miejsce przybył Żabia Łapa chcąc mu pomóc i sprowadzić kogoś jeszcze, rudzielec czuł się osaczony i wystraszony. Widział wszystko nieco inaczej, widział plamy i rozmazane otoczenie. Jego myśli wrzeszczały, serce biło jak oszalałe. Miał przed oczami wiele wykrzywionych twarzy i nie mógł ich od siebie odpędzić. Chciał być sam...Chciał to naprawić i wrócić! Dlaczego nie mógł? Dlaczego wszystko było takie trudne, niezrozumiałe i obce? Jego ciało dygotało, dreszcze nie odpuszczały bolesnych tańców po jego skórze licząc każdy kręg w jego kręgosłupie. Zerwał się do ucieczki zaraz po tym jak skojarzył rudą sylwetkę z niebezpieczeństwem. Bo...to było niebezpieczeństwo, prawda? Lis był rudy i zabił Jesion, a pies z którym walczył również miał rude futro! Poranił jego kark i gardło przy czym skręcił również przednią łapę która jak na zawołanie się odezwała i rudzielec pisnął pod nosem jak stanął na nią nieco mocniej. Wszystko co go prześladowało było w rudym kolorze. Lis, pies i on sam. I co ty robisz? usłyszał syk gdzieś z tyłu swojej głowy. Żałosne, i ty chcesz nazywać się moim synem? W zamglonych, żółtych ślepiach terminatora pojawiły się łzy. Doskonale znał ten głos, aż za dobrze! Pokręcił łbem i tak jak planował - zaczął uciekać. Nie wiedział gdzie, nie wiedział dokąd i czy aby na pewno było to rozsądne i bezpieczne. Chociaż trudno było w tym momencie orzec, czy Dyniowa Łapa w ogóle jest w stanie myśleć rozsądnie. Jak rozsądne może być księżycowe kocię nie potrafiące poradzić sobie z sytuacją? Czuł gryzący zapach który drażnił jego gardło jak i nozdrza, jednak parł dalej. Może zaraz się to rozwieje? Może to nic więcej jak...brudna ziemia? O tak, błoto też pachniało bardzo brzydko i miało podobny kolor do tego, do którego nieświadomie zmierzał. Nigdy tutaj nie był i najpewniej nigdy by nie trafił jakby nie przydarzyło mu się to wszystko. Odpędziłby od siebie żałobę po stracie siostry i wesoło kontynuował trening, którego nie miałby szansy nigdy ukończyć. Żyłby w swojej mydlanej bańce szczęścia i niewinności, ślepy na prawdę na którą i tak czy siak był ślepy nawet jak Lśniąca Sadzawka podsunęła mu ją pod sam nos! Nie mógł nic na to poradzić. Niestety. Biegłby dalej na tyle na ile pozwalały mu jeszcze zaoszczędzone siły jednak jakiś kształt poprzedzając swoje przybycie głośnym, piskliwym zawodem starał się zamknąć mu drogę. Kocurek się cofnął i potrząsnął łbem chcąc odpędzić od siebie mroczki i mgłę. Wtedy dopiero dojrzał pysk, dojrzał ciało tak znajome i och! Przecież to był...Żaba? Przestraszony i starający się go odwieźć od dalszej ucieczki. Syn Czerwonego Pazura rozejrzał się w panice. Szukał rudego futra przed którym uciekał bo niemożliwe aby robił to przed synem przywódczyni! Chociaż... Zamrugał pospiesznie i poczuł jak skręca mu się żołądek nie tylko z głodu ale i stresu. Grzmiąca ścieżka? Nie mógł uwierzyć, przecież nie poszedłby tak daleko, żeby dojść do Grzmiącej Ścieżki! xx- Grzmiąca Ścieżka? - wyszeptał cicho nie mogąc uwierzyć w słowa kocura. Ciemne chmury jego umysłu nie pozwoliły mu otrzeźwieć na długo, bowiem wraz z przybyciem na miejsce Sadzy i jej próbom zatrzymania go; Dynia znów wpadł w panikę. Czuł się otoczony, zamknięty, zgniatany. Najeżył się cały. Wysuwał i wsuwał pazury, które następnie wbijał w ziemię a jego oczy otworzyły się jeszcze szerzej zamglone... własnie, czym one były zamglone? Czy można było to nazwać szaleństwem? Kolejna sylwetka, tym razem ciemna i wykrzywionym pyszczku w