22.07.2018 06:15
Usatysfakcjonowana przebiegiem konfrontacji, co nie było więcej zagadką, Gwiezdna skinęła głową, prowadząc Malinowy Nos między obłokami lśniącej mgły. Słysząc komentarz dotyczący Borsuka, zerknęła przez ramię z aroganckim uśmieszkiem.
- Tak. - odburknęła, bo przecież korona spadałaby jej z głowy, gdyby przynajmniej raz dziennie nie wbiła komuś szpilki w plecy. A nuż Borsucze Futro zamiast zamknąć się w sobie potraktuje to za motywację i trochę zmężnieje, stając czymś więcej niż rozmiękłą mysią strawą, zanim ponownie zechce pchać ozór do uświęconej wody sadzawki.
O ile doborowego towarzystwa rodziny jest na Srebrnej Skórce pod dostatkiem... cieszyła się, mając ją teraz przy sobie. Jeszcze nie raz się zobaczą, w nieco swobodniejszych okolicznościach niż dzisiejsza noc, to na pewno!... ale nie miałaby nic przeciwko, gdyby została z nią na dłużej.
Dopiero po kilku lisich długościach kocica zdała sobie sprawę, że sceneria wokół zmienia się, a zamiast nicości otaczają je teraz cztery znajome ściany jaskiń. A pod nimi setki martwych oczu wpatrzonych prosto w nią. Czy to Wietrzny Klif? Wielka, wypełniona uroczystym półmrokiem grota pozbawiona sklepienia to adekwatne miejsce, najbliższe słowu "dom". Brakowało wprawdzie stert gruzu oraz blasku nocnego nieba - wszak to oni, tłumy zgromadzonych duchów przeróżnej maści, znane lub kompletnie obce, stanowiły wspomniane gwiazdy. Byli przecież na Srebrnej Skórce, oficjalnie rozpoczynając Ceremonię przyznania dziewięciu żyć. Wszystko zgodnie z planem. Bluszczowy Syk zatrzymała się, gdy dotarły na sam środek, by obrzucić bratanicę porozumiewawczym spojrzeniem bez zbędnych ceregieli. Gotów.
Następnie ciotka zbliżyła się na krok, wyraźnie zaciskając szczęki, kiedy spoglądała na nią z góry. Nie śpieszyła się, bowiem miała na to całą wieczność. By patrzeć na bratanicę i to, co przyniosła dla niej w swoim sumieniu. Jakie decyzje podjęła. Jakim kosztem. W co wyrosła, co utraciła. Ale, w przeciwieństwie do trupów, Malinowy Nos nie mogła dłużej zwlekać. Miała Klan do poprowadzenia - coś, co było przeznaczone Porannej Rosie, później Bluszczowi, ostatecznie Gradowemu Podmuchowi drogą sukcesji, nie jej! Aczkolwiek personalnie, z czeluści pozbawionego empatii serca, była dla Bluszczu jedynym żywym kotem, który wciąż na to zasługiwał. Ostatnią dobrą rzeczą, jaka pozostała od chwili ich upadku. Ironiczną, choć pełną nadziei.
- Nie zawiodłaś mnie, Malinowy Nosie. - przemówiła jako pierwsza, szorstko i treściwie, lecz z intrygującą namiastką. Tak jak wtedy, podczas ich wspólnych nauk. - Ale masz jeszcze wiele do zrobienia, żeby mi zaimponować. I to jest twoja szansa. Nie zapomnij, kim jesteś. Nie zapomnij, czego cię nauczyliśmy. - obwieściła, gryząc się w język. Nie zapomnij, kim jest twój ojciec. - rozbrzmiało, o dziwo wyłącznie w myślach Maliny. Nawet Bluszczowy Syk nie mogła wymieniać imienia Potępionego, nie teraz, kiedy wokół stało tyle niepowołanych gapiów o różnorakich opiniach na temat pretendentki. Odchrząknęła, unosząc swój połyskujący ogon niczym chorągiew, kiedy wyciągnęła szyję i dotknęła nosa ulubionej bratanicy, przeszywając ją zimnem aż do szpiku kości. - Z twoim pierwszym życiem dostajesz ode mnie siłę. We władzy nie ma i nigdy nie było miejsca na słabość. Bądź rozsądna, ale nie omieszkaj obnażyć jej wobec tych, którzy śmią wątpić w potęgę Klanu Wichru. - zakończyła, odsuwając srebrny pysk, by zmierzyć Wojowniczkę przenikliwym spojrzeniem. Wtedy... wtedy Malinowy Nos poczuła, jak jej łapy drżą, a umysł obezwładnia panika. Czuła, że z każdą przemijającą sekundą staje się mniejsza i mniejsza, ogarnięta pokusą ucieczki i rzucenia tych wszystkich odpowiedzialności precz! Ale co powiedziałaby na to Bluszczowy Syk? Gwiezdna, obserwując uważnie reakcję Maliny, nie strzępiła więcej języka - odwróciła się na pięcie, maszerując dumnym krokiem do pierwszego szeregu Przodków, zostawiając ją samą, kompletnie samą...
...dopóki nie została oblana jaskrawym światłem, wypełniającym półmrok groty niczym wschód słońca. Nagle poczuła się bezpieczniej, a bezwolne drgawki opuściły zdezorientowane ciało, bo oto stała przed nią jej własna, rodzona siostra, Okopcone Serce. Ile to już księżycy? Ile czasu upłynęło odkąd widziały się po raz ostatni? Wprawdzie zamiast rzucić sobie w objęcia, Gwiezdna podeszła do niej z poważną miną, skinąwszy przyjaźnie Malinowemu Nosowi dopiero z bliska. Potem pochyliła się w celu przekazania kolejnego z żyć, przemawiając wówczas głosem, którego brzmienia nie powstydziłby się żaden śpiewający ptak. Głosem, którego nie miała za życia.
- Przywódcą zostaje się na całe życie. Nie ma rezygnacji, przerwy ani ucieczki. To chluba i obowiązek. - stwierdziła stanowczo, choć żaden włosek na cętkowanym futrze ani drgnął. Nagięcie Kodeksu Wojownika jest ceną, jaką musieli zapłacić chroniąc Klan przed widmem wojny domowej... ale priorytetem dzisiejszego spotkania była więź łącząca ongiś obie siostry. - Nie możesz porzucić nikogo w potrzebie, a zwłaszcza nie twoich Klanowiczów. Musisz wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce. Niech mój dar lojalności oświeca ci drogę, Malinowy Nosie. - obwieściła, by wraz z zetknięciem nosów zalać Malinę falą wspomnień - o tym, co robiła długie księżyce poza Klanem. O wędrówce, samotności, tęsknocie, a także wyrzutach sumienia. Teraz, na oczach Okopconego Serca, musiała przełknąć je wszystkie niczym gorzkie lekarstwo. - Tyle szacunku, ile wkładasz w swoją rangę i obowiązki, tyle otrzymasz w zamian. Pamiętaj o tym. - zamruczała wdzięcznie, użyczając kocicy nieco ulgi, nim zawróciła, oddalając do grona Gwiezdnych.
Malina nie zdołała jeszcze dobrze złapać oddechu, kiedy w ślady siostry podążył następny duch. W pierwszej sekundzie wzięła go za kogoś zupełnie innego, ponieważ zapachy we śnie rządzą się własnymi prawami, zaś gwiezdny pył skrzący w kosmykach futra potrafił bić blaskiem po oczach proporcjonalnie do dumy lub statusu Przodka. Te pręgi, srebrzyste futro, cętki... Cedrowy Kolec z całą pewnością był synem Osetowego Ciernia. Nie omieszkał jednak poruszyć wibrysami na powitanie, gdy wszelkie przeprosiny ugrzęzły mu raptem w gardle. Czy zdążył ją odpowiednio pożegnać? Nim... On... to nie miało już więcej znaczenia. Nawet, jeśli zostawił ją samą, Malinowy Nos wstała z kolan i sięgnęła gwiazd. Powaga momentalnie wróciła na jego pysk, gdy stanęli oko w oko.
- Ode mnie dostaniesz trzecie życie. I dar ambicji. - mruknął, pośpiesznie dotykając nosa Maliny, by na przekór własnej aurze uraczyć ją strumieniem ciepła. A wraz z nim natrętnymi, chaotycznymi myślami o słodyczy władzy, zazdrosnymi bądź zachwyconymi spojrzeniami tłumu, kontrowersji, absolutowi decyzji oraz bezwzględnym posłuszeństwie. Czy tego pragnął? Czy ona sama tego podświadomie pragnęła? Czy to zgubiło Klan Wichru kilkadziesiąt księżyców temu? - Mierz wysoko, ale nie żyj ciągle wpatrzona w gwiazdy. Dobrze wiesz, czego chcesz, i najwyższa pora to osiągnąć własnymi siłami. Dla ciebie i dla dobra Klanu Wichru, siostro. - urwał, jak gdyby chcąc dodać coś jeszcze, lecz oprócz wymownego spojrzenia, kiwnął głową i zawrócił, mijając po drodze innego bliskiego Wojowniczce kota.
Mianowicie białego, smukłego kocurka, który zamiast formalności niósł na pyszczku pogodny, pełen otuchy uśmiech. Pochmurny Sen. Poruszał się lekko, niczym pozbawiony wagi obłoczek, równie delikatnie wtulając się w jej szyję na powitanie. Tak bardzo tęsknił!
- Wiem, co cię dręczy, siostrzyczko. Jak wiele decyzji, myśli i problemów. Czuwam nad tobą i rozumiem cały ten mętlik jak nikt inny. Ale księżyce mijają, a życie cały czas rozkwita, prawda? Pora Nowych Liści przychodzi nawet po największych mrozach, a świt wstaje po najczarniejszych nocach. Dni na ziemi są piękne, a blask Srebrnej Skórki nigdy nie gaśnie. Musimy czasem po prostu uwierzyć, że będzie lepiej, skoro życie i tak potoczy się dalej. Dlatego chcę podarować ci dar wiary. - rzekł spokojnym, pełnym czułości tonem, odrywając z objęć Maliny, by musnąć ją nosem wedle tradycji. Towarzyszące temu uczucie przypominało wiele emocji niemożliwych do opisania jednym słowem. Mogły być miłością, ugaszonym pragnieniem, inspiracją, nadzieją bądź spontanicznym dodaniem sił. Były też uśmiechem, którego nie widziała od tak wielu księżyców, a teraz miała go tuż na wyciągnięcie łapy. Z pewnością nie wszystkie gwiazdy na niebie świeciły przeciwko niej. - Będzie dobrze, obiecuję.
Odszedł bardzo niechętnie, a właściwie... rozpłynął w powietrzu niczym oddech niknący o mroźnym poranku. Pochmurny Sen nie potrafiłby odwrócić się do siostry plecami, dlatego wolał obserwować wzruszającą Ceremonię do końca w sposób niezrozumiały dla śmiertelników.
- Malinowy Nosie... - wówczas w oddali rozległo się ciche, przypominające szelest miauknięcie. Wojowniczka dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności kolejnej duszy, wychodzącej spomiędzy tłumu o skromnie pochylonej głowie. Nie lśniła jaskrawo jak inne, nie przykuwała do siebie uwagi i nie przeszywała umysłu Maliny sądem ostatecznym, zatem dłuższą chwilę zajęła jej poprawna identyfikacja półprzezroczystej sylwetki... własnej matki. Biały Kwiat, uwolniona od bólu, strachu i rozpaczy, w końcu odnalazła swój spokój w najdalszych zakamarkach Srebrnej Skórki. Ale dzisiaj, wyjątkowo, chyba chciała tu być. Może chciała zobaczyć swoją córkę, mimo szklistych oczu podchodząc do niej pewnym krokiem, by dopiąć swego matczynego obowiązku? A może przekonał ją do tego Obłoczek? Gdy stanęła, zmrużyła powieki, wyciągając głowę, by dotknąć nosa Maliny swoim własnym. Jej dotyk subtelnością przypominał muśnięcie motylich skrzydeł, a głos rozbrzmiewał nie głośniej od szeptu.
- Miłość... - oto przekazany dar. Była świadoma, że nie jest tu mile widziana. Była również świadoma, że ongiś zaszczuta i zbezczeszczona, poddała się, zawodząc jako matka. W mgnieniu oka przez ciało Maliny przemknął skurcz agonalnego bólu, a z obu zielonych oczu popłynęły bezwolne łzy - te same, którymi Biały Kwiat płakała każdego dnia. Natomiast dzisiejszej nocy zjawiła się, żeby ofiarować coś, czego za życia nie była w stanie. - Nigdy nie zapominaj, co to znaczy. Kochaj swój Klan, swoich bliskich, Fiołkowy Świt i... twoje dzieci. Wiedz, że są całe i zdrowe. Podążają teraz własnymi ścieżkami. - zaznaczyła, wszak rzeczywiście, między zgromadzonymi duchami Klanu Wichru nigdzie nie było Osetu, Goździka ani Jabłoni. Oznaczało to, że nadal żyli, tułając gdzieś po wielkim świecie. Potem, spoglądając głęboko w oczy cierpiącej córki... uśmiechnęła się. Blado, delikatnie i po raz pierwszy, sprawiając, że cały ból w sercu Malinowego Nosa prysł, zostawiając ją o trzęsących się nogach. Nim doszła do siebie, Biały Kwiat zawróciła, oddalając do najdalszego zakątka groty, gdzie stała tylko jedna tajemnicza postać - biało-szary kocur, obserwujący wszystko z dumnym uśmiechem od ucha do ucha. Czy go w ogóle znała? Pamiętała? Kim był? Przypadkową duszą czy dalekim krewnym...?
Nie dane było jej rozmyślać zbyt długo, bowiem cały widok zagrodził raptem nie jeden, a dwa czarno-białe duchy - w dodatku identyczne! Po śmierci bliźniacy znowu byli razem, wprowadzając martwych w dezorientację, ale nie Malinowy Nos! Ona potrafiła rozpoznać wujów po cierpkiej ekspresji oraz figlarnym uśmieszku w przeszło uderzenie serca.
- Zostałaś wytypowana, chociaż wcale o tym nie śniłaś, w przeciwieństwie do mojej słodkiej siostry i wielu innych. Życie potrafi być zabawne, co nie? Więc chyba najwyższa pora wziąć się w garść, Malino. - przemówił cynicznym tonem Słodka Woda, posyłając bratanicy oczko. Zbawiennie przyjemne po całej burzy emocji.
- Pora też w to uwierzyć. Bo nie wybrały cię żadne zagmatwane przepowiednie, znaki ani sukcesje... tylko głos twojego Klanu. Uwierz mu, a potem uwierz w siebie. - dokończył posępnie Słona Łapa, choć prawił mądrze. Następnie obaj bracia pochylili głowy, dotykając nosa kocicy, by przemówić wspólnie jednym głosem:
- Z tym życiem dostajesz od nas dar pewności siebie. - ...paradoksalnie zalewając Malinowy Nos potokiem wątpliwości. Czuła, jakby wszyscy naraz wymagali od niej odpowiedzi i naprawy wszystkich błędów przeszłości, jednocześnie nakładając nań każdy możliwy rodzaj presji oraz widmo okropnych konsekwencji. Miała też na karku wzrok popleczników Gradowego Podmucha, przekreślających ją jedną regułką Kodeksu. Osądy, decyzje, tak dużo decyzji, władza, obowiązki, dylematy, wyrzeczenia... przy czym wszystko rozpłynęło się, kiedy Słodka Woda zasadził jej kuksańca.
- Powodzenia. - miauknął, szczerząc zęby.
- Ta, nie spartacz niczego. - odmruknął Słona Łapa, oddalając razem z nim w stronę tłumu.
Niespodziewanie pośród Gwiezdnych rozległy się skonsternowane szepty. Bluszczowy Syk zasyczała gniewnie, lecz ostatecznie wszyscy zostali na swoich miejscach, kręcąc nosami. Wszyscy, oprócz niej. Wysoka jak na swój młody wiek, chuda, szylkretowa kotka o zadziornych oczach wymaszerowała naprzód, od razu dając do zrozumienia swoją intensywną wonią, że nie pochodzi z Klanu Wichru, a Cienia. Teraz, po śmierci, nie odgrywało to istotnej roli, jednak duchy towarzyszące Ceremoniom nie znajdowały się tam przypadkiem, prawda? Bliscy, krewni, legendy, poprzednicy... albo ci, którzy chcieli przekazać przyszłej liderce jakąś ważną lekcję.
- No hej. Pamiętasz mnie? - zaszczebiotała Gwiezdna, darując sobie sypanie gwiezdnym pyłkiem, frazesy, komunały i uprzejmości. Samą swoją obecnością wywołała już wystarczające zamieszanie... oraz metaliczny posmak krwi wypełniający mordkę Malinowego Nosa. W ramach przypomnienia. - Pewnie nie. Nazywam się Zdziczała Łapa i błagałam cię o litość, której nie dostałam. - powiedziała z taką łatwością, jakby wspominała właśnie o pogodzie na niebiańskich łanach Srebrnej Skórki. Nie reprezentowała sobą gniewu, smutku ani nie przyszła tutaj, żeby zdemaskować przyszłą Gwiazdę jako bezlitosną morderczynię na podstawie incydentu sprzed kilkudziesięciu księżyców, by jeszcze bardziej pogrążyć jej prawo do tronu. Najwidoczniej śmierć zmienia poglądy na pewne sprawy, łącznie ze śmiercią samą w sobie. - Wszyscy popełniamy błędy. Ja przeszłam przez niewłaściwą granicę, a ty pociągnęłaś pazurami po niewłaściwym miejscu na mojej szyi. Czasami słuchamy niewłaściwych rad, czasami sami je też tworzymy. - podsumowała, uśmiechając pod wąsem, wyraźnie ciekawa reakcji Maliny. Jak mały brud zza pazurów dający po sobie znać długie księżyce później, kompletnie znikąd. Tak czy inaczej, miała biznes do zrobienia i chyba nie czerpała z tego nazbyt wielkiej satysfakcji: - Teraz będziesz przesądzać o życiu większej ilości kotów, niż tylko moim. Twoja litość, twoje zdanie, zachcianki, decyzje... i twoje błędy. Dlatego z siódmym życiem trzymaj dar sprawiedliwości. Niech przepędza ci wszystkie pchły z legowiska i chroni innych przed twoim złym humo... to znaczy, twoim prawodawczym osądem. - Zdziczała Łapa, zupełnie jak za życia, robiła wszystko po swojemu, ale wcale nie szukała zemsty. Być może widziały się teraz po raz ostatni, stykając nosami od niechcenia, kiedy Malinowy Nos przez nachalny smak posoki zaczęły ogarniać mdłości. Szylkretowa kotka zmierzyła ją wzrokiem po raz ostatni, westchnęła i wycofała się jak gdyby nigdy nic, bezpardonowo mijając Wichrowców i wracając tam, skąd przyszła. Malinowy Nos przez dłuższą chwilę musiała uspokajać protestujący żołądek, nie łapiący aluzji snu ani magicznych halucynacji, podczas gdy reszta zgromadzonych zamilkła na dobre wręcz grobową ciszą. Do czasu.
- MALINKA!!! - ogłuszające, uradowane ryknięcie wstrząsnęło całą grotą, a z tłumu na powitanie wypadł nagle kolejny duch. Tak szybko, że w locie nie zdążyła go poznać, dopóki nie rzucił się w jej objęcia, prawie obalając na ziemię. Wtedy Malinowy Nos nie miała więcej wątpliwości - to Wirujące Skrzydło, jej przyjaciel z młodości! - Tęskniłem, tęskniłem, TĘSKNIŁEM! Wiedziałem, że wrócisz... ale może trochę mniej oficjalnie. - prześwietlił ją wzrokiem od stóp do koniuszków uszu, mrużąc powieki i drgając wąsikami... nim złożył się wpół, wybuchając gromkim śmiechem, który definitywnie osłupił duchy sterczące wokoło - Zatem, moja najdroższa Malinowa Gwiazdo, najjaśniejsza ze wszystkich, mam dla ciebie prezent! To znaczy, życie! Może i masz już całe siedem, ale to ósme przyda ci się na pewno! Taa-daaa, oto dar HUMORU! - zamiauczał głośno i radośnie, przybijając nos do mordki Maliny z impetem. Na przekór negatywnym emocjom towarzyszącym otrzymywaniu poprzednich żywotów, teraz w piersi kocicy zawrzało przyjemne ciepło, a gardło ścisnął inny rodzaj bólu - bowiem wstrzymywany usilnie śmiech bez logicznego powodu. Kąciki ust wykrzywił uśmiech, zaś w oczach stanęły łzy i mogła jedynie patrzeć tępo na srebrzystego kocurka, walcząc o samoopanowanie, żeby nie zepsuć tak wyniosłej atmosfery. - Nawet Przywódcy muszą się czasem śmiać, wiesz? Dobrze im to zrobi! I jesteś taka śliczna, kiedy się uśmiechasz, więc rób to jak najczęściej! - zakończył, żegnając starą przyjaciółkę serdecznym liźnięciem w policzek. Potem odszedł, jak to miał w zwyczaju - sprintem, zostawiając po sobie smugę gwiezdnego pyłu. Cały Wirek.
Chwilę po nim... zjawiła się ona i Malinowemu Nosowi w mgnieniu oka przestało być do śmiechu. Kocica potrafiąca utrzymać cały Klan w ryzach bez oficjalnego "stołka", rewolucjonistka oraz poniekąd prekursorka dzisiejszego mianowania. Wybrana w podobny sposób przez poparcie Klanu, który sama stworzyła. Ponadto... babcia. Dla której Kodeks Wojownika nie stanowił ograniczenia ani przeszkody, by w bardzo krótkim czasie kompletnie zmienić ustrój, zdobyć władzę, a potem zalśnić intensywnym blaskiem na nocnym niebie. Pewnie tu, na Srebrnej Skórce, też zaprowadziła swój porządek, kto wie? Poranna Rosa we własnej osobie zamierzała uroczyście dopiąć Ceremonię do końca, winszując przetrwanie jej rodziny. Nie wszystko, co stworzyła, zostało spisane na straty za sprawą omsknięcia łapy, a ostatnia wnuczka mogła odmienić parszywe kroniki wichrowych Gwiazd raz na zawsze. Krew jej krwi.
- Zabrnęłaś daleko, to trzeba ci przyznać. Mało komu pisane jest stanąć tutaj, z predyspozycjami czy bez. Bo jak zapewne słyszałaś na własne uszy, Kodeks Wojownika i zdanie poprzedniego Przywódcy to za mało, by przekonać własny Klan, żeby faktycznie za tobą podążał. A czym jest Gwiazda bez szacunku? Kim jest Przywódca bez posłuchu? Co to za władza bez umiejętności? - pytała retorycznie, niemal z rozbawieniem przywołując postacie Gradowego Podmucha oraz Kruczego Ogona. Historia kolejnego lidera odrzuconego przez Wicher zatoczyłaby koło albo przyniosła znacznie tragiczniejsze skutki, do czego Malinowy Nos, przejąwszy inicjatywę, nie zamierzała dopuścić. Samo zdobycie dziewięciu żyć było przysługą dającą Klanowiczom przynajmniej krztę wytchnienia w tych trudnych chwilach. Wreszcie ich prośby zostały wysłuchane, odkąd mają za lidera kocicę, którą sami widzieli w tej roli, a nie zostali nią ukarani. - Wraz z twoim dziewiątym życiem otrzymujesz dar przywództwa. Nie jesteś już niczyją doradczynią, nie musisz stać w cudzym cieniu ani jednoczyć twojego Klanu na boku, wyręczając w tym innych. Skoro potrafiłaś zdobyć autorytet większy niż ich własny Zastępca, zasługujesz, by poprowadzić Wicher jako ktoś więcej. Jako ich nowa Przywódczyni! - kiedy Poranna Rosa dotknęła nosa wnuczki, ta odniosła wrażenie, jakby z otchłani wyżej spłynął snop jasnego, uroczystego światła. Miała na sobie spojrzenie całego Gwiezdnego Klanu, przychylne bądź nie, lecz mimo to wszystkie mięśnie w ciele ogarnął przyjemny zryw energii. Nawet serce przyspieszyło swój rytm, czując, jak komplet dziewięciu żyć zmienia kocicę, dodając sił witalnych oraz psychicznych. Pod bacznym wzrokiem Porannej Rosy potrafiła zadrzeć wysoko głowę ze świadomością nachodzącej misji oraz słodkiej determinacji zrodzonej wraz z ostatnim podarunkiem. Srebrzysta kocica odstąpiła na krok, jako pierwsza rozpoczynając skandowanie nowego imienia, co reakcją kaskady natychmiast wypełniło grotę oraz gardła prawie wszystkich obecnych w niej dusz:
- Malinowa Gwiazda! Malinowa Gwiazda! Malinowa Gwiazda!
Po bokach Porannej Rosy wnet stanęli najbliżsi, wszyscy wykrzykujący te same słowa. Bluszczowy Syk o święcących triumfalnie oczach, wujkowie, ciocie, kuzyni, nawet Tymiankowy Listek oraz Jastrzębi Szpon, którzy także byli obecni podczas dzisiejszej Ceremonii. Nie mogło zabraknąć Niedźwiedziego Serca, Stokrotkowej Łąki, Pluskającej Kropli, Dżdżystej Łapy wraz z Potokiem, Srebrnej Łapy, Czyżykowego Głosu, Jaśminowego Płatka, Mroźnego Podmuchu, Piaszczystego Brzegu oraz wielu innych, otaczających Malinową Gwiazdę ze wszystkich stron, coraz bliżej i bliżej, z pozdrowieniami, wyrazami szacunku, życzeniami...
...gdy niespodziewanie otworzyła oczy, leżąc nieruchomo przy brzegu sadzawki, w której wciąż migotało odbicie blednących gwiazd. Czar prysł. Ciepłe, nocne powietrze Pory Zielonych Liści sprawiło, że wybudziła się rześka i wypoczęta, choć w umyśle nadal krążyło echo głosu Gwiezdnych. Koniec końców, to wszystko było tylko snem. Znacznie bardziej liczy się to, co nastąpi teraz. Czy okaże się godna? Godniejsza? Poza Srebrną Skórką wszystko zależało już od niej: od Malinowej Gwiazdy, Przywódczyni Klanu Wichru wybranej wolą własnego Klanu.
- Tak. - odburknęła, bo przecież korona spadałaby jej z głowy, gdyby przynajmniej raz dziennie nie wbiła komuś szpilki w plecy. A nuż Borsucze Futro zamiast zamknąć się w sobie potraktuje to za motywację i trochę zmężnieje, stając czymś więcej niż rozmiękłą mysią strawą, zanim ponownie zechce pchać ozór do uświęconej wody sadzawki.
O ile doborowego towarzystwa rodziny jest na Srebrnej Skórce pod dostatkiem... cieszyła się, mając ją teraz przy sobie. Jeszcze nie raz się zobaczą, w nieco swobodniejszych okolicznościach niż dzisiejsza noc, to na pewno!... ale nie miałaby nic przeciwko, gdyby została z nią na dłużej.
Dopiero po kilku lisich długościach kocica zdała sobie sprawę, że sceneria wokół zmienia się, a zamiast nicości otaczają je teraz cztery znajome ściany jaskiń. A pod nimi setki martwych oczu wpatrzonych prosto w nią. Czy to Wietrzny Klif? Wielka, wypełniona uroczystym półmrokiem grota pozbawiona sklepienia to adekwatne miejsce, najbliższe słowu "dom". Brakowało wprawdzie stert gruzu oraz blasku nocnego nieba - wszak to oni, tłumy zgromadzonych duchów przeróżnej maści, znane lub kompletnie obce, stanowiły wspomniane gwiazdy. Byli przecież na Srebrnej Skórce, oficjalnie rozpoczynając Ceremonię przyznania dziewięciu żyć. Wszystko zgodnie z planem. Bluszczowy Syk zatrzymała się, gdy dotarły na sam środek, by obrzucić bratanicę porozumiewawczym spojrzeniem bez zbędnych ceregieli. Gotów.
Następnie ciotka zbliżyła się na krok, wyraźnie zaciskając szczęki, kiedy spoglądała na nią z góry. Nie śpieszyła się, bowiem miała na to całą wieczność. By patrzeć na bratanicę i to, co przyniosła dla niej w swoim sumieniu. Jakie decyzje podjęła. Jakim kosztem. W co wyrosła, co utraciła. Ale, w przeciwieństwie do trupów, Malinowy Nos nie mogła dłużej zwlekać. Miała Klan do poprowadzenia - coś, co było przeznaczone Porannej Rosie, później Bluszczowi, ostatecznie Gradowemu Podmuchowi drogą sukcesji, nie jej! Aczkolwiek personalnie, z czeluści pozbawionego empatii serca, była dla Bluszczu jedynym żywym kotem, który wciąż na to zasługiwał. Ostatnią dobrą rzeczą, jaka pozostała od chwili ich upadku. Ironiczną, choć pełną nadziei.
- Nie zawiodłaś mnie, Malinowy Nosie. - przemówiła jako pierwsza, szorstko i treściwie, lecz z intrygującą namiastką. Tak jak wtedy, podczas ich wspólnych nauk. - Ale masz jeszcze wiele do zrobienia, żeby mi zaimponować. I to jest twoja szansa. Nie zapomnij, kim jesteś. Nie zapomnij, czego cię nauczyliśmy. - obwieściła, gryząc się w język. Nie zapomnij, kim jest twój ojciec. - rozbrzmiało, o dziwo wyłącznie w myślach Maliny. Nawet Bluszczowy Syk nie mogła wymieniać imienia Potępionego, nie teraz, kiedy wokół stało tyle niepowołanych gapiów o różnorakich opiniach na temat pretendentki. Odchrząknęła, unosząc swój połyskujący ogon niczym chorągiew, kiedy wyciągnęła szyję i dotknęła nosa ulubionej bratanicy, przeszywając ją zimnem aż do szpiku kości. - Z twoim pierwszym życiem dostajesz ode mnie siłę. We władzy nie ma i nigdy nie było miejsca na słabość. Bądź rozsądna, ale nie omieszkaj obnażyć jej wobec tych, którzy śmią wątpić w potęgę Klanu Wichru. - zakończyła, odsuwając srebrny pysk, by zmierzyć Wojowniczkę przenikliwym spojrzeniem. Wtedy... wtedy Malinowy Nos poczuła, jak jej łapy drżą, a umysł obezwładnia panika. Czuła, że z każdą przemijającą sekundą staje się mniejsza i mniejsza, ogarnięta pokusą ucieczki i rzucenia tych wszystkich odpowiedzialności precz! Ale co powiedziałaby na to Bluszczowy Syk? Gwiezdna, obserwując uważnie reakcję Maliny, nie strzępiła więcej języka - odwróciła się na pięcie, maszerując dumnym krokiem do pierwszego szeregu Przodków, zostawiając ją samą, kompletnie samą...
...dopóki nie została oblana jaskrawym światłem, wypełniającym półmrok groty niczym wschód słońca. Nagle poczuła się bezpieczniej, a bezwolne drgawki opuściły zdezorientowane ciało, bo oto stała przed nią jej własna, rodzona siostra, Okopcone Serce. Ile to już księżycy? Ile czasu upłynęło odkąd widziały się po raz ostatni? Wprawdzie zamiast rzucić sobie w objęcia, Gwiezdna podeszła do niej z poważną miną, skinąwszy przyjaźnie Malinowemu Nosowi dopiero z bliska. Potem pochyliła się w celu przekazania kolejnego z żyć, przemawiając wówczas głosem, którego brzmienia nie powstydziłby się żaden śpiewający ptak. Głosem, którego nie miała za życia.
- Przywódcą zostaje się na całe życie. Nie ma rezygnacji, przerwy ani ucieczki. To chluba i obowiązek. - stwierdziła stanowczo, choć żaden włosek na cętkowanym futrze ani drgnął. Nagięcie Kodeksu Wojownika jest ceną, jaką musieli zapłacić chroniąc Klan przed widmem wojny domowej... ale priorytetem dzisiejszego spotkania była więź łącząca ongiś obie siostry. - Nie możesz porzucić nikogo w potrzebie, a zwłaszcza nie twoich Klanowiczów. Musisz wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce. Niech mój dar lojalności oświeca ci drogę, Malinowy Nosie. - obwieściła, by wraz z zetknięciem nosów zalać Malinę falą wspomnień - o tym, co robiła długie księżyce poza Klanem. O wędrówce, samotności, tęsknocie, a także wyrzutach sumienia. Teraz, na oczach Okopconego Serca, musiała przełknąć je wszystkie niczym gorzkie lekarstwo. - Tyle szacunku, ile wkładasz w swoją rangę i obowiązki, tyle otrzymasz w zamian. Pamiętaj o tym. - zamruczała wdzięcznie, użyczając kocicy nieco ulgi, nim zawróciła, oddalając do grona Gwiezdnych.
Malina nie zdołała jeszcze dobrze złapać oddechu, kiedy w ślady siostry podążył następny duch. W pierwszej sekundzie wzięła go za kogoś zupełnie innego, ponieważ zapachy we śnie rządzą się własnymi prawami, zaś gwiezdny pył skrzący w kosmykach futra potrafił bić blaskiem po oczach proporcjonalnie do dumy lub statusu Przodka. Te pręgi, srebrzyste futro, cętki... Cedrowy Kolec z całą pewnością był synem Osetowego Ciernia. Nie omieszkał jednak poruszyć wibrysami na powitanie, gdy wszelkie przeprosiny ugrzęzły mu raptem w gardle. Czy zdążył ją odpowiednio pożegnać? Nim... On... to nie miało już więcej znaczenia. Nawet, jeśli zostawił ją samą, Malinowy Nos wstała z kolan i sięgnęła gwiazd. Powaga momentalnie wróciła na jego pysk, gdy stanęli oko w oko.
- Ode mnie dostaniesz trzecie życie. I dar ambicji. - mruknął, pośpiesznie dotykając nosa Maliny, by na przekór własnej aurze uraczyć ją strumieniem ciepła. A wraz z nim natrętnymi, chaotycznymi myślami o słodyczy władzy, zazdrosnymi bądź zachwyconymi spojrzeniami tłumu, kontrowersji, absolutowi decyzji oraz bezwzględnym posłuszeństwie. Czy tego pragnął? Czy ona sama tego podświadomie pragnęła? Czy to zgubiło Klan Wichru kilkadziesiąt księżyców temu? - Mierz wysoko, ale nie żyj ciągle wpatrzona w gwiazdy. Dobrze wiesz, czego chcesz, i najwyższa pora to osiągnąć własnymi siłami. Dla ciebie i dla dobra Klanu Wichru, siostro. - urwał, jak gdyby chcąc dodać coś jeszcze, lecz oprócz wymownego spojrzenia, kiwnął głową i zawrócił, mijając po drodze innego bliskiego Wojowniczce kota.
Mianowicie białego, smukłego kocurka, który zamiast formalności niósł na pyszczku pogodny, pełen otuchy uśmiech. Pochmurny Sen. Poruszał się lekko, niczym pozbawiony wagi obłoczek, równie delikatnie wtulając się w jej szyję na powitanie. Tak bardzo tęsknił!
- Wiem, co cię dręczy, siostrzyczko. Jak wiele decyzji, myśli i problemów. Czuwam nad tobą i rozumiem cały ten mętlik jak nikt inny. Ale księżyce mijają, a życie cały czas rozkwita, prawda? Pora Nowych Liści przychodzi nawet po największych mrozach, a świt wstaje po najczarniejszych nocach. Dni na ziemi są piękne, a blask Srebrnej Skórki nigdy nie gaśnie. Musimy czasem po prostu uwierzyć, że będzie lepiej, skoro życie i tak potoczy się dalej. Dlatego chcę podarować ci dar wiary. - rzekł spokojnym, pełnym czułości tonem, odrywając z objęć Maliny, by musnąć ją nosem wedle tradycji. Towarzyszące temu uczucie przypominało wiele emocji niemożliwych do opisania jednym słowem. Mogły być miłością, ugaszonym pragnieniem, inspiracją, nadzieją bądź spontanicznym dodaniem sił. Były też uśmiechem, którego nie widziała od tak wielu księżyców, a teraz miała go tuż na wyciągnięcie łapy. Z pewnością nie wszystkie gwiazdy na niebie świeciły przeciwko niej. - Będzie dobrze, obiecuję.
Odszedł bardzo niechętnie, a właściwie... rozpłynął w powietrzu niczym oddech niknący o mroźnym poranku. Pochmurny Sen nie potrafiłby odwrócić się do siostry plecami, dlatego wolał obserwować wzruszającą Ceremonię do końca w sposób niezrozumiały dla śmiertelników.
- Malinowy Nosie... - wówczas w oddali rozległo się ciche, przypominające szelest miauknięcie. Wojowniczka dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności kolejnej duszy, wychodzącej spomiędzy tłumu o skromnie pochylonej głowie. Nie lśniła jaskrawo jak inne, nie przykuwała do siebie uwagi i nie przeszywała umysłu Maliny sądem ostatecznym, zatem dłuższą chwilę zajęła jej poprawna identyfikacja półprzezroczystej sylwetki... własnej matki. Biały Kwiat, uwolniona od bólu, strachu i rozpaczy, w końcu odnalazła swój spokój w najdalszych zakamarkach Srebrnej Skórki. Ale dzisiaj, wyjątkowo, chyba chciała tu być. Może chciała zobaczyć swoją córkę, mimo szklistych oczu podchodząc do niej pewnym krokiem, by dopiąć swego matczynego obowiązku? A może przekonał ją do tego Obłoczek? Gdy stanęła, zmrużyła powieki, wyciągając głowę, by dotknąć nosa Maliny swoim własnym. Jej dotyk subtelnością przypominał muśnięcie motylich skrzydeł, a głos rozbrzmiewał nie głośniej od szeptu.
- Miłość... - oto przekazany dar. Była świadoma, że nie jest tu mile widziana. Była również świadoma, że ongiś zaszczuta i zbezczeszczona, poddała się, zawodząc jako matka. W mgnieniu oka przez ciało Maliny przemknął skurcz agonalnego bólu, a z obu zielonych oczu popłynęły bezwolne łzy - te same, którymi Biały Kwiat płakała każdego dnia. Natomiast dzisiejszej nocy zjawiła się, żeby ofiarować coś, czego za życia nie była w stanie. - Nigdy nie zapominaj, co to znaczy. Kochaj swój Klan, swoich bliskich, Fiołkowy Świt i... twoje dzieci. Wiedz, że są całe i zdrowe. Podążają teraz własnymi ścieżkami. - zaznaczyła, wszak rzeczywiście, między zgromadzonymi duchami Klanu Wichru nigdzie nie było Osetu, Goździka ani Jabłoni. Oznaczało to, że nadal żyli, tułając gdzieś po wielkim świecie. Potem, spoglądając głęboko w oczy cierpiącej córki... uśmiechnęła się. Blado, delikatnie i po raz pierwszy, sprawiając, że cały ból w sercu Malinowego Nosa prysł, zostawiając ją o trzęsących się nogach. Nim doszła do siebie, Biały Kwiat zawróciła, oddalając do najdalszego zakątka groty, gdzie stała tylko jedna tajemnicza postać - biało-szary kocur, obserwujący wszystko z dumnym uśmiechem od ucha do ucha. Czy go w ogóle znała? Pamiętała? Kim był? Przypadkową duszą czy dalekim krewnym...?
Nie dane było jej rozmyślać zbyt długo, bowiem cały widok zagrodził raptem nie jeden, a dwa czarno-białe duchy - w dodatku identyczne! Po śmierci bliźniacy znowu byli razem, wprowadzając martwych w dezorientację, ale nie Malinowy Nos! Ona potrafiła rozpoznać wujów po cierpkiej ekspresji oraz figlarnym uśmieszku w przeszło uderzenie serca.
- Zostałaś wytypowana, chociaż wcale o tym nie śniłaś, w przeciwieństwie do mojej słodkiej siostry i wielu innych. Życie potrafi być zabawne, co nie? Więc chyba najwyższa pora wziąć się w garść, Malino. - przemówił cynicznym tonem Słodka Woda, posyłając bratanicy oczko. Zbawiennie przyjemne po całej burzy emocji.
- Pora też w to uwierzyć. Bo nie wybrały cię żadne zagmatwane przepowiednie, znaki ani sukcesje... tylko głos twojego Klanu. Uwierz mu, a potem uwierz w siebie. - dokończył posępnie Słona Łapa, choć prawił mądrze. Następnie obaj bracia pochylili głowy, dotykając nosa kocicy, by przemówić wspólnie jednym głosem:
- Z tym życiem dostajesz od nas dar pewności siebie. - ...paradoksalnie zalewając Malinowy Nos potokiem wątpliwości. Czuła, jakby wszyscy naraz wymagali od niej odpowiedzi i naprawy wszystkich błędów przeszłości, jednocześnie nakładając nań każdy możliwy rodzaj presji oraz widmo okropnych konsekwencji. Miała też na karku wzrok popleczników Gradowego Podmucha, przekreślających ją jedną regułką Kodeksu. Osądy, decyzje, tak dużo decyzji, władza, obowiązki, dylematy, wyrzeczenia... przy czym wszystko rozpłynęło się, kiedy Słodka Woda zasadził jej kuksańca.
- Powodzenia. - miauknął, szczerząc zęby.
- Ta, nie spartacz niczego. - odmruknął Słona Łapa, oddalając razem z nim w stronę tłumu.
Niespodziewanie pośród Gwiezdnych rozległy się skonsternowane szepty. Bluszczowy Syk zasyczała gniewnie, lecz ostatecznie wszyscy zostali na swoich miejscach, kręcąc nosami. Wszyscy, oprócz niej. Wysoka jak na swój młody wiek, chuda, szylkretowa kotka o zadziornych oczach wymaszerowała naprzód, od razu dając do zrozumienia swoją intensywną wonią, że nie pochodzi z Klanu Wichru, a Cienia. Teraz, po śmierci, nie odgrywało to istotnej roli, jednak duchy towarzyszące Ceremoniom nie znajdowały się tam przypadkiem, prawda? Bliscy, krewni, legendy, poprzednicy... albo ci, którzy chcieli przekazać przyszłej liderce jakąś ważną lekcję.
- No hej. Pamiętasz mnie? - zaszczebiotała Gwiezdna, darując sobie sypanie gwiezdnym pyłkiem, frazesy, komunały i uprzejmości. Samą swoją obecnością wywołała już wystarczające zamieszanie... oraz metaliczny posmak krwi wypełniający mordkę Malinowego Nosa. W ramach przypomnienia. - Pewnie nie. Nazywam się Zdziczała Łapa i błagałam cię o litość, której nie dostałam. - powiedziała z taką łatwością, jakby wspominała właśnie o pogodzie na niebiańskich łanach Srebrnej Skórki. Nie reprezentowała sobą gniewu, smutku ani nie przyszła tutaj, żeby zdemaskować przyszłą Gwiazdę jako bezlitosną morderczynię na podstawie incydentu sprzed kilkudziesięciu księżyców, by jeszcze bardziej pogrążyć jej prawo do tronu. Najwidoczniej śmierć zmienia poglądy na pewne sprawy, łącznie ze śmiercią samą w sobie. - Wszyscy popełniamy błędy. Ja przeszłam przez niewłaściwą granicę, a ty pociągnęłaś pazurami po niewłaściwym miejscu na mojej szyi. Czasami słuchamy niewłaściwych rad, czasami sami je też tworzymy. - podsumowała, uśmiechając pod wąsem, wyraźnie ciekawa reakcji Maliny. Jak mały brud zza pazurów dający po sobie znać długie księżyce później, kompletnie znikąd. Tak czy inaczej, miała biznes do zrobienia i chyba nie czerpała z tego nazbyt wielkiej satysfakcji: - Teraz będziesz przesądzać o życiu większej ilości kotów, niż tylko moim. Twoja litość, twoje zdanie, zachcianki, decyzje... i twoje błędy. Dlatego z siódmym życiem trzymaj dar sprawiedliwości. Niech przepędza ci wszystkie pchły z legowiska i chroni innych przed twoim złym humo... to znaczy, twoim prawodawczym osądem. - Zdziczała Łapa, zupełnie jak za życia, robiła wszystko po swojemu, ale wcale nie szukała zemsty. Być może widziały się teraz po raz ostatni, stykając nosami od niechcenia, kiedy Malinowy Nos przez nachalny smak posoki zaczęły ogarniać mdłości. Szylkretowa kotka zmierzyła ją wzrokiem po raz ostatni, westchnęła i wycofała się jak gdyby nigdy nic, bezpardonowo mijając Wichrowców i wracając tam, skąd przyszła. Malinowy Nos przez dłuższą chwilę musiała uspokajać protestujący żołądek, nie łapiący aluzji snu ani magicznych halucynacji, podczas gdy reszta zgromadzonych zamilkła na dobre wręcz grobową ciszą. Do czasu.
- MALINKA!!! - ogłuszające, uradowane ryknięcie wstrząsnęło całą grotą, a z tłumu na powitanie wypadł nagle kolejny duch. Tak szybko, że w locie nie zdążyła go poznać, dopóki nie rzucił się w jej objęcia, prawie obalając na ziemię. Wtedy Malinowy Nos nie miała więcej wątpliwości - to Wirujące Skrzydło, jej przyjaciel z młodości! - Tęskniłem, tęskniłem, TĘSKNIŁEM! Wiedziałem, że wrócisz... ale może trochę mniej oficjalnie. - prześwietlił ją wzrokiem od stóp do koniuszków uszu, mrużąc powieki i drgając wąsikami... nim złożył się wpół, wybuchając gromkim śmiechem, który definitywnie osłupił duchy sterczące wokoło - Zatem, moja najdroższa Malinowa Gwiazdo, najjaśniejsza ze wszystkich, mam dla ciebie prezent! To znaczy, życie! Może i masz już całe siedem, ale to ósme przyda ci się na pewno! Taa-daaa, oto dar HUMORU! - zamiauczał głośno i radośnie, przybijając nos do mordki Maliny z impetem. Na przekór negatywnym emocjom towarzyszącym otrzymywaniu poprzednich żywotów, teraz w piersi kocicy zawrzało przyjemne ciepło, a gardło ścisnął inny rodzaj bólu - bowiem wstrzymywany usilnie śmiech bez logicznego powodu. Kąciki ust wykrzywił uśmiech, zaś w oczach stanęły łzy i mogła jedynie patrzeć tępo na srebrzystego kocurka, walcząc o samoopanowanie, żeby nie zepsuć tak wyniosłej atmosfery. - Nawet Przywódcy muszą się czasem śmiać, wiesz? Dobrze im to zrobi! I jesteś taka śliczna, kiedy się uśmiechasz, więc rób to jak najczęściej! - zakończył, żegnając starą przyjaciółkę serdecznym liźnięciem w policzek. Potem odszedł, jak to miał w zwyczaju - sprintem, zostawiając po sobie smugę gwiezdnego pyłu. Cały Wirek.
Chwilę po nim... zjawiła się ona i Malinowemu Nosowi w mgnieniu oka przestało być do śmiechu. Kocica potrafiąca utrzymać cały Klan w ryzach bez oficjalnego "stołka", rewolucjonistka oraz poniekąd prekursorka dzisiejszego mianowania. Wybrana w podobny sposób przez poparcie Klanu, który sama stworzyła. Ponadto... babcia. Dla której Kodeks Wojownika nie stanowił ograniczenia ani przeszkody, by w bardzo krótkim czasie kompletnie zmienić ustrój, zdobyć władzę, a potem zalśnić intensywnym blaskiem na nocnym niebie. Pewnie tu, na Srebrnej Skórce, też zaprowadziła swój porządek, kto wie? Poranna Rosa we własnej osobie zamierzała uroczyście dopiąć Ceremonię do końca, winszując przetrwanie jej rodziny. Nie wszystko, co stworzyła, zostało spisane na straty za sprawą omsknięcia łapy, a ostatnia wnuczka mogła odmienić parszywe kroniki wichrowych Gwiazd raz na zawsze. Krew jej krwi.
- Zabrnęłaś daleko, to trzeba ci przyznać. Mało komu pisane jest stanąć tutaj, z predyspozycjami czy bez. Bo jak zapewne słyszałaś na własne uszy, Kodeks Wojownika i zdanie poprzedniego Przywódcy to za mało, by przekonać własny Klan, żeby faktycznie za tobą podążał. A czym jest Gwiazda bez szacunku? Kim jest Przywódca bez posłuchu? Co to za władza bez umiejętności? - pytała retorycznie, niemal z rozbawieniem przywołując postacie Gradowego Podmucha oraz Kruczego Ogona. Historia kolejnego lidera odrzuconego przez Wicher zatoczyłaby koło albo przyniosła znacznie tragiczniejsze skutki, do czego Malinowy Nos, przejąwszy inicjatywę, nie zamierzała dopuścić. Samo zdobycie dziewięciu żyć było przysługą dającą Klanowiczom przynajmniej krztę wytchnienia w tych trudnych chwilach. Wreszcie ich prośby zostały wysłuchane, odkąd mają za lidera kocicę, którą sami widzieli w tej roli, a nie zostali nią ukarani. - Wraz z twoim dziewiątym życiem otrzymujesz dar przywództwa. Nie jesteś już niczyją doradczynią, nie musisz stać w cudzym cieniu ani jednoczyć twojego Klanu na boku, wyręczając w tym innych. Skoro potrafiłaś zdobyć autorytet większy niż ich własny Zastępca, zasługujesz, by poprowadzić Wicher jako ktoś więcej. Jako ich nowa Przywódczyni! - kiedy Poranna Rosa dotknęła nosa wnuczki, ta odniosła wrażenie, jakby z otchłani wyżej spłynął snop jasnego, uroczystego światła. Miała na sobie spojrzenie całego Gwiezdnego Klanu, przychylne bądź nie, lecz mimo to wszystkie mięśnie w ciele ogarnął przyjemny zryw energii. Nawet serce przyspieszyło swój rytm, czując, jak komplet dziewięciu żyć zmienia kocicę, dodając sił witalnych oraz psychicznych. Pod bacznym wzrokiem Porannej Rosy potrafiła zadrzeć wysoko głowę ze świadomością nachodzącej misji oraz słodkiej determinacji zrodzonej wraz z ostatnim podarunkiem. Srebrzysta kocica odstąpiła na krok, jako pierwsza rozpoczynając skandowanie nowego imienia, co reakcją kaskady natychmiast wypełniło grotę oraz gardła prawie wszystkich obecnych w niej dusz:
- Malinowa Gwiazda! Malinowa Gwiazda! Malinowa Gwiazda!
Po bokach Porannej Rosy wnet stanęli najbliżsi, wszyscy wykrzykujący te same słowa. Bluszczowy Syk o święcących triumfalnie oczach, wujkowie, ciocie, kuzyni, nawet Tymiankowy Listek oraz Jastrzębi Szpon, którzy także byli obecni podczas dzisiejszej Ceremonii. Nie mogło zabraknąć Niedźwiedziego Serca, Stokrotkowej Łąki, Pluskającej Kropli, Dżdżystej Łapy wraz z Potokiem, Srebrnej Łapy, Czyżykowego Głosu, Jaśminowego Płatka, Mroźnego Podmuchu, Piaszczystego Brzegu oraz wielu innych, otaczających Malinową Gwiazdę ze wszystkich stron, coraz bliżej i bliżej, z pozdrowieniami, wyrazami szacunku, życzeniami...
...gdy niespodziewanie otworzyła oczy, leżąc nieruchomo przy brzegu sadzawki, w której wciąż migotało odbicie blednących gwiazd. Czar prysł. Ciepłe, nocne powietrze Pory Zielonych Liści sprawiło, że wybudziła się rześka i wypoczęta, choć w umyśle nadal krążyło echo głosu Gwiezdnych. Koniec końców, to wszystko było tylko snem. Znacznie bardziej liczy się to, co nastąpi teraz. Czy okaże się godna? Godniejsza? Poza Srebrną Skórką wszystko zależało już od niej: od Malinowej Gwiazdy, Przywódczyni Klanu Wichru wybranej wolą własnego Klanu.
![[Obrazek: wEwLrGV.png]](https://i.imgur.com/wEwLrGV.png)
??????? ???? ????? ???
16
Siła
S
18
Zręczność
Zr
12
Szybkość
Sz
9
Zmysły
Zm
59
Punkty Życia
HP
79
Wytrzymałość
W
![[Obrazek: zqG2Jtv.png]](https://i.imgur.com/zqG2Jtv.png)
![[Obrazek: zHxYpKl.png]](https://i.imgur.com/zHxYpKl.png)
![[Obrazek: jasny_240px.png]](https://s29.postimg.org/nq4v1sz4n/jasny_240px.png)