Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Czy krzyki Białego zwabią drapieżnika? rzut 1k10; 1, 10 – tak, 2-9 – nie. Wypada 6. Szansa będzie rosła od teraz z każdą kolejną turą.
Nie działo się nic ciekawego. Biały miotał się bez ładu i składu, ale kotka miała taką przewagę, że była dorosła i znacznie większa. Kocurek mógł jedynie zdziałać coś tymi dzikimi wrzaskami, jeżeli naprawdę chciał narazić na niebezpieczeństwo siebie i swojego klanowicza, ale na razie to nic nie dawało.
/ Nie rzucam na powodzenie akcji, ponieważ Biały jest, mimo wszystko, bardzo młody = mały, a w poście mowa jest tylko o szarpaniu na boki, więc nie wiem, czy to była próba wyrwania się?
Płeć: kocur Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwinący Jar
Biały jest po prostu biały, tylko oczy ma bladoniebieskie, wpadające w szarość. Jego futro nigdzie nie ubarwił żaden inny kolor, chyba że jest to błoto albo inny brud. Szatę ma długą i zawsze dobrze ułożoną; ogon długi i pierzasty; futro wystaje spomiędzy palców i z uszu; ma bujną kryzę i zwisające lekko bokobrody; nie jest najwyższym kotem w lesie, ale znajduje się w górnej granicy przeciętności i pochwalić się może całkiem masywną sylwetką, która przez czas spędzony poza klanem wykształciła duże pokłady ciężkich mięśni. Ma trzy duże blizny ciągnące się przez cały pysk po zostaniu zaatakowanym przez borsuka.
Burzliwe dzieciństwo i zniknięcie z klanu w młodym wieku spowodowało, że Biały ze strachliwego i raczej spokojnego kota zamienił się w bardzo samodzielnego kocura, który potrafi o siebie dbać, jest samodzielny i zaradny, a z podejmowaniem decyzji nie ma problemu. Przez złe wspomnienia o swoim bracie Burzy i ciągłe bycie ofiarą teraz odpłaca się wszystkim tym samym. Biały, który był słaby i nękany przez silniejszych sam teraz szuka słabszych, na których mógłby wyładowywać swoje negatywne emocje. Za wszystko co go spotkało obwinia srebrnego brata i kipi w nim głęboka chęć zemsty, zmieszana z mdłą tęsknotą za prawdziwymi rodzicami.
Nie rozumiał co zrobił źle i dlaczego ta potworka ogrzyca się do niego wytrzeszczała przeceiż po prostu wyszedł z obozu! - NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE !!!!!
Powtarzał głośno i nadal robił tyle hałasu, żeby coś ich usłyszało bo drapieżnik nie zacznie od niego ale od kotki bo była większa smaczniejsza i bardziej zapcha komuś brzuch
Tak
Biały wtedy ich zostawi i ucieknie - WYPROWADZAM SIĘ WYPROWADZAM !! WARRRIATKO !!! NIE UTŁUCZESZ MNIE NIE GROŹ MI!!! WY PRO WA DZAAAM !!
Krzyczał głośno i szamotał się zeby szalonym i przestraszonym spojrzeniem oglądać okolicę czy nic się nie zbiża! No już chodźcie łasice i kuny !! Wciąż robił raban
Krępa, czarna kotka, o krótkiej, wiecznie rozczochranej sierści i silnych, mocnych łapach. Większa od przeciętnego kota, jednak zdecydowanie nie należąca do czołówki najwyższych kotów. Ma głęboko zielone oczy, które rozjaśniają się niemal do żółci na krawędziach. Blizny: urwana 1/4 prawego ucha. | KP
Durny. Im dłużej to wszystko się działo, tym bardziej tylko Chaber uświadamiała sobie, że Biały był zwyczajnie DURNY. Nie trafiały do niego ani groźby, ani logiczne argumenty, darł ryja jakby był żywcem obdzierany ze skóry, a w dodatku zaczęła sobie uświadamiać, że w związku z tym... naprawdę była w niebezpieczeństwie. Nie, oboje byli, bo chociaż kusiło ją, żeby osobiście znaleźć jakiegoś borsuka i podrzucić mu kociaka na przekąskę, to Kodeks nakazywał jej bronić kociąt, a skoro tak, miała zamiar to robić, nawet gdyby jakiś drapieżnik tu przylazł i faktycznie narażone było jej życie. Nie tylko ten punkt zresztą ją do tego zobowiązywał, ale również ten o bronieniu klanu kosztem własnego życia. Kocięta były jego przyszłością. Gdyby musiała, broniłaby nawet takiego durnego szczyla jak Biały do ostatniej kropli krwi. To jednak czysto hipotetycznie, bo na razie żadnego drapieżnika w pobliżu nie było. I oby nie było. Postanowiła, że nie może dłużej wystawiać siebie i kocurka jakby byli żywymi przynętami. Musieli się stąd zmyć, póki jeszcze mieli czas. Ponownie nachyliła się zaraz nad jego uchem.
