Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Zwyczajowo nie jestem w stanie zasnąć, nie tylko przez miejsce, które sobie wybrałem, ale przede wszystkim ze względu na pożerającą mnie bezsenność. Ale może to i lepiej, w końcu nie tylko jestem tuż przy drodze, a w otwartym terenie, gdzie lepiej zachować czujność. I ze względu na drapieżniki, ludzi, i także koty. Szybko znajduję potwierdzenie w tej tezie, bo zaraz dobiega do mnie czyjś głos. Unoszę leniwie głowę, namierzając wysoką, patykowatą kotkę. Uśmiecham się lekko i wstaję. To trochę słodkie, że postanowiła przejąć się zupełnie obcym kotem. Na osiedlu jeszcze by cię podeptali, miast pytać o samopoczucie.
— Mm, w jak najlepszym — odpowiadam, może trochę kłamiąc, i wyciągam się, nim przeskakuję na drugą stronę rowu, z dala od drogi. Utrzymuję dystans, który narzuciła koteczka, chociaż już pewnie zorientowała się, że nie jestem największym zagrożeniem tutaj. Nie z kulawą łapą. — Często martwisz się obcymi kotami? — pytam z łagodnym uśmiechem i siadam. Dopiero teraz dostrzegam, że zmarzłem, dlatego na nowo owijam się ogonem, by utrzymać chociaż namiastkę ciepła.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Odpowiedź nieznajomego nosi w sobie pierwiastek czegoś sprawiającego, że szara nie jest w stanie mu uwierzyć. A może to nie kwestia słów, a pory, miejsca i gryzącego smrodu Grzmiącej Ścieżki, które wzmacniają nieufność.
– Nie, raczej nie. Tylko takimi zwiniętymi przy Grzmiącej Ścieżce. – odpowiada zgodnie z prawdą, kołysząc biczowatym ogonem. Ruch ten ma pomóc jej poskładać myśli i zrozumieć sytuację, ale do Brzózki szybko dociera, że z obecną ilością informacji to szyszka, a nie wnioski. – Ale to jak wszystko z tobą w porządku to co robiłeś? W sensie czemu leżałeś tak blisko Grzmiącej Ścieżki? Obserwowałeś coś?
A może widział coś ciekawego? Ta myśl ożywia koteczkę. Może wie więcej o potworach i ich zwyczajach, więc będzie w stanie jej pomóc z tym śledztwem. W przeciwieństwie do nieznajomego, Brzózka wciąż stoi na czterech łapach, chociaż jest rozluźniona i ani nie spodziewa się (ani nie planuje) ataku.
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Śmieję się krótko i cicho na słowa kotki. No cóż, to całkowicie zrozumiałe. Co prawda jej określenie na ulicę jest dość zaskakujące, ale nie zamierzam jej w żaden sposób poprawiać; pokazuje ono, że leśne koty boją się tego miejsca. Być może słusznie, być może nie, nie mnie oceniać. W końcu to ja jestem tutaj tym nierozsądnym.
— Tak, można tak powiedzieć — odpowiadam na jej pytania z nikłym uśmiechem. — Obserwowałem samochody. Albo potwory, jak niektórzy mawiają. Zabijam czas, bo nie mam siły na powrót do swojego legowiska — wyznaję całkowicie szczerze, bowiem nie mam niczego do ukrycia. Czy to wstyd, że byłem tak zmęczony? Może troszeczkę, ale winą za to obarczam kulawą łapę. — A ty, czego szukasz przy tej... Grzmiącej Ścieżce? — pytam, używając jej nazwy i uśmiechając się nieco szerzej.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Brzózka nastawia uszy słysząc nowe słowo, ale nim otwiera pyszczek by dopytać o jego znaczenie, okazuje się, że to inne określenie na potwory. Zabawne w sumie. Samochody. Bo co? Same chodzą? To nieprawda i wie o tym nawet szara koteczka – to dwunogi w ich wnętrznościach nimi kierują. Potwory bez dwunogów same nie chodzą więc, proste. Ale to swoją drogą.
– O. – elokwencją Brzozowa nie grzeszy. – A daleko masz to legowisko?? Chyba daleko skoro wolisz leżeć tutaj zamiast się przemęczyć i do niego dotrzeć. – myśli na głos, gdy przypomina sobie o pytaniu skierowanym do niej. O właśnie, jej cel!! – A słuchaj, bo jest taka sprawa, że moja przyjaciółka weszła na Grzmiącą Ścieżkę i puf, trop się urywa. Mega dziwne, nie? Więc szukam jakiś wskazówek co takiego tam się właściwie zadziało. By wiesz, odnaleźć ją.
Brzózka nie ma najmniejszych oporów przed wyjawianiem nieznajomemu szczegółów swoich poszukiwań, bo (szczerze mówiąc) jest już na tym etapie zdesperowana i chwyta się każdej mozliwej opcji. Teraz końcówka szarego ogona podryguje w zniecierpliwieniu, gdy jego właścicielka czeka na odpowiedź.
Własnego rodzeństwa gdy zniknęło nie szukała tak, jak szukała Ciernia.
Cierń, poza matką i Łabędziem był jedną z niewielu w pełni stałych rzeczy w życiu Cykuty. Był jej przyjacielem - jedynym, tak naprawdę, oprócz właśnie rodzonej matki i mentora. Był jej bliski. Nie rozumiał jej w pełni, ale wspierał ją i nie próbował na siłę jej zmienić, tak jak chciałaby to zrobić zapewne większość Klanu Rzeki. Był przy niej, gdy została napadnięta i zabliźniona. A teraz go nie było a Cykuta, zagubiona w swoim wojowniczym żywocie, nie potrafiła tego zaakceptować. Tak nagłej, gwałtownej zmiany. Nie było go w Królikarni a jego zapach prowadził...
Aż tu. Podążając za wonią Ciernistej Łapy dotarła do miejsca, które wiedziała, że jest Grzmiącą Ścieżką. To było okropne, a Cykuta chciała zawrócić, ale musiała znaleźć Ciernia. Nie uciekłby z Klanu, coś musiało się stać. Nie mogła stracić swojego jedynego przyjaciela. Mimo obrzydliwego, intensywnego zapachu i hałasów, drżenia podłoża, Cykuta kręciła się wzdłuż asfaltowej drogi i węszyła za tym, co pozostało ze śladów Ciernistej Łapy.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Zauważył coś, czego niby by nie zauważył będąc wciąż w Klanie Wichru. Pochłaniając się dalej obowiązkami, polowaniem i siedzeniem w obozie, tym wszystkim. Nie zwróciłby uwagi na to, jak wiele nieodkrytych miejsc czekało na niego poza terenami Klanów. W tym nie poświęciłby wystarczająco dużo tej uwagi Grzmiącej Ścieżce, która teraz wcale nie zdawała się tak straszna jak może kiedyś czuł, księżyce temu, gdy był jeszcze młodszy i miał na barkach mniej przeżyć. No dobrze, umiera tu wiele stworzeń. Jakieś tam zające, jakieś lisy, a to drugie to właściwie plus, no i umierają tam koty. Nasłuchał się o tym nieraz i choć nie pragnął śmierci – pragnął jej przeciwieństwa od zawsze, na upór – to wizja zobaczenia tu kolejnego potwora wcale nie była straszna. Może to dlatego, że wiedział, że potwory nie wykraczają poza swoją cuchnącą ścieżkę. Może dlatego, że wiedział o swoim sprycie, wiedział, że ten jest zbyt duży aby cokolwiek rozmiaru potwora mogło go zaskoczyć. Zaskoczyło go jednak coś innego.
Biały kocur, marszcząc pysk od smrodu potworów który go otaczał, szedł niedaleko brzegu samej Grzmiącej Ścieżki. Nasłuchiwał zbliżających się bestii instynktownie, ale łeb trzymał nisko i jego spojrzenie było znudzone, zdradzało też przygnębienie. Sam nie wiedział, czego tutaj szukał. Był trochę głodny, ale nie widziało mu się spotykać kogokolwiek z Wichru – dlatego trzymał się okolic bliskich terenom Klanu Rzeki. I od tak, nagle zobaczył ją przed sobą.
To samo czarno-białe futro, ta marna budowa ciała ukryta pod nim, ciemnawe oczy. W pierwszej chwili, mimo wszystko, pomyślał tylko o tym że ma do czynienia z jakimś rzeczniakiem. Czuł jej charakterystyczny smród nawet pomimo innych otaczających go smrodów. Ale potem dotarło. Rozpoznał ją. To Cykuta. To kotka, która swoim istnieniem doprowadziła do zniszczenia jego reputacji. Doprowadziła do tego, że musiał odejść. Problemy w Klanie, rozmowy z Lawendową Gwiazdą, z Lśniącą Sadzawką, słowa o tym jaki jest okropny i jak szkodzi Klanowi Wichru, potem spotkanie silnego kota, Łabędzią Gwiazdę, zniszczenie przyjemnej atmosfery przez temat tej właśnie kotki. Wszystko zepsuła. Wiedział, że nie ona pokierowała jego łapą. Nie ona wysunęła jego pazury. Ale to ona popchnęła go do tego czynu. To jej wina, to wszystko.
W tej krótkiej chwili nie wiedział nawet, czy kotka go zauważyła. Nie upewniał się. Pomimo otępienia, które czuł przez te ostatnie dni, pomimo odczuwania głównie zagubienia i smutku, teraz powrócił gniew, powróciła frustracja. Niby wiedział, że to wszystko nie mogło być planem Cykuty. Że pewnie nie chciała wyrządzić mu aż takiej szkody. Ale to zrobiła. A myśl o tym, że będzie mógł się na niej wyżyć? To dało mu nadzieję na poczucie ulgi.
Nie zwrócił nawet uwagi na zbliżającego się potwora. Wraz z hukiem poruszającej się bestii zbliżył się do Cykuty, biegiem, po czym skoczył na niczego nieświadomą rzeczniaczkę i uderzył w nią łapami, przy tym przewracając na ziemię.
- Zapomniałaś, co mówiłem? – zawołał. – Jak śmiesz mi się pokazywać?! – w jego szeroko otwartych oczach płonął ogień, ostre kły były wyszczerzone w grymasie. – Po tym wszystkim… Nie masz pojęcia! Nie wiesz, co zrobiłaś!
Nienawidziła tego, gdy przytłaczały ją emocje. Gdy niezrozumiałe dla niej emocje, jak to, co teraz czuła, szukając Ciernia, zupełnie ją pochłaniały, przytłaczały i kierowały każdym jej kolejnym krokiem. Bo co ona sobie myślała, wychodząc z obozu zupełnie sama, bez żadnej obstawy? Czy naprawdę sądziła, że podążając za tym, co zostało z tropu po Ciernistej Łapie, będzie w stanie go znaleźć? Była tylko głupim dzieckiem które postanowiło bawić się w bycie wojownikiem. Nie nadawała się do tego.
Nie nadawała się na przyjaciółkę. Myślała - czy coś zrobiła nie tak i to przez nią Cierń odszedł? Na logikę, nie, nie miała co mu zrobić, ale zawsze, przy każdej tragedii mniejszej, lub większej, która jej się przytrafiała, cienki głosik w głębi Cykuty powtarzał jej, że to jej wina, że coś zrobiła nie tak. Co jeśli przez nią Cierniowi stała się teraz krzywda? Musiała go znaleźć, przyprowadzić do Klanu, naprawić to...
Położyła uszy po sobie widząc, słysząc, czując, jak nadchodzi kolejny potwór. Komfort przynosiła jej myśl, że nie zbaczały z Grzmiącej Ścieżki, ale każdy potwór który po niej pędził sprawiał, że Cykuta miała ochotę zwinąć się w kłębek i zniknąć pod ziemią. Brzmiały i cuchniały okropnie, były tak głośne, tak wielkie, przerażające... na moment zamknęła oczy, aby opary które pozostawiały po sobie nie dostały jej się do pyska.
Gdy poczuła, jak ląduje na ziemi, przez chwilę myślała, że ten jeden raz akurat ten potwór zboczył ze Ścieżki i ją pożarł. Że umarła. Ale potem otworzyła oczy i nad sobą widziała śnieżnobiałe futro Pajęczej Łapy. Serce jej stanęło i czas na moment się zatrzymał.
Cykuta, otrząsnąwszy się z początkowego szoku, natychmiast spróbowała się podnieść i wycofać, jak najszybciej. Rzucić pędem przed siebie, w kierunku, z którego przyszła. Musiała się wyrwać, wyswobodzić, uciec. Nie wiedziała, o czym kocur mówił i nie miało to dla niej znaczenia. Chciała się uwolnić i uciec. Już. Teraz. Natychmiast. Nie powinno jej tu być. Nie mogła tu zostać.
Zabije ją, jeśli tu zostanie.
- Zostaw mnie! Puść! Zostaw! Nic ci nie zrobiłam! - zamachnęła się tylnymi łapami aby zasadzić Pajęczynie kopniaka w brzuch, ale zupełnie chybiła, zbyt zszokowana. Serce jej biło jak przerażonej piszczce.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Wręcz sapał, stojąc nad tym niewiniątkiem patrząc prosto w jej pełne przerażenia oczy. Nie potrafił jej współczuć, nie po wszystkim, co miało miejsce. Powiedziała wtedy o kilka słów za dużo i to zniszczyło ich relację na zawsze – i niezbyt bezpośrednio, ale najwyraźniej zniszczyło też jego dotychczasowe życie. Był tak bardzo wściekły, tak bardzo, że miał ochotę tu i teraz rozszarpać Cykutę na strzępy własnymi kłami. Chciał odebrać jej wszystko, tak jak on wszystko stracił. Chciał ją zniszczyć.
- Nic?! – zacharczał, przysuwając pysk bliżej jej własnego, tak jakby w ogóle nie bał się ciosu z jej strony. Zdawał się nie zwrócić w ogóle uwagi na jej próby obrony. Nieudane próby, zresztą. Była taka spanikowana, że nawet nie potrafiła go kopnąć. Żałosne. – Wszystko zepsułaś! Wszystko! Przez ciebie, przez twoją matkę- straciłem wszystko, co miałem! Moją reputację, mój Klan, moją- moją własną… – wziął głębszy oddech, wykrzywiając pysk w jeszcze większym grymasie gdy do oczu napłynęły mu łzy. – To wszystko dlatego, że nie umiałaś trzymać języka za zębami! I to ja mam być tym złym, tak?! Zawsze! Zawsze tylko ja! – pochylił się nad nią, nisko, mrużąc oczy.
Była tchórzliwa. Była przerażona, bała się go tak bardzo. Widział na jej pysku ślady po własnych pazurach, już wyleczone, zapewne z pomocą medyka, pod jego opieką. Wyobraził sobie, że pewnie pół Klanu Rzeki przejęło się stanem Cykuty na tyle, aby doglądać jej stanu, troszczyć się o nią. Wyglądała, jakby pomimo słabości była w lepszym stanie od niego.
Zwątpił.
Zastanowił się, przez te kilka uderzeń serca gdy w bezruchu, jedynie dysząc, patrzył prosto w oczy Cykuty. Czy to naprawdę on jest tu potworem? Czy to on wszystko zepsuł? Wszyscy tak uważali. Nie chciał, żeby mieli rację, ale w innym wypadku dlaczego inne koty, nawet te najżałośniejsze, radziły sobie lepiej od niego? Były szanowane w Klanie, chociaż trochę, miały rodzinę, miały wszystko czego on już nie miał? Czy naprawdę popełnił aż tak wiele błędów?
Poczuł, jak gniew ulatuje powoli z jego ciała, zastąpiony innym, przytłaczającym uczuciem. Pochylił się jeszcze bardziej i oparł łeb na piersi Cykuty. I szlochał.
Jeśli Pajęczyna sapał, to Cykuta ledwo była w stanie chwytać powietrze w płuca. Była w potrzasku, przerażona, przyciśnięta do ziemi przez kocura, którego bała się bardziej, niż samego Gwiezdnego Klanu. Kocura, który sprawił jej w życiu tyle bólu, kocura, który to ją obwiniał o zniszczenie mu życia. Sam je sobie niszczył, tak sądziła Cykuta patrząc na to, co Pająk robi, jak postępuje. Czy miała rację? Chciała mieć rację, ale teraz nie miała do tego głowy. Nie myślała o tym, kto miał rację, przyciśnięta przez Pająka do ziemi. Mógł ją teraz rozszarpać, a ona nic nie mogłaby zrobić. Cała się trzęsła.
Prawie się dusiła, tak ciężko jej się oddychało, dławiła się powietrzem, łzami, oparami z przejeżdżających po Grzmiącej Ścieżce potworów, dusiła się zapachem Pająka i Klanu Wichru, pozostałościami po zapachu Ciernistej Łapy które unosiły się gdzieś w powietrzu, ale, och, teraz nagle zaginięcie Ciernia nie było istotne. Istotne było to, co działo się w tej chwili. Cykuta była malutką muchą w pajęczej sieci. Nie wiedząc, co zrobić, spanikowana, widząc, jak Pająk się przysuwa, wysunęła przed siebie gwałtownie przednie łapy, aby oprzeć je na jego szyi i spróbować odepchnąć.
Ale nagle usłyszała płacz. Płacz inny niż jej własny i nie wiedziała, jak ma się czuć. Pająk płakał. Był do tego zdolny? On płakał. Nie rozumiała, spanikowana, ani słowa które opuszczało jego pysk, ale rozumiała płacz. Przytłoczyły go emocje, tak, jak ją samą. Na chwilę kotka zupełnie zesztywniała, cofając własne łapy, wręcz pozwalając kocurowi oprzeć łeb na własnej, czarno-białej piersi.
Zaszlochała. - Pa-jęczyna. Zejdź. Proszę. Przestań - wydusiła z siebie cienkim głosem. Nie chciała zacząć mu teraz współczuć. Nie chciała zacząć czuć się źle, czuć się tak, jakby to ona zrujnowała mu życie, a nie on jej, ale jego żałosny płacz i słowa, które zaczęły do niej docierać, z opóźnieniem, sprawiały, że właśnie tak się czuła. - Przestań. Bła-błagam.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Nie potrafił przestać.
Słyszał to, co mówi Cykuta. To, jak prosi go, żeby przestał, jak sama płacze. Jej rzeczny smród sprawiał, że rozbolał go nos – a może to od samego płaczu? Kotka leżąca pod nim była przerażona, wciąż rozemocjonowana i nie potrafił jej winić. Nie mogła nic zrobić podczas gdy on nad nią stał, była zupełnie bezbronna, a on nie potrafił jej puścić. Zrozumiał, że nie jest w stanie się ruszyć, a może po prostu nie chciał się ruszyć. Nagłe, przytłaczające uczucie beznadziei sprawiło, że nie potrafił zrobić nic poza żałosnym płaczem na oczach kogoś, kto nigdy nie powinien pojawić się w jego życiu.
Pokręcił łbem po chwili, chyba w odpowiedzi na jej słowa, a może reagując na własne okropne myśli. Nic mu nie zostało, z jego własnej winy, na to wygląda. Wciąż był gdzieś w głębi siebie wściekły, na Lawendową Gwiazdę, na matkę, na wszystkich, ale dotarło do niego, że to on podjął te okropne decyzje. Teraz nie mógł przez nie wrócić do miejsca, w którym spędził całe życie. Był zupełnie sam, zagubiony, a w tej chwili w jego pobliżu była tylko biedna, mała Cykuta, która wcale nie chciała być blisko kogoś takiego jak on. Ale on nie chciał jej puścić. Nie był w stanie. Płakał w jej futro i wycierał w nie nos.
- Nni-nie. Nie. – wymamrotał w końcu, po kilku, kilkunastu chwilach które ciągnęły się w nieskończoność pewnie nie tylko dla niego. – Proszę, zostań- proszę… Proszę nie zostawiaj mnie. – jego przyspieszony oddech sprawiał, że całe jego ciało drżało raz po razie. Słowa, które wypowiadał były ledwo zrozumiałe. – Proszę, proszę… - wysapał, wciąż opierając się na kotce swoim ciężarem, mamrotał coś do samego siebie, chyba jakieś niezrozumiałe wytłumaczenia. Cykuta mogła wyłapać tylko trzy ciche słowa. – Nie chciałem, żeby…
Tak się czuła, w pewnym sensie. Jej oprawca, kocur, który permanentnie ją oszpecił, kocur, który nawiedzał ją nawet w koszmarach, nie chciał jej puścić i smarkał w jej futro. Wyglądał na tak... żałośnie smutnego. Tak zrozpaczonego czymś. Cykuta nie wiedziała, jak się czuć. Serce jej waliło jak oszalałe, dalej ledwo chwytała tlen w płuca. Sztywna jak kłoda, leżała pod Pająkiem, nie będąc w stanie mu się opierać, nie potrafiła ruszyć ani jedną kończyną. To było tak dziwne, przerażające, dziwnie upokarzające uczucie. Co miała zrobić?
Rozsądek i instynkt przetrwania krzyczały, żeby chwyciła jedno z białych uszu w zęby i oderwała, póki Pajęczyna miał łeb w zasięgu jej kłów. Cienki, głuchy głosik gdzieś z tyłu głowy mówił, aby się nie ruszała, została tu tak, jak Pajęczyna o to prosił. Bo gdyby znowu zrobiła coś wbrew jego woli, oberwałaby równie mocno, jak ostatnio, prawda? Cykuta znowu pociągnęła nosem. Czuła się paskudnie źle. Czemu on płakał? Czemu chciał, żeby tu została, jeśli jeszcze chwilę temu krzyczał, jak nie chciał jej widzieć na oczy, jak wszystko zepsuła?
Konflikt wewnętrzny. Zwątpienie. Za dużo emocji, bodźców. Cykuta zaszlochała ponownie i w końcu, kierując się instynktem, próbowała wyczołgać spod Pajęczyny. - Przestań - powtórzyła płaczliwie, opierając przednie łapy na klatce piersiowej kocura, a tylnymi próbowała sięgnąć jego brzucha i go od siebie odepchnąć. Nie wyszło. Nie miała tyle siły, a Pajęcza Łapa był dla niej jak największy ciężar którego nie była w stanie podnieść, choćby chciała. - Przestań płakać - przestań wzbudzać we mnie wyrzuty sumienia.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Zachłysnął się na moment powietrzem. Starał się ignorować to, jak Cykuta śmierdzi, ignorował to, że ta kotka jest jego wrogiem. Nigdy nie czuł czegoś takiego jej względem, ale teraz wiedział, że jej potrzebuje. Tylko dlatego, że akurat to ona tutaj była, nie ktoś inny – ale potrzebował jej. Gdyby miał zostać teraz zupełnie sam… czuł, że rozerwałoby to jego serce. Próbował sobie wyobrazić, że przytula się właśnie do kogoś innego. Do matki. Do Biedronki, do Wiatru, Korzenia, Borsuka, kogokolwiek tylko nie kotki, którą tak paskudnie skrzywdził, z jej winy czy nie. Ale zaraz zdał sobie sprawę z tego, że tą resztę kotów też skrzywdził. Zawył raz jeszcze, choć dźwięk był stłumiony przez futro na piersi czarno-białej rzeczniaczki.
Nie zareagował na jej słowa. Ale na próby ucieczki już tak. Przycisnął się do niej mocniej, spróbował przytrzymać łapą, napinając mięśnie jakby faktycznie nadal chciał jej coś zrobić. Ale chyba nie byłby w tej chwili w stanie. Czuł się zbyt słabo. Smutek nie dodawał siły tak, jak gniew.
- Cykuta... Zostań. – powiedział głośno, zachrypniętym głosem. – Zostań. – powtórzył, czując jak zasycha mu w gardle, choć pysk miał cały mokry od łez. Dlaczego nie chciał jej puścić? Czuł się tak obrzydliwie, niby sam nie chciał jej widzieć, a z drugiej strony naprawdę, naprawdę nie chciał żeby ktokolwiek go znów zostawił. – Proszę. – żałosne.
- Pająk, błagam- zostaw mnie. Zejdź. Puść mnie. Proszę cię - przypomniało jej się, jak kilka księżyców wstecz, gdy jeszcze jako narybek, głupio, naiwnie, wymknęła się w środku nocy z Chruśniaka. Przypomniało jej się, jak trafiła na Pająka, jak obrzydliwie się go bała, jak obrzydliwie przerażona była, gdy ją zostawił tam, na obcym terenie, w środku nocy, samą, mimo jej błagań. A teraz to on błagał o to, żeby ona została. Co za ironia losu.
A Cykuta wcale nie chciała tu zostać. Chciała się mu wyrwać. Nie potrafiła, mimo strachu, zmusić się do zrobienia mu krzywdy. Wyglądał zbyt żałośnie i smutno, aby była w stanie wysunąć pazury czy pokazać kły, chociaż, och, tak bardzo chciałaby być w stanie to zrobić. Jego dotyk parzył. Jego oddech i łzy wyżerały jej skórę.
W końcu szarpnęła się mocniej, próbując chociaż przekręcić na bok, znowu wyczołgać. - Mówiłeś, że- że nie chcesz na mnie patrzeć - zdecyduj się, Pajęcza Łapo.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Nie chciał jej posłuchać. Chciał ją zatrzymać przy sobie, choćby jedynie siłą. Nie mogła go zostawić, nie zgadzał się na to. Ale z drugiej strony Pająk wiedział, do czego to zmierza. Nie chciał, o dziwo, walki. Nie chciał, bo wiedział, że w takim stanie nie warto jest walczyć. Czy obchodziło go to, że mógłby jeszcze bardziej zranić Cykutę? Chciał myśleć, że nie. Teraz chciał jedynie przestać się tak czuć - nie chciał być dalej samotny, porzucony. Nie rozumiał swoich uczuć, ale wiedział co pomogłoby je uspokoić.
A pomimo tego, posłusznie niczym niewinny baranek, Pajęczyna uniósł jedną łapę i zrobił krok w tył, schodząc przy tym z rzeczniaczki. Jego oczy były szeroko otwarte, w tej mieszance najróżniejszych emocji, które prawie przejęły nad nim całkowitą kontrolę. Czuł, jak ze wstydu pali go skóra na pysku. Czuł się coraz gorzej z każdą chwilą i nie potrafił sobie z tym poradzić.
- Zmieniłem zdanie. - rzucił, jakby na obronę. Na moment zmarszczył brwi, ale wciąż czuł się i wyglądał absolutnie żałośnie. - Nie... nie zostawiaj mnie. - dodał i zabrzmiało to trochę jak rozkaz. Zgiął lekko łapy, tak jakby przygotowywał się do biegu. Sam nie wiedział jednak, co ze sobą zrobić. Jego pierś poruszała się szybko z każdym drżącym oddechem. Pająk walczył sam ze sobą.
Cykuta drgnęła czując, jak ciężar który przyciskał ją do ziemi nagle zniknął. Jak Pajęczyna się cofa. Serce biło jej niczym dzwon, niemal obijało się o jej wystające żebra, a instynkt przetrwania i racjonalne myślenie krzyczały, aby wykorzystała to, że zszedł i uciekła. Teraz. Natychmiast. Była szybsza od niego, nie dogoniłby jej, prawda?
Więc czemu tego nie zrobiła od razu? Nie wiedziała. Zorientowawszy się jednak, że tak, Pająk z niej zszedł, córka Tojad podniosła się szybko i cała najeżona cofnęła krok, dwa, w gąszcz przy Grzmiącej Ścieżce. Ale nie uciekła, chociaż teraz mogła. Skuliła się na ziemi, z mięśniami napiętymi, patrząc na białego kocura spode łba, nerwowo, oblizując przy tym pysk, chcąc pokazać, że jest drobna, nieszkodliwa, żeby nic jej nie robił. Ale... gdyby chciał jej coś zrobić, to już dawno by to zrobił, prawda? Czemu dalej była w jednym kawałku? O co mu chodziło? To był jakiś podstęp? Myśli Cykuty galopowały, w takim tempie, że aż zakręciło jej się w głowie.
Och, jak ona nienawidziła tego, jak płacz Pajęczej Łapy wpłynął na jej osąd wobec niego. Czemu czuła się źle? Nie powinna. Nie miała za co czuć się źle. Nie powinna mu współczuć. A jednak.
- ... ty mnie zostawiłeś. Te księżyce temu. Czemu ja... czemu ja mam zostać? Po tym wszystkim, co- co mi zrobiłeś? - zaszlochała, ocierając jednak mokry od tychże łez pysk jedną z łap.