Mistrz: Jaskółczy Śpiew Płeć: kotka Matka: Jaskółczy Śpiew Partner: słodka jak agrest, cierpka jak bez
Te czasy gdy Pustułka była malutką minęły. Stała się wielką, umięśnioną kocią, o średniej wielkości szaro niebieskich oczach o kształcie migdałów. Jest wysoka, ma krępa łapy. Cały efekt masywności dopełnia kupa jedwabistego, bardzo długiego futra, które otula jej ciało. Owa sierść ma rudoczarny kolor, który dopełnia sporej wielkości biały pysk.
Towarzysz do browara
Źródlana Łapa [KC] Modliszka [KW] Ryk [KG]
Wiatr grał z atypowym rytmem uczuciami szylkretki- nie była pewna czego chce, tak samo jak przez całe życie. Wachała się z każdym kolejnym krokiem, jak gdyby grunt zapadał się pod jej łapami. Przyjemny swąd siana wypływał z okolic stajni, tworząc przyjemną, rozluźniającą atmosferę, niemal idealną do sceny pożegnania, która prędzej czy później musiała nastąpić.
Ptasia dama była typem osoby który prędzej czy później odtrąci szczęście od siebie, dając się złapać w błędne koło iglastego bluszczu, który bez skrupułów wbijał się w jej ciało, pomału dobijając tętniącą w środku duszę. Miała niesamowitą zdolność zadawania bólu nie tylko sobie, ale i wszystkim innym- jak terrorysta, przemycający właśnie tykającą bombę.
Pustułczy Wrzask z każdym upadkiem starała się nieść naukę, pouczenie- coś wartościowego. Na nic to jednak, jeśli za jakiś czas ponownie pójdzie pod emocjonalny stryczek, by na nowo upaść w hańbie.
- To wiele dla mnie znaczy Jaskółczy Śpiewie. - wydusiła z siebei tylko, by pozwolić całkowitej pewności zabarwić błękitne tęczówki. Z tych słów niezależnie od kontekstu można było wyczytać ten idealny obraz rodzicielskiej miłości. Przyjmowania syna marnotrawnego, odpuszczenia przewinień. Coś bezinteresownego i bezsprzecznie pięknego. Coś, co dane jej było dostać tylko od burej znieczulonej oszustki, która we wszystkim była lepsza od wiernej klanowi idiotce, która nie śmiała pokochać własnych kociąt. Kotce która dosłownie zdeptała swoje dziedzictwo.
- Ja.. wydaje mi się że też. Nie mogę ci niestety zagwarantować wierności, ani niczego z tych rzeczy, nie jestem gotowa obiecać tego kolejny raz, nie osobie która odchodzi. - miauknęła z widoczną urazą, skierowaną w stronę osoby trzeciej- Brzozy. Kojące liście okazały się obrastać cierniami, a przyjemny szelest gałęzi był sykiem drapieżnika skrytego w konarach. Gdy pręgowana westchnęła ryża zaśmiała się cicho- jednocześnie ze smutkiem.
- Też się sobie dziwię. Nie rozumiem dlaczego nie potrafię odpuścić. Wiedz jednak, że nie stała się ona ważna z dnia na dzień. Znam ją odkąd zaczęłam chodzić, i wizja wypuszczenia jej z mojej pamięci, mojego serca, wydaje się czymś nie do zniesienia. Nie ważne ile jadu by się polało, nie ważne czy poleje się krew.. Ona zawsze ze mną jest, nawet po drugiej stronie świata.- wymruczała, nie tracąc hardego tonu.
Na następne słowa jednak coś w niej pękło, jakby mała blizna na łapie miała rozedrzeć się się, tworząc krater dzielący ziemię na dwie strony.
- Poza tobą i Brzozą nie mam rodziny. Nigdy nie miałam.
»Dziejesięzem n ącośbardzop i ę k n e g o«
≡
Śnimisięzamieć
Księżyce: 109 Mistrz: Orle Skrzydło Płeć: kotka Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nope Trwałe urazy: Długie przecięcie na prawym uchu - ślad po kocich pazurach
Sylwetką bardzo przypomina matkę. Jest szczupłą kotką o wąskich barkach i smukłym tułowiu, na którego końcu znajduje się gruby i długi ogon. Jej ciało porasta krótka, przylegająca do niego, liliowa sierść, a wzdłuż tułowia ciągnie się ciemniejsza pręga, która pokrywa także cały jej ogon, pręgi znajdują się również na czole i łapach kotki, jednak nie rzucają się zbyt bardzo w oczy. Sierść na jej brzuchu i pyszczku przybiera jaśniejszy odcień. Posiada okrągłą głowę, z osadzonymi na niej średniej długości, trójkątnymi uszami. Z czego jedno, konkretnie prawe przecina długa blizna, ślad po kocich pazurach. Pysk kotki jest krótki z różowym noskiem, który otoczony jest przez długie, białe wąsy. Nad kufą osadzone są jasnozielone błyszczące ślepia. Może poszczycić się wysokim wzrostem, a zawdzięcza to swoim długim zwinnym łapom.
Sierść mimo, że odzyskała gładkość dalej jest wiecznie zakurzona i w nieładzie.
Stała się spokojniejsza, co wyraża zarówno jej ton jak i sposób poruszania się. Nie chcę smucić innych kotów, chce je rozweselać, doprowadzać do śmiechu. Dawny wigor jest w rzeczywistości jedynie fasadą, gestem obronnym przed światem. Kotka boi się utraty, dlatego nie chce nikogo do siebie zrażać. Przybiera wieczny uśmiech na pyszczku.
Córka Cichego Strumyka odbywała właśnie poranne polowanie w samotności niedaleko granicy z Ziemiami Niczyimi. Można powiedzieć, że nawet jej się poszczęściło, bowiem udało jej się złapać ryjówkę, którą zakopała pod jednym z drzew. Polowanie szło jej bez problemów dopóki jedna z jej zdobyczy nie zdecydowała się przekroczyć granicy. Wojowniczka oczywiście nie pobiegła bezmyślnie za swoją ofiarą, zatrzymała się przy granicy. Wpatrywała się w teren przed nią, który był dla niej całkiem obcy. Słyszała, że żyją tam samotnicy, którzy są dość niebezpieczni, ale podobno żyły tam również inne stworzenia, takie jak na przykład konie, których Muszelka nigdy nie widziała, a chciałaby zobaczyć. Podobno są duże, podobne do saren, ale jednak masywniejsze. Bardzo korciło jej przejście się w okolice tego tak zwanego Siedliska Koni, ale nie była pewna czy powinna. Była ciekawa, tego co znajduję się dalej, ale zarazem czuła pewnego rodzaju obawy. Co jak się zgubi, albo nie daj Gwiezdny Klanie, jak spotka jakiegoś samotnika? Przesiedziała tak dobrą chwilę zastanawiając się nad tym co powinna zrobić. Jednak koniec końców rozejrzała się dookoła, chcąc jakby sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym postawiła jedną łapę po za granicę, po czym zrobiła to również z drugą, i tak parokrotnie. Wystarczy, że będzie ostrożna i postara się zapamiętać drogę powrotną. A co do samotników, to przecież nie wszyscy muszą być źli, prawda? Może żadnego nie spotka, a jeżeli jednak to może będzie miły, i fajny.
O dziwo udało jej się dotrzeć do celu jej "wycieczki", choć trochę jej to zajęło, bowiem słońce zmieniło już swoją pozycję i znajdowało się znacznie wyżej. Przed jej zielonymi ślepiami ukazał się drewniany płot, na którego udało jej się jakoś wdrapać. Z zaciekawieniem spoglądała na ogromny plac rozciągający się przed jej oczami. Słyszała z oddali jakieś dziwne odgłosy, ale jak na razie nie widziała niczego co mogłoby jej wymarzonego konia przypominać. Czułą się trochę rozczarowana, ale mimo to postanowiła jeszcze nie odchodzić. W końcu coś się może w końcu pojawić. Wzrok dalej miała wlepiony w plac, można nawet stwierdzić, że nie bardzo interesowało ją to co się dzieje wokół. Czy powinno? Na pewno powinno, ale to jednak Muszla...
toooften,weunderestimatethep o w e roftouch »smile,g oo dwords,simplelisteningskills« as i n c e r ecomplimentortheslightestexpressionofcare andyet thesesmallgesturescanc h a n g esomeone'slife
Zdecydowanie powinno ją interesować. Zwłaszcza, że nie była tutaj sama.
Siedlisko Koni znajdowało się nie tak daleko od Klanu Gromu, z czego Igła sobie świetnie zdawała sprawę. Zdawała sobie również sprawę, że jakiś Gromiak mógł tu się kręcić, jednak jeśli już to pewnie jakiś terminator, albo młody wojownik. Kompletnie zapomniała, że kiedyś jej brat został odprowadzony w to miejsce przez samą zastępczynię i jej jakiegoś przydupasa, ale... to nie było aż takie istotne, bo takie wygnania nie zdarzały się raczej za często. Co więc robiła tak blisko Gromu? Spacerowała, bo cóż by innego. Bardzo lubiła spacerować, a jako samotnik mogła sobie na to cały czas pozwalać, z czego korzystała. Miała dobrą orientację w terenie, z czego również korzystała. Lubiła to w sobie. Dlaczego jednak zaszła aż do Siedliska Koni? A bo tak wyszło. Tak jakoś ją wzięło na zaryzykowanie i pójście bliżej Gromu. Chociaż nie ryzykowała aż tak, bo bez problemu by się rozprawiła z terminatorem. Może nawet by wtedy zaliczyła pierwszy zgon? Kto wie.
Kręciła się przy drzewach i płocie, co jakiś czas się rozglądając. W pewnym momencie spojrzała w górę, gdzie zauważyła kotkę siedzącą na płocie. Miała wrażenie, że skądś ją kojarzy, nie mogła jednak dać osobie ogona uciąć. Zatrzymała się i stanęła pod drzewem w taki sposób, by móc doglądać liliową córkę Cichego Strumyka. Skąd ona ją kojarzyła? Minęła się kiedyś na leśnych ostępach? Przy szuwarze turzycy? Wrzosowisku? A może... och. Och. Już wiedziała, ogarnęła gdy zawiało wiatrem. To była Gromiaczka. Dzieliły razem legowisko terminatorów, a wcześniej nawet kociarnię. Nie miała pojęcia, czy Gruba Gwiazda powiadomił klan o jej wygnaniu, dlatego nie wiedziała też, jak liliowa zareaguje, gdy ujrzy Igłę. Cóż... niebieska kotka postanowiła poobserwować liliową, bo dlaczego by nie. Jeśli ta jej nie zauważy, to się nic nie stanie. Poza tym, była ciekawa, co Gromiaczka robiła poza swoimi terenami. Czyżby się jej znudziły?
Księżyce: 109 Mistrz: Orle Skrzydło Płeć: kotka Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nope Trwałe urazy: Długie przecięcie na prawym uchu - ślad po kocich pazurach
Sylwetką bardzo przypomina matkę. Jest szczupłą kotką o wąskich barkach i smukłym tułowiu, na którego końcu znajduje się gruby i długi ogon. Jej ciało porasta krótka, przylegająca do niego, liliowa sierść, a wzdłuż tułowia ciągnie się ciemniejsza pręga, która pokrywa także cały jej ogon, pręgi znajdują się również na czole i łapach kotki, jednak nie rzucają się zbyt bardzo w oczy. Sierść na jej brzuchu i pyszczku przybiera jaśniejszy odcień. Posiada okrągłą głowę, z osadzonymi na niej średniej długości, trójkątnymi uszami. Z czego jedno, konkretnie prawe przecina długa blizna, ślad po kocich pazurach. Pysk kotki jest krótki z różowym noskiem, który otoczony jest przez długie, białe wąsy. Nad kufą osadzone są jasnozielone błyszczące ślepia. Może poszczycić się wysokim wzrostem, a zawdzięcza to swoim długim zwinnym łapom.
Sierść mimo, że odzyskała gładkość dalej jest wiecznie zakurzona i w nieładzie.
Stała się spokojniejsza, co wyraża zarówno jej ton jak i sposób poruszania się. Nie chcę smucić innych kotów, chce je rozweselać, doprowadzać do śmiechu. Dawny wigor jest w rzeczywistości jedynie fasadą, gestem obronnym przed światem. Kotka boi się utraty, dlatego nie chce nikogo do siebie zrażać. Przybiera wieczny uśmiech na pyszczku.
Siedziała, i siedziała, a koni jak nie było tak nie ma. Plac był zupełnie pusty, jedyne co można było na nim dostrzec to pojedyncze ptaszyny, które najprawdopodobniej szukały w ziemi świeżych robaczków do przekąszenia. Zawiedziona i pełna rezygnacji zeskoczyła z płotu. Najprawdopodobniej skierowałaby swe łapy wprost w stronę, z której tutaj przyszła, nawet się nie oglądając, gdyby nie nagły powiew wiatru. Wraz z chłodnym wiosennym powietrzem do jej nozdrzy dostał się zapach, którego nie wyczuła wcześniej, a który dał jej do zrozumienia, że nie była tu sama. Nie należał on do żadnego zwierzęcia łownego, ani tez ogromnego drapieżnika, który chętnie zatopiłby w niej swoje kły i uczynił ją swoim posiłkiem. Należał do kota, tak przypuszczała. Woń wydawała się jej w pewien sposób znajoma, ale i zarazem obca. Po krótkiej chwili Muszelka zawęszyła, po czym zaczęła się rozglądać raz w jedną, a raz w drugą stronę, aż w końcu zatrzymała swoje spojrzenie w kierunku, z którego dochodził zapach. Zmrużyła zielone ślepia, tam ktoś stał, pod drzewem. Podeszła o dwa kroki bliżej, po czym się zatrzymała. Nie wiedziała, jakie zamiary może mieć ów nieznajomy, oczywiście nie podejrzewała obcego o coś złego, w końcu to taki sam kot jak ona, ale lepiej dmuchać na zimno. -Em... Halo, przepraszam? ... Jesteś stąd?-Odezwała się nieco niepewnym, ale przyjaznym głosem. Jakoś trzeba zacząć. Przecież nic złego się nie stanie jeśli zacznie rozmowę, prawda? W oczekiwaniu na reakcję kotki, przyjrzała jej się. Miała niebieskie futerko, czy ona przypadkiem nie widziała takiego nigdy wcześniej?
//przepraszam, za tak spóźniony odpis :,>
toooften,weunderestimatethep o w e roftouch »smile,g oo dwords,simplelisteningskills« as i n c e r ecomplimentortheslightestexpressionofcare andyet thesesmallgesturescanc h a n g esomeone'slife
Cały czas obserwowała liliową kotkę, z tego samego miejsca, w ogóle się nie ruszając. Przy obserwacji powinna być cicho i się nie ruszać, przynajmniej tak jej się wydawało i tak robiła. Jak powinno się to robić naprawdę to nie wiedziała, ale to ważne nie było. W pewnym momencie kocica zeskoczyła, na co Igła gwałtownie się cofnęła do tyłu, a już po chwili przeklęła w myślach. Miała się nie ruszać, siedzieć w tym samym miejscu, być cicho! Nie miała się tak nagle przesuwać! Sama nawet nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Odruchowo? Może i tak. Postanowiła się już więcej nie ruszać, a stać w miejscu i liczyć na to, że nieznajoma jej nie zauważy. Ku jej nieszczęściu, zielonooka ją zauważyła, na co nie zareagowała... a przynajmniej nie dało się tego zauważyć. W myślach ponownie przeklęła. I co teraz? Gromiaczka się na nią rzuci, zje, zabije? Wysunęła pazury, gotowa zaatakować ową postać, która podeszła nawet bliżej... i się jednak nie rzuciła? I jeszcze pyta o... takie coś? Miała ochotę zmarszczyć brwi, ale nie chciała zdradzać co aktualnie czuje. Czyżby Gromiaczka jej nie pamiętała? Nie kojarzyła nawet? W końcu były w jednym klanie, a nawet legowisku. Ale dobra, nie żeby narzekała z tego powodu. Nie była jednak tak głupia i naiwna, więc nie miała też zamiaru od razu myśleć, że liliowa kocica nic jej nie zrobi. Postanowiła zachować ostrożność.
— Em, nie? Dlaczego pytasz? — odpowiedziała, wyjątkowo spokojnie jak na siebie. Cały czas skanowała wzrokiem Gromiaczkę, próbując sobie przypomnieć jej imię. Królicza... Łapa? Lamparcia Łapa? Wrzosowa Łapa? A nie, wróć, ten ostatni to jej głupi brat. No, chyba sobie nie przypomni.
Mistrz: zdechła Płeć: kocur Matka: nie kojarze Ojciec: zniknął
postawny kocur o krótkowłosej, postrzępionej i niebieskiej sierści, przechodzącej w dolnej części ciała w jasny brąz i z oczyma wypełnionymi żółcią.
Trochę wyrósł ze swojego szczeniackiego okresu. Może trochę zmądrzał, ale dalej jest taką samą upartą i arogancką łajzą, jaką był jako dawny Gromiak. Wyrok przywódcy mało co go nauczył. Księżyce samotności zamknęły go w sobie, przez co rzadko zdarza się, żeby otworzył swoją japę. Ale kiedy już ją otworzy - nie ma żadnych hamulców. Z jego ust wypluwają się słowa aroganckie, wręcz bezczelnie, a zarazem chłodne i pragmatyczne. W tym aspekcie nie zmienił się nic, a nic. Jest uparty i butny, a swoje otoczenie obserwuje z wycofaniem i ostrożnością. Bardzo łatwo jest wyprowadzić go z równowagi, jednakże mimo swoich niewątpliwie paskudnych cech charakteru, rozmowa z nim jest możliwa, ale raczej nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
Borsucza Łapa [GK]
Była noc, kiedy to Kiełek przemierzał z wolna i ostrożnie ulice Osiedla Dwunogów po raz ostatni... zresztą, i pierwszy.
Po raz ostatni rzucił okiem na ich gniazdo, które było jego więzieniem przez tyle księżycy i po raz ostatni zignorował protekcjonalny wzrok przechadzających się wzdłuż bezwłosych dziwolągów. Skończyło się. Odpokutował swoje gówniarskie zachowania, mimo to nadal nie uważał, że zrobił coś złego. Pff, zapomnij. Powiedział, że woli słabą psychicznie medyczkę niż jej brak, wielkie mi halo. Wojownicy sprawiedliwości się znaleźli. Niech zjedzą ich robaki.
Miotały nim skrajne emocje. Cel ucieczki z osiedla był prosty – żyć, albo zdechnąć w lesie. Nie tutaj. Nigdy w życiu. Życie pieszczocha zdecydowanie do niego nie pasowało. Jego duma pozostała w nieskazitelnym stanie, nie mógł sobie pozwolić na żarcie codziennie paskudnej strawy, a każdy przecierpiany dzień zbliżał go do tego momentu, do ucieczki.
Ale cholera, udało mu się. Nie wiedział, czy jest to błogosławieństwo, czy bardziej przekleństwo, ale udało mu się. Zasłużył. Nie miał pojęcia, czy może czegoś szukać w lesie. Był łajzą, nie potrafił polować, nie umiał się bić. Został skazany na pewną śmierć, a teraz wraca w paszczę lwa, bo jego szanse na przeżycie stanowią okrągłe zero procent. No chyba, że nie. No ale, cóż, ahoj, przygodo. Prawda? Nie, nie powinien wracać. Nieracjonalne. Jest debilem.
Nie miał pojęcia ile lazł, skręcał gdzie popadnie, byle z dala od dwunożnych. Dreptał, otoczony przez swoje własne myśli. Był zmęczony. Był głodny. Ale nie mógł przestać, nie teraz. Nie ma odwrotu po takiej akcji.
Nie zauważył nawet, kiedy słońce zatoczyło swój pełen cykl, z początku ujawniając się i, przechodząc przez korony drzew grzejąc postrzępioną sierść byłego Gromiaka, a następnie ponownie tonąc i spowijając okolicę w ciemności.
Dystans, który kocur przebył był imponujący i jego organizm, osłabiony brakiem żarcia, odmówił w końcu posłuszeństwa i rozkazał zatrzymać się nieopodal kamiennego płotu. I to natychmiast.
Samotnik położył się ciężko na ziemię, wzbijając w powietrze kawałki pyłu z ususzonej ziemi. Poczuł senność, ale zanim zamknął zmrużone oczy, zmierzył oczami ciągnący się przed nim płot.
Jakieś znajome miejsce.
Normalnie w nocy spała, jednak tym razem, wyjątkowo, postanowiła się przejść. I to nie byle gdzie, bo w okolice Klanu Gromu! Z racji że była noc, a co za tym szło, było ciemno, to wątpiła by w ogóle natknęła się na kogoś, tym bardziej na Gromiaka. Najpewniej wszyscy z klanu sobie spali, a nawet jeśli nie, to pewnie nikt by jej nie zauważył... i też odwrotnie, to ona by nikogo z Gromu nie zauważyła, ale myślała pozytywnie. Wolnym krokiem przemieszczała się po ziemiach niczyich. Ból barku jak zwykle dawał o sobie znać, jednak starała się ignorować ból, który towarzyszył jej już... kilka księżyców? Kilkanaście? Nawet nie wiedziała już. Zbliżyła się bardziej do płotu i szła dalej, kompletnie się nie spiesząc. W pewnym momencie jednak poczuła, że coś jest nie tak. Nie widziała nic dziwnego ani nie czuła dziwnego zapachu, po prostu to czuła w nieco inny sposób. Coś jej mówiło, że jest coś nie tak, ale kompletnie nie wiedziała co. Dla pewności rozejrzała się i nic nie zauważyła, więc szła dalej, ale uczucie dalej jej towarzyszyło. W pewnym momencie jednak dostrzegła coś na ziemi. Coś... leżącego? Nie była pewna. Ciekawość wzięła górę i zdecydowała się podejść bliżej tego czegoś. Im bliżej była, tym bardziej to coś jej przypominało... coś. A raczej kogoś. Kiedy była już przy tym czymś, a raczej przy tym kimś, zrobiła zdziwioną minę. Nie była w stanie ukryć swojego zdziwienia. Leżał przed nią jej własny, rodzony brat, który wiele księżyców temu został wyrzucony z klanu za obrażanie Ognistego Żaru.
— Kiełek? Żyjesz? — wypaliła, i tyknęła go łapą w grzbiet. Kompletnie się nie spodziewała, że jeszcze kiedyś go zobaczy. Przecież jak go Trzmiela Gwiazda wyrzucił, to nie potrafił ani się bić, ani polować, ani nawet pływać. Była pewna, że nie żył! Że umarł z głodu, albo jakiś drapieżnik go rozszarpał! A tu... taka niespodzianka. Nieoczekiwanie go znalazła, leżącego i wyglądającego jak trup. Ale trupem nie był, bo widziała, jak jego grzbiet się unosił i upadał, czyli oddychał. Bardzo ją zastanawiało, jakim cudem on żył i gdzie się podziewał przez tyle księżyców. Na pewno nie mógł się szlajać po ziemiach niczyich, bo by się natknęła na niego. Niemożliwym było, aby się tak z nim mijała. No i jak zostało wspomniane, nie nauczył się w klanie dosłownie niczego, i nie wierzyła, że by się od tak z dupy wszystkiego nauczył, bo był za głupi na to. Pytanie więc, co się z nim działo przez te księżyce?
Mistrz: zdechła Płeć: kocur Matka: nie kojarze Ojciec: zniknął
postawny kocur o krótkowłosej, postrzępionej i niebieskiej sierści, przechodzącej w dolnej części ciała w jasny brąz i z oczyma wypełnionymi żółcią.
Trochę wyrósł ze swojego szczeniackiego okresu. Może trochę zmądrzał, ale dalej jest taką samą upartą i arogancką łajzą, jaką był jako dawny Gromiak. Wyrok przywódcy mało co go nauczył. Księżyce samotności zamknęły go w sobie, przez co rzadko zdarza się, żeby otworzył swoją japę. Ale kiedy już ją otworzy - nie ma żadnych hamulców. Z jego ust wypluwają się słowa aroganckie, wręcz bezczelnie, a zarazem chłodne i pragmatyczne. W tym aspekcie nie zmienił się nic, a nic. Jest uparty i butny, a swoje otoczenie obserwuje z wycofaniem i ostrożnością. Bardzo łatwo jest wyprowadzić go z równowagi, jednakże mimo swoich niewątpliwie paskudnych cech charakteru, rozmowa z nim jest możliwa, ale raczej nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
Borsucza Łapa [GK]
Odgłosy szumiących z wolna drzew zaczęły wpędzać go do snu. Nareszcie - przecież należało mu się. Przebył długą drogę, wręcz samobójczą. Przez jego pusty łeb przeleciała chmara myśli, począwszy od standardowego "na Gwiezdny Klan, jaki jesteś głupi, po co się w to pakowałeś" aż do odległych i... ciepłych, nacierających z każdej strony wspomnień dawnego, nudnego i rutynowego klanowego życia. W końcu nie myślał już o niczym, a jego ciałem zawładnął sen. Uspokoił się i począł, jako jedyny znak swojej marnej egzystencji, ruszać powoli i spokojnie klatką piersiową w rytm oddechu.
Sen był w tym wypadku ruchem skrajnie niebezpiecznym, zważając to, w jakiej sytuacji się znajdował. Sam, bezbronny, na otwartym polu. Najprostszy sposób na to, jak szybko wpaść pod kły lub pazury jakieś zwierzyny, czy też paść na kolejnych nadgorliwych dwunogów. Nie, tego by było już za wiele. Miał szczerą nadzieję, że tym razem los okaże się dla niego łaskawy i nie pośle żadnych półgłówków chętnych skosztować jego mięsa... lub wolności. Zdał się na łaskę lasu, lub tego całego, wymyślonego Gwiezdnego Klanu.
Nagle jednak został obudzony. Otwierając oczy, zobaczył przed sobą obcą sylwetkę i poczuł na sobie niechciany dotyk, którego obawiał się odkąd został porwany. Alarm, dwunodzy? Począł w panice podnosić się na chwiejne łapy i odsuwać się do tyłu tak szybko, jak tylko mógł, równocześnie strosząc sierść i pokazowo sycząc na delikwenta. Co się do cholery jasnej dzieje?!
Dopiero po kilku chwilach, kiedy resztki jego rozumu dotarły do świeżo przebudzonego samotnika, zaczął analizować stojącą przed nim sylwetkę i tą całą kuriozalną sytuację. To był kot. Duży kot. Tylko kot... znaczy, nie tylko kot.
Zamknął wolno pysk, wyciszył się i przestał udawać gieroja i począł ciężko oddychać, równocześnie z uwagą obserwując stojącą przed nim... Igłę. Tą samą Igłę, która została w Klanie, kiedy to został popisowo wywalony.
– Co ty tu ROBISZ?! – wręcz wypluł, jednocześnie, nie mogąc oprzeć się zmęczeniu, siadając na tyłku – Jak widać żyję... żyję – stwierdził, wciąż zmrużonymi oczyma lustrując swoją dawną siostrę. Nie, to jest sen. To sen, tak? To nie może być prawdziwe, na pewno zaraz obudzi się na wersalce, psiakrew. Albo inaczej! Ma halucynacje. Lazł za długo i postradał resztę rozumu. Na pewno. Do reszty zdurniał.
No cóż, Kiełek miał niezłe szczęście, skoro to Igła go znalazła, a nie żaden lis, borsuk, czy ktoś z Klanu Gromu. Wtedy to dopiero miałby przekichane! Najpewniej Gromiak by go dobił, od tak, rzucił się i rozszarpał mu gardło, korzystając z okazji, że był osłabiony. W końcu wygnańcy nie mają czego szukać w pobliżu dawnych terenów, prawda? Z Igłą pewnie byłoby podobnie, gdyby na jakiegoś trafiła. Ona jednak miała to szczęście, że potrafiła walczyć, więc mogłaby się bronić i spróbować zabić Gromiaka... tylko z raną trzeciego stopnia to w sumie byłoby niemożliwe, ale już pomińmy ten fakt.
Zamrugała widząc, jak jej durny brat zaczyna odsuwać się do tyłu, a po chwili jednak staje... i ogarnia, że to ona go obudziła, czy cokolwiek on robił??? Aha??? Prychnęła i się na niego zaczęła patrzeć, nic więcej nie mówiąc. Kiedy jednak wypluł te cztery pewne słowa, poczuła irytację i syknęła.
— Chyba co TY tu robisz — syknęła ponownie, poirytowana. On śmiał jeszcze zadać to pytanie, kiedy to ona powinna to zrobić, bo to ona myślała, że jej głupi brat nie żyje? Niedorzeczne! Co za kretyn, w ogóle nie myślał. — Myślałam, że NIE ŻYJESZ. Ba, byłam tego PEWNA. Bo jak cię spaślak wyrzucił to gówno potrafiłeś, bo gówno przerobiłeś na treningu — wyrzuciła, cały czas sycząc. Zjeżyła nawet futro, a żeby było mało, to jeszcze wbijała w niego zabójcze spojrzenie. Giń, kretynie — Więc wyjaśnij mi, jakim cudem i prawem żyjesz. Bo wiesz, albo nie wiesz i się zaraz dowiesz, to powinieneś być martwy. Bo skoro gówno potrafiłeś, to powinieneś zdechnąć z głodu, utopić się, albo zostać rozszarpanym przez drapieżnika — stwierdziła. Nie pomyślała, że Kiełek mógł zostać porwany przez dwunogów, nawet przez myśl jej to nie przeszło. Usiadła i dalej wbijała w kocura zabójczy wzrok. No, czekam na wyjaśnienia.
Mistrz: zdechła Płeć: kocur Matka: nie kojarze Ojciec: zniknął
postawny kocur o krótkowłosej, postrzępionej i niebieskiej sierści, przechodzącej w dolnej części ciała w jasny brąz i z oczyma wypełnionymi żółcią.
Trochę wyrósł ze swojego szczeniackiego okresu. Może trochę zmądrzał, ale dalej jest taką samą upartą i arogancką łajzą, jaką był jako dawny Gromiak. Wyrok przywódcy mało co go nauczył. Księżyce samotności zamknęły go w sobie, przez co rzadko zdarza się, żeby otworzył swoją japę. Ale kiedy już ją otworzy - nie ma żadnych hamulców. Z jego ust wypluwają się słowa aroganckie, wręcz bezczelnie, a zarazem chłodne i pragmatyczne. W tym aspekcie nie zmienił się nic, a nic. Jest uparty i butny, a swoje otoczenie obserwuje z wycofaniem i ostrożnością. Bardzo łatwo jest wyprowadzić go z równowagi, jednakże mimo swoich niewątpliwie paskudnych cech charakteru, rozmowa z nim jest możliwa, ale raczej nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
Borsucza Łapa [GK]
O proszę, co za wielka, naburmuszona, mordercza kupa futra. Miał jej coś wyjaśniać? Czy to jest jakieś przesłuchanie? Nie miał jej nic do powiedzenia i nie zamierzał się przed nikim tłumaczyć. Żyje, bo miał farta. Jego status mógł zmienić się w każdej chwili, odkąd postawił łapę w lesie, ale, niestety, jeszcze żyje. A ostatnie, czego chciał, to wyjawić komukolwiek swój brudny sekret. A już na pewno nie jej. Nie będzie się błaźnił przed własną siostrą. Nie będzie się błaźnić przed nikim. – Teraz? Staram się odpocząć – odpowiedział już bardziej uspokojony, wypuszczając głęboko powietrze po początkowym szoku i patrząc jej głęboko w oczy – Czy to jest jakieś PRZESŁUCHANIE? – syknął cicho, wtapiając zmrużone ślepia w siostrę – No GRATULUJĘ dedukcji. Przykro mi, jeżeli na tym ci tak zależy, to żyję. Żyję i wcale NIE MAM się dobrze, JEŻELI tego po mnie tak dobitnie NIE WIDAĆ – prychnął, gotując się od gniewu i przyciskając uszy bliżej czaszki – Skoro cię to TAK interesuje, przyszedłem... – przerwał na chwilę, wbijając zmrużone ślepia w ziemię, łapiąc oddech i układając sobie wszystko w głowie – Kiedy spasły wyrzucił mnie z obozu, wraz z miłą eskortą przywlekli mnie tutaj. Lazłem w zasadzie bez celu, aż dotarłem na jakieś śmierdzące zadupie. Żarłem to, co wpadło mi w łapy, głównie jakieś resztki od dwunogów. Oto cały GENIUSZ mojego przeżycia. Jesteś już z siebie wystarczająco ZADOWOLONA? – syknął, kończąc swoją historyjkę – Czy chcesz JESZCZE czegoś się dowiedzieć? Szukasz informacji, żeby nakablować na mnie spaślakowi? – spytał łamiącym od ciągłego wrzasku głosem – Zresztą, teraz wszystko jedno – skończył wyczerpany i pełny frustracji. Miał szczerą nadzieję, że to koniec pytań w jego stronę. Zmrużonym wzrokiem zmierzył Igłę z góry do dołu. – Twoja kolej. Co Gromiak robi o tej porze tak daleko od obozu? Nie powinniście spać, czy coś? Czy ten wasz zawszony, frajerski przywódca zupełnie postradał rozum? A może wymyślił jakieś nocne polowania na ledwo żyjących samotników, co? – spytał.
Owszem, miał jej coś wyjaśniać. I to wcale nie byle co, tylko jakim cudem i prawem dalej żył, bo skoro gówno potrafił, to powinien zdechnąć, bo nie da się w lesie przeżyć nawet kilku dni bez znajomości polowania, a z dupy by się tego nagle nie nauczył przecież. Tak twierdziła i zdania nie zamierzała zmienić, więc gdyby jej jednak taką bajkę wcisnąć, to od razu by stwierdziła, że kłamie. Igła potrafiła być bardzo uparta i twardo się trzymać swojej racji, nawet jeśli tak naprawdę jej nie miała... ale kto by się tym przejmował. Ponownie prychnęła słysząc odpowiedź brata. No ciekawe po czym odpoczywał, bo chyba nie po śnie, albo spacerze.
— Głupi jesteś? Nie życzę ci śmierci, tylko stwierdzam fakt. NIE DA SIĘ przeżyć nawet kilku DNI bez znajomości POLOWANIA. Już kij z tą walką bo zawsze można uciec, chodzi o ŻARCIE. Bez żarcia NIE DA SIĘ przeżyć — wysyczała, a gdyby była człowiekiem, to z pewnością strzeliłaby facepalma. Czy on naprawdę pomyślał, że Igła, jego rodzona SIOSTRA, mogłaby mu życzyć śmierci? Naprawdę? Aż takie złe zdanie miał o niej? Dobrze wiedzieć, zapamięta to sobie. — Posrało cię całkowicie? Nie doniosłabym na nikogo, nie jestem ani kretem, ani donosicielem, ani szpiegiem, żeby to zrobić. Poza tym, ta twoja historyjka się trochę nie klei. Przez cały czas żarłeś resztki żarcia? — rzuciła, tym razem nie wrzeszcząc. Wciąż jednak jej głos był nieprzyjemny, a dodatkowo... no, jakby oskarżała Kiełka o kłamstwo. A chyba nie powinna, bo sama by skłamała na temat bycia samotnikiem. Nigdy by się nie przyznała, że została wyrzucona z klanu, absolutnie nie. I też w wielu innych kwestiach by skłamała.
— Jest też inny powód dlaczego bym nie doniosła na ciebie. Wiesz jaki? — ponownie rzuciła, jednak nie dała dojść do słowa bratu, bo od razu kontynuowała swoją wypowiedź — Nie jestem Gromiakiem od księżyców. Wyniosłam się stamtąd, bo ten klan to jakiś żart, jego lider w szczególności — dodała. Jej głos cały czas był nieprzyjemny, jednak i tym razem nie wrzeszczała, bo nie miała ku temu powodu. Ale znając życie zaraz się to zmieni.
Mistrz: zdechła Płeć: kocur Matka: nie kojarze Ojciec: zniknął
postawny kocur o krótkowłosej, postrzępionej i niebieskiej sierści, przechodzącej w dolnej części ciała w jasny brąz i z oczyma wypełnionymi żółcią.
Trochę wyrósł ze swojego szczeniackiego okresu. Może trochę zmądrzał, ale dalej jest taką samą upartą i arogancką łajzą, jaką był jako dawny Gromiak. Wyrok przywódcy mało co go nauczył. Księżyce samotności zamknęły go w sobie, przez co rzadko zdarza się, żeby otworzył swoją japę. Ale kiedy już ją otworzy - nie ma żadnych hamulców. Z jego ust wypluwają się słowa aroganckie, wręcz bezczelnie, a zarazem chłodne i pragmatyczne. W tym aspekcie nie zmienił się nic, a nic. Jest uparty i butny, a swoje otoczenie obserwuje z wycofaniem i ostrożnością. Bardzo łatwo jest wyprowadzić go z równowagi, jednakże mimo swoich niewątpliwie paskudnych cech charakteru, rozmowa z nim jest możliwa, ale raczej nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
Borsucza Łapa [GK]
Już trochę uspokoił się po początkowym szoku, jakiego doznał spotykając w lesie siostrę, której nie widział przez blisko 15-20 księżycy? Przetrawił rzeczywistość i począł przysłuchiwać się z zaciekawieniem wszystkiemu, czym Igła zechciała go uraczyć, w międzyczasie owijając ogon wokół łap i ziewając, rozwierając mocno szczękę ze zmęczenia. Miał już serdecznie dosyć przedstawień na dziś, to był ciężki dzień. W głębi serca cieszył się na widok swojej żywej, stojącej przed nim i nic nie zmienionej siostry. Ogarnęło go uczucie, którego dotąd nie zdążył poznać, nie rozumiał go i nie miał pojęcia jak je nazwać. Troska? – Spoko, tak to zabrzmiało. Nie co dzień spotyka się w lesie swoją Gromową siostrę – stwierdził i przytakiwał na jej spostrzeżenia. – Nie potrzebuje tłumaczenia, dlaczego jestem durny – podśmiechnął się lekko parskiem na jej tłumaczenia. – No, i bardzo dobrze, że nie. Spaślak jest jakoś do mnie uprzedzony, także z mojej strony wolę być ubezpieczony, formalność – oznajmił. Odkąd został wyrzucony z Klanu, miał się cały czas na baczności. Taka sytuacja jak teraz - leżenie samopas koło drzewa w środku nocy - to nie pasowało do niego, i prawdopodobnie znalazłby sobie jakąś miłą, ustronną, ciasną ale własną, kryjówkę, gdyby tylko miał czas. I siły na to. A nie miał obu tych rzeczy. – Ta, bo ty lepiej wiesz jak wygląda moje życie? Wierz sobie w co chcesz. Nawet w ten cały, zapchlony Gwiezdny Klan, mnie to nie obchodzi – spostrzegł, nieprzyjemnym i ochrypłym głosem. Ona ma zamiar kwestionować jego historyjkę? Po jaką cholerę? Szuka sensacji do kociej gazety? Niedoczekanie. – Jeżeli cię to tak bardzo interesuje, to czasami dwunogi zostawiają pod swoimi siedliskami trochę ukrytego, niedojedzonego żarcia, koniec pieśni – wypunktował, wtapiając swój wzrok w kawałek ziemi obok siostry i grymasząc twarz. Widział, jak często przez szybę swojego siedliska dwunodzy wywalają do szczelnych i wysokich pojemników niedojedzone posiłki.
To, że Igła nie należy już do Gromowego klanu go, naturalnie, mocno zdziwiło. Odeszła. Ale... sama? Dla Kiełka wydawało się to sformułowaniem nieco abstrakcyjnym. Samodzielnie podjąć decyzję o skazaniu siebie na tułaczkę przez ten zapchlony las? Może i Igła miała prościej, bo raczej potrafiła jednak polować i się bić, nie to co Kiełek, ale gdyby zaatakował ją jakiś większy drapieżnik, to mogła by zachcieć uciekać tam, skąd przybyła z podkulonym ogonem. Niesamowite. – Ah, tak? – przerwał na chwilę, rozszerzając źrenice w osłupieniu, a następnie podnosząc lekko kąciki ust w niemrawym uśmiechu – I bardzo dobrze. Bo ten klan to porażka. Nie zamierzam się tam nawet zbliżać – zmrużył oczy i począł przytakiwać kilka razy, grzebiąc łapą w ziemi. Niech zjedzą ich robaki. Chciała dalszej, surowej wymiany zdań? Niedoczekanie. Dawny Gromiak potrafił być ugodowy, szczególnie w sytuacji tak wielkiego zmęczenia.
Gdyby to wszystko usłyszała, to chyba by stanęła jak wryta... albo by się zaczęła śmiać, ciężko stwierdzić. Troska? Igła nigdy w życiu o nikogo się nie troszczyła, bo tak naprawdę to każdy był jej obojętny, nawet rodzina. I matka, i ojciec, i bracia byli jej obojętni, chociaż... takiego Płatka uważała za debila i za nim nie przepadała akurat, więc on jedyny był wyjątkiem. Wątpiła też, by ktokolwiek się o nią troszczył, bo niby kto? Kwiatka i Płatka coś zjadło, Rokitnik z nią nie gadał a ona z nim, rodziców też coś zjadło, a reszta rodzinki... no, właściwie to ich też coś zjadło, z wyjątkiem Maliny, ale to szczegół, bo ona pewnie też nie czuła żadnej troski do Igły. Kto by w ogóle się troszczył o kogoś pokroju Igły?
— Nie nazywaj mnie Gromową siostrą — syknęła niezadowolona. Gromiakiem to ona nie była od księżyców i być już nawet nie chciała — A co do tego, to ja bym nie była taka pewna. Płatek pewnie też uważał się za nie wiadomo kogo, a tak naprawdę był skończonym debilem — stwierdziła, już nieco milej. Wciąż bawił ją fakt że jej durny brat się jej bał, a jednocześnie wciąż dawało jej to jakąś satysfakcję. Sama nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo jej się podobał fakt, że ktoś się jej bał. Nie miała pojęcia czy to zdrowe i w ogóle normalne, ale nie obchodziło ją to nawet. Słów brata odnośnie szpiegowania już nie skomentowała w żaden sposób, za to na kolejne prychnęła. Kim ona jest, by wierzyć w ten śmieszny Gwiezdny Klan? — Pffff, w życiu. Nie jestem głupia, żeby wierzyć w trupy na niebie — parsknęła. Nie ogarniała jak ktokolwiek mógł w to wierzyć i ją to śmieszyło. Gwiezdny Klan to była bajka dla małych kociaków, zresztą bardzo głupia bajka. Nie ogarniała po co kociakom to jest wmawiane, skoro to nawet sensu nie miało i się kupy nie trzymało. Wysłuchała dalszych słów kopii Mysiowąsej i wciąż nie bardzo chciało jej się w to wierzyć, jednak postanowiła już dać z tym spokój, bo jeśli faktycznie kłamał, to przecież nie po to, by się jednak zaraz przyznać. Ona też by się nie przyznała do kłamstwa, nawet jeśli ktoś by jej to cały czas zarzucał.
— No i bardzo dobrze. Nie ma co marnować nerwów na tę porażkę — stwierdziła, patrząc się na kocura. Również zmrużyła oczy, a po krótkiej chwili ponownie otworzyła pysk — Co zamierzasz teraz zrobić? — spytała, lekko zaciekawiona. Był jakoś środek nocy, więc domyślała się, że pewnie zamierzał gdzieś pójść spać, chociaż nie wykluczała, że się mogła mylić.
Mistrz: zdechła Płeć: kocur Matka: nie kojarze Ojciec: zniknął
postawny kocur o krótkowłosej, postrzępionej i niebieskiej sierści, przechodzącej w dolnej części ciała w jasny brąz i z oczyma wypełnionymi żółcią.
Trochę wyrósł ze swojego szczeniackiego okresu. Może trochę zmądrzał, ale dalej jest taką samą upartą i arogancką łajzą, jaką był jako dawny Gromiak. Wyrok przywódcy mało co go nauczył. Księżyce samotności zamknęły go w sobie, przez co rzadko zdarza się, żeby otworzył swoją japę. Ale kiedy już ją otworzy - nie ma żadnych hamulców. Z jego ust wypluwają się słowa aroganckie, wręcz bezczelnie, a zarazem chłodne i pragmatyczne. W tym aspekcie nie zmienił się nic, a nic. Jest uparty i butny, a swoje otoczenie obserwuje z wycofaniem i ostrożnością. Bardzo łatwo jest wyprowadzić go z równowagi, jednakże mimo swoich niewątpliwie paskudnych cech charakteru, rozmowa z nim jest możliwa, ale raczej nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
Borsucza Łapa [GK]
Jakakolwiek ciepła emocja pojawiła się gdzieś w głębi samotnika, musiała zostać szybko stłumiona. Nie miał czasu na żadne troski. Porównywał je z tchórzostwem. Z tchórzostwem i przesadnymi emocjami, które łączyły jego zdechłą mistrzynię i zaginionych rodziców. On nie mógł sobie pozwolić na śmierć. I na tchórzostwo. Nie tak, jak jego zapchleni rodzice. Musiał przeżyć. Inna opcja nie wchodziła w grę. Inna opcja była tchórzostwem. I kończyła się śmiercią. Myśl, kretynie, jak zamierzasz przeżyć. – Wedle życzenia. Możesz być tylko siostrą, skoro tak bardzo pragniesz – przyznał niewzruszony, wzruszając lekko barkami. Nie dziwił się, że siostra nie jest zadowolona ze swojej dawnej przynależności. To była przynależność Gromowa, a Kiełek zmienił swoje zdanie o Gromiakach na przestrzeni księżycy, teraz to nie Gromiaki. Teraz to zwykłe ścierwo. Nie był zadowolony ze swojej dawnej przynależności, a w zasadzie to... z dwóch. Ale nigdy nie zamierzał zdradzić swojego brudnego sekretu. Nikomu. To pozostanie tajemnicą tylko w jego hermetycznej główce. Zdziwił go fakt napuszenia się Igły na samą wzmiankę o Gwiezdnym Klanie. Zluzuj majty, to tylko bajeczka – Przynajmniej tobie tego nie wcisnęli. Nie rozumiem jak można się na to nabrać – przyznał, szczerząc się i lekko chichocząc. "Nie rób rzeczy be, bo umrzesz rychle i będziesz pałętać się po lasku! A jak będziesz grzecznym i posłusznym wojownikiem, to będziesz mógł sobie zostać na Srebrnej Skórce, znaj łaskę pana." Śmiechu warte. Cieszył się, że poznał kolejną osobę z kampanii kocich ateistów. Oby rozwijała się liniowo i stabilnie, aż wreszcie pochłonie swoim zasięgiem każdy, choćby najgłupszy i najbardziej uparty mózg.
"Co zamierzasz zrobić." Bardzo dobre pytanie. Gdyby wiedział, to by odpowiedział. Ale nie wiedział. Musiał się zastanowić. Wziął kilka głębszych wdechów i zamknął oczy, myśląc nad swoim nędznym życiem. – Muszę znaleźć jakieś bezpieczniejsze miejsce do spania – przyznał otwarcie, po czym mocno ziewnął, a następnie wstał ociężale na chwiejne łapy i przeszedł się dookoła, starając sięrozruszyć swoje obolałe mięśnie. – Tym razem byłaś to ty, ale jak następnym razem obudzi mnie coś innego, to będę miał cholerny problem – wypaplał od niechcenia, po czym stanął lisią długość od niej i wbił znużony i zmęczony wzrok w jej oczy – A ty co zamierzasz? – dopytał.
Ponownie prychnęła na słowa kocura. Mogła być tylko siostrą. Tak, bycie tylko siostrą bardzo jej pasowało, o wiele bardziej niż bycie Gromową siostrą. Kto w ogóle tak mówił do kogokolwiek?
— Tak, pragnę być tylko siostrą, bo Gromowe siostry są dla słabych, a my słabi nie jesteśmy. No, przynajmniej ja, bo ty na takiego nie wyglądasz — odparła. Czy naprawdę tak uważała? Cóż, ciężko stwierdzić. Z jednej strony Kiełson nie wyglądał na słabego, ale z drugiej strony to nigdy nie wiadomo, czy faktycznie taki nie jest. To że ktoś jest duży, nie oznacza od razu, że jest silny. Można być dużym i słabym, i może być małym i silnym. Pozory mogą mylić, czy coś. Chociaż osobiście raczej i tak trzymała się pozorów, więc można było uznać, że sobie żartowała z brata. — Ja też nie. To nawet sensu nie ma. Życie po śmierci? Dziewięć żyć przywódcy? Srebrna Skórka? Co to w ogóle jest??? — rzuciła. W sumie dobrze wiedzieć, że jej brat miał coś w mózgu i też nie wierzył w to coś zwane Gwiezdnym Klanem. Nie była sama, a to dobrze świadczyło. Nie tylko ona nie była naiwna!
Wysłuchała brata i cudem się powstrzymała od kolejnego prychnięcia. No fakt, miałby niezły, cholerny problem gdyby obudziło go coś innego niż ona. Na przykład taki lis wyrywający mu ogon z dupy. W sumie to chętnie by zobaczyła taką akcję, ale raczej nie na Kiełku tylko kimś innym. Takim Trzmielej Gwieździe, o. Albo na Wilczym Śladzie, na nim to szczególnie! Jednak wracając do rzeczywistości, a raczej pytania kopii Mysiowąsej... wcześniej zamierzała po prostu się trochę przejść, jednak nie przewidziała takiego obrotu sytuacji. Co więc zamierzała teraz? To było dobre pytanie, bo sama pewna do końca nie była. Nagle jednak do głowy wpadł jej pewien pomysł.
— Zamierzam wrócić do swojego... gniazdka, czy tam legowiska — bo miała takie, w końcu je sobie ogarnęła na leśnych ostępach, tylko jeszcze tematu nie założyłam bo mi się nie chciało i wciąż nie chce — A ty, jeśli w ogóle chcesz, możesz ze mną. Będziesz mieć pewność, że to ja cię będę budzić, a nie coś innego — odpowiedziała. Sama nie do końca wiedziała jak na to wpadła i czemu to w ogóle proponuje, ale tak po dłuższym zastanowieniu... to chyba faktycznie nie miała nic przeciwko obecności brata? To mogło nawet jej na dobre wyjść. Miałaby z kim gadać cały czas, bo momentami jej tego brakowało i miała ochotę z kimś pogadać, ale nie miała z kim... ale wszystko miało też swoje minusy, w tym i branie Kiełka pod swoje skrzydła... tylko jeszcze nie bardzo wiedziała jakie.