– Wyprrowadzić to się będziesz mógł dopierrro wtedy, jak cię puszczę, a to nie nastąpi tak szybko. Zobaczymy, mój drrogi, czy w śrrodku nocy na śrrodku obozu też będzie ci się tak przyjemnie darrrło morrrdę – warknęła, a potem chwyciła (bądź spróbowała, bo userka sama już nie wie, jakie tu są rzuty i czy w ogóle) go za kark, żeby go podnieść i zanieść prosto do obozu. Miała już plan, co zrobić i zamierzała niezwłocznie domagać się dla kocurka konsekwencji, jednak najpierw chyba wypadałoby zobaczyć, czy mu przypadkiem nie przywaliła trochę za mocno, czyli iść do Księżycowego Pyłu... ale w pierwszej kolejności trzeba się było stąd wydostać, a kto wie, czy jeszcze w międzyczasie coś ich NIE ZJE przez tego durnego rybiego móżdżka.
beforeI die,I'mgonna seesomethingthrough standing tall, theplaceIgrewup ★ I BLOW A KISS ★ 'cuzsoonthey'll seea "me" that theyneverknew
Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
Stosunkowo mało pewny siebie, ale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron i bardzo się stara, by być dobrym wojownikiem, mistrzem, oraz po prostu dobrym kotem. Kiedyś robił to, by jego nieżyjący ojciec mógł na niego spojrzeć z dumą, teraz jednak chce być taki przede wszystkim dla siebie. Wciąż ma w sobie ciekawość świata, ostatecznie jednak przegrała ona z lojalnością wobec klanu, w którym się urodził. Dość wrażliwy i emocjonalny, przejmuje się wieloma rzeczami i nawet najdrobniejsze krzywe spojrzenie ze strony kogoś innego może sprawić, że będzie o tym myślał wiele dni, nie mówiąc już o poważnych sytuacjach, typu niepowodzenia związane z treningami jego terminatorów. Z reguły spokojny i opanowany, stosunkowo towarzyski, ale też się nie lubi narzucać innym, czasem nawet radosny i gadatliwy. Może się jednak wydawać, że te ostatnie dwie cechy trochę przygasły pod wpływem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce w jego życiu. Łatwo się przywiązuje, za bliskich gotów jest poświęcić życie, podobnie zresztą za klan Wichru. Wypowiada się nieco chaotycznie i nie potrafi kłamać czy chociażby ukrywać prawdy, dlatego większość bardzo łatwo odczytuje jego emocje. Niestety, w sytuacjach stresujących czy takich, gdzie czuje się bezsilny, czasami nie potrafi powstrzymać irytacji i potrafi powiedzieć o parę słów za dużo, chociaż stara się nad tym panować.
Czy krzyki Białego zwabią drapieżnika? rzut 1k10; 1, 5 i 10 – tak, 2-4 i 6-9 – nie. Wypada 3. Szansa będzie rosła z każdą kolejną turą.
Chyba rodzice nie nauczyli Białego, jak powinien się zachowywać wobec własnych klanowiczów, ale jego genialny pomysł na zwabienie drapieżnika wciąż nie działał. Niedźwiedzia Łapa za to nie miała problemu, by podnieść małą kluskę i zanieść ją do obozu.
/ Ponownie: z uwagi na wiek Białego i sytuację (tzn. fakt, że Niedźwiedziej i tak udało się już go złapać) nie robię rzutów na powodzenie akcji, jedynie odejmuję W.
Płeć: kocur Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwinący Jar
Biały jest po prostu biały, tylko oczy ma bladoniebieskie, wpadające w szarość. Jego futro nigdzie nie ubarwił żaden inny kolor, chyba że jest to błoto albo inny brud. Szatę ma długą i zawsze dobrze ułożoną; ogon długi i pierzasty; futro wystaje spomiędzy palców i z uszu; ma bujną kryzę i zwisające lekko bokobrody; nie jest najwyższym kotem w lesie, ale znajduje się w górnej granicy przeciętności i pochwalić się może całkiem masywną sylwetką, która przez czas spędzony poza klanem wykształciła duże pokłady ciężkich mięśni. Ma trzy duże blizny ciągnące się przez cały pysk po zostaniu zaatakowanym przez borsuka.
Burzliwe dzieciństwo i zniknięcie z klanu w młodym wieku spowodowało, że Biały ze strachliwego i raczej spokojnego kota zamienił się w bardzo samodzielnego kocura, który potrafi o siebie dbać, jest samodzielny i zaradny, a z podejmowaniem decyzji nie ma problemu. Przez złe wspomnienia o swoim bracie Burzy i ciągłe bycie ofiarą teraz odpłaca się wszystkim tym samym. Biały, który był słaby i nękany przez silniejszych sam teraz szuka słabszych, na których mógłby wyładowywać swoje negatywne emocje. Za wszystko co go spotkało obwinia srebrnego brata i kipi w nim głęboka chęć zemsty, zmieszana z mdłą tęsknotą za prawdziwymi rodzicami.
Biały się bał tak bardzo się bał! ale nie bał się tego że jest pozaobozem nie on się bał tej dużej kocicy która chciała go zjeśc i wzięła go już w zęby !! - PUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUŚĆĆĆĆ !!!!!
krzyknął i zaczął szarpać się na boki i machał wszystkimi pazurami żeby jakoś zadrapnac kotke i sie uwolnić - POMOCY POMOCY !! RATUNKUU !! ONA MNIE ATAKUJE CHCE MNIE ZABIĆ ! CZERWONA GWIAZDO!!! MAMO!! ZDRAJCA ZDRAJCAAA!!!!
krzyczał i krzyczał bo zaraz umrze ! Hałasował coraz to bardziej ale nic nie chciało przyjść ale się nie zrażał. On piszczał coraz głośniej i rozdzierał swoje małe gardlo bo moze teraz się uda i coś ich usłyszy.
Krępa, czarna kotka, o krótkiej, wiecznie rozczochranej sierści i silnych, mocnych łapach. Większa od przeciętnego kota, jednak zdecydowanie nie należąca do czołówki najwyższych kotów. Ma głęboko zielone oczy, które rozjaśniają się niemal do żółci na krawędziach. Blizny: urwana 1/4 prawego ucha. | KP
Biały darł się niemiłosiernie, ale Niedźwiedziej Łapie ani się śniło go puszczać. Coraz bardziej nie mogła jednak uwierzyć w to, jak DURNY był ten kociak. Kto go wychowywał? Ta Kwiatowa Przełęcz to w sumie zawsze jej się wydawała taką pierdołowatą, miękką bułą, ale Kwitnący Jar uważała za równego gościa i gdyby w ogóle jakoś częściej odczuwała jakąkolwiek inną negatywną emocję niż złość, to aż by się jej przykro z tego wszystkiego zrobiło. No, nic dziwnego, że mieli w klanie taką plagę głupoty nawet wśród wojowników, jak zaczynało się to od takich małych szczyli. Nie powiedziała już nic, a że było późno i do obozu wróciła jeszcze później, zrezygnowała z pomysłu zabierania kociaka do lecznicy czy też do Czerwonej Gwiazdy i robienia mu porządnego wykładu o życiu. O nie, tego, a także jego kary, mogła dopilnować następnego dnia, a teraz zamierzała zostawić go matkom do pilnowania, żeby to one musiały go uciszać i udać się na zasłużony ODPOCZYNEK.
A to, że kocur zwiał znowu, zanim zdążyła go porządnie ochrzanić, to już inna kwestia.
/ustalone jeszcze ze starą administracją. zt lol
beforeI die,I'mgonna seesomethingthrough standing tall, theplaceIgrewup ★ I BLOW A KISS ★ 'cuzsoonthey'll seea "me" that theyneverknew
Wietrzna Łapa jest bardzo wysokim i eleganckim kocurem o smukłym i masywnym pysku z lekko zakrzywionym mostkiem nosa, ale też szerokich barkach oraz karku. Jego ciało otula zawsze dobrze ułożone długie futro koloru rudo-dymnego. Rozjaśnia się na pysku, szyi i brzuchu, a dodatkowo na piersi i brzuchu ma białe znaczenie, przy czym na piersi jest małe i przez to mniej widoczne, ponieważ znajduje się nad dymnym rozjaśnieniu. Znaczenie znajduje się też na wszystkich łapach pod postacią czterech, bardzo krótkich skarpetek. Wyjątkiem są jedynie dwa środkowe palce u lewej tylnej łapy, a będąc przy palcach - Wietrzny ma ich aż sześć u lewej przedniej łapy, lecz nie przeszkadza mu to w funkcjonowaniu. Jego oczy już dawno się wybarwiły i przybrały kolor brązowopomarańczowy.
Wietrzna Łapa zawsze był zapatrzony w ojca i chciał być taki, jak on. Nadal marzy o tym, by zabłysnąć w oczach starszych kotów i uparcie do tego dąży, nawet jeśli jego rówieśnicy już dawno ukończyli swoje treningi, a on sam został gdzieś z tyłu, zupełnie zapomniany. Jest spokojny i opanowany, a przy tym zawsze uprzejmy, choć zdarza mu się wycedzić jakąś złośliwość, jeśli ta okaże się na miejscu. Gdy choroba zatrzymała go w lecznicy, przemyślał swoje postępowanie i kilka ważnych w życiu spraw, uznając, że nie jest pępkiem świata i to, że zniknie na jakiś czas z klanowego życia, nic nie zmieni. Chce, aby jego obecność i nieobecność były wyczuwalne, dlatego też chce pracować i żyć dla klanu, by umacniać nie tylko go, ale także siebie.
Trzaskająca Łapa [Grom]
Nie mógł jeszcze chadzać na za długie patrole, a już tym bardziej aktywne, ale coś robić trzeba, żeby mięśnie nie zastygły od tego bezczynnego siedzenia na tyłku. Zdarzało mu się jeszcze kichać, ciągle trzymały go ostatnie ochłapy kaszlu i czasami przeszywały nieprzyjemne dreszcze, ale wszystko to pomału odchodziło, dlatego dzisiaj, o gęste rowy pełne pokrzyw, dzisiaj miał zamiar udać się na spacer! Krótki bo krótki, w okolicach obozu rzecz jasna, ale zawsze coś.
Siedział własnie ze Ślimaczą Muszlą przy stosie zwierzyny, czekając cierpliwie, aż ta zakończy swoje opowiadanie o kolejnym incydencie Kwiatowej Przełęczy, która nie robiła nic poza pakowaniem się w jakieś bezsensowne kłopoty. Westchnął już i wziął głęboki, wyczekujący wdech, chcąc jej przerwać, ale wtedy zauważył wspaniałą okazję do wyślizgnięcia się z ciasnej, matczynej uwagi, kiedy zauważył nieopodal Sroczą Łapę, ot kolegę z którym dzieli Zrośnięte Drzewa. - Dobra, dobra, wiesz co, mam coś do załatwienia, porozmawiamy jakoś... później, hm? Co Ty na to? - nie czekając na odpowiedź poderwał się, odwrócił na pięcie i podbiegł do mniejszego kocura, szybko zatrzymując go w miejscu i nie zamartwiając się tym, że mógł być zajęty. - Cześć, Srocza Łapo! Pamiętasz o naszym spacerze? - zakrzyknął głośno i wyraźnie, tak, aby Ślimacza Muszla nie miała problemu z usłyszeniem. Jego elektryzujące i eleganckie spojrzenie wwierciło się w czarno-białego terminatora i mówiło jasno "nie spartacz tego". Wiedział jednakże, że kocur mógł być głupi, dlatego majtnął ogonem, ukradkiem wskazując na obserwującą ich z oddali kotkę, tak, by Sroka nie miał wątpliwości co do intencji Wietrznej Łapy.
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Miał akurat chwilę wolnego, którą zamierzał wykorzystać całym sobą. Teraz, gdy wreszcie przestało go wszystko boleć po treningach, nabrał kondycji i odporności każda chwila była przyjemna, niezakłócona zakwasami, czy niemal wyplutymi płucami. Wtem, spokój został zmącony przez krzyk. x— S...ssspaceeerze! Oczywiście, że pamiętammm... Wietrzna Łapo! — Zaryzykował, śmiejąc się nerwowo. Czy znowu komuś naobiecywał, a teraz o tym zapomniał? Nie byłby to pierwszy raz, naturalnie (nie licząc poszukiwania roślinek z Barwinkiem, bo o tym przypominał sobie regularnie i było to b a r d z o ważne), ale później zawsze miał w pamięci przebłyski sytuacji, w której coś deklarował. A teraz? Nawet malutkiej iskierki! W dodatku nawet imię kocura przyszło mu do głowy z opóźnieniem! Zamrugał powoli, zerkając na Ślimaczą Muszlę, a potem ponownie na rudzielca i pozwolił odpowiednim elementom wskoczyć w miejsce, tworząc spójną całość. Czyżby terminator chciał uciec od wojowniczki? Bardzo prawdopodobne oraz wygodne dla obu stron, bo to znaczyłoby, że Kapustka jednak nie był niesłownym palantem, a Wietrzna Łapa bez szwanku uciekłby od królowej lodu. Uśmiechnął się i postawił ogon w górze, ruszając do wyjścia z obozu. — Chodźmy zatem — miauknął, spoglądając na towarzysza. — Co powiesz na Mszar? — zapytał, rzucając jedno z pobliskich terenów Rzeki. Mógł już poruszać się po najbliższej okolicy obozu, jednak Śliwkowa Pestka wciąż twardo trzymała się zakazu chodzenia po granicach i innych, dalekich miejsc.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Świerzbiły go łapki, oj bardzo. Nic więc dziwnego, że nie potrafił usiedzieć w obozie i wybrał się spacerek. Nie oddalił się od obozu - stale oscylował w okolicach Kocich Grzbietów, gdyż było to jedyne miejsce, którego był pewien i tak sobie krążył, poszukując jakiejś zwierzyny. Ustawił się pod wiatr i szedł, ciekaw tego, jak pójdzie mu podczas prawdziwego polowania, bo teorię miał w małym paluszku, przynajmniej według własnych przekonań. Praktyka też szła mu zresztą nie najgorszej, z tą różnicą, że jak dotąd nie miał do czynienia z żywą istotą, ale... czy to ważne?
Krępa, czarna kotka, o krótkiej, wiecznie rozczochranej sierści i silnych, mocnych łapach. Większa od przeciętnego kota, jednak zdecydowanie nie należąca do czołówki najwyższych kotów. Ma głęboko zielone oczy, które rozjaśniają się niemal do żółci na krawędziach. Blizny: urwana 1/4 prawego ucha. | KP
Nie tylko Skrząca Łapa aż się rwał do spacerków poza obóz. Odkąd tylko Niedźwiadka otrzymała przywilej do łażenia sobie po terenach bez kontroli, spędzała w ten sposób większość swojego wolnego czasu. Bo po co siedzieć na tyłku w obozie, kiedy można się zabawić? Zawierała sobie wesołe znajomości poza klanem, poznawała wszystkie możliwe zakątki rzecznych terenów, a czasem zabierała Bratkę na jakiś, hehe, towarzyski spacerek, na który jej siostra OCZYWIŚCIE wychodziła całkowicie dobrowolnie. Wszystko to po to, żeby trochę się rozerwać i dostarczyć sobie jakichś wrażeń. Właściwie większość akcji w życiu Chaber wynikało z tego, że kocica zwyczajnie się nudziła i musiała jakoś rozładować swoją wiecznie wysoką energię. Teraz, jako wojowniczka, nie była już AŻ TAK nadpobudliwa jak niegdyś, ale wciąż nie była w stanie długo usiedzieć w miejscu, to się nie zmieniło. Dlatego łaziła po terenach, włóczyła się bez konkretnego celu, licząc na to, że jakaś ciekawa sytuacja sama ją znajdzie... i w ten sposób natknęła się na tego, no, jak mu tam. Skrzącą Łapę chyba. Widząc go w okolicach Mszaru nieco się zdziwiła. Czy nie był mianowany na ostatniej ceremonii? No, Mszar niby nie był aż tak daleko, ale jednak terminatorzy w wieku sześciu księżyców byli dla niej jak takie nieco wyrośnięte kociaki. Zdecydowała się więc, jako Uczynna i Odpowiedzialna Wojowniczka, zainteresować tym przypadkiem i zobaczyć, co też terminator kochasia Śliwki robi, włócząc się samotnie. Podeszła bliżej do terminatora, od przodu, a więc ten mógł ją bez problemu zauważyć, jeszcze zanim zbliżyła się na tyle, żeby zacząć rozmowę.
– Dzień dobrry. Nie boisz się, że coś cię zeżrre jak będziesz łaził sam poza obozem? – spytała i parsknęła cicho, dając mu w ten sposób znak, że nie mówi do końca poważnie. Skra wyglądał dość gburowato, ale miała nadzieję, że będzie trochę bardziej luźny niż, powiedzmy, Lodowy Gbur, no.
beforeI die,I'mgonna seesomethingthrough standing tall, theplaceIgrewup ★ I BLOW A KISS ★ 'cuzsoonthey'll seea "me" that theyneverknew
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Skra natomiast nie tyle się nudził, co po prostu był ciekawy. Wszystkiego. Jego mistrz nie poświęcał mu tyle czasu, ile by chciał, więc musiał się jakoś zająć sam sobą. To nie tak, że Sokole Skrzydło go rzeczywiście zaniedbywał, bo tak nie było. Kocur po prostu chciał się spotykać codziennie i przeznaczać na trening możliwie jak najwięcej czasu i energii, co nie do końca zgrywało się z wizją syna Jastrzębiego Szponu. Toteż bury douczał się poza treningiem, by później móc zabłysnąć. W taki sposób właśnie ćwiczył teraz polowanie. Teorię usłyszał od Szarotkowej Łapy parę wschodów słońca przed swoją ceremonią i od tamtej pory stale ćwiczył. Wcześniej w obozie, bo wiadomo, nie mógł wychodzić, a odkąd w jego imieniu znajduje się człon "Łapa", to ćwiczył także i na terenach, tym razem na prawdziwej zwierzynie. Nie udało mu się co prawda jeszcze nic schwytać, ale był dobrej myśli i czuł, że lada moment ulegnie to zmianie.
Niestety, nie było mu dane się o tym przekonać, bo zaczepiła go kocica, której jeszcze nie poznał. Widać było, że była starsza, toteż momentalnie zmienić pozycję z łowieckiej, na elegancki siad i długi, puchaty ogon owinął wokół masywnych łap.
— Nie. Dlatego jestem blisko obozu, by być w stanie uciec, albo szybko krzyknąć o pomoc. Niedaleko są tereny treningowe, jest bardzo duża szansa na to, że ktoś będzie w pobliżu — odpowiedział bez wahania, nie odrywając oczu od wojowniczki. Z tego powodu nie odszedł nigdzie dalej - nie znał terenów na tyle, by się po nich samotnie szwędać oraz nie potrafił walczyć. Dlatego spacerował sobie poza obozem, ale nie specjalnie daleko, by w każdej chwili móc dać dyla, albo kogoś zawołać.
Krępa, czarna kotka, o krótkiej, wiecznie rozczochranej sierści i silnych, mocnych łapach. Większa od przeciętnego kota, jednak zdecydowanie nie należąca do czołówki najwyższych kotów. Ma głęboko zielone oczy, które rozjaśniają się niemal do żółci na krawędziach. Blizny: urwana 1/4 prawego ucha. | KP
Przekrzywiła lekko głowę, widząc, że kocur najwyraźniej był jednak chętny na jakąś rozmowę, skoro jej nie zignorował, a wręcz usiadł, jakby zapowiadało się na dłuższą pogawędkę. Och, no dobra, mogło być i tak. Początkowo zamierzała go tylko zaczepić, żeby wybadać, co też terminator Sokolego Móżdżka (nawet jeśli zaczęła tolerować wojownika, wciąż BARDZO lubiła go tak nazywać w myślach) porabiał sam i czy przypadkiem nie planuje czegoś głupiego, ale skoro tak, to równie dobrze mogła pogadać trochę dłużej. Niedźwiadka uwielbiała przypadkowo zagadywać różne koty, bo często wynikały z tego różne, całkiem rozrywkowe sytuacje. Wojowniczka uśmiechnęła się krzywo i sama klapnęła na ziemię, tyle że niezbyt elegancko. No, a już z pewnością nie tak jak Skrząca Łapa.
– Mhm, rrozsądnie z twojej strrony – stwierdziła. Skra w istocie wydawał się całkiem rozsądny, zapewne nawet bardziej niż kochaś Śliwki jeszcze jako terminator. Miała nadzieję, że Sokół nie nagada mu jakichś bzdur na przykład o Kodeksie, bo byłoby szkoda, gdyby potencjalnie umiejący myśleć przyszły wojownik się zmarnował. – Aha, swoją drrogą, Niedźwiedzi Kieł jestem. Nie wiem, czy mnie kojarzysz. Jesteś terrrminatorrrem Sokolego M... Skrzydła, zgadza się? Pozwól, że zapytam z czystej ciekawości: jakim jest mistrzem? – Tak, tak. Czysta ciekawość. Oczywiście.
beforeI die,I'mgonna seesomethingthrough standing tall, theplaceIgrewup ★ I BLOW A KISS ★ 'cuzsoonthey'll seea "me" that theyneverknew
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
— Skoro wiesz, czyim terminatorem jestem, to zapewne wiesz też, jak się nazywam, ale mimo to pozwól, że się przedstawię: jestem Skrząca Łapa — przedstawił się, jak się okazało, wojowniczce, pomimo tego, iż najprawdopodobniej nie było to konieczne. Niemniej, wolał, by uprzejmości stało się zadość, aby później nie rozchodziły się po klanie jakieś nieciekawe plotki na jego temat. Co to, to nie!
Żeby jednak odpowiedzieć na pytanie, jakim mistrzem jest Sokole Skrzydło, kocur musiał się chwilę zastanowić, by ładnie ubrać to w słowa. Syn Jastrzębiego Szponu nie zrobił na nim dobrego wrażenia, bynajmniej, ale nie chciał go publicznie obsmarowywać - mimo wszystko był to jego mistrz, ktoś starszy, bardziej doświadczony, nie tylko wiekiem, ale i rangą
— Nie takim, jakiego sobie wyobrażałem — zaczął dość ostrożnie, mając wrażenie, że stąpa po cienkim lodzie. — Z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych. Po mianowaniu poprosiłem go, byśmy zaczęli trening od razu - nie chciałem marnować ani chwili - na co on odparł, że mam szczęście, że i tak chciał mnie zabrać od razu, bo po tym jak przyszedłem i zacząłem zgrywać nie wiadomo kogo, zaczęlibyśmy dopiero za parę wschodów słońca. A ja tylko chciałem zacząć jak najszybciej. Jeśli chcę zostać najlepszym wojownikiem, muszę dużo i ciężko trenować. No i nie poświęca mi tak wiele czasu, jak bym chciał. Marzą mi się ciężkie treningi codziennie, na co on chyba nie ma czasu — ponarzekał sobie, używając przy tym jak najdelikatniejszych słów. Musiał w końcu to z siebie wyrzucić. To nie tak, że narzekał na swojego mistrza dla zasady, po prostu... był zawiedziony. Spodziewał się ciężkiej harówy od rana do wieczora, krwi, potu i łez, a uzyskał coś z deka innego. — Ale całkiem dobrze uczy, jak już się spotkamy — bo na to nie mógł narzekać. Szkoda tylko, że nie było to tak często, jak bury by chciał.
Krępa, czarna kotka, o krótkiej, wiecznie rozczochranej sierści i silnych, mocnych łapach. Większa od przeciętnego kota, jednak zdecydowanie nie należąca do czołówki najwyższych kotów. Ma głęboko zielone oczy, które rozjaśniają się niemal do żółci na krawędziach. Blizny: urwana 1/4 prawego ucha. | KP
Chaber pokiwała głową. Dobre maniery miał, to trzeba było mu przyznać, ale Niedźwiedzi Kieł w sumie nawet nie bardzo zwracała uwagę na takie rzeczy. No, dopóki ktoś nie zachowywał się, jakby pozjadał wszystkie rozumy albo jej pyskował, tak jak przed księżycami tamten kociak, Biały. Swoją drogą, czy jego też nie znalazła na terenach Mszaru? Śmieszne. Jeśli było coś, czego żałowała, to to, że nie zdążyła natłuc temu smarkaczowi do głowy, jak należy się zachowywać w stosunku do starszych. I może w ogóle jakiegoś rozumu, bo bez tego kocur zapewne leżał już gdzieś martwy. W sumie nawet nie byłoby jej szkoda, cóż. Chciał sprowadzić niebezpieczeństwo na samego siebie i na nią. Robił to w pełni świadomie. W dodatku potem miał jeszcze czelność uciec, zapewne w obawie przed karą, jak największy TCHÓRZ. Żałosne.
– Chociaż tyle. Jego mistrzynią była Ognistoprręga, nie byle kto, mimo wszystko, więc chyba musi umieć uczyć – prychnęła, kiedy Skrząca Łapa skończył mówić. W przeciwieństwie do niego, nie starała się zachowywać grzecznie i kulturalnie. Jeśli coś jej nie pasowało, zazwyczaj mówiła o tym głośno. Może już nie tak radykalnie jak kiedyś, ale wciąż głośno. I bez choćby najmniejszego zawahania. Przewróciła oczami, myślami wracając do rozmowy ze Śliwką o Sokolej-jeszcze-wtedy-Łapie. – Aha, w sumie tego się spodziewałam. Zawsze wiedziałam, że ego Sokolego M... Skrzydła bywa większe niż on sam. Znaczy, no, nie żebym chciała cię zniechęcić. Terrraz to już się chyba trrochę ogarrrnął, nawet gadałam z nim jakiś czas temu i wtedy nie wydawał się głupi, ale jeszcze jakiś czas temu jako terrrminatorrr... tsk – mruknęła, a na koniec uśmiechnęła się półgębkiem. Nawet jeśli kocur wywierał na niej znacznie lepsze wrażenie niż kiedyś (nawet nie miała już ochoty walnąć go przy pierwszej lepszej okazji!), wciąż uważała go za frajera i gbura. "Nieprzyjemny" było fantastycznym określeniem. Ten to dopiero pozjadał wszystkie rozumy, nie ma co. – Ech, że ze wszystkich kocurrrów Śliwka znalazła sobie akurrrat... Zarrraz, a tak właściwie to omawialiście już może jakieś zasady Kodeksu? Pytam, bo kiedyś zachowywał się tak, jakby pozjadał odnośnie nich wszystkie rrrozumy. Jestem ciekawa, czy to się zmieniło – spytała, mając nadzieję, że coś z tego przesłuchania wyniesie. Zaakceptowała Sokoła jako współklanowicza, ale wolała się upewnić, czy nie próbował nakłaść swojemu terminatorowi jakichś bzdur do głowy.
beforeI die,I'mgonna seesomethingthrough standing tall, theplaceIgrewup ★ I BLOW A KISS ★ 'cuzsoonthey'll seea "me" that theyneverknew
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
— Ognistopręga była kiedyś zastępczynią, dobrze pamiętam? — zapytał, tak dla pewności. Jeśli mistrzynią jego mistrza była sama zastępczyni to fakt, nie powinien dziwić fakt, że Sokole Skrzydło potrafił uczyć, ale mógłby lepiej gospodarować czasem i hm, zasobami życzliwości, bo zdaje się, że wszystkie zużywał przy Śliwkowej Pestce, nie pozostawiając nic dla innych, przez co był najzwyczajniej w świecie gburem.
— Nie znam go na tyle, by potwierdzić twoje słowa. A zniechęcać mnie nie musisz. Nie muszę go lubić, muszę jedynie z nim trenować. Jeśli nie będzie się z tego wywiązywał, zacznę uczyć się u innych wojowników i zgłoszę to Czerwonej Gwieździe — po prostu. Bo po co ma się użerać? Na wzmiankę o tym, jaki Sokole Skrzydło był za czasów bycia Łapą, Skra nie zareagował. Ciekawiło go to, ale czuł, że nie powinien w to brnąc. Po prostu nie wypadało.
— Na razie zajmujemy się rangami. Niektóre punkty kodeksu znam, ale nauczyłem się ich jeszcze przed mianowaniem na terminatora, więc to nie jest jego zasługa — i ponownie z trudem powstrzymał się przed zapytaniem, czy Sokoła i Śliwkę coś łączyło. Czuł jednak, że nie powinien interesować się prywatnym życiem swojego mistrza. Nie chciałby, by on tak samo interesował się jego.