grymasie przerażenia krzyczała jego imię. Poznał w niej swoją siostrę, Sadzową Łapę, która okropnie zadręczała się jego stanem tak samo jak niegdyś on. Nie mógł jej się pokazać w takim stanie! xx- Zostawcie mnie! - pisnął i przemknął obok Żaby zaciskając mocno zęby. - Zosta-wcie! - rzucił łamiącym się głosem zostawiając ich z tyłu. Kiedy to gnał na oślep przed siebie jego serce biło jak szalone, płuca piekły a łapy rwały z wycieńczenia. Chciał się ukryć przed światem i przeczekać aż wszystko co złe go minie. Tak jak dziecko chowające się pod kołdrę przed duchami myśląc, że ciepła pierzyna go uchowa. Tu jednak duchy były prawdziwymi demonami podświadomości młodego kocura. Nie było też łóżka ani legowiska w którym by się skulił, zamknął oczy i otworzył je w innej, lepszej rzeczywistości. Wtedy też wbiegł prosto na Grzmiącą Ścieżkę a pod jego łapami poczuł zimny asfalt - zastygł w bezruchu. Czy to odpowiedni moment aby się obudzić? Bez dwóch zdań. Zacisnął mocno powieki i nie ruszając się z miejsca dygotał dalej. Beznadziejny xx- P-proszę...c-chce się obudzić, t-to zły sen...zly sen!
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Dyniowa Łapa tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, w co właśnie się pakuje. Wbiegł na Grzmiącą Ścieżkę i... zamarł w bezruchu. Nie było to najrozsądniejsze, co mógł zrobić, bo w każdej chwili mógł pojawić się jakiś potwór. Na całe szczęście droga ta nie było szczególnie uczęszczana, więc Żabia Łapa i Sadzowa Łapa mieli chwilę czasu, by terminatora zaciągnąć w bezpieczne miejsce, ale kto wie, jak wiele go mieli.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Gdyby Sadza zorientowała się szybciej o tym, w jak opłakanym stanie znalazł się jej brat, och, gdyby tylko potrafiła to odczytać szybciej, pomogłaby mu jak tylko potrafiła. Ale jak miała mu pomóc, skoro cierpiała z dokładnie tego samego powodu? Jak mogła mu pomóc jeśli nie potrafiła nawet pomóc samej sobie? Jednak teraz, gdy w desperackiej próbie pomocy swojemu braciszkowi zapędziła się na ziemię niczyje, na Grzmiącą Ścieżkę...musiała mu jakoś pomóc. Chciała mu pomóc, serce jej pękło gdy zobaczyła jak reaguje na obecność jej i tego drugiego rudego kocura. Bo, tak na dobrą sprawę, rozumiała go lepiej niż ktokolwiek inny - od księżyców Sadzowa Łapa odczuwała to samo co Dynia.
A teraz...MUSIAŁA mu pomóc, musiała przezwyciężyć na chwilę swój własny strach i swoje własne problemy. Pisk Dyniowej Łapy kompletnie roztrzaskał na kawałki jej serduszko. Nie wiedziała, jak on tak naprawdę się czuje, bo nie siedziała mu w głowie; widziała tylko, jak spanikowany był. Panikę sama doskonale znała. Łzy spływały po mordce Sadzy; wyhamowała, gdy tylko zobaczyła, że i Dynia się zatrzymał, ale...och, nie, spłoszyła go jeszcze bardziej, prawda? Pisnęła niewyraźnie, zdezorientowana, lustrując wzrokiem to Dyniową Łapę to Żabią Łapę. Co miała robić? Jej brat znowu rzucił się do ucieczki. Kotka przytuliła płasko uszy do czaszki, decydując się pobiec jednak za spanikowanym rudzielcem. Podszepty podświadomości zapełniły jej głowę - i wątpliwości, ale tylko na chwilę. Nie mogłaby wrócić do obozu ze świadomością, że nie spróbowała Dyni pomóc w żaden sposób.
Zatrzymała się dopiero tuż przed samą Grzmiącą Ścieżką. Pachniało okropnie, a Dynia, Dynia stał na samym środku, na Gwiezdny Klan, co robić? Szylkretka rozejrzała się w panice, szukając wzrokiem Żaby, czy pobiegł za nimi...przełknęła ślinę, robiąc krok do przodu - w kierunku Dyni.
- W-Wiem, braciszku, Dy-Dynia kochanie, j-ja wiem...ja wie-wiem, że t-to wszystko jest tak n-nie-niesprawiedliwe i o-okropne, w-wiem! W-Wiem i ro-rozumiem jak musi Ci być t-trudno z t-tym! - wyjęczała żałośnie, piskliwym głosem, jednak ociekał empatią, miłością i szczerą chęcią poprawienia stanu Dyniowej Łapy. Tak bardzo chciała mu pomóc, nie mogła patrzeć, jak się zadręcza i jak bardzo cierpi. - A-Ale pro-proszę Cię...m-masz mnie, Ż-Żmijkę, m-my przy to-tobie jesteśmy! J-Ja zrobię wszy-wszystko, żeby Ci pomóc, br-braciszku, Dynia, p-proszę...zejdź s-stamtąd, bł-a-agam, wracajmy do obo-zu! - kolejnych kilka drżących, niepewny kroków do przodu. Sadza załkała głośno; wizja nieco jej się rozmazywała przez łzy. Znalazła się bliżej Dyni, na chłodnym asfalcie i nawet tego nie zauważyła. Teraz tylko jej brat się liczył.- D-Dynia, wsz-wszystko w ko-końcu się u-ułoży, ja o-obiecuję...wracajmy d-do obozu, proszę, Dynia, ch-chodź ze m-mną...
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
xxxŻaba może i piszczał jak gumowa zabawka, jednocześnie drąc się jak stare prześcieradło, jednak moment nie wydawał mu się odpowiedni na stymulację głosu, tak aby brzmiał nieco bardziej dostojnie. W końcu po prostu i najzwyczajniej się bał. Bał, że zaraz zostanie stratowany przez łapy okaleczonego olbrzyma, że ten rzuci się na niego z pazurami albo że to wszystko nic nie da i Dynia pobiegnie dalej, wprost na Grzmiącą Ścieżkę. Potrzebował pomocy i pomiędzy kolejnymi wrzaskami, które gotowe były zapewne zbudzić martwych z ich wiecznego snu, modlił się w myślach, żeby zjawił się tam ktokolwiek, kto będzie w stanie opanować sytuację. Lecz może zupełnie niepotrzebnie? Syn Czerwonego Pazura w końcu się zatrzymał, a Żaba wraz z nim, spięty i w gotowości do uniknięcia ewentualnego ciosu, który nie nadszedł. Zamiast tego, żółte ślepia spoglądały na niego, tak, jakby ich właściciel nareszcie zrozumiał, kto przed nim stoi, a słowa kocurka zdawały się wskazywać na to, że zaczynał orientować się w sytuacji. xxx- Tak, Grzmiąca Ścieżka - odparł zachrypniętym od wrzasków głosem, w którym dało się wyczuć ulgę. To już po wszystkim, prawda? Dynia, cokolwiek się z nim działo, zaraz zrozumie, gdzie się znajdują i co się dzieje, wróci do umysłowej przytomności... xxxCiemna sylwetka pojawiła się przy nich tak nagle, że sam Żaba wzdrygnął się, słysząc jej donośny krzyk. Możliwe, że powinien zauważyć ją wcześniej, jednak był zbyt skupiony na rudzielcu, aby dojrzeć co dzieje się wokół nich. Koniec końcu odetchnął z ulgą, bo przodkowie najwyraźniej nad nim czuwali i przysyłali do pomocy... no właśnie kogo? Nie zdążył nawet zastanowić się nad tym, kim była kotka, kiedy rudzielec ponownie krzyknął i niczym spłoszone zwierze wystrzelił między nimi. xxx- Dynia! xxxOdwrócił się, przez chwilę trwając w szoku i to wystarczyło, aby pozostała dwójka zdążyła się oddalić. Ruszył w ich ślad, kiedy jednak dotarł na skraj asfaltowej powierzchni, ciemna kotka wchodziła już na Grzmiącą Ścieżkę, a na jej środku siedział rudy kocurek. Oblizał nos, spoglądając na boki, słyszał przy tym, jak Sadza łkała, starając się otrzeźwić brata oraz jak Dynia mruczał coś o śnie i przebudzeniu. Ani śladu po potworach, teoretycznie mógł również wejść na jezdnię... jednak kocur tak strasznie wystraszył się, kiedy stali obok niego w dwójkę. Tylko i wyłącznie dla dobra sprawy lepiej będzie, jak zostanie, tam, gdzie stał na swoich drżących ze strachu łapach, prawda?
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Tak, to zdecydowanie musiał być zły sen. Jesionka żyła, Czerwony Pazur wcale go nie odtrącił, a Lśniąca Sadzawka nie powiedziała nic o braku możliwości zostania wojownikiem. Tak, to był jedynie zły koszmar który zaraz po przebudzeniu wyśmieje i opowie go Pomarańczowej Skórce jak tylko ją znajdzie.
Och, jakby on chciał aby tak było.
Otworzył najpierw jedno oko, a potem drugie. Nie...nie możliwe! On nadal stał na tej dziwnej powierzchni i czuł chłód na swoim poranionym karku. Jego sierść była wypłowiała a kości widoczne bez większego problemu. Zadygotał kiedy silniejszy podmuch wiatru uderzył w jego bok. Kto wie ile jeszcze szczęścia mu przysługuje od Gwiezdnego Klanu? I o ile da się to nazwać szczęściem. Wprawdzie wybawili go od szczęk potwora o rudej sierści, jednak...czy to nie było okrutne? Jakby wtedy nigdy już nie otworzył oczy byłby szczęśliwy; zginął w walce! A tak? Wilgoć go zniszczyła od środka, deszcz złych myśli biczował po pyszczku i grzbiecie. Czuł się słabo i źle. Tym bardziej teraz, kiedy nadal wmawiał sobie, że to jedynie sen. To musi być sen! xx- N-nie... - pisnął cichutko i słysząc jeszcze inne zawodzenie, gdzieś za sobą położył uszy na płask. Odwrócił się gwałtownie i wbił przerażone spojrzenie w siostrę, która chciała go z Grzmiącej Ścieżki zabrać. A co jeżeli to nie była Sadza? Jego kochana siostrzyczka? Co, jak to nie Żaba nawoływał ich z bezpiecznej strefy poza zimnym asfaltem? Słowa jego siostry dochodziły do niego jak przez mgłę, a mroczki zmęczenia i głodu znów tańcowały przed nim nieznane pląsy. Pokręcił łbem i zrobił kilkanaście kroków w tył wchodząc jeszcze bardziej na środek Grzmiącej Ścieżki. Te słowa...ten płaczliwy ton! Bał się...bał się! Nic nie jechało, nie słyszał ani nie czuł drgania. Chyba xx- Z-zostaw mnie! Ch-chce być sam...chce się obudzić i to naprawić! - oznajmił chrapliwie i przełknął ślinę w panice. Tak dużo bodźców... I ten jadowity wąż owijający się wokół jego mózgu gotowy wbić w niego swoje kły; Jesteś nikim, nie naprawisz tego. Klan Wichru i tak by się ciebie pozbył. Przecież jesteś bezużyteczny! Cofnął się jeszcze trochę, szorując pazurami po zimnym i płaskim kamieniu. Musiał...musiał się obudzić. Ból nie był prawdziwy, nie mógł!
/Z telefonu, więc błędy jak są to poprawie jutro rano na kompie
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
W głowie terminatora działy się niestworzone rzeczy, był tam chaos, sam nie wiedział co się dzieje, przez co narażał nie tylko siebie, ale i Sadzową Łapę, która spróbowała go stamtąd zabrać. Na całe szczęście dostał jeszcze trochę czasu od przodków na opamiętanie się, albowiem w dalszym ciągu nic nie nadjeżdżało. Tylko czy długo jeszcze drogo pozostanie pusta?
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Tak jakby Sadza już teraz nie odczuwała niechęci do Lśniącej Sadzawki, och na Gwiezdny Klan, gdyby była świadoma tego jak skrzywdziła jego brata mniej lub bardziej takim stwierdzeniem...może zdołałaby zebrać w sobie pewność siebie w wystarczających ilościach, aby i jej i ojcu wygarnąć?
Nie, to nie było możliwe, ale..cóż. Sadza chciałaby, aby była w stanie się do czegoś takiego zmusić.
Martwiła się o Dynię już wcześniej, bo miała wątpliwości, czy on aby na pewno poprawnie się odżywiał. Świeżo po śmierci Jesion sama miała problem z jedzeniem i och, co jeśli jej braciszek też miał? Próbowała go pilnować. Upewniać się, czy coś jadł danego dnia a teraz, gdy wreszcie znów mu się przyglądała czuła piekące łzy pod powiekami widząc, jak chudy się zrobił. I Lśniąca Sadzawka naprawdę nic z tym nie robiła, chociaż pewnie mogła? Sadzowa Łapa zacisnęła szczęki, każdy mięsień jej ciała się napinał w przypływie na pewno stresu i czegoś na rodzaj irytacji. Wobec świata który tak skrzywdził i ją i Dyniową Łapę. To, do czego okrutny los doprowadził i ją i jej brata, co teraz tak wyraźnie widziała - nic w tym nie było sprawiedliwego.
Powstrzymała kolejny wybuch płaczu, tak bardzo próbując kontrolować kolejne fale łez spływające po jej pstrokatych policzkach, ale och, nie umiała zapanować nad własnymi emocjami w tej chwili. Była tak przerażona. To był obcy teren, kompletnie, ziemie niczyje i dziwne pasmo ziemi, tak twardej i zimnej pod łapami, tak śmierdzącej - Grzmiąca Ścieżka, nie, tu nie było bezpiecznie, a Dynia też tak bardzo się bał. Sadza wzięła głęboki, drżący wdech, robiąc krok do przodu. Czerwień pod powiekami, stres, natłok myśli - a przed nią jej kochany Dynia któremu musiała pomóc.
- N-Naprawimy to D-Dynia, bra-braciszku, obiecuję, n-naprawimy, ra-ra-razem, p-p-pom-ogę Ci j-jak tylko bę-dę potrafiła...c-chodź ze-ze mną, w-wracajmy do d-domu, do domu, p-proszę Cię - wydukała, rozbieganym wzrokiem lustrując zarówno przerażonego brata jak i drogę na której się znaleźli. To był koszmar z którego nie mogli się obudzić, ale och, mogli z tym walczyć w jakis sposób, prawda? Musieli spróbować, och, Żmijka dała radę, oni też mogą, na pewno... - Ch-Chodź, braciszku, po-pozwól mi pomóc!
Chciała chwycić swojego brata, złapać go mocno za skórę na karku, za rude kudły i ściągnąć z drogi, byle na bezpieczną trawę, byle daleko stąd, chciała mu pomóc stamtąd zejść, ale...teraz sama nie umiała się ruszyć.
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Drżał i dygotał. Odór drogi wżerał się w jego nos a podmuchy wiatru jeszcze bardziej plątały jego zmatowiałe futerko. Nie wiedział gdzie jest, co się dzieje, chciał się obudzić i móc odetchnąć! Poczuć słodki zapach własnego legowiska, pośmiać się z przyjaciółmi z tego dziwnego snu. Opowiedzieć go Pomarańczowej Skórce, zjeść mysz u boku Czerwonego Pazura i...i... Huczało mu w uszach a przed oczami tańcowały ciemne plamy. Zacisnął mocniej szczeki i skulił się w miejscu do którego się cofnął z bezsilności, strachu i zwykłej słabości. Czuł się taki głośny, pusty i osamotniony. Wrzaski kłębiły się wokół jej głowy, wiatr zdawał się wręcz go porywać i miotać na wszystkie strony ogłuszając swoim szumem. Czuł, jak jego ranna łapa dygocze, jak mięśnie odmawiają posłuszeństwa, jak pazury jeżdżą bezsilnie po twardej powierzchni. Załkał cichutko przywierając do powierzchni Grzmiącej Ścieżki. To nie było prawdziwe, to nie było prawdziwe! Czuł się tak samo jak wtedy, kiedy sam opuścił obóz i zgubił się przy granicy z Klanem Rzeki. Czy teraz również Ćmi Zmierzch przyjdzie go uratować spomiędzy kamieni, postawi na suchej ziemi i zapewni, że wszystko w porządku? Przyjdzie Wronie Serce i Leszczynowa Gałązka aby go zabrać przed oblicze Sokoła, który go za to wszystko pouczy? Niewinne wyjście...Niewinne! Zapiszczał żałośniej, próbując wbić pazury w powierzchnie, jednak odczuł tylko ból. Okropnie namacalny ból, którego nie powinno być. Rany na karku i gardle również się odezwały co spowodowało, że w rudzielca uderzyła rzeczywistość. Otworzył szeroko zamglone ślepia i wbił je w przybliżającą w jego kierunku sylwetkę Sadzy. Zamrugał i postawił uszy zastygając w bezruchu. Chociaż nie...on nie spoglądał na pyszczek siostry, on zerkał gdzieś za nią. Nie na Żabę, nie na drzewa, a na masywną sylwetkę dymnego kocura malującą się gdzieś przy poboczu. Wyraz jego pyska był przerażający. Zmarszczony nos, napięte mięśnie, uniesiona kryza! Och Gwiezdni! Nie naprawisz tego wyszeptała zjawa. Nie wrócisz do domu, ty już go nie masz dodała z ostrym uśmiechem. Jesteś niczym! xx- N-nie! Nie...- pokręcił łbem, cofając się jeszcze bardziej. Zmusił łapy do posłuszeństwa i podniósł się na nie dość chwiejnie. Jego ogon przecinał powietrze w nerwowych gestach. - P-proszę t-tato..ja...ja chciałem ci udowodnić zie...zie jestem super sy-synem...- mamrotał, kręcił łbem i jeździł pazurami po powierzchni coraz bardziej oddalając się do siostry. Omamy nie znikały, kroczyły w jego stronę i zdawały się wręcz biec. Za to Sadza zniknęła, nie widział jej! Słyszał tylko jej zawodzenie, które powoli napierało na jego przerażony umysł i narastało. Coraz bardziej i bardziej, i bardziej... Nagle jego serce ustało a przed pyskiem miał coś co nie istniało. Tylko on to widział. Był to zlepek różnych kotów. Wiele pysków, wiele grymasów, jednak wszystkie zdawały się go atakować. Czuł, jak pożerają go spojrzeniem, wrzeszczą...Był tam Sokół, Malina, Czerwony Pazur, Lśniąca Sadzawka, Iglak, Jesion... Nie zostaniesz wojownikiem Zawiodłeś mnie DYNIA Spójrz na mnie! Nie mam syna... usłyszał i łzy napłynęły do jego oczu. Nie mam syna! xx- Nie! - pisnął i nagle zerwał się do biegu, odwracając się i pędząc na oślep przez Grzmiącą Ścieżkę, zostawiając za sobą nieistniejące omamy, siostrę i Żabę. Musiał uciec, zaszyć się w legowisku, zacisnąć oczy...Obudzić się! Nie, zaraz to się skończy, musi się skończyć! Koszmar...zwykły koszmar...
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Sprawy przestały wyglądać tak dobrze. Dyniowa Łapa zaczął biec wzdłuż Grzmiącej Ścieżki, a w oddali zaczął być słyszalny dźwięk silnika jednego z potworów, który właściwie zmaterializował się za nim. Rudy kocur zdawał się tym jednak nie przejmować i biegł dalej przed siebie. Sam właściwie nie wiedział, że ma się czym przejmować. Nic nie słyszał, nic nie widział. Był zajęty tym, co działo się w jego głowie. Co innego natomiast, jeśli chodziło o Sadzową Łapę. Kocica dostrzegła niebezpiecznie się zbliżające światła samochodu, a w jej uszach rozbrzmiał warkot silnika. Mogła zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli jej brat lada moment nie zejdzie z drogi, to skończy bardzo źle. Za kierownicą siedział młody chłopak, a miejsca pasażerów zajmowali jego znajomi. Najwidoczniej chciał się przed nimi popisać, bo prędkość z jaką jechał bynajmniej nie była przepisowa i nawet jeśli zobaczy kota, nie będzie miał czasu na reakcję.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Każdy pisk, jęk i choćby ciche łkanie które wydobywało się z pyska Dyni trafiało prosto w jej serce i roztrzaskiwało je kawałek po kawałku. Była bezradna tak samo jak Żaba stojący nieopodal, jak sam Dyniowa Łapa. Bo co miała zrobić? Co miała powiedzieć? Och, Dynia był od niej większy i silniejszy i gdyby spróbowała go złapać za futro na szyi i pociągnąć w swoją stronę, w stronę bezpiecznej trawy, pewnie nawet by nie drgnął, kto wie jakby tak naprawdę zareagował? Bała się. Okropnie się bała a rozbiegany wzrok braciszka, tego rudego promyczka szczęścia, przerażone, zaszklone spojrzenie lawirujące gdzieś na punktach na horyzoncie - miała wrażenie, iż Dynia patrzy w jej kierunku ale jej nie widzi. Och, on panikował tak samo jak ona, też wyżywał nerwy na sobie samym, ale w sposób gorszy od fizycznej autodestrukcji, jaką niegdyś uskuteczniała Sadzowa Łapa, bo Dynia sam siebie wyniszczał psychicznie. Jego siostrze się polepszyło a on, biedny Dynia wpadał w spiralę żałoby, paniki, beznadziei i braku poczucia własnej wartości. A co mogła zrobić Sadza?
Och, nie mogła zrobić nic. Na chwilę przestała oddychać gdy jej brat wydusił z siebie płaczliwe przeprosiny w kierunku nikogo z zebranych - bo w kierunku ojca. Czerwony Pazur, ten ojciec któremu ona sama tak bardzo chciała zaimponować i chciała zyskać jego aprobatę w jakikolwiek sposób...ale nie umiała. A Dynia, Dynia też tego tak pragnął, że teraz...był równie złamany co sama Sadza niedawno. Opuściła bezwładnie łeb i pstrokatą szczękę w niedowierzaniu. Serduszko jej pękało a panika coraz intensywniej buzowała w żyłach, rozprzestrzeniała się po całym jej ciele...
A potem poczuła drżenie pod łapami, i nie były to jej spazmatyczne drgawki. To asfalt tak drgał; smród drogi skaził jej wrażliwe nozdrza wyrywając ją z amoku na chwilę. Zaszklonymi, zielonymi ślepiami zeskanowała Grzmiącą Ścieżkę a gdy ujrzała...och, to faktycznie były potwory. Sadza wzdrygnęła się.
I zawahała tylko chwilę, racjonalne myślenie wyparowało w eter. Dyniowa Łapa czuł się nic nie wart i chciał się obudzić z tego koszmaru...tak jak ona sama niedawno. Ale, och, nie, nie mógł się obudzić w ten sposób. Zapomniała o istnieniu Żabiej Łapy. Instynkt. Odruch, paniczna, desperacka chęć ratowania tego, co było ważniejsze niż ona sama - Dyni. Wypruła do przodu z wysuniętymi przed siebie włochatymi, drżącymi łapami, chcąc z całej siły uderzyć w Dyniową Łapę, przewrócić go i przeturlać się z nim na bok. Na drugą stronę ulicy. Nic nie pomogło by zaciąganie go w swoją stronę, musiała go przepchać na drugą.
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
Dynia wciąż pływał w bezkresnym oceanie obłędu, a Sadzowa Łapa starała się bezskutecznie go z niego wyciągnąć. Cóż robił w tym czasie Żabol? Dalej stał, niczym krasnal ogrodowy, tyle że na poboczu, a nie na tyłach domu, rozglądając się niepewnie po ciemnej powierzchni Grzmiącej Ścieżki. Słyszał tyle razy o tym, jak niebezpieczna była, jak pędziły po niej rozpędzone potwory, które były zupełnie inne niż drapieżniki, z którymi walczyli Wojownicy. Przeciwko nim żaden kot, nawet sama Gwiazda, nie miał najmniejszych szans. Gdyby chodziło o szybkie przebiegnięcie jej szerokości, aby znaleźć się po drugiej stronie, możliwe, że strach nie spiorunowałby go w taki sposób, rudy olbrzym siedział jednak na samym jej środku. Na krótkie uderzenie serca postawił łapę na asfalcie, zaraz jednak zabrał ją z powrotem. A co jeżeli jakaś z tych śmierdzących bestii wyskoczy nagle zza krzaka? Przełknął głośno ślinę, wyobrażając sobie, że ktoś tak wspaniały, jak on sam, na pewno były smacznym kąskiem, na którego te przerażające stwory miałyby większą chrapkę aniżeli na potomstwo Pomarańczowej Skórki.
Lament, który wyrwał się z gardła Dyni, odwrócił uwagę rudego królewicza od rozmyślań na temat niebezpieczeństwa. Usłyszał coś, co brzmiało jak „tato”, a potem „dobrym synem”. Nie wiedział co, ale coś bardzo złego musiało wydarzyć się pomiędzy obłąkanym kotem, a jego ojcem. Czy czarna kotka wiedziała, o co chodzi? Czy którekolwiek z nich mogło czemukolwiek teraz zaradzić? Jak na razie jej starania nie zdawały przynosić się, żadnego efektu, ba! Dynia zaczął biec na nowo przed siebie, doprowadzając Żabę, mimo wciąż ogarniającej go paniki, do lekkiej irytacji powtarzającym się schematem sytuacji. Mimo to ruszył poboczem za nimi, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że jak tak dalej pójdzie, to dobiegną do samej Słonej Wody... no, chyba że nie, bo oto pojawiło się to, czego najbardziej się obawiał. Potwór, szybki, wielki i śmierdzący, więcej nie zdążył zaobserwować, skupiając się na pozostałej dwójce kotów, która wciąż poruszała się środkiem jego ścieżki. - Dynia! – Krzyknął piskliwie, widząc jednocześnie, jak Sadzowa Łapa przyśpiesza. Czy miała zamiar zepchnąć go z jezdni? Miała na tyle siły? Czy było to możliwe w pojedynkę?
Spojrzał raz jeszcze na potwora, by w końcu, z przytulonymi do czaszki uszami wbiec na asfalt. Pędził najszybciej, jak potrafił, chcąc pomóc kotce w przepchnięciu rudego kocura na bezpieczny kawałek ziemi.
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Biegł w niewiedzy. Niezbyt zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Zresztą! Kiedy sobie zdawał? Planował jedynie tu chwilę posiedzieć, przemyśleć i odreagować to co zdążyło się wydarzyć w jego życiu. Ostatecznie tak jak i reszta jego planów na polepszenie swojej sytuacji nie wypaliła, bowiem zjawił się Żaba a za nim jego siostra, Sadzowa Łapa. Czuł się osaczony i atakowany. Wszystko migało mu przed oczami a szum wiatru i bicie własnego serca było dla niego czymś okropnie głośnym. Na tyle głośnym aby zagłuszyć dudnienie zbliżającego się potwora. Pędził w ich stronę, jednak Dyniowa Łapa nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego oczy były zapełnione łzami a ten biegł przed siebie coraz wolniej. Łapy odmawiały mu posłuszeństwa jednak chciał uciec jak najdalej od tego wszystkiego. Nie mógł pojąć, co właśnie miało miejsce. Tego, dlaczego ktoś wciąż krzyczy jego imię. Dlaczego? Dlaczego ktoś dalej go nawołuje chociaż prosi! nie chce tu zostać, on chce się wybudzić! Biegłby dalej wzdłuż Grzmiącej Ścieżki, krocząc niebezpiecznie po jej powierzchni, jednak ponownie usłyszał piskliwe nawoływanie. Zwolnił na moment. Ktoś go wołał? Tak, był tego pewien. Kilka uderzeń serca przed paniką i spotkaniem ojca słyszał go. Zabraniał mu czegoś i odradzał. Powiedział dziwną nazwę i umilkł aż do teraz. Pojawił się po nim inny głos, znajomy i przerażony tak jak Dynia. Odwrócił się i wtedy dojrzał dwa, rozmazane punkty lecące prosto w jego kierunku. Jego żółtawe oczy otworzyły się szeroko. Nie wiedział co się dzieje, dlaczego nagle ktoś go atakuje! Jeszcze chwilę temu z kimś rozmawiał. I to nie z jednym kotem! Mieszało mu się przed oczami... Czerwony Pazur wykrzywiał przed nim pysk, Sokoli Cień i Iglasty Pazur również. Potrzebowała solidnego kopnięcia. Potrzebował bodźca, który go z powrotem sprowadzi. Potrzebuje długiego snu... Wydał z siebie coś na wzór zaskoczonego jęknięcia i gwałtowniej skręcił wgłąb Grzmiącej Ścieżki chcąc uniknąć ataku. Wtedy też dojrzał parę świecących ślepi. Zastygł nie odrywając od nich spojrzenia.
Żółte, świecące ślepia...Warkot i smród.
...Co to jest? zadał sam sobie pytanie a jego serce na moment wstrzymało się ze swoją pracę. Te dwa rozmazane kształty były kotami, które chciały mu pomóc. Jednak on o tym nie wiedział. Skąd mógł to wiedzieć? Kierowały nim silne emocje. Na tyle silne, aby skutecznie zamgliły mu umysł. Niestety. Nie miał na to czasu, teraz liczyły się żółte i piekące w oczy dwa punkty. Czy to....czy...?
/Możliwe błędy poprawiam jutro jak dostanę kompa.
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss