Logo Artemidy
Wyprawa przez osiedle
#1
Czterem Klanom przyszło zamknąć kolejny rozdział historii, kiedy nagleni zsyłanymi przez Gwiezdny Klan ostrzeżeniami i wizją zniszczenia ich terytoriów zmuszone były wyruszyć w nieznane, na nowe, niezbadane jeszcze przez nich ziemie. Musiały zjednoczyć się w obliczu zagrożenia, chcąc czy nie - przetrwanie jest zawsze łatwiejsze razem. Plan wydawał się być prosty, a kierunek jasno wytyczony, jednak przeprawa przez Osiedle, zwłaszcza w tak dużej grupie... nie była tak łatwa jakby się mogło wydawać.

Klan Gromu szedł na przedzie, praktycznie wytyczając trasę i w związku z tym to on poniósł najliczniejsze straty. Pierwszą z nich był Deszczowy Dzień, któremu wystarczyła chwila nieuwagi by nie zdążyć zeskoczyć na czas z Grzmiącej Ścieżki. Potwór pojawił się nagle i niespodziewanie, nie dając Gromiakom czasu ani na reakcję, ani nawet na porządne opłakanie wojownika, byłego Zastępcy - bo czas naglił i trzeba było ruszać dalej, a niebezpieczeństwo wciąż wisiało nad nimi, jak nieodłączny cień. Nauczeni tym doświadczeniem unikali przekraczania szarych ścieżek po których biegały potwory, ograniczając się do absolutnego, niemożliwego do uniknięcia minimum, ale czasem nawet ostrożność nie wystarcza. Zawsze powtarzano im, że potwory nie schodzą z grzbietów Grzmiących Ścieżek... ale najwyraźniej czasem jednak im się zdarza. Pozostanie tajemnicą czy Dwunóg kierujący ryczącym wściekle Potworem stracił nad nim kontrolę, czy może widząc większą grupę kotów zrobił to specjalnie... Bezpośrednio od uderzenia zginął Szczurzy Ogon, a wkrótce od ran padł także Kamienny Pysk. Sienna Łapa i Węglowe Gardło również ponieśli rany, ale znacznie łagodniejsze w skutkach.

Drugi z kolei był Klan Rzeki, który miał zdecydowanie więcej szczęścia. Oszczędziły ich potwory, które z takim zapałem zdawały się polować na przodowników grupy, a ostrzeżeni w porę przed niebezpieczeństwami byli w stanie ich uniknąć. Nic nie było jednak w stanie ostrzec grupy Rzecznych kocic, między które zza zaułka wpadł wielki, spuszczony ze smyczy owczarek. Pierwszą chwycił Pierzaste Serce i zdążył poturbować jej tylną łapę zanim kocica zdołała mu się wyrwać. Mimo tego kocica dotrwała bezpiecznie do końca podróży, może ze względu na szczęście, a może dzięki samej sile charakteru. Znacznie mniej przysłowiowego farta miała Paprociowy Kwiat, bo to ją pies chwycił zaraz potem... i chwycił prosto za gardło. Nie zdążyła się nawet zakrztusić, a zanim reszta Klanu zdążyła się zorientować co się dzieje i odpowiedzieć atakiem na atak napastnik już rzucał się z zębami ku Śliwkowej Gałązce... ale celu nigdy nie dosięgnął, bo między niego a partnerkę wskoczył Zakurzony Grzbiet. Szczęki psa zacisnęły się na ciele wojownika, a ten zarzucił łbem, trzęsąc kocurem jak szmacianą lalką. I odbiegł z nim wciąż w zębach, zostawiając za sobą ciało Paprociowego Kwiatu, poważnie ranną Pierzaste Serce i chaos w Rzecznych szeregach. Którejś nocy zniknął Śnieżne Skrzydło, prawdopodobnie wybierając się na samotną wyprawę poszukiwawczą porwanego wojownika - nie powracał przez kilka kolejnych wschodów, a czas naglił. Nie mogli czeka na jego powrót.

Za Klanem Rzeki podążał Wicher i na szczęście udało mu się uniknąć spotkania z psem, chociaż było blisko, a kłapiące zawzięcie pyski ujadały na nich spomiędzy ogrodzeń. Nie obyło się jednak bez strat, bo raban wywołany przez szczekające psiska sprowadził na nich zagrożenie znacznie większe i o wiele bardziej... niekonwencjonalne. Rozgniewanego Dwunoga. Zmęczony hałasem warknął coś do swoich kundli i cisnął butelką w grupę kotów, wymierzając kopniaka najbliższemu, który nie zdążył uciec. A najbliżej był Czyżykowy Głos, który oberwał w żebra i resztę drogi przeszedł oddychając z wyraźnym trudem, w połowie podtrzymywany, a w połowie niesiony przez pozostałych Wichrzaków. Na próżno, bo zmarł z wycieńczenia i zadanych mu obrażeń zaraz po tym, jak czterem Klanom udało się w końcu dotrzeć na nowe terytoria. Ranna została również terminatorka Pszenicznego Grzbietu, Zwinna Łapa, która umykając przed dwunogiem nieroztropnie przebiegła przez dziurę w wybitej szybie, której ostre krawędzie praktycznie oderwały jej ucho i mocno poraniły barki i łapy. Oprócz tego szkło zraniło przelotnie trójkę kotów - Lniane Futerko, Leszczynową Gałązkę i Zaćmioną Łapę. Ta ostatnia była widziana z Lodową Skórą, który w trakcie postoju pomagał jej wyciągać ostre odłamki z futra. Pod koniec wędrówki jednak oboje zachowywali się, jakby w ogóle się nie znali, ostentacyjnie maszerując po przeciwnych stronach grupy.

Pochód zamykał Klan Cienia, również całkiem biegły w poruszaniu się po osiedlu, stanowiąc obronne "tyły" całego zbiorowiska. I jako ci wleczący się końcu dostali pieczątkę łatwej ofiary od samotników obserwujących ukradkiem ten dziwny, toczący się naokoło ich miasta korowód. Od pojedynczych, nieszkodliwych raczej włóczęgów, po zorganizowane, większe grupy - i jeden z takich gangów postanowił chyba dać Klanowiczom nauczkę. Zastawili zasadzkę na ostatnią grupę Cienistych, przebiegle oddzielając ich od reszty w jednej z wąskich uliczek. Klanowiczom udało się odeprzeć atak w większości z jedynie powierzchownymi zadrapaniami, ale poważnie ranna została Traszkowy Grzbiet, która wkrótce potem zmarła. W międzyczasie, w połowie wędrówki gdzieś przepadła najpierw Splątane Futerko, a potem, w innej części miasta - Drobny Ptak. I o ile tej pierwszej udało się powrócić do grupy zanim jeszcze wyszli na dobre osiedla, to ta druga przepadła bez wieści, jak kamień w wodę, bez względu na wysłane niewielkie grupki poszukiwawcze.

Po mniej więcej tygodniu ostatecznie dotarli na drugą stronę Osiedla, częściowo przedzierając się przez, a częściowo obchodząc je naokoło, na tyle ile pozwoliły im okoliczności. Jedno i drugie okupili krwią i wysiłkiem, ale za Gniazdem Dwunogów... znaleźli obiecujące, całkiem obfite w zwierzynę ziemie, na które właśnie zawitała Pora Młodych Liści. Dokładnie tego potrzebowali - nadziei na nowy start. Nie byli tu jednak sami, o czym wkrótce się przekonali, napotykając na swojej drodze dość sędziwą... i wyjątkowo zrzędliwą samotniczkę. Ta postawiła swoje warunki - oni pozwolą jej tu żyć w spokoju i zbierać zioła przy granicach, a ona w zamian podzieliła się z nimi wiedzą na temat kilku często występujących w tej okolicy ziół.
Czy było warto? To się jeszcze okaże.
  • Sienna Łapa - rana 1. stopnia, skręcona łapa
    Węglowe Gardło - rana 2. stopnia, wybita, stale wykrzywiona żuchwa
    Leszczynowa Gałązka - rana 2. stopnia, rozcięcie na policzku, pod okiem
    Lniane Futerko - rana 1. stopnia, rozcięcie na zadzie
    Pierzaste Serce - poturbowana tylna łapa, kuśtyka
im ciemniejsza noc, tym jaśniejszy dzień
światło ma moc i nie zgasi go cień
światło ma moc, ciemność jej nie ogarnia
choć cienie są zawsze po drugiej stronie światła
LVL 0 0 / MAX
MedLVL 0 0 / 100
0
Siła
S
0
Zręczność
Zr
0
Szybkość
Sz
0
Zmysły
Zm
0
Punkty Życia
HP
0
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#2
//...bo rozumiem, że mogę tu napisać?

Grzyb udało się jakoś stłumić w sobie swoje rozżalenie, szok i gorycz opuszczenia terenów. Po prostu wmówiła sobie, że nic jej to nie obchodzi, że jakie tereny by nie były, wszędzie będzie tak samo. Że ważniejsze jest dobro klanu, a nie prywatne gusta poszczególnych kotów. Zagłuszyła w sobie obawy, czy Gwiazdy podążą za nimi, czy może gdzieś tam dokąd trafią, będzie zupełnie inny nieboskłon z innymi gwiazdami. I być może żyłaby tak, i udałoby się przejść przez całe osiedle bez żadnych uczuć, gdyby nie jej głupie serce. Gdy Grzyb odwróciła się i popatrzyła za siebie po raz ostatni, na Złocistą Polankę, Paprociową Norę i całą resztę, szarpnęło się, a żółte oczy ledwo zaszkliły się od łez. Ledwo zauważalnie błysnęły w nich krople słonej wody. Nikt tego nie zauważył, choć przyjrzawszy się, można by dostrzec rozmazany blask promieni słońca w złotych owalach oczu.
Potem dopiero kotka opanowała się. Skryła złość i poczucie bezsensu. Zapomiała o tym, że kiedykolwiek to czuła. Zapomniała, że kiedykolwiek coś czuła. Przez tydzień patrzyła, ukrywając przerażenie, niemoc i bezradność, na oblicza śmierci, których sporo można było zobaczyć przez całą wyprawę. Na powykręcane ciała. Na krew. Na rozpacz rodzin zmarłych.
Nie czuła nadal nic, absolutnie nic. Pustka, albo lepiej: czuła się, jakby wypełniała ją jakaś gęsta, utrudniająca bicie serca ciecz. Dopiero w dniu, gdy ujrzeli nowe terytoria, można było zobaczyć taki obrazek: nieduża, czarna kotka wychodzi nieco z grupki kotów. Rozgląda się powoli, ostrożnie, niepewnie, jakby straciła pamięć i właśnie uczyła się świata na nowo. Wreszcie przenosi pytające i nieco zagubione spojrzenie na swoich klanowiczów. Czy to naprawdę nasz nowy dom?
LVL 4 75 / 300
MedLVL 0 0 / 100
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#3
Ach, tak. Zmiana terenów, którą - w przeciwieństwie do niektórych - Chrząszcz przyjął bardzo dobrze; nie miał nic do zmian. Taka rzecz nic mu złego nie robiła, a nawet wyszła na dobre, bo pozbędziemy się tych drapieżników, które powiększały nieustannie stos trupów. Królewicz robił wszystko tak, jak kazali. W końcu chcemy, by zakończyło się sukcesem, czyż nie?
Gdy los zabrał im pierwszego kota, Traszkowy Grzbiet czwarty syn Żmijowego Ogona nie wiedział, co ma czuć. Ta dziecięca nienawiść nadal się w nim tliła, jako dzieciak życzył jej śmierci. Jednak...to była strata. Z mieszanymi uczuciami, obojętnie ominął te sprawę. Nie chciał wciągać się w wir wydarzeń. Tym bardziej, że Splątane Futerko i Drobny Ptak gdzieś się zawieruszyły. Jasna kotka wróciła, jednak po partnerce Lamparciego Płomienia ani widu, ani słychu.
Cały ten czas pilnował ich Motyli Lot, jednak Chrząszcz zamienił z nim mało słów. Większość czasu szedł na uboczu, czasami (z dozą szacunku i podziwu, no a jakże by inaczej!) patrząc na...Porannego Szrona, który prowadził mu uprzednio nauki. Kocur, mimo jego szorstkości naprawdę przepadał za nauczycielem. Wiedział wiele, uczył dobrze i nie paplał bajek o Gwiezdnym Klanie. Prócz tego często rozmawiał z Liskiem, z którą się nieco bardziej zaznajomił i polubił.
Gdy wreszcie dotarli na skraj lasu, poszedł wraz ze swoim Klanem na bagienne terytoria. Porośnięte iglakami i poszyte mokrą ściółką podobało się Chrabąszczowi, to był jego klimat. Szybko osiedlił się w miejscu, które miało być ich obozem i zaczął przebywać w kociarni, zamiast nory - bo jej już siłą rzeczy tu nie było.
<div class='chrzo'>
<span class='tekst1'>s i t b a c k , r e l a x , e v e r y t h i n g a t t a c k s</span>
<span class='tekst2'>anxious, your heart rate is in a state</span>
sunshine is too bright for your eyes
you lay wide awake 'cause sleep never came

<span class='tekst3'>there's a panic in you</span>
there's a panic in myself
talkin' heads, inside our heads
and they try to bring me

<span class='tekst3'>DOWN</span>

</div>
<link href="https://fonts.googleapis.com/css2?family=Cinzel&family=Kaushan+Script&family=Open+Sans+Condensed:wght@300&display=swap" rel="stylesheet">
<style> .chrzo { width: 500px; height: 185px; background: url('https://38.media.tumblr.com/018779a9e32daead1a9f245c2fdea6e7/tumblr_nu28mt4GCd1tf5enfo1_500.gif'); border: solid 1px black; box-shadow: 0 0 6px black;} .tekst1 { font-family: 'Open Sans Condensed';} .tekst2 {font-family: 'kaushan script'; text-shadow: 0 0 3px white;} .tekst3 {font-family: 'cinzel';} </style>
LVL 3 140 / 200
MedLVL 0 0 / 100
11
Siła
S
9
Zręczność
Zr
8
Szybkość
Sz
5
Zmysły
Zm
55
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#4
Wyprawa na nowe tereny zdecydowanie nie była czymś łatwym dla Otoczak - ciągle musiała obracać się w towarzystwie hordy gromiaków, nie mając zbytnio możliwości uniknięcia taboru - no, może poza nielicznymi sytuacjami, w których ZEZWOLONO jej na polowanie. Zezwolono. Nienawidziła tego określenia, nienawidziła tego, że mogła opuszczać hordę gromowych tylko wtedy, kiedy ktoś miał takie widzimisię. Całe to UZALEŻNIENIE od Błyskotliwej Gwiazdy mocno wpływało jej na nerwy, a przecież musiała trzymać je na wodzy - pomagałą matkom w pilnowaniu kociąt, bo przecież takie Wzburzone Cośtam, wbrew temu, co ich przywódca mógł sądzić, z pewnością przed żadnym zagrożeniem nie mógł ich ochronić. Przynajmniej, jeśli było ono poważne. Rdzawa musiała więc zaciskać zęby i z niecierpliwością czekać na te obiecane tereny, zazwyczaj mrukliwa i małomówna - po tym, jak spędziła cały księżyc ranna w obozie dalszy brak możliwości przebywania samą ze sobą i podejmowania jakichkolwiek samodzielnych eskapad zdecydowanie się jej nie podobał. Nawet nie mogła iść na przedzie, bo tam lazł ten owłosiony kot pierwotny, nie mówiąc już o tym, że nie miała możliwości. Liczyła, że może coś go rozjedzie i przynajmniej będzie jakiś pożytek, ale, niestety, zamiast niego potwór dwunogów rozjechał Deszczowy Dzień. Z ciekawością obserwowała z bezpiecznej odległości, jak ten miażdży całkowicie ciało kocura, przerabiając go na naleśnik i z nie mniejszym zainteresowaniem patrzyła na reakcję Sójki na to wydarzenie. Kotka dostała za swoje. Wszyscy, którzy kiedykolwiek zaszli Otoczak za skórę w końcu zapłacą za to swoją cenę - osobiście, lub za pomocą swoich bliskich. Była tego absolutnie pewna.
Kiedy szli przez osiedle, uważnie obserwowała otoczenie, zwracając uwagę zwłaszcza na zachowanie mieszkających tam kotów. Zamierzała tu kiedyś powrócić, choć najpierw zamierzała nacieszyć się nowym obozem i terenami gromiaków. Potwór zabił również Szczurzego Ogona, który na chwilę obecną znaczył dla niej na tyle niewiele, że niezbyt się przejęła faktem jego śmierci. Grom słabł. Dwoje wojowników zmarło. Było DOBRZE. Chociaż, oczywiście... Zawsze mogło być lepiej.
I było. Kamienny Pysk, brat Węglowego Wągra zmarł od ran spowodowanych potrąceniem przez samochód. Widać ta przeprowadzka miała na celu ułatwić Oto radzenie sobie z jej wrogami, osłabiała ich... A rdzawa nie zamierzała smucić się z tego powodu, choć, oczywiście, nie miała ani czasu ani ochoty na okazywanie radości z tego powodu. No i... Sam Węglowy Wągier, dziad, przez którego jej pysk zdobiły ślady kocich pazurów również oberwał... A jej nic się nie stało - tak samo z resztą, jak i Paprociowi. O czymś to chyba jednak świadczyło, prawda?
Kiedy wreszcie dotarli na nowe tereny, niemalże odetchnęła z ulgą. Wreszcie mogła sobie odpocząć od stada półgłówków, zwiedzić kolejne miejsca... Szkoda tylko, że POŁOWA TERENÓW BYŁA W PIACHU. Kiedy to zobaczyła, uznała, że to musi być jakiś żart albo głupawy sen, ale nie - z tego, co widziała, Błyskotliwa Gwiazda naprawdę chciał się osiedlić na terenach, które przypominały jedną wielką plażę, tylko taką wybrakowaną, pozbawioną wody... Ciekawe, jaką niby zwierzynę tam znajdą? Była WŚCIEKŁA. Była taka wściekła, że od razu po przyjściu na tereny klanu poszła na polowanie z zamiarem położenia trupem jakiegoś lisa. Czy takiego napotkała? To nie miało zbytniego znaczenia. Ważne, że tak, czy siak, porachowała komuś kości i tą noc mogła spędzić w obozie, nieco uspokojona. Nieco, bo doznała ponownej irytacji, kiedy odkryła, że okropny piach jest niesiony przez wiatr i WPADA jej do USZU, które przecież nie były zbyt małe w jej wypadku. NIENAWIDZIŁA nowych terenów. Miała ich serdecznie DOŚĆ.
W obozie wytrzymała tak długo, jak to było niezbędne do definitywnego osiedlenia się w nim, jednakże zdecydowanie nie będzie przebywać w nim zbyt często.
Można się już zacząć zakładać, ile tu wytrzyma, zanim zrobi coś głupiego poniesiona ładunkiem złości, który kumuluje się w niej w zdecydowanie większych ilościach, niż na starych terenach. Tu miało być lepiej, a było...
Piasek.
W tej sytuacji chyba nie trzeba pisać jakichkolwiek innych słów.

// post będzie edytowany jeśli ktoś wspomni, że pilnował kociaków itd, bo głupio byłoby, gdyby Otoczak o tym nie wiedziała, skoro spędziła przy nich większość wyprawy.
[Obrazek: 0LiGx63.png]
PAIN! you made me a, you made me a believer, believer
PAIN! you break me down and build me up, believer, believer
PAIN!_»_oh let the bullets_f l y, oh let them_r a i n_«
PAIN! you made me a, you made me a believer, believer
LVL 4 260 / 300
MedLVL 0 0 / 100
16
Siła
S
8
Zręczność
Zr
8
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
70
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#5
Nadszedł czas. Czas zmiany nowych terenów, czas na nowe, lepsze życie. Sarenka czuła podekscytowanie czekającą ich wyprawą i jednocześnie niepokój, bo to wszystko wydawało się niebezpieczne. W końcu mieli przejść przez Osiedle Dwunogów! Tych istot, co to chodziły na dwóch łapach i miały swoje pieszczochy! Kremowa miała do nich mieszane uczucia – interesowali ją, w końcu nie wiedziała o nich za wiele, ale czuła, że lepiej trzymać się na dystans. Skupiła się więc na swoich obowiązkach, pilnując kociąt, jak to obiecała Trzmielemu Pyłowi i Błyskającej Gwieździe na ostatniej ceremonii. Wzburzona Woda też tam był i... no właśnie, Wężowa Łapa. Jakoś wcześniej nie skojarzyła, że ona też dostała to samo zadanie. Sarna przywitała się grzecznie, potem starając się nie zwracać na rdzawą większej uwagi, jednocześnie też jej nie ignorując. Terminatorka poczuła się dziwnie, bo gdy wiedziała już, dlaczego tata tak bardzo jej nie lubił, to... czemu z tego powodu musiała unikać swojej cioci? Nie chowała do niej urazy i poza tym kremowa była już duża. Jeszcze trochę i rangą stanie się równa Trzmielowi... jeśli tylko postara się bardziej i skończy trening, a do tego jeszcze daleka droga.
Tymczasem jednak sprawy zaczęły się komplikować. Zdała sobie sprawę, że istnienie Grzmiącej Ścieżki i Potworów Dwunogów wcale jej się nie podobało. Droga była nieprzyjemna dla poduszeczek łap, a to, co się stało z Deszczowym Dniem... Sarna patrzyła tylko na pobojowisko szeroko otwartymi oczami, aby następnie ustawić się tak, by w miarę możliwości zasłonić ten widok najmłodszym klanowiczom. To o tym mówił Cieniowi Gorejący Krzew. Uśmiech zszedł jej nieco z pyska, ale dalej starała się jakoś trzymać, aby nie przelać swojego nastroju na kocięta. Usiłowała również wypatrzeć w tłumie Kroplika, pocieszyć go jakoś, wesprzeć... Albo Turkucia, Różę, Tulipana czy nawet Szpak. Nie mogła jednak zaniedbać swoich obowiązków, gdy Klan na nią liczył. A potem jeszcze Szczurzy Ogon... ten sam, który kiedyś im pomógł zejść z Ostrych Skałek! Tego było już za wiele! Gniewnie przecinający powietrze kremowy ogon, zdecydowany krok i jakiś taki mniej wesoły uśmiech były chyba jedynymi oznakami jej nastroju. Gdy tylko zauważała któreś z dzieci Deszczowego Dnia, starała się podejść na chwilę i polizać tego osobnika za uchem lub trącić pyszczkiem.
Wisienką na torcie były znalezione przez dwie Gromiaczki kocięta. Olchowy Listek i Sójczy Śpiew... o ironio, akurat te dwie, które straciły swoich partnerów. Sarenka zapisała sobie w pamięci, aby poznać lepiej te maluchy i pomóc dwóm kocicom w miarę możliwości, jeśli oczywiście będą chciały. No i zdała sobie też sprawę, że mogła poprowadzić nauki którejś z pociech Bursztynowookiej, na co zresztą miała ochotę.
Co okazało się najlepsze w nowych terenach i nowym obozie? Nie było tylu głazów! Coś więcej poza kamieniami i piachem! No i kremowa przypomniała sobie też o Wielkiej Słonej Wodzie, czując żal, że nie pójdzie już, aby ją zobaczyć. Mimo wszystko postanowiła dołożyć wszelkich starań, aby wesprzeć Klan w jego obecnej sytuacji, pomagając, gdzie tylko się dało. W końcu była Sarnią Łapą, terminatorką Błyskającej Gwiazdy, członkinią Klanu Gromu. To był jej obowiązek, który zamierzała wypełnić.
I don't need your s y m p a t h y ☆......
your vicious lies, they're killing me.......
...........and you don't even understand
.............the things I feel or who I am

[Obrazek: purple_bow_by_king_lulu_deer-dcan1nh.gif]

now I know you'll never change..............
you got that same look on your face........
..........and things will never be the same
..........it's over now and you're to blame
LVL 3 115 / 200
MedLVL 0 90 / 100
8
Siła
S
10
Zręczność
Zr
8
Szybkość
Sz
6
Zmysły
Zm
70
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#6
Dymna Łapa nie chciał się przeprowadzać. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest to konieczne ze względu na niebezpieczeństwa czyhające na starych terenach - ale mimo wszystko nie chciał. Dopiero co nauczył się sprawnie poruszać po Obozie i terenach, a teraz będzie musiał wszystkiego uczyć się od nowa! Sama wizja tak długiej wędrówki również mu się nie uśmiechała.
Kondycja czarno-białego kocura poprawiła się dzięki musztrze jaką zapewniał mu Poranny Szron na treningach. Powinien mu być wdzięczny, bo chyba głównie dlatego wyprawa nie wykończyła go fizycznie. Nie oznacza to, że ta podróż w nieznane była dla niego przyjemna. Wręcz przeciwnie, tyle dni wędrówki? Nudy.
W międzyczasie zmarła jego matka, jednak Dymek... nie rozpaczał. Nie była to typowa mamusia rozpieszczająca swoje kociaki. Traszkowy Grzbiet za życia była surowa i mało emocjonalna, nawet dla swoich malutkich kociąt. Gdy zielonooki podrósł, praktycznie nie utrzymywał z nią kontaktów - czasami jedynie wymieniał uprzejmości, jednak absolutnie nie rozmawiał z nią bardziej prywatnie, nie mówiąc o jakimkolwiek otwieraniu się przed nią. Dlatego gdy w końcu umarła poczuł się... dziwnie. Jakiś głos w jego głowie mówił mu, że powinien rozpaczać, bo to w końcu śmierć matki. On jednak nie potrafił, towarzyszyło mu jedynie lekkie poczucie nostalgii - bo pewien etap w jego życiu minął i już nigdy nie wróci. Jednak miało to bardziej związek z ogólną atmosferą przeprowadzki niż ze śmiercią rodzicielki...
Na nowych terenach postawił sobie za misję szybkiego nauczenia się ich. Zaczął dużo spacerować i sprawdzać nowe miejsca. Jego plan to jak najszybciej zdobyć rozeznanie w terenie. Wtedy będzie mógł podjąć kolejne działania.
[Obrazek: da2f6tm-db3b5e70-83d5-47b8-b22d-3858ea6a...i39GeOOUYo]
Nieważne co mi powiesz
Nie słyszę twoich słów
Stoję tam gdzie stoję
Nie tam gdzie bym chciał
Wolny od urojeń twych
Absurdalny ż a r t
LVL 4 40 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
9
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#7
Wielka wyprawa której ówczesny malec nie mógł się doczekać, licząc w głębi własnego jestestwa na cudowne przygody jakich doświadczyli w serwowanych mu opowieściach wojownicy, jacy dostąpili zaszczytu wkroczenia na gwiaździsty firmament. To był niewątpliwe czas ogromnej ekscytacji przed nieznanym, które zgłębi znacznie wcześniej niż kiedykolwiek mógłby sobie to wymarzyć. Aby zobaczyć na własne oczęta tereny tuż zza ich granicą, hen aż po horyzont gdzie nie sięgał jego wzrok ani skrzydła fantazji. Lecz to co miało okazać się wspaniałą baśnią, którą będzie miło wspominać po kres swojego żywota, bardzo szybko przerodziło się w najprawdziwszy koszmar, z jakiego nie można było się oswobodzić.
I wówczas zgasły płomienie wcześniejszej fascynacji, które radośnie tańcowały w jego złotawych soczewkach tuż po tym kiedy pierwszy raz doświadczył kresu żywota swojego pobratymca. Który niczym łamiące się źdźbło trawy pod naporem silniejszego wiatru, poległ w mgnieniu oka zanim zdążył uczynić cokolwiek co mogłoby wyrwać go ze szponów mrocznego potwora. Nie dostąpiwszy choćby cienia szansy na jakąkolwiek reakcję, jakby jego przeznaczeniem było zginąć tylko po to aby ostrzec oraz uchronić resztę przed nowym niebezpieczeństwem, jakie czyhało na nich w tejże zdradliwej okolicy – Taka musiała być wola Gwiezdnego Klanu – wtenczas pomyślał. Próbując w jakiś sensowy sposób usprawiedliwić to, czego właśnie pierwszy raz w swoim krótkim życiu doświadczył. Dając mu równocześnie do zgłębienia nową lekcję w postaci kruchego żywota, które tak łatwo można było ich pozbawić, tak samo jak on niegdyś czynił z bezbronnymi owadami. Jakimi oni wszyscy teraz byli, w starciu ze światem dwunożnych i niewątpliwie złowrogich istot, które czym prędzej postanowiły utwierdzić go w owym przekonaniu, kiedy nastąpił kolejny atak. Przy czym zginął kolejny towarzysz, a sam młodzieniec doświadczył głębszej traumy w której jeszcze bardziej osowiał. Tym razem nie potrafił tego w żaden sposób uzasadnić oraz oczyścić w głębi serca z okrucieństwa, jakie postanowił zesłać na nich Gwiezdny Klan w który tak mocno wierzył iż trzyma nad nimi od zawsze swą pieczę. Teraz nie wiedział co już myśleć, był całkowicie pusty, obdarty z całej dotychczasowej kociej niewinności.
Gdzieś kątem oka dostrzegł twardo stąpającą Sahnią Łapę, nieugięcie napierającą naprzód w chwili kiedy on całkowicie zwątpił i miał ochotę się zatrzymać a być może nawet zawrócić. Wówczas dodała mu siły, podnosząc bez jakiegokolwiek słowa na duchu, dając mu nową nadzieję, iż skoro tak dzielnie napierała naprzód, to ich poświęcenie nie mogło pójść na marne i prawdopodobnie zostanie ono im wynagrodzone. Bo to wszystko było częścią większego – Gwiezdnego Planu - za który kolejne koty oddały swoje życie.
Jednakże w nowych czasach rozpaczy oraz zwątpienia, dostąpili wyczekiwanej chwili triumfu oraz radości, o ile ktokolwiek miał na to jeszcze siłę. Choć zdarzyło mu się posłyszeć nawet nutę gniewu oraz wielkiego zawodu, tuż po tym co ujrzały złotawe patrzałki. Połacie rozciągającego się po horyzont piasku, ich nowego domu, który bardzo szybko przywołał słowa kremowej kotki dotyczące opowieści o Słonej Wodzie, jaką wspólnie mieli zwiedzić.
Teraz miał okazję na własnej skórze poznać posmak tamtejszego wspomnienia, które sprawiło iż na chwilę poczuł wspaniałą ulgę tuż po tym, co widział przed oczyma w swoich makabrycznych retrospekcjach koszmaru jaki przeżył.
W tym samym czasie powstrzymał się również od jakichkolwiek komentarzy dotyczących ich nowego domu, nie mając zwyczajnie już na to siły albo po prostu nadal bezgranicznie ufał osądowi ich przewodnika, któremu drogę wskazali gwiezdni. Choć jego wiara po tym wszystkim czego doświadczył, była mocno nadwyrężona, to nadal pragnął mocno w to wierzyć, albowiem nie zamierzał dopuszczać kłębiącej się w najgłębszych czeluściach jego jestestwa myśli o tym, iż to wszystko co poświecili poszło na marne za sprawą czyjegoś błędu bądź chwilowego kaprysu.
_Non est ad astra mollis e terris via_
[Obrazek: gW9Bx1V.gif]
Peace is a Lie • There is only Passion
Through Passion • I gain Strength
Through Strength • I gain Power
Through Power • I gain Victory
Through Victory • My chains are Broken
The Dark Forest shall free me
LVL 3 152 / 200
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
9
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
4
Zmysły
Zm
8
Punkty Życia
HP
4
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#8
Kremowemu kocurowi nowe tereny średnio się podobały, chociaż to może kwestia tego, że są... no, nowe. Z biegiem czasu powinien się zacząć do nich stopniowo przyzwyczajać, ale kocur nie byłby sobą, gdyby przegapił okazję do bycia z czegoś niezadowolonym. W dodatku tyle kotów zginęło po drodze. Korzeń nie był osobiście świadkiem wypadku, gdyż podczas wędrówki orbitował w okolicach środka i końca grupy - na zmianę zaczepiał swoją siostrę i zastępczynię klanu. Mógł również w ten sposób bez problemu unikać obecności Gwieździstej i Błyszczyka.
Ale również on słyszał zamieszanie z przodu grupy. Również on poczuł drapiący zapach Potwora Dwunożnych, słony zapach krwi oraz przerażenie wielu kotów. Oczywiste było, co się stało - nie było potrzeby przeciskać się przez zgraję kotów tylko po to, by przekonać się, jak ładnie wygląda zdewastowane ciało któregoś z kotów Klanu Gromu. Przełknął ślinę. Tylko którego? Mimo wszystko w Gromie było parę wartościowych osób i gdyby coś im się stało... cóż, na pewno bardzo zaszkodziłoby to średniej IQ grupy. I nieco podkopałoby morale Akacji. Został jednak na swoim miejscu, czekając, aż rozejdzie się imię poszkodowanego. Deszczowy Dzień. Uff.
Ten incydent przekonał Błyszczyka, że być może przechodzenie przez Grzmiącą Ścieżkę tak ogromną grupą nie było szczególnie mądrym pomysłem. Ale najwyraźniej realizacja tego faktu nie wystarczała, by ograniczyć straty w ludziach. Okazało się, że POTWORY JEDNAK POTRAFIĄ ZEJŚĆ ZE ŚCIEŻKI. Jak wspaniale. W dodatku jeden z nich uderzył prosto w grupę kotów. Na szczęście nie było w niej ani Czaplej Nogi, ani Lśniącookiego. Ani Grążel, ani Mysiowąsej, ani Malinowych Chaszczy. Ani nikogo, kto był dla niego ważny. Dwie osoby zginęły... co razem daje trzech martwych. Brawo, Klanie Gromu. Brawo, Błyszczyk. Widać, jak o wszystkich dba. Na szczęście już więcej nieszczęśliwych wypadków, więc Akacja mógł się skupić na obowiązkach. Choć wciąż nieco spięty, starał się polować dla klanu i czuwać na wypadek jakiegoś niebezpieczeństwa.
Dotarcie na miejsce było dla niego wielką ulgę. Chociaż postronny obserwator mógłby stwierdzić, że nie wyglądał na szczególnie wyluzowanego. A to dla tego, że podczas wędrówki nazbierało się w nim wiele stresu - stresu, który w sobie ukrywał, gdyż nie mógł sobie pozwolić na panikowanie i bieganie dookoła z łzami w oczach. Wyładował się więc na nowych terenach - to złe, tamto niedobre, piasek kuje w łapki, aj aj. Przynajmniej obóz wyglądał przyzwoicie. Legowisko wojowników było tuż przy Stosie Zwierzyny, co było bardzo wygodne. W dodatku mieli fajne kwiatki. Nie mógł jednak przez cały czas siedzieć w obozie - jest wojownikiem, i to dobrym wojownikiem, a dobry wojownik zna swoje terytorium. Zaczął krążyć więc dookoła jak tylko miał okazję. W pojedynkę. W końcu tu miało być bezpieczniej, nie? Znając życie, z terenów trzeba będzie przepłoszyć jeszcze pojedynczych samotników skonsternowanych przybyciem tak wielkiej grupy kotów. Trzeba im będzie dyplomatycznie wytłumaczyć, żeby wypier... znaczy, oddaliły się prędko i więcej nie wracały.
[Obrazek: y7q7Ybi.gif]
i stare at the populous in prayer, I look at ‘em talking to the air
i sing for ‘em, they don’t seem to henar, I cry for ‘em...............
are they in outer space on a populous parade?.........................

...................................are they in some kind of race that I do not have the legs for?
....................i’m not one to kill joy, but I’m just digging pro-choice
let the mamas run, am I w r o n g ?

,
LVL 4 15 / 300
MedLVL 0 0 / 100
10
Siła
S
11
Zręczność
Zr
5
Szybkość
Sz
10
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#9
I w końcu nadszedł ten dzień, którego wyczekiwał od jakiegoś czasu. Przenosiny. Kocur niepokoił się, że coś pójdzie nie tak, że któreś z jego kociąt zrobi sobie krzywdę, ale na szczęście początek zaczął się całkiem nieźle. Niósł Pchełkę na swoim grzbiecie, bo kotka nie mogła sama się przemieszczać, pilnował też reszty swoich kociąt jak oka w głowie. Nie oddalał się od nich za bardzo, jednocześnie pamiętając o swoich obowiązkach wojownika – nie mógł jednak nic poradzić na ten instynkt, który znał dobrze z dnia porodu tych już-nie-takich-małych-kulek. Polował, patrolował, a w opiece nad potomstwem pomagali mu trochę rodzice, chociaż srebrny nie chciał im za bardzo zawracać głowy. Nie napotkali też zbyt wielu przeszkód, czasem jacyś samotnicy się pojawiali, ale nie stanowili większego zagrożenia. No i Motyl miał okazję dokładniej obejrzeć sobie to całe Osiedle, do którego kiedyś już się zbliżał, jednak poprzestał na samych obrzeżach. I w sumie... całkiem słusznie.
Kłopoty zaczęły się dopiero wtedy, gdy pojedynczy włóczędzy zmienili się w całkiem sporą grupkę... w dodatku mającą ewidentny problem z obecnością klanowych kotów. No i spokojna wycieczka zmieniła się w bijatykę, w której oczywiście syn Chrzanowego Korzenia brał udział. To było kolejne nowe doświadczenie i różniło się od walki z lisami. Przede wszystkim – nikogo nie zabił, zostawił jedynie na tym, czy na tamtym samotniku ślady pazurów albo solidnego kopniaka, aby delikwent uciekł i już nie wracał. Sam też jakoś bardzo się nie poturbował, tu stracił kępkę futra, tam jakieś powierzchowne ugryzienie, zęby nawet nie przebiły skóry, zostawiając po sobie krwawiące ślady... Za to Traszkowy Grzbiet bardziej oberwała. Motylowi zrobiło jej się szkoda. W końcu pomagała wykarmić jego potomstwo, przyjaźnił się z jej córką, prowadził nauki jednemu z jej synów... a ona sama oddała życie za Klan Cienia, aby w końcu umrzeć. Jak wojowniczka, którą była.
Próbując cieszyć się przynajmniej z jednego sukcesu, jakim było przepędzenie włóczęgów i bezpieczeństwo jego kociąt, ruszył dalej, wciąż pełen nadziei. No i jak się okazało, ponieśli kolejne straty, bo Drobny Ptak jakby zapadła się pod ziemię... i już nie wróciła. Srebrny pomyślał, że ta rodzina naprawdę miała pecha. Starszy miot prawie nie istniał, młodszy się wykruszył w połowie, a teraz jeszcze matka tych kotów zaginęła. Za to Splątane Futerko się odnalazła... przynajmniej tyle dobrze. A potem było już tylko lepiej, a przynajmniej tak pomyślał wojownik, widząc ich nowe tereny. Czekało ich dużo pracy przy nowym obozie, kocur miał zamiar znaleźć jeszcze jakiś Motyli Kokon vol.2, poznać lepiej tą całą samotniczkę, która swoją drogą miała niezły charakterek, no i zapewnić bezpieczeństwo swoim kociętom, jak i klanowi. Minie jeszcze trochę czasu, zanim Motyl zadomowi się w tym miejscu, pozna klanowe ziemie i przyzwyczai się do zmian... a także tego, że zostawił za sobą grób Żmii. Przynajmniej piórko drozda zabrał ze sobą, aby przypominało mu o jego zmarłej ukochanej...
LVL 5 15 / 400
MedLVL 2 20 / 300
11
Siła
S
14
Zręczność
Zr
12
Szybkość
Sz
10
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#10
Nie podobało mi się to. WCALE mi się to nie podobało. Zrozumiałam, że to już. Musieliśmy sobie iść, gdzieś tam, hen, daleko, żegnaj bezpieczny obozie, do widzenia miejsca, do których już prawie się przyzwyczaiłam, witaj niebezpieczeństwo, cześć, Wielki Świecie! W pierwszej chwili chciałam wczepić się pazurkami w jakiś krzaczek, już nawet postanowiłam, że ja nigdzie nie pójdę, bo tu mi dobrze, ale postanowienie to równie szybko złamałam. Kiedy tatusiowie nas zawołali, chcąc nie chcąc – ruszyłam. Trzymałam się blisko trzech braci, aby się przypadkiem nie zgubili, pilnowałam, aby nie oddalać się od Zająca lub/i Sokoła, bo oni mogli mnie ochronić. No i było tak dużo kotów! Na wszystkie gwiazdki z nieba, ZA DUŻO. I tyle zapachów, dźwięków, NOWOŚCI. Za. Dużo. Zmian. Gdyby nie fakt, że już było za późno, wróciłabym czym prędzej do starej kociarni. Tylko przeszliśmy już kawałek, a ja nie wiedziałam, w którą to stronę. Serduszko biło mi jak oszalałe, ale minę miałam neutralną, chociaż w moich ślepiach błyskały jakieś małe, zagubione iskierki ciekawości...
...i zaraz zresztą zgasły, gdy usłyszałam przeraźliwe ujadanie. Nie mogłam powstrzymać zaskoczonego okrzyku – przylgnęłam do Twardego, który był najodważniejszy z nas wszystkich, i najeżyłam futerko, przyspieszając nieco. Co ja tu w ogóle robiłam? Chciałam do domu... tylko czy coś teraz mogłam nazywać w ten sposób?
Dwunodzy ani trochę mi się nie spodobali i gdy ujrzałam jednego z nich po raz pierwszy, skamieniałam. A potem było tylko gorzej. Ranni. Krew. Ostre coś. Wiedziałam, że robiono wszystko, abyśmy za bardzo się nie naoglądali, ale mimo wszystko nie udało się to do końca. Zobaczyłam dużo... za dużo. Czy to się dało jakoś odzobaczyć? To wszystko postawiło kropkę nad „i” – nigdy, PRZENIGDY nie będę walczyć, aby obserwować, jak coś czerwonego i obrzydliwego spływa po ciele mojego przeciwnika. Nawet nie ma mowy!
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, a ja dawno straciłam chęć do jakichkolwiek przygód, padłam z ulgą na miejsce, w którym mogliśmy odpocząć – i niemal od razu zasnęłam. A może straciłam przytomność? Z perspektywy czasu nie byłam pewna. Te wszystkie zmiany, ostatnie wydarzenia, na które wcale nie byłam gotowa, wykończyły mnie psychicznie i fizycznie. Potrzebowałam resetu... długiego resetu.
Mamo, czemu odeszłaś na niebo?
LVL 2 45 / 150
MedLVL 0 0 / 100
4
Siła
S
6
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
5
Zmysły
Zm
75
Punkty Życia
HP
35
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#11
Nie spieszyło mi się za bardzo do zmiany terenów. Zwłaszcza że nie mogłam przemaszerować do naszego nowego obozu na własnych łapach. Przez całą drogę niósł mnie tata, więc pozostawało mi jedynie obserwować widoczki z jego grzbietu. W sumie było na co popatrzeć, bo jednak to było wyjście poza obóz, wszystko nowe, zachwycające, chociaż w pewien sposób też przerażające. Nie odzywałam się za dużo, najczęściej przyglądając się innym kotom lub podziwiając widoki. Świat był piękny... ale i niebezpieczny, o czym wkrótce się przekonałam. Nie dość, że doszło do jakiejś walki, w której, całe szczęście, nie brałam udziału (co byłoby trudne, zważywszy na to, że nie chodziłam i nie miałam doświadczenia), to jeszcze Traszkowy Grzbiet odeszła na niebo, zupełnie tak, jak kiedyś mama. Kocica sporo dla nas zrobiła i było mi jej trochę szkoda, ale teraz pewnie była szczęśliwa, więc... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?
Ponieważ tata dobrze nas pilnował i o nas dbał, nie bałam się tak, jak powinnam. Wprawdzie straciliśmy jeszcze jedną wojowniczkę, Drobny Ptak, która zaginęła, no ale... Nie znałam jej za dobrze, lecz to wciąż była jakaś strata. Kocica na pewno miała swoją rodzinę, którą dopadło to, co nas kiedyś. Zresztą z Traszką to samo.
Same tereny wydawały mi się... w porządku i chłonęłam ich widok, dopóki mogłam. Pewnie nieprędko je zwiedzę, jako że łapy mi nie działały. A szkoda. Chciałam chodzić jak kocięta w moim wieku. Jak miałam niedługo zostać terminatorką? Nie będzie ze mnie żadnego pożytku. Musiałam szybko nauczyć się normalnie przemieszczać. Tylko jak?
Może nowe tereny przyniosą też nową nadzieję na lepsze jutro?

though I know I have to learn to walk before I .r u n,
my legs just don’t appear to work, so please forgive me
[Obrazek: 11_by_koizora-d71q6wd.gif]
-̗̀ the abelia’s are blooming bright ̖́-
gazing down on the t o w n sleeping tight
LVL 2 90 / 150
MedLVL 0 0 / 100
10
Siła
S
5
Zręczność
Zr
4
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
70
Punkty Życia
HP
40
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości