Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Na Gwiezdny Klan! Podejście większości członków Klanu było tak przewidywalne i stereotypowe, że Toń nawet nie miał powodów do tego, by je komentować. Gdyby chciał przekroczyć granice, już dawno przemykałby się pomiędzy patrolami danego Klanu, a tak stał sobie spokojnie na Ziemiach Niczyich i rozkoszował się tym dniem, jednocześnie poruszając lekko nosem z nadzieją, że dotrą do niego jakieś znajome zapachy kotów, z którymi mógłby porozmawiać, a przy tym zająć sobie nieco czas, odpocząć i otworzyć do kogoś pysk, co w jego wypadku było czynnością co najmniej istotną. Nie miał w końcu dookoła siebie zbyt wielu kotów, a już na pewno nie mógł zachowywać się tak, jak typowy członek jakiegokolwiek Klanu, który właściwie po otwarciu oczu, od razu miał się z kim przywitać, na kogo spojrzeć i o kogo się troszczyć. I chociaż głos, który do niego doleciał, gdy akurat rozkoszował się przyjemnie ciepłymi promieniami słonecznymi, nie należał do nikogo mu znanego, Toń i tak uśmiechnął się do kocura, gdy tylko odwrócił w jego stronę głowę.
- Och, dzień dobry. I na Gwiezdny Klan, ależ skąd? Po co miałbym to robić? Byłem akurat w okolicy i postanowiłem przejść się w pobliżu granicy z nadzieją, że spotkam kogoś znajomego, z kim mógłbym porozmawiać - odparł prosto i nieznacznie uniósł brwi, gdy dotarł do niego w pełni sens słów Porywistego. Uznał je nawet za nieco niegrzeczne, bo ani żadnego powitania, ani nic, ale nie komentował tego, bo większość członków Klanów zachowywała się właśnie w taki, a nie innych sposób. Tego ich w gruncie rzeczy uczono i nie mógł mieć im tego za złe, aczkolwiek czasami zastanawiał się, czy ci w ogóle próbowali stawiać się kiedykolwiek w roli tego drugiego kota. - Jestem Tonące Słońce, Toń. Miło mi - przedstawił się po prostu całkiem gładko, choć oczywiście nie sądził, żeby młody kot wiedział, kim jest. Lawenda raczej nie biegała z miejsca w miejsce i o nim nie opowiadała, Lśniąca pewnie nie miała już ochoty się z nim zadawać, a Węgiel pewnie miał go za przelotne wspomnienie.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
– Nie wiem. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że tu w ogóle jest granica; inni szukają zwierzyny. Tak samo zresztą drapieżniki – odparł wprost, mierząc kocura uważnym spojrzeniem. Zadaniem wojowników było pilnowanie klanowych granic i w swoim odczuciu rudo-biały wypełniał jedynie swój obowiązek, chociaż jego uwagę przykuły słowa samotnika… kogoś znajomego? W klanie Wichru? Któż to miał takie pozytywne stosunki z jakimś przypadkowym samotnikiem? W zasadzie nie interesował się i nie wściubiał swojego nosa w relacje innych Wichrzaków z kotami poza klanami, zwłaszcza że sam czasami gawędził na granicach, jednak to mu zabrzmiało tak, jakby nie chodziło tylko o pogawędki z przypadkowym kotem z Wichru. A jako że Lawendowy Kwiat nie rozpowiadała wszystkim na temat swojego przyjaciela spoza klanów, to nigdy nie słyszał o Tonącym Słońcu, który z jakiegoś niezrozumiałego dla Zrywka powodu nosił imię na modłę klanowych wojowników. Nos kocura zmarszczył się lekko, niemniej jednak postanowił chwilę pogawędzić z obcym kocurem.
– Porywisty Wiatr. Jesteś byłym wojownikiem, czy po prostu takie imię? – spytał, przechylając lekko łeb.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
- W takim razie to wielce nierozważne koty. Inaczej sprawa ma się oczywiście z drapieżnikami, te chyba nigdy nie respektują żadnych granic ani oznaczeń, po prostu wędrują przed siebie - stwierdził na to i jedynie wzruszył lekko barkami, bo, co więcej, mógłby powiedzieć kocurowi? Nie zamierzał przekraczać granic, nigdy tego nie robił, nawet kiedy szukał kiedyś z Lśniącą ziół, starał się znajdować po swojej stronie, na własnych terenach, by nie sprawiać nikomu problemów. Zresztą, po co miał się pchać tam, gdzie go nie chcą? Czy na tych ziemiach miało być więcej zwierzyny? Nie sądził, w końcu żyło tam wiele kotów, które trzeba było wykarmić, a co za tym idzie, piszczków, ptaków i wszystkiego rodzaju dóbr było raczej mniej, niż na Ziemiach Niczyich, rozległych i urozmaiconych pod względem ukształtowania terenu. Skoro zaś kocur nie pytał o znajomości w Klanie, Toń również nie wyskakiwał z tym przed szereg, uznając jedynie, że najwyżej na sam koniec rozmowy przekaże mu prośbę, by pozdrowił jego znajomych z Wichru. Oczywiście, jakaś jego część aż wzdychała z niezadowolenia, że nie spotkał Lawendy i pewnie chciałby do niej pobiec, ale nie był skończonym głupcem, by robić podobne niemądre rzeczy.
- Dawno temu należałem do Klanu, ale od niezliczonych księżyców żyję po prostu na Ziemiach Niczyich - wyjaśnił prosto, nie zagłębiając się w szczegóły, bo już dawno temu przeszła mu jakaś szczeniacka chęć do tego, by na prawo i lewo rozgłaszać, dlaczego tak się stało. Oczywiście, o ile młody wojownik będzie chciał wiedzieć, jak do tego doszło, to z pewnością usłyszy odpowiedź, w końcu nie było to żadną tajemnicą, a dla Toni na dokładkę nie stanowiło żadnego powodu do hańby. Ostatecznie przecież, według jego własnego rozeznania, robił to co należało, Kodeksu nie złamał, a chciał jedynie, by wszystkie koty były traktowane tak samo, tak jak należało. To była jednak tak dawna historia! Po prawdzie to kocur nie pamiętał już, nawet kiedy dokładnie został samotnikiem i w gruncie rzeczy wychodził na tym całkiem dobrze, tym bardziej że wszyscy jego przyjaciele z Klanu już i tak odeszli, a Czerwia przewodziła Rzece.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
O ile Porywisty Wiatr wprost nie ufał samotnikom i kotom z innych klanów, doskonale wiedząc, by nie zdradzać im za wiele personalnych informacji, to jednak potrafił się zachowywać cywilizowanie, nawet jeżeli nie świadczył o tym najlepiej wstęp do rozmowy, jaki popełnił chwilę temu. Choć w środku aż go gniotła ciekawość, żeby zapytać, co dokładnie się stało, że Tonące Słońce teraz był samotnikiem, to jednak sobie postanowił odpuścić, i tylko lekko kiwnął głową na słowa burego. To wcale nie była istotna informacja; w końcu gdyby był kimś niebezpiecznym, tak jak Iskra czy ongiś Chmielograb, klan Wichru na pewno by o tym wiedział. A tak, dopóki kogoś nie zamordował ani nie zgwałcił, kocur zamierzał traktować dziwnouchego dokładnie tak, jak każdego innego samotnika, nawet jeżeli był zdrajcą czy nawet wygnańcem. W końcu nie każdy jest stworzony do życia w klanie, co zrozumiał już na swoim treningu, mimo swoich początkowych zapędów do oceniania negatywnie każdego, kto odszedł i zaczął żyć na własną łapę. Dopóki te koty nie pchały się z powrotem do klanów, krzycząc o lojalności i Kodeksie, to nie musiał się tym przejmować.
– Rozumiem – odparł, gładko przechodząc nad tematem. – Na Ziemiach Niczyich, czyli nie na siedlisku, tylko gdzieś bliżej klanów? – podchwycił, zaintrygowany. Sam nie był nigdy na siedlisku i się wcale tam nie wybierał, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak nieodpowiedzialny i niebezpieczny byłby to pomysł, jednak ciekawiło go, jak wygląda to miejsce. Może Tonące Słońce tam chociaż był? W końcu, z tego co wiedział, na siedlisku mieszkało trochę wolno żyjących kotów, a nawet ci mieszkający bliżej klanów pewnie czasami tam chodzili.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Groźny? Toń nie zaliczał się do kotów, które chciałyby niszczyć innych i chociaż początkowo czuł swoisty żal i gniew, dość prędko, o dziwo, wyleczył się z tego, co złe. W pełni skupił się na swoim życiu i na poszukiwaniu możliwości pomagania innym, zastanawiał się, czy jego ciągotka do medycyny może być czymś, co będzie mile widziane w dzikości, gdzie przecież na razie tylko Krzywucha wiedziała, jak sobie radzić. Klanowi medycy niekoniecznie mogli chcieć pomagać, poza tym wśród nich na pewno krążyły także różne opowieści o wygnańcach i nie każdy spoglądał na pewno w taki sam, przychylny sposób na samotników, którzy prosili po prostu o pomoc, o jakieś zioło czy opatrunek, gdy znajdowali się w wielkim problemie. Toń wolał czasami nie ryzykować, nie prosić, poza tym z wielkim trudem byłoby mu dotrzeć, chociażby do Klanu Gromu, więc takie wycieczki nie wchodziły właściwie nawet w rachubę. Czuł, że chciałby po prostu umieć leczyć, a kiedy Krzywucha już odejdzie, co ostatecznie musi nastąpić prędzej czy później, chciał zająć jej miejsce i skupić się na samotnikach, którzy potrzebowali jakiegoś wsparcia, a przynajmniej on wychodził z takiego założenia. Nie chciał się w żaden sposób mścić, ot, chciał po prostu żyć godnie i pozwolić na to również innym kotom, które spotykał na swojej drodze. Nie wiedział, czy Porywisty chciałby podjąć takie tematy rozmowy, ale zdawało mu się, że świat Dwunożnych i Ziemie Niczyje jednak dość mocno go fascynują, postanowił zatem, że opowie mu co nieco, bo dlaczego by nie? W końcu widział na pewno więcej niż ten tutaj młody wojownik. Ile on mógł mieć księżyców? Nieco ponad dwadzieścia? Może trochę więcej, ale mimo wszystko Toń był od niego sporo starszy.
- Ach, nie. Mieszkam przy Borsuczych Pagórkach i czasami udaje się do Siedliska Koni i dalej, za nie. Przy wielkim Siedlisku, mieście, byłem właściwie tylko raz, ale zdaje się, że wolałbym tam nie wracać. To nie jest zbyt miłe i spokojne miejsce, a nawet to niewielkie Siedlisko tutaj, nie jest do końca tak piękne i pełne swobody, jak niektórzy sobie wyobrażają - powiedział i wzruszył lekko barkami. - Czy jest coś, co szczególnie cię ciekawi? Powiedz, widziałeś kiedyś konia? - dodał zaraz i uśmiechnął się całkiem przyjacielsko na znak, że jeśli tylko Porywisty jest faktycznie czegoś ciekaw, to niech pyta! Miał szansę na pociągnięcie za język samotnika, a ten nie miał nic przeciwko temu, widać nawet było wyraźnie, że rozmowa zaczyna sprawiać Toni przyjemność, pomimo pierwszego niezbyt miłego wrażenia. Ostatecznie jednak znał koty o wiele gorsze, które trudno było lubić, a on jakoś z nimi rozmawiał i nie rozpaczał z tego powodu.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Dwunodzy, ich siedlisko i w ogóle tereny poza klanami pociągały go, na szczęście, tylko na tyle, by chciał o tym słuchać. Daleko mu było od takich wypraw z uwagi na bezpieczeństwo własne… i mocno zakorzeniona w nim lojalność i poczucie odpowiedzialności za inne koty w klanie. W końcu coś mogłoby się stać w czasie jego nieobecności, na przykład jakiś terminator zostałby zaatakowany przez drapieżnika – a on, jako kot często przechadzający się po terenach i granicach klanu, normalnie by to zauważył i mógłby pomóc… chyba, że akurat wybrałby się pod wpływem własnego kaprysu na jakąś niebezpieczną podróż, która nie była mu wcale niezbędna. Teraz ze sporym zadowoleniem stwierdził, że samotnik, na którego się natknął, nie jest z rodzaju tych skrytych i ze sporą chęcią się rozwija na ten temat. Mieszkał przy Borsuczych Pagórkach… a podobno to za nimi znajdowała się Szepcząca Sadzawka. O obu tych miejscach słyszał niewiele, ale orientacyjnie wiedział, gdzie znajdują się pagórki.
– Biorąc pod uwagę, że są tam dwunodzy, nigdy bym nie uważał go za miejsce pełne swobody – przyznał. Nie bał się wielu rzeczy, ale w czołówce tego, co napawało go strachem, byli na pewno dwunodzy – zwłaszcza, że to przez nich całkiem niedawno utracił jedną z sióstr, a być może i chociaż część starszego rodzeństwa i dalszej rodziny. Teraz dochodził do tego fakt, że jeden z Wichrzaków został przejechany przez potwora, którym kierowali dwunodzy. – Nie… chyba że widziałem, a nie wiedziałem, że to to – odparł, marszcząc lekko nos. Coś mu świtało, że to ogromne zwierzęta, ale nie kojarzył nic więcej.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Jeśli chodzi zaś o Tonącego, to można było śmiało powiedzieć, że tak naprawdę był kimś w rodzaju domatora. Lubił zwiedzać okolicę, sprawdzać, co się tutaj znajduje i na co może się jeszcze natknąć, jeśli tylko będzie dostatecznie uważnie rozglądał się dookoła siebie, ale nie wybierał się mimo wszystko jakoś nadmiernie daleko. Jego wędrówki nie należały do tych, które można by określać mianem wypraw, nie był taki, jak chociażby Czosnek, która najwyraźniej dzieliła swoje życie pomiędzy miasto, a tereny wiejskie, na których właśnie przebywali. Jemu w zupełności wystarczyły te cuda natury, jakie mógł podziwiać tutaj, jakie mógł dostrzegać i klasyfikować, w swoich własnych pamiętnikach, jakie układał w głowie. Niemniej jednak z całą pewnością widział więcej, niż młody, a nie należał do opryskliwych gburów, tylko do gawędziarzy, wojownik miał więc okazję posłuchać o paru ciekawych rzeczach oraz fascynujących miejscach, jakie samotnik widział w swoim życiu, co było w gruncie rzeczy chyba miłe dla obu stron.
- Niektóre koty to lubią. Znam Czosnek, która chyba woli tamten zgiełk i konieczność pokazywania własnej siły - powiedział na to z uśmiechem, a później w końcu się poruszył, przez co widać było wyraźnie, że nie posiada ogona, przeciągnął się nieco i usiadł jak najwygodniej, oczywiście po swojej stronie granicy, jednocześnie ciesząc się chyba jak kocię, że może opowiadać o tym wszystkim, co widział i słyszał, a Porywisty najwyraźniej chce słuchać tego, co ma mu do przekazania.
- O, konie są naprawdę duże! Nie jestem pewien, ile dokładnie kotów musiałoby stanąć jeden na drugim, by im dorównać. Mają długie nogi i bardzo twarde kopyta, którymi ponoć mogą wyrządzić wiele szkód. Jednak kiedy podejdzie się do nich spokojnie, siądzie na... takich pniach pozbawionych gałęzi, to one czasem same przychodzą, żeby cię powąchać, a mają olbrzymie nosy! I wtedy akurat nie są wcale takie straszne. I jedzą siano. Znaczy, nie zawsze, ale czasem, a jak się w nim zagrzebać, to jest tam bardzo ciepło - zaczął więc mówić, nieco chaotycznie, ale widać było, że opowiada o czymś, co sam przeżywał i mu się to podobało, było nawet w jakiś sposób zabawne, czy coś takiego.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Rudo-biały również usiadł i można było zauważyć, że jest rozluźniony; jego oczy jednak pilnie śledziły samotnika, a co chwila także zerkały na resztę granicy, której przecież samemu sobie obiecał pilnować. Pogawędka nie zwalniała go z tego poczucia obowiązku wobec klanu, ale był w stanie, przynajmniej na razie, robić to i to jednocześnie, tym bardziej że w okolicy nic się nie działo.
– Konieczność? – powtórzył, zaintrygowany, i jednocześnie przechylił lekko łeb na bok. Czosnek brzmiało już bardziej jak imię samotnika, jednak zdecydowanie bardziej zaintrygowały go słowa samotnika na temat konieczności pokazywania własnej siły. Być może podświadomie spodziewał się, że na siedlisku raczej trzeba trzymać się w ukryciu ze względu na dwunogów, potwory, grzmiące ścieżki, psy… że żyje się tam bardziej jak ofiara, jak kryjący się po kątach gryzoń w obliczu czyhających tam zagrożeń. To natomiast brzmiało inaczej, w pewnym sensie może nawet gorzej?
– Czyli, poza kopytami – nie sprawiają zagrożenia dla kotów? – spytał, marszcząc lekko nos. Nie ufał dużym zwierzętom, podobnie jak bał się potworów – widział, co te ostatnie potrafią zrobić kotu, słyszał także, że rysie i dziki potrafią rozszarpać kota z łatwością. – Są inne tak duże zwierzęta? – dodał zaraz.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
- Tak, Czosnek opowiadała mi, że są tam... nie nazwałbym tego Klanami, ale dla uproszczenia, przyjmijmy taką nazwę, które po prostu walczą między sobą o miejsce, o jedzenie, o wszystko. To chyba nie jest miejsce, w którym chciałbym mieszkać, pomijając już oczywiście wszystko inne - odparł, kiedy tylko Porywisty zajął miejsce i jednocześnie nieznacznie skinął łbem, jakby w celu podkreślenia własnych słów. Nie były one najpiękniejsze na świecie, ald a większości kotów mogły okazać się niepokojące, ale dla niego również były niesamowicie ciekawe, bo pokazywały zupełnie inne oblicze świata, jaki minęli i w jakim nie chcieli za nic brać udziału. Toń nie czuł również najmniejszej potrzeby, by wybierać się tak daleko, ostatecznie bowiem tutaj czuł się dobrze i uważał, że na Borsuczych Pagórkach jest obecnie jego dom, jeśli poczuje się zbyt stary, to spróbuje przenieść się bliżej Klanów, by w razie problemów, móc poprosić o pomoc, a przede wszystkim, by Lawenda mogła odszukać go, jeśli po prostu odejdzie do Gwiezdnego Klanu. Nie chciał, by musiała biegać niepewnie i zastanawiać się, gdzie dokładnie podział się jej przyjaciel i jak daleko musi go szukać.
- Właściwie to tak. Znaczy, no, jak biegną, to mogą zrobić krzywdę, kopnąć, wtedy na pewno nie jest łatwo się ratować, ale jeśli zdają sobie sprawę z naszej obecności i nie są czymś przestraszone, to są w gruncie rzeczy dość ciekawymi stworzeniami. Ale zawsze lepiej uważać, bo nie wiadomo, o czym one właściwie myślą - powiedział spokojnie, ale jednocześnie nieco radośnie, widać było, że to opowiadanie sprawia mu prawdziwą przyjemność. Poruszył lekko nosem, kiedy kocur zadał mu pytanie i nieznacznie się namyślił. - Jelenie i sarny są już mniejsze, ale na pewno mogą być też niebezpieczne. Ale są niższe i mają o wiele mniejsze nogi. Tylko że one żyją... poza tymi drewnianymi palikami, jakie odgradzają konie - stwiedził w końcu z namysłem i spojrzał jednocześnie w stronę, gdzie znajdował się wielki karmnik dla leśnej zwierzyny.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Ciekawe. Na siedlisku nie tylko najwyraźniej żyło dużo kotów, a na dodatek zbierały się one w jakieś grupy, walczące między sobą o miejsce i jedzenie. Jakby mało im było zagrożeń, hmpf. Kocia populacja siedliska dwunogów szybko zaczęła mu się jawić jako, cóż, niemal barbarzyńska. W zasadzie skojarzyło mu się to z pewnym elementem historii samych klanów… a raczej tym, co było, zanim klany powstały.
– Brzmi trochę jak koty, od których wywodzą się klany. Tylko że na głowie mają jeszcze dwunogów, potwory… psy – mruknął w lekkim zamyśleniu. Z drugiej strony, kto wie, co by się stało, gdyby te kocie grupki w mieście przestały ze sobą walczyć i się zjednoczyły w jedną czy nawet kilka dużych klanów? Może wtedy by się okazało, że siedlisko dwunogów jest dla nich nie tylko zbyt niebezpieczne, ale i… za małe? Tereny klanów mogłyby się wtedy okazać dla nich kuszącym kąskiem, a ta myśl była niezbyt przyjemna dla rudo-białego kocura.
– Rozumiem. Na szczęście na terenach mojego klanu nigdy ich nie widziałem. Zdarzają się właśnie jelenie i sarny, ale nigdy nikomu się z ich winy nic nie stało – odparł, poruszając lekko ogonem. Nawet w pobliżu Świszczących Traw i Szarych Topoli były wydeptane przez kopytne zwierzęta ścieżki, ale odniósł wrażenie, że jest dość łatwo unikać tych zwierząt. Może na terenach klanu Cienia było ich więcej, biorąc pod uwagę, jak bardzo były one porośnięte drzewami. – Na siedlisku koni też żyją jakieś koty? – dodał po chwili.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń nigdy nie był w mieście, nie licząc oczywiście czasu, kiedy sam był ledwie oseskiem, więc nie wiedział, jak dokładnie to wszystko wyglądało. Niemniej jednak z opowieści Czosnek nie wyłaniała się zbyt atrakcyjna wizja, raczej wręcz przeciwnie, wszystko to wyglądało jak niewielki koszmar, w którym raczej nie chciał brać udziału. Nie ciągnęło go tam ani trochę, wystarczyły mu po prostu opowieści kocicy, które były, jak dla niego, dostatecznie barwne, by był w stanie sobie wyobrazić, co się za tym wszystkim kryje. Gdyby miał ruszyć w stronę wielkiego Siedliska Dwunożnych, to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli miałby ku temu niesamowicie wielką potrzebę, gdyby inaczej się nie dało i nie mógłby po prostu pozostawać w miejscu, w którym znajdował się w danej chwili.
- Nie wszyscy znają Gwiezdny Klan - stwierdził na to, nieco chyba smutno, kocur i pokręcił głową. Znał historię powstania Klanów, ale jednocześnie, wydawało mu się, że przodkowie musieli ruszyć i do innych, że nie mogli tak po prostu oświecić jedynie tak niewielkiej garstki kotów, świat był w końcu wielki, nie wiedział nawet, czy ma jakieś granice, a gdy nocą patrzył na Srebrną Skórkę, nie był w stanie zliczyć gwiazd lśniących na czarnym firmamencie nieba, gdzie kryli się wszyscy zmarli przodkowie, którzy słuchali dawniej słów Kodeksu i byli kotami na wskroś dobrymi. Czy pewnego dnia znajdzie tam brata? Czy Łosoś już tam na niego czekał? Jeżyna i Bratek? I wszystkie te koty, które kiedyś okazały mu serce?
- Wydaje mi się, że one są trochę bardziej strachliwe. Innych równie dużych zwierząt raczej nie kojarzę, bo o takich dzikach nie ma nawet sensu wspominać - stwierdził z namysłem, starając się również przeszukać swoją pamięć w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie. Nie, nie kojarzył niczego innego i chociaż miał tendencję do opowiadania głupstw, to wiedział doskonale, że Porywisty raczej by tego nie zrozumiał i może przypadkiem wziął na serio coś, co było tylko żartem. - Ależ tak. Niektóre z Dwunożnymi, a inne samodzielnie, ale można je tam spotkać. Korzystają z ciepłego kąta, resztek pożywienia i pewnie możliwości, jakie posiadają bezwłosi medycy, ale nie powiem ci, czy są tam szczęśliwi. To trzeba by pytać dokładnie każdego z osobna - odparł i uśmiechnął się lekko do kocura.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Kiwnął głową w odpowiedzi, nie ciągnął jednak tematu. Faktycznie, nie znali Gwiezdnego Klanu, nie znali bardziej pokojowej drogi, jaką było stworzenie żyjących ze sobą we względnej harmonii klanów – a Gwiezdni chyba nie zajmowali się nawracaniem pogan i sprowadzaniem ich na lepszą ścieżkę, bo w innym przypadku zapewne już wiele pokoleń temu ukróciliby te walki na siedlisku.
– Ciekawe – stwierdził odnośnie kotów z siedliska koni. – Mimo wszystko my żyjemy dalej od siedliska i dwunogów, i koni, niż chociażby klan Gromu i Cienia, i, szczerze powiedziawszy, nie miałem nigdy do czynienia ani z pieszczochami, ani nawet z kotami tam żyjącymi – przyznał. Interesującym było więc dowiedzieć się na ich temat… czegokolwiek, a przy okazji przekonać się, że lepiej się w tamte okolice nie zapuszczać – chociaż tak naprawdę nie potrzebował dodatkowych informacji poza „tam żyją dwunodzy”. Najwyraźniej jednak i te tajemnicze konie mogły sprawiać pewne zagrożenie, jak i inne koty, chociaż to ostatnie akurat nie było takie niespodziewane. – A zdarzyło ci się być za Borsuczymi Pagórkami? Słyszałem, że w tamtych okolicach znajduje się Szepcząca Sadzawka – zarzucił kolejnym tematem. – O ile, oczywiście, chcesz o tym rozmawiać. Pewnie koty cały czas cię wypytują o podobne rzeczy – dodał zaraz, zdając sobie sprawę, że zachowywał się trochę tak, jakby prowadził przesłuchanie, bo cały czas tak zadawał pytania i nie dodawał za wiele od siebie. O czym jednak miałby opowiedzieć? O życiu w klanie… które zapewne nie różniło się wiele od tego, które miał za sobą Tonące Słońce?
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Może nie, a może koty z miasta po prostu ich nie przyjęły. Toń nie wierzył jednak w to, że Gwiezdni po prostu wybrali te cztery grupy, dla niego to było zbyt mało, a skoro przodkowie mogli ich nawiedzać, był pewien, że wędrowali również w inne zakątki świata, by tam ukazywać swoją mądrość. Znał jednak samotników, wiedział doskonale, że nie wszyscy chcieli żyć z innymi w harmonii, a część klanowych kotów bardzo chętnie posłałaby obcych na stracenie, byle tylko nie kręcili się w ich okolicy. Czy zatem to były koty, które słuchały słów Gwiazd, czy może jednak uważały się, bez większego powodu, za lepsze i ciekawsze? Wybrane do czegoś wielkiego, aczkolwiek trudno było powiedzieć, do czego właściwie, skoro życie mimo wszystko bywało monotonne.
- Nie mogę być pewien, ale chyba opowiedziałyby ci to samo, co ja teraz. Może z tym drobnym wyjątkiem, że pieszczochy nie czują potrzeby polowania i szukania pożywienia na własną łapę, bo to się im po prostu należy od Dwunożnych. Ci też są różni, mnie na ten przykład wyrzucono, gdy miałem mniej więcej księżyc - stwierdził jeszcze i nieznacznie wzruszył barkami. Później poruszył lekko uszami, kiedy wojownik zadał kolejne pytanie i nieznacznie skinął łbem, po czym zaśmiał się cicho i spojrzał wprost w jego oczy, wcale się tego nie bojąc i na pewno nie mając poczucia, że rzuca mu jakieś wyzwanie. - Bywa, że nie rozmawiam z nikim po parę wschodów słońca, wierz mi, że jestem bardzo zadowolony, że w końcu mam okazję mówić, mówić i mówić. A jeśli chodzi o Borsucze Pagórki, to owszem, spaceruję po nich i zapuszczam się daleko, domyślam się chyba też, o którym mówisz miejscu, ale nie zbliżałem się tam. To chyba miejsce, do którego wędrują przywódcy i medycy, prawda? Czasem widuję grupki kotów, które udają się w tamtym właśnie kierunku - odparł, zgodnie z prawdą, aczkolwiek nieco lakonicznie, bo nie miał w tej sprawie zbyt wiele do powiedzenia. Orientował się mniej więcej na temat, siłą rzeczy, ale nie do końca wiedział, jak mógłby do tego podejść. Nie wiedział również, czy jemu wolno zbliżyć się do tego świętego miejsca.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
– Wyrzucono? – powtórzył z lekkim zdziwieniem w głosie. Wiedział, że koty są przez dwunogów porywane, jakby były dla nich jakimś… cennym zasobem; miał też wrażenie, że historia klanowych kotów wcale nie jest tak czysta, że musieli przyjmować samotników i pieszczochów, żeby przetrwać i żeby nie rozmnażać się z własną rodziną. Konkretne przypadki wyrzuconych przez dwunogów kotów… po namyśle stwierdził, że faktycznie, kojarzy. Były kiedyś dwie kotki w klanie, jedna z nich chyba nawet pojawiła się w klanie na krótko przed śmiercią Krzykliwej Mewy, jednak nie pamiętał jej imienia, tej drugiej zaś nigdy na oczy nie widział, bo przyszedł na świat po tym, jak odeszła z Kruczym Ogonem. Koniec końców jednak nie znał osobiście żadnego kota, który by to przeżył. – Dwunogi są przedziwnymi istotami… niektórzy porywają wojowników i terminatorów, więżą ich księżycami, ograniczając im wolność i odcinając ich od klanu, rodziny… a inni wyrzucają oseski – prychnął cicho po krótkim namyśle. I jedno, i drugie było okrutne, jakby te istoty w ogóle nie zastanawiały się nad konsekwencjami swoich działań dla istot, które przecież im nie zawadzały, a wręcz przeciwnie – darzyły je strachem.
– Rozumiem. W takim razie pozwolę sobie dalej wypytywać – odparł z lekkim śmiechem. – Tak – odpowiedział na pytanie. Wciąż nie wyzbył się marzeń kocięcia i ambicji młodego wojownika; wciąż wierzył, że któregoś dnia to jemu będzie dane udać się do Szepczącej Sadzawki w roli nowego przywódcy klanu. Nic dziwnego, że interesowało go to miejsce, ale skoro Toń go nie znał – bywa. Syn Malinowej Gwiazdy nie wyglądał na rozczarowanego, zamiast tego pociągnął dalej rozmowę. – Hm. Nie wypuszczasz się daleko – zauważył. Wniosek ten nie był wielkim odkryciem, po prostu naturalnie wynikał z różnych wypowiedzi burego samotnika. W pewnym sensie jednak widział samotników jako tych, którzy mogą sobie pozwolić na dalsze podróże i właśnie to robią.
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń uśmiechnął się lekko, kiedy dostrzegł zdziwienie wojownika. Owszem, Dwunożni byli dziwni, bawili się nimi, przerzucali ich z miejsca w miejsce, jak zepsute zabawki, kiedy tylko przestawiali im się podobać, a kocur wolałby już nigdy nie znaleźć się w ich rękach, bo naprawdę nie miał najmniejszego nawet pojęcia, co mogłoby go wtedy czekać. Chciał żyć wolno, tak jak teraz, nie chciał wcale wracać do czasów zamknięcia, aczkolwiek bywały dni, kiedy zastanawiał się, czy wtedy nie byłby bezpieczniejszy, czy nie byłby wtedy szczęśliwszy albo spokojniejszy. Później jednak wspominał wszystko co przeżył i każdego kota, którego zdołał pokochać, za jakim tęsknił i którego miał nadzieję zobaczyć, po czym dochodził do wniosku, że jednak bardziej podoba mu się świat, jaki zna obecnie.
- Każdy z nich jest inny. Niektórzy chcą pomóc, inni nie. Ja sam urodziłem się w miejscu, gdzie rodziło się wiele kociąt i wygląda na to, że coś im we mnie nie pasowało, może nie byłem odpowiednio duży? Kto to może wiedzieć - stwierdził jeszcze, a później spojrzał nieco nieprzytomnie w stronę, gdzie mniej więcej znajdowały się dawne ziemie Klanów, po czym na moment przymknął powieki, by ostatecznie potrząsnąć tylko łbem. Nie było sensu tam wracać, zapewne nie zostało tam już nic godnego uwagi, a wspomnienia, jakie wiązały się z tym miejscem, nie miały już nazbyt wielkiego znaczenia i wolał do nich mimo wszystko nie powracać, skupił się zatem na rozmowie z wojownikiem.
- Nie - odparł prosto. - Tutaj jest mimo wszystko mój dom, a wolałbym po powrocie nie znaleźć w swojej norze jakiegoś innego kota - wyjaśnił spokojnie, dodając również, że taka wycieczka wiązałaby się zapewne z wędrowaniem po ziemiach innych samotników, a nie był zwolennikiem walki jako takiej, wolał więc z innymi nie zadzierać. - Poza tym w okolicy jest naprawdę wiele ciekawych miejsc! Nawet nie tak daleko od waszej granicy - dodał jeszcze w formie wyjaśnienia, bo faktycznie, okolica obfitowała w nieznane i tajemnicze miejsca, na które mógł patrzeć dość długo i zastanawiać się, do czego one właściwie służyły, nie nudził się zatem na co dzień, co również było jakimś plusem, w jego życiu.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight