Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
No chyba TY, Fiołkowy Świcie! Malinowa Gwiazda nigdy nie była za stara, żeby się migdalić. Ale dzisiaj faktycznie było odrobinę za zimno, więc na spacerowaniu może poprzestańmy. Zmarszczyła z niedowierzaniem nos w trakcie opowieści - Kusowąsy, ty stary szelmo - ale nigdy chyba już nie usłyszy dalszego ciągu, bo beztroska paplanina urwała się nagle i brutalnie. Malinowa Gwiazda odruchowo obróciła się w stronę żałosnego lamentu, by zaraz odwrócić głowę i zerknąć na swojego towarzysza - doskonale zrozumieli co mieli sobie nawzajem do przekazania, a żadnemu z nich nie trzeba było tłumaczyć dwa razy. Ruszyła pędem za swoim partnerem i tak jak on przystanęła na poboczu, praktycznie jak wmurowana, szeroko otwartymi oczami chłonąc rozgrywającą się przed nimi scenę. A było co oglądać. Trójka terminatorów, z czego w jednym rozpoznała Dyniową Łapę, który... szarpał się chyba właśnie za gardło? Za nim na Grzmiącej Ścieżce rozpościerał się ciemny, jakby rozlany kształt, a Przywódczyni musiała zacisnąć rozpaczliwie zęby by stłumić gorzką żółć podchodzącą jej falami do gardła. Natomiast obok... obok... Dreszcz przeszedł jej po grzbiecie, od karku aż po koniuszek ogona, a po raz pierwszy od wyjścia z obozu prosto w chłodne, rześkie powietrze poczuła, że drży.
- Żaba. - wyszeptała łamiącym się głosem, prawie bezgłośnie, stojąc na sztywnych łapach na krawędzi pobocza, ale równie dobrze mogłaby stać nad przepaścią. Nie zdążyła zareagować gdy jej partner wystrzelił przed siebie by rzucić się w kierunku okaleczającego się Dyni, nawet gdy zdrowy rozsądek bił na alarm, że to niebezpieczne, że żadne z nich nie powinno już na Grzmiącą Ścieżkę wchodzić - i tak nie była w stanie oderwać wzroku od leżącego nieopodal, rudego kształtu. - ŻABA! - powtórzyła głośniej, zachowując jeszcze na tyle przytomności umysłu, by się przed wkroczeniem na Grzmiącą Ścieżkę rozejrzeć - a potem czuła już tylko szorstką powierzchnię pod białymi łapami i szum w uszach. Nie może być martwy - nie w ten sposób. Nie Żaba, nie jej syn. Trąciła nosem jego policzek, z druzgoczącą ulgą odnotowując, że nie jest martwy, nawet jeśli przypominał teraz bardziej połamaną gałązkę niż kota. Nie była w stanie spojrzeć na jego bezwładne łapy, nie była w stanie chociaż na moment skierować wzroku na biedną Sadzową Łapę, a smród krwi i Grzmiącej Ścieżki trzymały ją za gardło, tak jak dławiąca ją w środku panika. - Spokojnie. Kochanie, spokojnie. - wymamrotała pośpiesznie, próbując ukoić jego strach i swój. Maska Przywódcy była w tym momencie ukojeniem. Przywódca oczekiwał rozwiązań i zminimalizowania zagrożenia, podczas gdy Matka chciała tylko owinąć się wokół swojego syna i zawyć razem z nim. Mój syn. Moje kochanie, moje dziecko, co wyście najlepszego zrobili? - Skup się. Możesz poruszyć przednimi łapami? Możesz się na nich podeprzeć? - zapytała łagodnie, wbrew sercu tłukącemu się rozpaczliwie w klatce piersiowej i naglącemu, wyjącemu na alarm instynktowi, by ewakuować stąd siebie i swoich bliskich, teraz, już, natychmiast, choćby i miała ciągnąć Żabę za kark a Fiołkowy Świt przerzucić sobie przez ramię, pies drapał Dyniową Łapę i jego dramatyczny teatrzyk. Chce umrzeć, syczały jej myśli głosem Bluszczowego Syku. Pozwól mu. - Potrafisz, mój drogi? To bardzo ważne.
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
Śmierć, jak wyglądała? W wyobrażeniach Żaby, jego własna miała przyjść, kiedy osiągnie sędziwy wiek, spokojnie zamknąć zielone oczy kocura, a pysk wykrzywić w lekkim uśmiechu. Byłby otoczony bliskimi, którzy nucąc ciche pieśni pochwalne o jego wspaniałym, długim życiu, kołysaliby się na boki, ocierając ukradkiem łzy. Tak właśnie powinno być prawda? Nie z mięśniami skamieniałymi z przerażenia, nie z sercem bijącym tak szybko, jakby miało eksplodować i brakiem możliwości złapania kolejnego, urywanego oddechu. W tym momencie był skołowany tak bardzo, że czując ciepło przy swoim boku, cichy, urywany krzyk uciekł mu z pyska, stłumiony następnie przez futro, w które wtulał się tak rozpaczliwie. Nie wiedział, że to Sadza właśnie odrzuciła ostatki nadziei i tak samo jak on sam, szukała bliskości w tej beznadziejnej sytuacji. Strach zdawał się odebrać mu wszelkie zmysły które i tak już były zamroczone hukiem i smrodem potwora. Czas stanął w miejscu. Raz – nic, dwa – nic, trzy…
Przerażający ból, huk, ciemność i jeszcze raz ból. Czy to był koniec? To musiał być koniec, więc dlaczego wciąż to odczuwał? Nie wiedział, że leży potrącony z wciąż zaciśniętymi mocno oczami, a w uszach szumiało z powodu szoku. Jedyne co rozumiał, to to, że cierpi, cierpi bardziej niż podczas jakiegokolwiek z swoich hipochondrycznych ataków migreny i globusu, cierpi bardziej niż kiedy Ropucha zepchnęła go ze skały i wylądował na pysku, cierpiał bardziej niż podczas zielonego kaszlu. A jednak śmierć, choćby inna niż sobie to wyobrażał, wcale nie przychodziła. Uchylił powieki, jednak wszystko było rozmazane, chciał się podnieść, ale ból nie pozwolił mu na nic prócz lekkiego poruszenia pyska. Przynajmniej było ciepło… Powoli, bardzo powoli, dochodziło do niego, że tuż przed jego pyskiem Grzmiąca Ścieżka nabrała innej barwy. Była czerwona. Dlaczego? Oświecenie zdawało się zabrać mu resztki sił, które pozostały w stratowanym ciele. Przed nim leżały resztki, pozostałości Sadzy, a przynajmniej ich część, bo reszta grzała jego samego. Chciałby poczuć się źle, chciałby zwymiotować tak samo jak rudy olbrzym, którego chcieli uratować, ale wciąż nie był na tyle świadomy. Przesunął wzrokiem po ciemnej jezdni, by w końcu utkwić zielone ślepia w masakrującym swoje gardło Dyni. Cichy jęk opuścił jego płuca, a potem kolejny, nieco głośniejszy, który w końcu przerodził się w żałosny krzyk. Nie było w nim poprzedniej determinacji, chęci ratunku, nawet przerażenia. Był to raczej impuls, coś co musiał zrobić, by potem trwać wciąż nieruchomo i, zdawać by się mogło, całą nieskończoność wpatrywać się pustym wzrokiem w pogłębiające się na szyi przyjaciela rany i krew spływającą po jego białym podgardlu. Ile czasu minęło zanim pojawiła się tam kolejna sylwetka? Jak spod wody słyszał krzyki, które nie miały żadnego wyraźnego sensu. Żaba? Ktoś wołał jego? Przesunął wzrok, który spoczął teraz na białej kocicy, pochylającej się tuż nad jego ciałem, przyglądając się jej chwilę bez reakcji. - Mama… - wyjęczał w końcu zdając sobie sprawę, że po policzkach ciekły mu cały ten czas łzy. – Proszę, nie zostawiaj mnie… – wybłagał, nie potrafiąc skupić się na jej słowach. Przesunął w jej stronę przednie łapy, jedynie po to, aby wczepić się mocno pazurami w jej futro. – To tak bardzo boli… Nie zostawiaj mnie – powtórzył błagalnie, przypominając sobie jak bardzo przerażony był.
Dyniowa Łapa starał się w dalszym ciągu okaleczać. Starał się pozbawić życia z całych sił, ale... nie był w stanie. Nie dlatego że był słaby, a dlatego że ktoś mu przerwał i był to Fiołkowy Świt. Wojownik rzucił się na niego, wykonując dość potężnego susa i przygniótł terminatora do ziemi, uniemożliwiając mu dalszą walkę z samym sobą. Obił mu przy tym grzbiet, ale to nic w porównaniu do tego, co syn Czerwonego Pazura zdążył sobie już sam zrobić.
Dyniowa Łapa
lvl: 2 | S: 6(8) | Zr: 6(7) | Sz: 6(7) | Zm: 4 | HP: 29 - 18 - 3 - 1 = 7/65 | W: 36 - 1 = 35/45
⚬ przerzuty 0/1
⚬ statystki obniżone o 1/4 z powodu spadku HP
⚬ od następnej tury statystyki obniżone o 1/2 z powodu spadku HP
rana 1. stopnia: rany cięte na szyi, krwawi (-1HP do końca walki)
rana 2. stopnia: głębsze rany cięte na szyi, krwawi (-2HP do końca walki)
rana 2. stopnia: obity grzbiet
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Rudy kocur o długiej, pręgowanej tygrysio sierści, która teraz z lśniącej i zadbanej - stała się matowa i skołtuniona. Przez ból, stres i obniżenie samooceny bardzo schudł, co odbiło się na jego wyglądzie. Mimo to, nadal można byłoby go nazwać jednym z większych kocurów - gdyby nie chodził zgarbiony i skulony. Posiada liczne białe znaczenia na piersi, brzuchu, ogonie i łapach. Także na nosku, jego urocza biała plamka, nadal nie zaniknęła. Urodził się z za długim językiem, który od czasu do czasu wystawia na bok. Oczy wybarwione już dawno, teraz mają mętny i zamglony żółtawy kolor, a wszystkie poduszeczki, nosek i wnętrze zaokrąglonych uszu - różowy.
Optymizm? Pozytywne nastawienie do życia i kotów? Uśmiech i iskierki w zielonych oczach? Gdzie się to podziało... Dynia już nie był i na pewno nie będzie tym samym kocurkiem jakiego znał Klan Wichru. W dalszym ciągu jego upośledzenie nie zniknęło i nigdy już nie zniknie, jednak przez brak dojrzałości i rozumowanie jak kocię, Dyniowej Łapie bardzo ciężko jest poradzić sobie z rzucanymi pod jego łapy kłodami. Sama trudność z utrzymaniem koncentracji, odczytaniem kocich emocji, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji czy po prostu kontroli własnych uczuć; spowodowała okropny stan psychiczny w jakim syn Pomarańczowej Skórki aktualnie się znajduje. Zamknął się w sobie, do nikogo się nie odzywa (chyba, że jest zmuszony), unika kontaktu z innymi kotami i pogrąża się w coraz okropniejszych myślach. Po rozmowie z medyczką i prawie śmiertelnej walce z psem - kompletnie się podłamał. Stał się w swoim mniemaniu niepotrzebny.
Najpewniej Dynia dalej w popłochu i amoku zadawałby sobie rany, gdyż pazury w dalszym ciągu na oślep rozdrapywały rany, nie zważając na ból. To był jego sposób na jakiekolwiek odreagowanie na to co zobaczył, na to co zrobił i do czego przyłożył łapę. Szarpał, rwał, szamotał się, łkał żałośnie z bezsilności i wtedy usłyszał przytłumiony wrzask. Nie zdążył jednak zareagować, nawet nie do końca wiedział, czy aby na pewno by zareagował. Coś silnym ciosem powaliło go na ziemię, przyprawiając o prawdziwe pozbawienie tchu i okropnie bolący bok. Wydał z siebie cichy, chrapliwy jęk i poleciał jak długi nie stawiając żadnego oporu prosto na twardy asfalt. Dygotał i otworzył oczy szeroko widząc przed sobą wirujący i zlewający się ze sobą świat. Powoli tracił już całkowicie kontakt z rzeczywistością nie tylko przez pryzmat paniki, ale robiło mu się coraz słabiej przez straconą krew, która w dalszym ciągu moczyła ego niegdyś biała sierść na gardle. Wrzask Żaby i nawet mocne uderzenie nie okiełznało jego szoku, był przerażony, dygotał i mamrotał pod nosem coś niezrozumiałego. Wszystko mu się mieszało przed oczami, odór krwi przyprawiał o odruchy wymiotne, jednak...Nie miał już za bardzo czym wymiotować. Dlatego zwijał się na tyle ile mógł cierpiąc przez skurcze i bolesne rwanie na gardle oraz jego okolicach. Nie mógł się ruszać, przyciśnięty do ziemi, przez co poczuł się jeszcze bardziej jak w potrzasku, napinając i rozluźniając mięśnie, poruszając łapami w agonalnych podrygach i próbach oswobodzenia się; nie miał jednak siły na walkę. Można właściwie powiedzieć, że Dyniowa Łapa się poddał. Czuł, jak krew wraz z życiem uchodzi z jego ciała. Przerażała go ta myśl, bo odczuwał ją już drugi raz! Po walce z psem jego świat złamał się i złożył jak krzesełko, jednak wtedy miał Sadzę, która za wszelką cenę pragnęła mu pomóc. I gdzie ją to doprowadziło? Gdzie doprowadziło to Żabę? Jak przez mgłę słyszał jego wymianę zdań z...mamą? Nie mógł rozróżnić nowych głosów. Nie poznawał ich, a fakt, migoczących czarnych plam wycieńczenia przed jego oczami wcale mu w tym nie pomagał. Wszystko go bolało, zarówno fizycznie jak i psychicznie. W uszach mu szumiało i dalej zaklęty w amoku nie mógł myśleć normalnie. Cóż, brutalna scena i fakt, że tylko on właściwie niczym nie ucierpiał sprawiło, że jego i tak krucha psychika zwyczajnie złamała się w pół. Tak jak wcześniej dałoby się go naprostować; tak teraz? Dynia zniknął już na dobre. xx- Aa..p..za..- wyjąkał rozglądając się szaleńczo wokół siebie w zdezorientowaniu na skutek nagłego uderzenia i przytrzaśnięcia do ziemi. Próbował wstać, zrzucić z siebie tego, kto nagle go przytrzymał, ale nie było w tym sensu. Przepadł.
⚠️ there's a redlight upahead Idrivemy car into it I'm a little kid,bigdeathwish Ibitethe lips, the lipsthatkiss
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Bardzo wysoki, atletycznie zbudowany kocur o długich łapach. Krótkowłosy, rudy, klasycznie pręgowany, z białymi znaczeniami na pysku, szyi i przednich łapach. Siwe włosy zaczynają oprószać jego pysk i grzbiet. Duże, zielone oczy coraz wyraźniej pokrywa mgła. Najbardziej widoczne blizny: rozcięcia na nosie, duża blizna na lewej pięcie i grzbiecie.
Dla niego reakcja była oczywista, nawet jeżeli domyślał się, co próbował zrobić Dyniowa Łapa. Nie oceniał. Nie wydawał wyroków, póki niczego nie wiedział, a pracował na szczątkowych informacjach i domysłach; rudy terminator był w tak dużym szoku, że nie panował nad sobą i działał kompletnie irracjonalnie. Uderzył może zbyt mocno, jednak Dyniowa Łapa był naprawdę dużym kotem i potrzebował siły, by skutecznie go obezwładnić. Jakkolwiek brutalne by to nie było - robił to jedynie dla jego bezpieczeństwa.
- Spokojnie, Dynia. Jesteś bezpieczny, ale nie mogę cię puścić - zamruczał łagodnie do kocura, chcąc go uspokoić i odwieść od dalszego wiercenia się i prób oswobodzenia. Nie patrzył na to, co się dzieje wokół niego i nawet nie spojrzał w stronę tego, co pozostało z Sadzowej Łapy, a także i w swojego na wpół jeszcze żywego syna. Dopiero po jakimś czasie uświadomił sobie, co działo się obok i że nie przesłyszał się, gdy usłyszał imię swojego syna. Serce stanęło mu w piersi, a następnie przyspieszyło szaleńczo gdy wyprostował się gwałtownie i spojrzał na Malinę oraz uczepionego jej szyi Żaby; zadrżał, czując, jak jego wnętrzności przewracają się i zapadają.
- Żaba! - chciał krzyknąć, ale wyszedł mu niemalże szept. O Gwiezdny Klanie, to był Żaba. To był jego syn, jego dziecko stało się ofiarą potwora. Jego kochany Żaba tak bardzo cierpiał, Gwiezdni zgotowali mu tak okrutną atrakcję. Narastająca w nim panika sparaliżowała go na dobre kilka, kilkanaście uderzeń serca; nie potrafił odwrócić przerażone spojrzenia od syna i jego bezwładnych łap, nie mógł przestać słyszeć odbijającego się na dnie jego czaszki żałosnego jęku Żabiej Łapy. To było potworne. Dlaczego to się stało? Dlaczego Gwiezdni pozwolili, by tak straszliwie cierpiał? Miał wrażenie, że każdy mięsień w jego ciele napina się i wykręca go w nienaturalny kształt, choć tak naprawdę nie poruszył się nawet o grubość wąsa.
- Mu- - zaczął, z trudem rozwierając zaciśnięte szczęki. - Musimy ich zabrać, sz-ybko - zająknął się, gdy w końcu zmusił się do tego, by odwrócić wzrok, co zmusiło jego mózg do wznowienia pracy na jeszcze większych obrotach. Dynia wijący się pod jego łapami zdecydowanie walczył coraz słabiej, może już nawet przestał i uspokoił się - nie wiedział, nie czuł do końca tego, co się dzieje wokół niego. Czy tego chciał, czy nie - Fiołkowy Świt pochylił się, by chwycić go za fałd luźnej skóry na karku i na sztywnych łapach przeciągnąć go na pobocze. Zdarzało mu się w ten sposób nosić zające o wiele cięższe niż rudy kocur i zdecydowanie nie było to problemem dla wichrzaka, który na długouchych sprinterów polował niemalże każdego dnia.
Wciąż bardzo usilnie starał się nie myśleć o trzecim kocie, który pozostawał na Grzmiącej Ścieżce... czy też raczej na tym, co z niego pozostało. W pierwszej kolejności należało upewnić się, że żywi pozostaną w tym stanie jeszcze przez jakiś czas dzięki uniknięciu drugiego spotkania z potworem dwunogów.
قالوا:تموتبهاحبـاًً؟قلـت:ألاآذكروهاعلـىقبـريلتحيينـي they asked:"do youloveher todeath?"
I said "speakof herover my graveand
watchhow shebringsme backtol i f e"
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
I Gwiezdnemu Klanowi niech będą dzięki za Fiołkowy Świt, bo Malinowa Gwiazda oceniała już jak najbardziej. Oceniała fakt, że trzy koty znalazły się na Grzmiącej Ścieżce i chociaż biednej Sadzowej Łapie już nikt nie mógł pomóc - jej syn był poturbowany, ale przytomny. I niezdolny do zejścia z Grzmiącej Ścieżki o własnych siłach, nie o czasie, nie gdy w każdej chwili kolejny Potwór mógł ruszyć z warkotem w ich stronę. Dynia natomiast wydawał się niedraśnięty, poza ranami które sam sobie zadał, najwidoczniej bardziej zajęty swoim światem i zburzonym domkiem z kart niż dobrobytem jej syna dogorywającego tuż obok. Mało mu jeszcze? Szadowa Łapa to mało, był zdeterminowany, by zabrać siebie i jej dziecko ze sobą? Zacisnęła ponuro zęby, z całych sił walcząc ze sobą, by ich nie odsłonić w pełnym wściekłości grymasie - nie kiedy Żaba ze łzami na policzkach uczepił się pazurami jej futra.
- Wiem, kochanie. - Odpowiedziała łagodnie, przeciągając ciepłym językiem po rudym policzku. Wiem, że boli. Ją bolało, a co dopiero jego. - Będę przy tobie cały czas. - ugięła łapy, podcierając głową o jego klatkę piersiową, mokrą od krwi i łez, nakłaniając i poniekąd zmuszając go podparcia się na przednich łapach, tylko na chwilę, aż mogła umieścić głowę między jego łapami. Teraz już nic nie musiał robić - wystarczyło się trzymać, choćby i pazurami. Podniosła się powoli z rudym kocurem na swoim grzbiecie, uciszając i uspokajając go łagodnym pomrukiem wibrującym w głębi gardła, chociaż jej samej serce biło jak oszalałe. Spokojnie. Zerknęła przelotnie w stronę Fiołkowego Świtu, który zaczął ciągnąć Dyniową Łapę w stronę pobocza i ruszyła za nimi, ostrożnie, by nie zrzucić zarzuconego na grzbiet syna.
- B... Będziemy potrzebowali pomocy. - wymamrotała do swojego partnera. Z kocurem na grzbiecie nie będzie w stanie biec, a on przecież nie przeciągnie Dyniowej Łapy aż do obozu, jak worka kości. Nie bez szwanku, w każdym razie. Chociaż na tym etapie, pomyślała ponuro, chyba już żadna różnica. Spojrzała na Fiołka poważnie, nawiązując kontakt wzrokowy i nie potrzebowała chyba słów żeby zadać pytanie. On był o wiele szybszy.
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
Gdyby nie to, że w jego żyłach zamiast krwi zdawała się pulsować mieszanka strachu i szoku, gdyby nie ten nie dający się opisać słowami ból, poczułby w tym momencie jakiś rodzaj ulgi. Nie kto inny, a Fiołkowy Świt ocalił Dynię przed odebraniem sobie życia, a jego samego, przed wspomnieniami własnej bierności, kiedy do tego dochodziło. Jednak jedynym na czym mógł się skupić była stojąca przy nim matka, jej ciepły język na policzku i łagodne słowa. Nie potrafił oszacować sytuacji. Jego futro posklejane było krwią, ale czy należała ona w jakiejś części do niego samego? Czemu nie mógł się podnieść, czy jego łapy… czy one w ogóle tam były? Nie przemógł się i nie spojrzał w dół, aby zmierzyć się z rzeczywistością. W jakiś sposób wciąż był przekonany, że niedługo dołączy do Sadzowej Łapy, bo jak można było żyć, cierpiąc tak bardzo? Czy było więc możliwym, że zostawią go tu, żeby dokończyć to co przecież było jego jedynym zamiarem i pomóc rudemu olbrzymowi? W tym momencie nie potrafił zmusić się do tak altruistycznych poświęceń. Nie chciał być sam. Nie chciał umierać na Grzmiącej Ścieżce. Przez tą rozpaczliwą myśl, kiedy matka wsuwała go na swoje plecy, wręcz gwałtownymi ruchami starał się jej pomóc, następnie trzymając ją z całej siły jaka jeszcze drzemała w poturbowanym ciele. Przylgnął policzkiem do jej białego karku, dopiero teraz odszukując ponownie wzrokiem Dyni. Leżał na poboczu, chyba nieprzytomny, a obok niego stała sylwetka, którą dopiero teraz rozpoznał. Tata. Zielone, zamglone od bólu oczu spoczęły na chwilę na Fiołku, a mętna świadomość tego, że jego rodzice są tam razem, że znajdowali się już na poboczu śmierdzącej jezdni, pozwoliła mu opanować strach na tyle, aby przymknąć powieki.
Dyniowa Łapa sam nie miał siły na walkę i zdawał się mieć tego świadomość. Poddał i pozwolił, by Fiołkowy Świt bezpiecznie odciągnął go na pobocze. Zresztą, nawet gdyby walczył, to nie trwałoby to długo - w trakcie całego manewru stracił przytomność z powodu przemęczania i utraty krwi.
Dyniowa Łapa
lvl: 2 | S: 4(8) | Zr: 4(7) | Sz: 4(7) | Zm: 4 | HP: 7 - 2 - 1 = 4/65 | W: 35/45
⚬ przerzuty 0/1
⚬ omdlenie
⚬ statystyki obniżone o 1/2 z powodu spadku HP
rana 1. stopnia: rany cięte na szyi, krwawi (-1HP do końca walki)
rana 2. stopnia: głębsze rany cięte na szyi, krwawi (-2HP do końca walki)
rana 2. stopnia: obity grzbiet
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Niska, drobna koteczka o delikatnych kształtach, które pieczołowicie skrywane są pod długim, lekko potarganym futrem. Gdyby tak wrzucić ją do rzeki okazałoby się, że jest dwa razy chudsza i niezwykle krucha, podatna na każdy podmuch wiatru i każde złamanie, co zresztą już udowodniła. Szata córki Czerwonego Pazura jest natomiast fikuśną paletą najróżniejszych odcieni kremu, czerni i bieli, choć te dwie ostatnie barwy zdominowały pierwszą, spychając ją do okolic pyska, gdzie jaśnieje do kościanego odcienia, zadu, gdzie ciemnieje do wyblakłej rudości, oraz kości promieniowej prawej łapy. Jesion pochwalić się może także śnieżnobiałą kryzą, której kolor ciągnie się przez całe podbrzusze, gardło oraz żuchwę, tworząc krótkie skarpetki u łap przednich i dłuższe u łap tylnych, a także zalewa lewą część pyska i mostka nosa. (reszta w KP)
Koteczka z niej powściągliwa i odrobinę podejrzana, kiedy tak po cichu obserwuje wydarzenia i łypie przymilnym okiem z daleka, udając, że wszystko jest okej, kiedy tak naprawdę nie jest i wszyscy świetnie zdają sobie z tego sprawę. Jest wilkiem w owczej skórze, jadowitą żmiją, korzystającą z szerokiego wachlarza urokliwych i niewinnych słów, mających za zadanie odwrócić uwagę od jej niekiedy niepoprawnych działań. Mówi to, co chcą słyszeć inni i potrafi dopasować się do zaistniałej sytuacji, będąc elastyczną w relacjach z różnymi kotami, byleby tylko zyskać zaufanie i wykorzystać je w przyszłości, jeśli okaże się to konieczne. Bystra z niej racjonalistka o analitycznym umyśle, potrafiąca każdy jeden problem rozpatrzeć na kilka obiektywnych sposobów, by wyciągnąć satysfakcjonujące wnioski i podjąć najkorzystniejszą dla niej samej decyzję. (reszta w KP)
Lamparcia Cętka [S], Pszenica [KG]
No po prostu załamanie łap i bynajmniej nie tych, które należały do Żabiej Łapy.
Na Srebrnej Skórce nigdy nie było za nudno, lecz ostatnimi czasy, oh, ostatnimi czasy... doprawdy, Malinowa Gwiazdo, Twój gęsty ogród kwitł w pełni urodzaju, wydając na świat mnóstwo owoców, tyle tylko, że wszystkie były robaczywe i zgniłe, zupełnie jak Dynia, który szargał moje delikatne nerwy. Mój brat robił sobie krzywdę. Łał. Coś niezwykle innowacyjnego. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że krzywdził przy tym cały Klan Wichru i ciągnął za sobą na dno niewinne koty, które miały przed sobą - no teraz to już nie miały - świetlaną przyszłość, jak chociażby rudy syn Fiołkowego Świtu. Miał potencjał. Ba! Niebywały potencjał. Większy, niż całe moje rodzeństwo, no, z wyjątkiem Barwnej Ścieżki, ale jednak miał. Dynia natomiast był jedynie pryszczem na wielkiej, łysej dupie pierwszego lepszego wieprza, zamieszkującego okolice Siedliska Koni. Z drugiej strony... bardzo dobrze. Dobrze, że cierpisz, Malinowa Gwiazdo i oby to cierpienie wzmagało się z dnia na dzień coraz bardziej. Nie, żeby mi na tym zależało, bo nie zależy, lecz sprzeciwianie się Gwiezdnym niesie za sobą jakieś konsekwencje, zwłaszcza dla przywódcy. Kto wie, co przyniesie jutro! Może kolejne Twoje dziecko wyzionie ducha? Och, a może to Fiołkowy Świt wyrzyga swoje wnętrzności? Mmm, nic tylko oglądać! Ale! Przecież nie byłam tu po to, aby być. Nie byłam tu po to, aby wytykać sprzeczności Malinowej Gwieździe, która jednego dnia nie chce narażać siebie i Klanu Wichru na gniew Gwiezdnych, a drugiego sprzeciwia się i tupie nóżką jak durne kocię, które broni swojej przyjaciółki. Klan Gromu jakoś sobie radzi bez medyka, hmpf, od dłuższego czasu. Mniejsza.
To o Sadzę chodziło. Sadza, Sadza, Sadza. Mała, naiwna, głupia jak but u lewej nogi i w dodatku strasznie nierozsądna. Gdybym tylko mogła, siostro, pomogłabym dwunogowi i sprawiła, aby wjechał w Was szybciej, zabierając całą trójkę do piachu, ale to wykraczało poza moje kompetencje, wybacz. Krwawa miazga nie miała nawet szansy na zorientowanie się w całej sytuacji, a główny winowajca po prostu sobie zbiegł i nie zaznał żadnych konsekwencji. Dyniowa Łapa był niebezpieczny dla klanu. Był nieprzewidywalny. Miałam ochotę przysmażyć Fiołkowemu Świtowi tę rudą, kościstą dupkę, byleby tylko ochronił wszystkich w obozie i pozwolił Dyni się zaszlachtować, ale cóż. Róbta co chceta. Na ich miejscu pozbyłabym się takiego balastu i odprowadziła go do dwunogów, żeby ostudzili jego zapał i ucięli mu dwa kasztany spod ogona, ale co ja tam wiem. - Spójrz no tylko, Sadzo - zachichotałam lodowato i podeszłam bliżej jej rozjechanych zwłok, przyglądając się wypływającym jelitom z zainteresowaniem. Nie miałam pojęcia, że skrywała w sobie aż tak wiele ciepła i kolorowej miłości. - No chodź, kochanie, spójrz. Patrz, jaka jesteś obrzydliwa. Wyglądasz jak niezdrowe wymiociny psa. O, a teraz spójrz tam, widzisz to, co ja? Tak, to Dynia. Cały i zdrowy. Nic mu się nie stało. Nie ma na sobie najmniejszej ryski, poza tymi, których nabawił się własnymi pazurami. I wiesz co? - spojrzałam na nią wyczekująco - Jesteś obrzydliwie głupia, jeśli sądziłaś, że przepychanie się z nim na Grzmiącej Ścieżce miało jakikolwiek sens. Twój brat szuka śmierci i pociąga za sobą wszystkich, tylko nie siebie, więc powinnaś była pozwolić mu zająć Twoje miejsce. No ale! Czasu nie cofniemy, czyż nie? On przeżył i będzie sprowadzał śmierć na kolejnych Wichrzaków, a Ty jesteś jego wesołą ofiarą i kolejnym trupkiem. Chodźmy, może na Srebrnej Skórce trochę zmądrzejesz, przydałoby Ci się, kwiatuszku - zaszczebiotałam z udawanym ciepłem - Trzeba otworzyć Ci w końcu oczy i wlać trochę wiedzy do głowy, nawet nie masz pojęcia w jak głębokim i niepoprawnym gównie zakopuje się właśnie Klan Wichru! Po same uszyska! Wszystko Ci opowiem - zaśmiałam się ciepło, z bardzo czarującym i słodkim uśmiechem. Sadzowa Łapa mogła czuć się wyróżniona. Będzie mogła obserwować wszystko z miękkiej chmurki, pielęgnując gwiazdki w swoim futrze.
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Bardzo wysoki, atletycznie zbudowany kocur o długich łapach. Krótkowłosy, rudy, klasycznie pręgowany, z białymi znaczeniami na pysku, szyi i przednich łapach. Siwe włosy zaczynają oprószać jego pysk i grzbiet. Duże, zielone oczy coraz wyraźniej pokrywa mgła. Najbardziej widoczne blizny: rozcięcia na nosie, duża blizna na lewej pięcie i grzbiecie.
Nie podobało mu się to, że Dynia stracił przytomność. To nigdy nie znaczyło niczego dobrego; albo się wykrwawiał i mógł lada moment wyzionąć ducha, albo, w bardziej optymistycznym scenariuszu, emocje osiągnęły taki poziom, że jego mózg nie wytrzymał i postanowił zresetować się do ustawień fabrycznych.
Z pewnością mógł w jakiś sposób sam przetransportować Dynię, tak jak Malina przeniesie Żabę, jednak... to nie byłoby ani sprawne, ani bezpieczne biorąc pod uwagę to, że kocur stracił przytomność i musiałby iść powoli, by mieć pewność, że zarzucony jak wór ziemniaków terminator nie zsunie się i nie upadnie tak niefortunnie, że połamie sobie kręgosłup w połowie drogi.
Zresztą... nie chciał zostawiać Sadzowej Łapy w ten sposób. Nie chciał, by została na Grzmiącej Ścieżce, bo zasługiwała na godny pochówek; nawet jeżeli tylko to, co dało się zebrać z drogi, miałaby spocząć na poboczu - było to o wiele lepsze, niż pozostawienie jej zwłok na pastwę potworów, które będą przebiegać po niej tak długo, aż wgniotą jej przemielone na papkę mięsa, futra i kości resztki w szary asfalt. Nikt nie zasługiwał na taki koniec, a zwłaszcza nie zasługiwała na to niewinna terminatorka, która miała całe życie przed sobą.
Przesunął szorstkim językiem po czole Dyniowej Łapy, gdy już znalazł się bezpiecznie na poboczu i upewnił się, że wciąż oddycha. Wyprostował się i podszedł do Malinowej Gwiazdy oraz Żabiej Łapy. Spojrzał na partnerkę i... nie musiała niczego mówić. Skinął głową, jednak nim ruszył- dotknął jeszcze nosem policzka syna, który również otrzymał krótkie, szorstkie (choć przecież czułe i wynikające z troski!) liźnięcie.
- Uważajcie na siebie, zaraz wrócę - powiedział, po czym oddalił się w stronę rowu. Przesadził go jednym, długim susem, a następnie pomknął już równym, szybkim biegiem w stronę obozu, by tam szybko znaleźć kogoś, kto będzie w stanie pomóc. W obozie natomiast miał zamiar złapać pierwszego wojownika, którego spotka, i pobieżnie przekazać, że przy Grzmiącej Ścieżce są ranni i potrzeba pomocy. Chciał wszystko zrobić możliwie jak najszybciej, więc był wyjątkowo oszczędny w słowach i niemalże natychmiast wystrzelił z powrotem. Nie chciał, by Malina musiała czekać na jego powrót dłużej, niż było to konieczne.
قالوا:تموتبهاحبـاًً؟قلـت:ألاآذكروهاعلـىقبـريلتحيينـي they asked:"do youloveher todeath?"
I said "speakof herover my graveand
watchhow shebringsme backtol i f e"
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Fiołkowy Świt nie musiał biec aż do samego obozu.
Drugi z jego pozostających w klanie synów wychodził akurat na samotny patrol po granicach, co praktykował często i ochoczo praktycznie każdego dnia, zwłaszcza teraz, gdy miał więcej czasu. Zawsze w głębi liczył na to, że znajdzie na granicy Białą Łapę albo swojego terminatora, Kruchą Łapę, jednak wiedział, że szansa na to jest zapewne… cóż, bliska zeru. Niespiesznym krokiem wyłaniał się akurat zza Kolczastych Krzewów i zaczynał kierować się w stronę Szarych Topól, a do tej pory nie zauważył nic niestandardowego, niecodziennego – za wyjątkiem pędzącej na złamanie karku postaci… swojego ojca. A przynajmniej dopiero po chwili rozpoznał w biegnącym kocie Fiołkowy Świt, i jego pysk od razu lekko się zmarszczył, ale natychmiast przyspieszył do truchtu czy nawet, w razie potrzeby, biegu, żeby spotkać się z nim w połowie.
Gdy spytał, co się stało, i usłyszał to, co usłyszał, nie zadawał więcej pytań, ale rzucił się w stronę Szarych Topoli biegiem. Wyciągał łapy, jak tylko mógł, doskonale wiedząc, że i tak nie da rady dobiec tam tak szybko, jak Fiołkowy Świt, ale… to nie miało znaczenia.
Wiedziony adrenaliną, przeskoczył rów i zatrzymał się gwałtownie przed szarą, cuchnącą powierzchnią Grzmiącej Ścieżki, po czym powiódł wzrokiem po tym, co tam zastał. Dyniowa Łapa, terminator Borsuczego Futra, który był równie użytecznym mistrzem, co wojownikiem, biorąc pod uwagę fakt, że jego podstarzały terminator co chwilę wplątywał się w jakąś głupotę… nieprzytomny. Krwawiący, być może nawet wykrwawiający się, ale jego rany wyglądały jak zrobione kocimi pazurami. A na Grzmiącej Ścieżce… co dokładnie? Krew. Nigdy w życiu nie widział tyle krwi… nigdy też nie widział wylewających się z przejechanego ciała organów, kości przebijających skórę i rozlanych wszędzie ekskrementów, a to wszystko doprawione kolorowym futrem terminatorki jego przyjaciółki.
Pokonując odruch obrzydzenia odwrócił wzrok od przejechanej i spojrzał w końcu na Żabę, którego bezwładne tylne łapy były wykręcone w nienaturalny sposób. Nie wiedział, że wśród kotów, które były uczestnikami tej tragedii, był jego brat… Żaba, z którym nigdy się nie dogadywał, bo liczył na to, że ten wreszcie zmądrzeje, przestanie patrzeć na czubek własnego nosa i kiedyś zainteresuje się prawdziwym życiem. Żaba, jedyny brata, który mu pozostał. Żaba, który wyglądał praktycznie zupełnie jak on, choć był niższy i mniej umięśniony… a teraz dochodziła kolejna różnica pomiędzy dwójką braci: dwie niesprawne łapy. W coś ty się wpakował? Czy nigdy nie słuchałeś, gdy mówili, żeby nie zbliżać się do Grzmiącej Ścieżki? Po co to zrobiłeś? Potrząsnął lekko głową, próbując pozbyć się fali irytacji, jaką poczuł wobec… całej trójki terminatorów. Nawet tej martwej. Kto miał taki mądry pomysł? Czy to ta, która skończyła pod kołami potwora… czy Dynia, który najwyraźniej wyszedł cało z uderzenia, a jego rany miały inne pochodzenie? A może jego brat?
Było warto?
Zacisnął zęby i cicho zapytał ojca, co ma robić, po czym zabrał się za zbieranie tego, co zostało z Sadzowej Łapy, sugerując Fiołkowi, żeby to on zajął wykopaniem odpowiedniego dołu na poboczu. Najpierw jednak upewnił się, że nic nie jedzie – stanął przy Grzmiącej Ścieżce, rozejrzał się na boki kilka razy i nasłuchiwał uważnie, starając się wyciszyć nie tylko inne dźwięki, ale i własne emocje, które sprawiały, że miał okazję własnoręcznie zatłuc albo swojego brata, albo Dyniową Łapę za taką głupotę. Jeżeli żadnego potwora nie było w pobliżu, rudo-biały wojownik z braku laku zaczął ostrożnie przenosić to, co mógł, na pobocze.
I miał tylko nadzieję, że się nie porzyga od intensywnego zapachu krwi przedstawiciela własnego gatunku i widoku wnętrzności, bo nie było to wcale przyjemne. Sadzowa Łapa przypominała krwawą miazgę, a nie kota… ale wciąż zasługiwała na pochówek.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Porywisty Wiatr nie był jedyny, który odczuwał oblewającą go falę irytacji, bo Malinowa Gwiazda we własnej mogłaby się niemalże utopić. Została chwilowo zepchnięta na bok, prawda, przykryta grubą warstwą wyższych priorytetów, jak na przykład wykaraskanie rannego Żaby z tarapatów, zawleczenie miotającego się bezsilnie Dyni do lecznicy czy, no nie wiem, wydostanie stąd wszystkich możliwie szybko i w jednym kawałku - ale wciąż była, coraz dotkliwiej paląc gdzieś pod skórą. Gdy Dynia stracił przytomność. Gdy Fiołkowy Świt przejechał językiem po jego czole. Za co? W nagrodę? Gdy Porywisty Wiatr zjawił się i wspólnie z Fiołkiem zabrali się za grzebanie ciała Sadzowej Łapy, niepotrzebnie ryzykując i kusząc los z każdym kolejnym krokiem na twardej powierzchni Grzmiącej Ścieżki. Jeden syn spoczywał właśnie na jej grzbiecie, pazurami uczepiony białego futra, tylne łapy zwisające bezwładnie po obu jej bokach. To mało? Ryzykowanie choćby jednym włosem na rudej głowie Porywistego Wiatru było zbędne. Było głupie. Malinowa Gwiazda spięła się wyraźnie kiedy syn wszedł na Grzmiącą Ścieżkę i nie rozluźniła się dopóki z niej nie zszedł, cały, bezpieczny, ciągnąc resztki Sadzowej Łapy do wykopanego pośpiesznie rowu. Nigdy dotąd nie patrzyła na dobre serce Fiołkowego Świtu z gniewem lub politowaniem i nie zamierzała zaczynać - ale w tym momencie, czując się jak córka swojego ojca i siostrzenica swojej ciotki bardziej niż od wielu, wielu księżyców..... była blisko.
- Kijanek. - syknęła cicho przez zaciśnięte zęby, patrząc wciąż na nieprzytomnego Dynię u jej stóp. Podniosła na moment głowę, ostrożnie, by nie zaburzyć już i tak słabej równowagi zarzuconego na plecy syna. - Wystarczy. Zrobiliśmy co mogliśmy. Idziemy. - przeniosła spojrzenie na Fiołkowy Świt. To samo tyczyło się jego. A jej ton wskazywał, że ta kwestia nie podlega dyskusji. Mogli się bawić w pogrzeb jeśli chcieli, mogli nawet dzielić języki z poturbowaną, rozlaną powłoczką terminatorki, ale chłodne, pragmatyczne fakty były takie, że Sadzowej Łapie już i tak wszystko jedno. A Grzmiąca Ścieżka zebrała już dzisiaj sporo ofiar - nie zamierzała karmić jej kolejnymi dla byle sentymentów. Na pewno nie swoim parterem ani swoim dzieckiem, na litość Gwiezdnego Klanu. Nie obronisz tej słabej krwi. Nie zawsze obronisz nawet własną. Przykro mi. - Ja poniosę Żabę. - poruszyła leciutko barkami, poprawiając ułożenie syna na swoich plecach. Trzymaj się kochanie. - Wy zabierzcie go do obozu. - trzepnęła uchem w stronę Dyni. - Możliwie najszybciej. - jeśli stracił przytomność nie mogło być z nim dobrze, nawet jeśli na pierwszy rzut oka krwawiące rany na jego gardle wydawały się raczej powierzchowne. Co do stanu psychicznego Dyni - och, tu definitywnie nie było z nim w porządku, ale co by nie było - od skrzywień psychicznych się nie umiera. Nawet jeśli się wyjątkowo zawzięcie próbuje. - Widzimy się w lecznicy. - wyprostowała się i ruszyła w drogę powrotną, trzepiąc jeszcze z irytacją końcówką resztki ogona. Wystarczy.
zt, ale to jeszcze nie koniec, zapraszam was z Dynią idk na przykład TU |D
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Irytacja i bardzo racjonalna obawa związana z przebywaniem na Grzmiącej Ścieżce jeżyły mu futro na grzbiecie. Ale czy taką samą obawę odczuwała ta trójka? Czy taką samą obawę odczuwała Sadzowa Łapa, po której pozostała mokra plama, i jego brat, teraz mający niesprawne łapy? Bo Dynia albo miał wyjątkowe szczęście, albo jednak została mu resztka rozumu i odsunął się od kół potwora. Zaciskał mocno zęby i wstrzymywał oddech, przenosząc resztki ciała terminatorki Słonecznikowej Pestki. Słonecznik. Co on jej powie? „Twoja terminatorka nie tylko nie chodziła na treningi, ale najwyraźniej straciła resztki rozumu i nie uciekała przed potworem, przez co teraz nie żyje, jej grób jest tu i tu”? Co powie Czerwonemu Pazurowi? „Kolejne z twoich dzieci zawiodło”? A Żaba? Co on sobie myślał? Czy w ogóle myślał, na osty i ciernie?!
Jak najszybciej zszedł z twardej powierzchni drogi potworów, ciągnąc to, co zostało z Sadzowej Łapy, do rowu. Pospiesznie zaczął zasypywać jej ciało ziemią, ale przerwał na dźwięk syku swojej matki. Uniósł głowę i bez jakiejkolwiek dyskusji odsunął się od resztek zwłok, które były co prawda zasypane ziemią, ale przydałoby się jeszcze trochę, żeby na pewno nie było czuć zapachu. Nie był skłonny do wytaczania argumentów w stylu „ale mamo, drapieżniki”, ani nawet „ale mamo, ona zasługuje na pogrzeb”, bo… sam nie wiedział, czy zasługiwała. Na pewno nie znalazła się na Grzmiącej Ścieżce przypadkiem, a wręcz miał wrażenie, że sama się skazała na bycie przejechaną przez potwora.
A on nie był skłonny do odczuwania współczucia i szacunku wobec kogoś, kto umarł na własne życzenie, a już na pewno nie teraz, gdy targała nim irytacja, przez którą musiał mocno zaciskać zęby, żeby nie zrobić niczego głupiego pod wpływem emocji.
– Ciekawe, kto był taki mądry – warknął gniewnie pod nosem pod wpływem własnych myśli, omiatając ostatnim spojrzeniem pospiesznie zorganizowany grób i Grzmiącą Ścieżkę, na której wciąż leżały części ciała kocicy. Nikt nie mógł oczekiwać, że będzie dalej ryzykować swoim życiem, usiłując zebrać to wszystko.
I nie wiedział nawet, jak ma traktować Dyniową Łapę i własnego brata, nie wiedział bowiem, jaki był ich udział w tym zdarzeniu, czemu Dynia nie był nawet draśnięty przez potwora, a miał rany od pazurów… ale faktem pozostawało, że cała ta sytuacja śmierdziała głupotą i skrajnym brakiem odpowiedzialności za życie własne i innych. Żaba. Mógł. Zginąć. Mięśnie kocura napięły się lekko, po czym wraz z ojcem zabrał się za targanie Dyni do obozu, a choć bardziej teraz miał ochotę go dobić, niż mu pomagać przez to, co stało się z Żabą, to robił to możliwie jak najdelikatniej, by nie zaczął znowu krwawić.
Niewysoka, o krótkim, idealnie wypielęgnowanym białym futerku z szarymi znaczeniami na uszach, czole, ponad różowym nosem i na końcu tępo oderwanego ogona. Puszysta, o przyjemnie zaokrąglonych boczkach, krótkiej kufie i okrągłej głowie. Ma oderwane kawałki uszu i pokaźną bliznę po prawej stronie pyska, ciągnącą się aż na kark i zahaczającą o oko, które jest nieznacznie przymknięte i ma wyraźnie ciemniejszą barwę.
Wiele było już prób złamania Zawilcowej Skórki. Ponad wieloma przechodziła zwycięsko, z uniesioną głową prąc dalej, na przekór wszystkiemu. Na przekór Gwiezdnym, och, zdecydowanie na przekór nim, bo to oni zawsze stosownie odwracali wzrok, gdy na jej grzbiet spadały kolejne głazy. Nie potrafiła powstrzymać goryczy, która wypływała na jej język gdy tylko uświadamiała sobie, że wszystko jest przecież idealnie przemyślanym planem. Tak zawsze jej mówiono. Jeżeli Gwiezdni panują nad wszystkim, jeżeli w ich gestii jest kontrola nad życiem i śmiercią, przędzenie sieci życia kotów i przecinanie jej w odpowiednim momencie, to zdecydowanie oni ponosili odpowiedzialność za to wszystko.
Zdrady Gwiezdnych spodziewała się zawsze. Zdrady ze strony swojej własnej córki – nigdy. Nie sądziła, że na własnej piersi wychowała tak tchórzliwą żmiję, której działania, której duma i zawyżone poczucie wartości będą jak siarczysty policzek wymierzony otwartą dłonią. Nie przypłaciła swojej głupoty niczym – odebranie Lśniącej Sadzawce kociąt nie było karą. Nie dla niej. Gwiezdni natomiast nie mogli pozwolić, by przeszło to bez echa; jedno z kociąt zmarło, a ona nie pojawiła się na jego pogrzebie. Nie potrafiła zmusić się do tego, by spojrzeć na odebrane jej kocię. Kocię, które zmarło jako podrzutek i przybłęda, a nie kot, w którego żyłach płynęła rozcieńczona, błękitna krew Zawilcowej Skórki. Jeżeli nie mogło być jej, nie chciała go widzieć. Wszystko tak, jak pragnęła tego Lśniąca Sadzawka. Nikt nie wiedział o tym, że była w ciąży, nikt nie wiedział, że kiedykolwiek powinęła jej się łapa. Jakie to… wygodne. A ta zołza myślała, że to ona jest pokrzywdzona, chociaż w całej tej żałosnej farsie nie straciła niczego. Prychnęła, strosząc wąsy.
Pamiętała, że początek pory nagich drzew oznaczał kolorowe rozbłyski, które iskrzyły na niebie gdzieś w oddali. Nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała je z bliska, dokładnie ponad swoją głową. Pierwszy huk, a następnie trzask sypiących się iskier sprawił, że ugięła łapy i przypadła brzuchem do ziemi; uniosła jedynie oczy na niebo, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku; rozbłysło ono złotym blaskiem, który niemalże natychmiast znikł. Zmarszczyła czoło i poruszyła uchem; serce łomotało jej w piersi, ale… nie. Nie zamierzała wracać do obozu, nie zamierzała się cofać. Za chwilę słychać było kolejny świst, chwila ciszy, następnie huk i trzask sypiących się iskier, które rozbłysły ponad jej głową. Nastroszyła wąsy i zmarszczyła mocniej brwi; ścieżka dymu ciągnęła się za drzewami. Czyżby rozbłyski posyłano ku niebu znad Topiołek? Z zaintrygowaniem, pozwalając, by ciekawość zwyciężyła nad zdrowym rozsądkiem, odbiła od granicy, wchodząc pomiędzy Szare Topole. Przeskoczyła ponad rowem, chociaż musiała wbić pazury w śliskie podłoże i podciągnąć się, ponieważ jej skoki nigdy nie będą już tak długie i sprawne jak wtedy, gdy miała jeszcze swój ogon. Zbliżyła się do Grzmiącej Ścieżki i usiadła tuż przed nią. Nie była na tyle nieodpowiedzialna i głupia, by przechodzić na drugą stronę. Nie teraz, gdy strzępy Sadzowej Łapy wciąż jeszcze nie zostały do reszty wgniecione w powierzchnię ścieżki potworów.
Świst, chwila ciszy, huk, trzask iskier. Uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko, widząc od początku do końca, w jaki sposób powstają te kolorowe ognie, które przez chwilę sypały iskry po nocnym niebie. Opuściła ją jednak i pochyliła się nieznacznie, gdy dostrzegła, że po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki są dwunodzy. Poruszyła sztywnym kikutem ogona, jednak ci nie zdawali się zwracać na nią uwagi. Odwróciła więc głowę znów na niebo, by dalej obserwować widoki. Umknęło jednak jej uwadze to, że ktoś ją zauważył. Za chwilę część dwunogów, która rechotała i szczekała jakieś niezrozumiałe słowa, już patrzyła i pokazywała palcem na śnieżnobiałą wojowniczkę siedzącą na poboczu Grzmiącej Ścieżki. Na jej nieszczęście ta część, która zwróciła na nią uwagę, od dłuższego już czasu ledwo już utrzymywała się na nogach. Gdy opuściła wzrok z powrotem na grupę dwunogów, było to na chwilę przed tym, jak świst towarzyszący iskrzącym ogniom stał się nieznośnie głośny.
Huk. Trzask iskier. I wrzask Zawilcowej Skórki, pełen przerażenia i bólu, który nagle rozlał się po całym jej ciele. Jedyne, co docierało do niej przez przyćmiewający ból, to feeria barw, która iskrzyła przed jej oczami. W uszach wciąż piszczało jej od huku, przez pisk w jej uszach ledwo przedzierał się ryk dwunogów. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Czy to był już koniec? Czy w końcu Gwiezdni znudzili się i postanowili znaleźć sobie nową ofiarę, której będą rzucać kłody pod nogi?
Nie wiedziała, co się z nią działo. Nie wiedziała, kto ją dotyka i gdzie ją zabiera. Nie wiedziała też, że nieopodal rowu przy Grzmiącej Ścieżce pozostał ślad wypalonej trawy, naznaczony swądem rozlanej krwi i palonego futra, które można było połączyć z Zawilcową Skórką po tym, jak ruszono jej śladem pomiędzy Szarymi Topolami.
Plan był prosty - poszukać Bogatki. Gorzej z jego wykonaniem, gdyż Jaskółka nie miała bladego pojęcia, gdzie powinna zacząć. Wiedziała, że najlepszą opcją będzie popytać w klanach, bo kto wie, może ktoś stamtąd ją widział? Jednakże samo zbliżenie się w tamte rejony sprawiało, że dostawała zawrotów głowy. Nie była na to po prostu gotowa. Potrzebowała sobie to wszystko przemyśleć i ułożyć w głowie, a spacer, na który się wybrała, wydawał się być najlepszą ku temu okazją.
Wróbelek
b i r d s.flying.high.you knowhow Ifeel sun.in.the.s k y.you knowhowIfeel breeze driftin'on by.you knowhow Ifeel
it's anewdawn it's anew d a y it's an e wlife - ̗̀ FOR ME ̖́-