Księżyce: 146 Mistrz: Dymiący Staw Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: oby nie
Wysoki, delikatnie umięśniony, niebiesko-biały oriental o pręgowaniu tygrysim. Zielone oczy, nieco dłuższe niż naturalnie kły. Ma wyjątkowo długie łapy.
smutna klucha, cichy i niepewny
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Orla Łapa [KW]
Ach, faktycznie. Do rozmowy jest potrzebny temat. Dettlaff przez krótki moment jeszcze milczał, po czym wzruszył ramionami - samemu sobie przyznając, że nie ma żadnego pomysłu na tematy, które mogliby poruszyć. Nie był kotem wyjątkowo wygadanym, ani tym bardziej takim, który starał się zaczynać rozmowy z kimkolwiek. Postawiony był więc w sytuacji średnio wygodnej. - Powiedzmy... Spotkało cię kiedyś coś ciekawego? Jakaś niezwykła przygoda? Poznałaś kogoś wyjątkowego? To dość luźny temat - a przynajmniej dokładnie tak było jego zdaniem. On bowiem bez problemu byłby w stanie opowiedzieć to i owo, czasem dokładniej, czasem mniej. Nie zostawiłby jej jednak bez słowa z tym tematem.
Zamyśliła się nad jego pytaniem. W sumie, naprawdę nie wiedziała czy ma się czym pochwalić. Walczyła z jaszczurami u boku dwóch gwiazd jakiś tam czas temu, byłoby to dobre osiągnięcie gdyby nie to, że podczas tej walki gówno zrobiła. Jej kontakty w klanie przestały być zerowe, przynajmniej to, ale nadal była pokłócona z rodzicami, oddaliła się od Mętnej Łapy i nie miała jakiś bliższych przyjaźni. Ba, ostatnio kotem, z którym spędzała najwięcej czasu był Węgorz, a to można zakwalifikować jako porażkę. - Nie wiem. Mój terminator skończył ostatnio trening, więc spoko. I pokonałam kolegę w sparingu, więc też spoko - mruknęła. - To ty chodzisz absolutnie wszędzie, powinieneś mieć lepsze historyjki do opowiadania.
Księżyce: 146 Mistrz: Dymiący Staw Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: oby nie
Wysoki, delikatnie umięśniony, niebiesko-biały oriental o pręgowaniu tygrysim. Zielone oczy, nieco dłuższe niż naturalnie kły. Ma wyjątkowo długie łapy.
smutna klucha, cichy i niepewny
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Orla Łapa [KW]
- A, no to tu mogę pogratulować - rzucił spokojnie, wzrok przerzucając na konstrukcję ludzi, aby upewnić się czy coś nie przyleciało. Nie, póki co jak nic nie było, tak nadal nic nie ma. - Kolegę? Całkiem miło. Z Kalnu czy przypałętał się tak samo jak ja?
Pociągnął, wzrok teraz zwracając znów w jej stronę. On pałętał się wszędzie - prawda. Nie do końca, ale na pewno bardziej zgodna z prawdą niż gdyby powiedzieli, że Dettlaff siedzi w miejscu od księżyców. - Mogę poopowiadać co ciekawego słychać na osiedlu czy... jak uciekłem od dwunogów, kogo spotykałem po drodze. Interesuje cię coś bardziej czy obojętne ci od czego zacznę? - a może spyta o w ogóle coś innego do opowiadania, kto wie.
Uśmiechnęła się, bo rzeczywiście gratulacje były tutaj wskazane. Szafirowa Łapa nie był trudnym terminatorem pod względem wychowawczym, bo zachowywał się naprawdę dobrze. Wyzwaniem jednak było by zrobić z niego wojownika na miarę klanu rzeki, a Bawełna uważała, że ten był gotowy. Że podołała wyzwaniu.
Na jego następne pytanie parsknęła śmiechem. - W sumie, to i to i to. Węgorz się nazywa. Długi czas myślałam, że absolutnie nie zasługuje na bycie w klanie i miałam do tego więcej niż dwa powody, ale teraz w sumie mi jakoś nie przeszkadza. Mimo że dalej jest głupi jak kamień. I zdecydowanie nie zasługuje na taką relacje jaką z mną ma - wzruszyła ramionami. Początkowo nienawidziła Węgorzowego Gardła za wiele powodów. Za jego siostrę, za jego miękkie nastawienie do wszystkiego, za tą głupią walkę z łabędziem i za to, że nie był w rzece przez jakiś czas. Ale nastawienie Bawełny się zmieniło. I podejrzewała że to dlatego, że po prostu nie miała innych opcji. Była samotna swego czasu, a Węgorz który wręcz na siłę się do niej pchał był jedyną opcją by nie zwariować. Po prostu. - Jak to jest u dwunoznych? Lepiej? - spytała, choć czuła że jeden zły ruch kocura i jej ciśnienie się podsienie. Absolutnie nie szanowała kotów z domostwa i gardziła nimi jak tylko potrafiła, dlatego chciała wiedzieć czy jest u dwunożnych coś, co potencjalnie mogło być lepsze niż w lesie.
Księżyce: 146 Mistrz: Dymiący Staw Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: oby nie
Wysoki, delikatnie umięśniony, niebiesko-biały oriental o pręgowaniu tygrysim. Zielone oczy, nieco dłuższe niż naturalnie kły. Ma wyjątkowo długie łapy.
smutna klucha, cichy i niepewny
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Orla Łapa [KW]
Wspomniane imię na moment go ożywiło nieco bardziej niż do tej pory. Węgorz, Węgorza znał. Ba, lubił go i uważał za miłego, wyjątkowo dobrego kota. Był wręcz przekonany, że o tego samego Węgorza się im rozchodzi, bowiem podobnie jak Bawełna - był z Klanu Rzeki. I jak dobrze pamiętał, nawet Węgorz wspominał mu coś o Bawełnie. - Nie zasługuje? A to czemu? - nie miał zamiaru wspominać, że kocura zna. Nie wiedział, czy mu wolno, czy jest to na miejscu i czy Wojownik by sobie tego życzył na sto procent. Wolał więc po prostu dopytywać i odpowiadać jej na pytania co do tego, co sam miał jej opowiadać. - Nie. Nijak lepiej. Wyrwali mnie z dziczy, posadzili w domu i kazali żreć jakieś zmielone... nawet nie wiem co. Śmierdziało, gorzej niż przeleżała w słońcu padlina. Im w każdym razie to nie przeszkadza - jak się wygłodziłem i podchodziłem, żeby coś zjeść, zaczynali ryczeć jak świnie i śmiać się, że jem. Bezmyślne istoty. Wyzywali moje kły.
Podkreślił jeszcze to, zaraz podnosząc jedną wargę, ażeby to kłem się pochwalić. - Uciekłem im i nie wróciłem. Nie wiem nawet, czy próbowali mnie szukać - a jak próbowali, mam nadzieję że nie zastąpili mnie nikim innym w podobny sposób jak mnie. Wbrew woli. Absolutnie bezsensowne zachowanie, którego nigdy nie będę w stanie pojąć - wzruszył zaraz barkami. - Moi i tak nie byli tak źli. Miałem znajomego, co mu przycięli ogon i go złamał tak, że nie dało się go odratować. Tłumaczył mi, że to był z ich strony wypadek, ale chyba potrafisz się domyślić, że szansa na wypadek była znikoma.
Lub po prostu on nie ufał ludziom jak ponad połowie rzeczy wokół siebie. - O czym teraz mówić? - mruknął łagodnie. Nie wiedział czy kontynuować ten temat, czy przejść do czegoś innego.
- Bo - zawahała się na moment. Czy chce mówić komuś obcemu, spoza klanu o jej relacjach? O tym, jak wyglądają jej znajomości, zwłaszcza jeśli dotyczyło to ciemnego wojownika? - Nieważne - odpowiedziała po zastanowieniu, wzruszając ramionami. Jeśli on chciał rozmawiać o swoim życiu, jasne, mógł. Ona, pomimo że sama zaczęła temat, teraz zwykle go urwała, uznając że nie chce go dalej ciągnąć. Znając jakiekolwiek koty z którymi miała jakąś relacje mógł bez problemu mieć nad nią przewagę, uznając to za słabe punkty. A Dettlaff pomimo, że wydawał się nieszkodliwy, nie zamierzała się mu zwieść.
Odpowiedz na jej pytanie naprawdę ją usatysfakcjonowała. Wiedziała, że u ludzi było gównianie, choć patrząc na to jak opisywał to kocur, brzmiało to bardziej jak horror, klatka w której zamykają cię pod przymusem. Słuchając też słów wielkouchego była pewna, że tam teraz przebywała Złocista Łapa, o ile po drodze nie zdechła, a to też bardzo możliwe. Takie miejsce idealnie pasowało do leniwej, pierwszej terminatorki Bawełnianej Nici.
Uśmiechnęła się, bo podobało jej się to, że Dettlaff pozwalał jej kierować rozmową. To ona decydowała czego ma słuchać a czego nie, mogła poprosić o informacje a kocur jej to dostarczał. - Od zawsze byłeś u dwunogów? Jeśli tak, jak nauczyłeś się polować?
Księżyce: 146 Mistrz: Dymiący Staw Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: oby nie
Wysoki, delikatnie umięśniony, niebiesko-biały oriental o pręgowaniu tygrysim. Zielone oczy, nieco dłuższe niż naturalnie kły. Ma wyjątkowo długie łapy.
smutna klucha, cichy i niepewny
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Orla Łapa [KW]
Nieco dziwnym było zaczęcie i przerwanie tematu, ale... nie dopytywał. Nie teraz. Może to nie informacje dla niego, może był zbyt obcy, cokolwiek. Trzepnął delikatnie ogonem, skupiając się teraz na jej kolejnych pytaniach. Tu nie było wątpliwości do niczego, mógł odpowiadać od razu, bez krzty namysłu. - Los mnie aż tak nie pokarał - rzucił na wstępie. - Daleko od nich. Po prostu raz wyszedłem na spacer, żeby brata poszukać, bo zniknął, to mnie zgarnęli i tyle ze mnie było. Ale polować nauczyłem się od przyjaciela. Nazywał się Kruk i... po prostu, on mnie dość długo trzymał pod swoimi skrzydłami, że tak powiem. Większość rzeczy umiem od niego. Polować, walczyć. W pewnym sensie może nawet i myśleć.
Choć zdecydowanie, Dettlaff był o niebo dzikszy od wspomnianego przyjaciela. Teraz potrafił się zachować jakkolwiek, ale wcześniej? Nie było opcji. Myślał jedynie instynktem, niczym innym. Oblizał się po pysku, spojrzał na nią: co dalej?
Pokiwała głową. W sumie, większość z tych rzeczy miała sens. Mogła przyczepiać się do szczegółów, ale zdecydowanie nie chciała ani marnować głosu, ani śliny. Spodziewała się, że samotnicy uczą się od siebie, podobnie jak w klanie. Różnica była taka, że w klanie wiedze masz na wyciągnięcie łapy, a jako samotnik musisz się specjalnie postarać by kogokolwiek znaleźć, no i by był chętny zając się dobrowolnie obcym kociskiem. - W porządku - mruknęła, chwile patrząc jeszcze na porozrzucane trzicnki. I na brak ptaków, które miały się tutaj znaleźć. Wiedziała, że kocur czekał na jej kolejne pytanie, ale czy w zasadzie jakieś miała? Ogólnie wiedziała jak funkcjonują pieszczochy i nie czuła pragnienia by dowiadywać się o nich więcej. Westchnęła głucho i wstała, spoglądając na kocura. - Chyba poradze sobie bez tych ptaków. Najwyżej gdzieś mnie złapiesz i powiesz czy przyleciały. Idę - poinformowała, czując że obecność tutaj zaczęła ją nużyć. Wystarczy jej wrażeń, a miała jeszcze parę rzeczy do zrobienia w obozie. Kiwnęła mu głową i zwykle odeszła.
Księżyce: 146 Mistrz: Dymiący Staw Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: oby nie
Wysoki, delikatnie umięśniony, niebiesko-biały oriental o pręgowaniu tygrysim. Zielone oczy, nieco dłuższe niż naturalnie kły. Ma wyjątkowo długie łapy.
smutna klucha, cichy i niepewny
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Orla Łapa [KW]
Co za szybki odwrót! Szczur moment patrzył na nią z niemałym zdziwieniem, nie rozumiejąc za nic w świecie skąd to zachowanie. Powiedział coś nie tak? Może... albo po prostu, coś się stało. Może przypomniało się jej, że w obozie coś tam... Ach, nie ważne. Więcej jedzenia dla niego, prawda? Raczej tak. O ile ich sprytny plan w ogóle zadziała. Machnął łbem szybko na pożegnanie, samemu układając się wygodniej i czekając aż jakaś zdobycz wpadnie mu w łapska.
Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Chorobliwa ciekawość była cechą niestety bardzo wielu młodych kotów. Zwłaszcza tych które nie doświadczyły jeszcze zbyt wiele w życiu. Jenot co prawda nie był pierwszym który opuścił niepostrzeżenie tereny Nowego Świtu. Dlaczego? Po prostu był znudzony i zarazem naprawdę ciekawy co znajdowało się w dali poza terenami stada. W końcu gdy już się zdecydował, to brnął przed siebie. Przez tereny Nowego Świtu i dalej gdzie już nie czuł zapachu. Na granicy miał odrobinę wątpliwości, jako że chyba nie powinien gnać zbyt daleko. Jednak jego uwagę przyciągnął niecodzienny widok. Ciemna, asfaltowa powierzchnia. Dziadek Dynia nazywał to Grzmiącą Ścieżką, prawda. Słyszał trochę o tej dziwnej rzeczy. Była pusta tym razem, żadnych potworów w oddali. Więc Jenot rozejrzał się w jedną i drugą stronę, po czym przeskoczył ją szybkim krokiem.
Rany! Udało się. Przebiegł przez grzmiącą ścieżkę i żył! Po drugiej stronie czekał na niego dość dziwny widok. - Hmm...? – Spory płat ziemi nie był pokryty trawą ani żadnymi zaroślami. Goła ziemia. W jaki sposób to się stało? Nigdy nie widział nic podobnego. Kocur zwiększył nieco swoją czujność i powoli zaczął przemierzać teren. Nie czuł się jednak dobrze na odsłoniętej przestrzeni, więc szybko dotarł do brzegu pola i zanurkował w krzaki. Tam czekała na niego inna niespodzianka. Po przejściu kilku długości ogona między zarośla, zauważył w oddali dziwną...rzecz. Kolejne coś co nie przypominało nic co widział do tej pory. Czy to coś było zrobione tutaj przez dwunogów? Kocur zastanawiał się czy może nie przyjrzeć się bliżej, jednak dziwny dźwięk odchodzący od struktury zaalarmował go że nie był to najlepszy pomysł. Jenot cofnął się o kilka kroków. - Pszczoły...? – Kocur szepnął zaskoczony. Lepiej było się raczej nie zbliżać za bardzo.
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
Dreptał, dreptał i dreptał. A do tego miał powód (a przynajmniej myślał, że taki ma!). Od ostatniej ceremonii prawie nikt z nim nie rozmawiał. Dorobił więc sobie do tego zdarzenia teorię. WSZYSCY GO IGNORUJĄ. Co może zrobić dla atencji? Mógłby ich wszystkich przeprosić... porozmawiać z nimi na spokojnie... samemu zacząć rozmowę... Ale to wszystko jest za trudne. Lepiej zniknąć na dzień z terenów. Jeśli nikt tego nie zauważy to chyba ich wszystkich pogryzie, o! Zaczynał mieć ich już wszystkich dość. On próbuje przeprowadzić klanową rewolucję, a oni tak mu się tak odpłacają! Przecież chce im zrobić na dobre...
Szwędał się po terenach niczyich... i o dziwo nie napotkał wielu przeciwników, ani żadnych kotów w ogóle. Ba! Nie spotkał nikogo! Przez chwilę przesunęła mu się myśl, że Ci wszyscy samotnicy to tylko bajeczka. Ale... gdzie by była jego matka teraz? Wyparowała? To raczej nie możliwe... Chociaż nigdy nie mów nigdy. Lubił przecież wszelkie teorie. Nawet wierzył w nie! Nadal pamiętał o wodnych kotech, czy jakimś innym ustrojstwie.
Aż dotarł do śmiesznej norki na pieńku. Norki wypełnionej pszczołami! Te dwunogi to są jednak dziwne. Po jakiego grzyba robić specjalne gniazdo dla pszczółek? Nie boją się ich? Cóż, on bał się prawie wszystkiego. Dzisiaj również pewnie, by się bał, gdyby nie to, że rozgoryczenie przyćmiło wszystko. Chyba, że to jednak sprawka jakiegoś kota.
To nie on go jednak najbardziej zaciekawiło! Obok stał kocurek – chyba samotnik. Wykonał krok w przód.
— Witam, witam — oznajmił. — Śmieszna ta norka, co nie? — prychnął w stronę budki.
Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Prawdę mówiąc, to Jenot nie spodziewał się ogólnie towarzystwa. Słyszał o samotnikach. Oraz o fakcie że czasami koty z klanów zapuszczały się poza własne tereny. Jednak jak na razie nie widział nikogo, więc nie przewidywał żeby było to coś częstego. Dlatego też kocur został zaskoczony na dźwięk nieznanego mu głosu. Sierść chwilowo się lekko uniosła, gdy zdał sobie sprawę że nie jest sam. Jednak nie trwało to długo.
Jenot spojrzał w stronę drugiego kocura. - Oh, witaj. – Nowo-Świtowiec odpowiedział, z dystansu przyglądając się nieznajomemu. Hm...kocur nie wydawał się wyraźnie starszy od samego Jenota. Przynajmniej nie wyglądało jakby miał być znacznym zagrożeniem, ani nawet nie wydawał się mieć wrogich zamiarów. - Hm...prawdę mówiąc nie jestem pewny co to jest. Ale po tym bzyczeniu sądzę że chyba lepiej nie podchodzić za blisko. – Kocur odpowiedział, koncentrując chwilowo wzrok na dziwacznej strukturze.
Jenot wstał powoli na łapy, ostrożnie robiąc krok w kierunku nieznajomego. Przechylił lekko głowę, zafascynowany. - Nazywam się Jenot. Jak ci na imię? – Kocur przedstawił się z uśmiechem. Nadal próbował być ostrożny, bo kto wie co kot mógł planować, ale hej! Może uda mu się w końcu poznać kogoś lepiej z poza Nowego Świtu! Gdy znalazł się bliżej, Jenot wyczuł charakterystyczny, jednak nieznany mu zapach. Ale...nie był pewny czym kocur pachniał. Czy to zapach klanu, czy samotnicy taki mieli?
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
Bał się "klanowców". Szczególnie tych Cieniaków. Miał przykre wspomnienia. Na granicy. Cienistej. Kiedyś bał się wszystkiego. Nawet większości Gromiaków. Teraz jest... chyba lepiej. Na pewno nie bał się samotników. A był przekonany, że Jenot jest samotnikiem. Bo- Bo- nie pachniał jak "klanowiec". Nie pachniał borem iglastym. Cieniem też nie. Zapachu klanu Wichru i Rzeki może się tylko domyślać. Zgadywać może, że Rzeka pachnie rzeką, a Wicher... wiatrem? Cóż, najbliżej tutaj jest do Rzeki. A burek nie zdawał się pachnąć wszelką wodą.
— Witam, witam — powtórzył powitanie, brzmiąc... trochę głupio. Ale przecież był głupi. Jak ktoś jest jakiś, to całkiem prawdopodobne, że też tak brzmi lub wygląda!
— Akonitowa Łapa.Myślę, że to jakaś śmieszna pułapka. Wiesz... tak, by odstraszyć intruzów.
Buras miał jednoczłonowe imię. Teraz miał niemalże stuprocentową pewność, że to samotnik. Chyba, że to wyrośnięty kociak. Ale... sam Akonit, kiedy był kociakiem, to tylko płakał oraz narzekał na Żubrzą Gwiazdę. Nie wychodził poza obóz, a na pewno nie poza granice.
Lampka zapaliła mu się w łepetynie. Dostał szybkiego olśnienia. Mógł wiedzieć coś o Cebulowej Skórce. I zapaliła się kolejna żaróweczka. Takich informacji chyba nie rozdaje się na prawo i lewo. Chyba... trzeba najpierw kogoś polubić. Trzeba będzie użyć manipulacji. Niczym Rejent. A przed nim stał Papkin. Albo jakiś tam koci odpowiednik. Posłał nerwowy uśmiech kocurkowi oraz położył uszy do tyłu.
— Masz śliczne oczy — wydukał z trudem. Nie był dobrym manipulatorem. — I ogólnie jesteś śliczny.
Czy skłamał? Niekoniecznie. Jenot w swojej prostocie — burym futerku, pędzelkach oraz białych skarpetkach i piersi — wyglądał fajnie. Bardzo fajnie.
Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Od biało-burego kocurka nie było możliwości wyczuć nic poza czystą ciekawością. Może odrobinę niepewności, jako że po raz pierwszy spotkał kogoś z poza stada. Akonit nosił na sobie bardzo charakterystyczny zapach, jednak Jenot nie miał jak go tak naprawdę rozpoznać. Nigdy nawet nie zbliżał się do granic klanów, jako że tereny Nowego Świtu były nieco oddalone.
Słysząc odpowiedź, Jenot postawił uszy. Pułapka na intruzów, tak? - Bardzo możliwe. Kto jednak mógł ją zrobić? Nie wygląda jak coś co mógłby zrobić kot, ani coś co powstało samo. Być może ludzie to zrobili. – Wiedział o tych istotach tyle że tworzyły przeróżne niespotykane rzeczy, przeznaczenia których nikt do końca nie znał.
W momencie gdy biało-rudy Gromiak intensywnie myślał nad odpowiedzią, Jenot pozostał po prostu pogrążony w własnych myślach, nadal próbując wykminić o co chodzi z dziwną strukturą. Jednak nagle z zamyślenia wyrwał go głos Akonitowej Łapy. W pierwszej chwili do końca do niego nie dotarło co kocur powiedział. Jenot z przyzwyczajenia odpowiedział zwrotem komplementu, jak to zazwyczaj robił. - Oh, dziękuję. Ty też jesteś! – Dopiero po chwili dotarło tak naprawdę do Jenota co Akonit tak naprawdę powiedział. Oczy Jenota rozszerzyły się gwałtownie, wpatrując w Gromiaka.
Co...co on właśnie powiedział!? Na pysku Jenota pojawił się niezręczny uśmiech. Co to tak naprawdę oznaczało? Czy był to rzeczywisty komplement? Czy może kocurowi chodziło o coś innego. Gdyby Jenot był człowiekiem, zdecydowanie zrobiłby się czerwony niczym burak, ale tak naprawdę to jego futro jedynie się nieco napuszyło. Zaczął coraz bardziej zdawać sobie sprawę że sam powiedział to Akonitowi...chociaż w sumie nie było to kłamstwo. Kocur miał ładną mieszankę bieli i rudości. Futro wyglądało na miękkie i puszyste. Pyszczek o wyrazistym, smukłym kształcie.
Jenot przełknął ślinę. Trzeba było jakoś rozproszyć tą niezręczną atmosferę. - Akonitowa Łapa. To znaczy że należysz do któregoś z klanów? – Zapytał, zauważając dość niecodzienne imię. Łapa...tak miały na imię ci...terminatorzy...?
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
Że kto? Ściągnął brwi. — Co to niby są te... ludzie? — Ton rudego nie był lekceważący czy wyśmiewający. On naprawdę nie wiedział, co to "ludzie". Mówił poważnym, ale zdezorientowanym głosem. W końcu wbrew pozorom to klany były bardziej odcięte od życia niż na przykład samotnicy. To oni nie znały podstawowych zwrotów jak "samochód", "lato", "jesień", "dzień", "stajnia". Do tego w większości kotom z inną krwią nie pozwalano dołączać do klanów. — Ja myślę, że to zrobili dwunodzy. — Z pewnością ten zwrot był znany wszystkim klanowcom. Bezwłosi mieli różne bezsensowne struktury. Po jakiego grzyba im tak wielkie gniazda? Albo te potwory? Śmieszne jest to, że porywają sobie tak po prostu koty. A jeszcze śmieszniejsze, że pieszczoszki często lubią swoich panów! Dziwolągi z nich i tyle.
— J- ja też? — wybełkotał onieśmielony. Dużo komplementów w swoim życiu nie słyszał. Nawet ukochana matka mu pochlebstw nie prawiła. A powinna. W końcu według niego samego był przepiękny. A do tego bystry. Wreszcie ktoś go docenił.
— Ach. Dziękuję, dziękuję — wypiął dumnie pierś, po czym ukłonił się lekko.
Oczy rudego błyszczały. Finalnie znalazł kogoś, z kim można pogadać. A do tego jest taki urodziwy. Nie chodziło już tylko o informacje o Cebulowej Skórce. Chrzanić ją, jak tutaj przed nim stoi taki dżentelmen! Aż chciałoby się opowiadać takie bzdury jak Nurtowej Łapie. Tylko że na serio! Jenot mógłby być jego chmurką! Albo słoneczkiem. Czy tam skarbeńkiem.
Ach, te młodzieńcze zauroczenia... Akonit znał go tylko kilkaset lub kilkadziesiąt uderzeń serca.
— Tak, na razie. Do klanu Gromu. Ale nie wiem jak długo. Nie podoba mi się, to jak Żubrza Gwiazda rządzi; a jej chyba nie podobam się JA. — Ale czy w zasadzie było w tym coś dziwnego? Przecież czasami robił takie wybryki, że łapy opadają. Na jego mordkę wpełzł drobny uśmiech. Kontynuował pewnie: — To chyba kwestia czasu, kiedy ktoś będzie musiał odejść. — A wszystko zapowiadało, że to będzie Akonit.
— Ty jesteś samotnikiem, co nie? — zapytał, chociaż był niemalże pewny odpowiedzi. — Nie pachniesz klanem, nie mówisz jak my, a na twojej szyi nic nie ma. Nie jesteś ani pieszczoszkiem, ani klanowiczem; tak?