Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Łapę? Toń uniósł własną i popatrzył na nią, na poduszeczkę, zastanawiając się, czy to porównanie ma sens, próbował sobie również dokładnie przypomnieć, jak ślaz wygląda i w końcu ostrożnie pokiwał głową. Nie udało mu się odgadnąć żadnej z roślin, co nieco go zmartwiło, w końcu jednak coś już wiedział, aczkolwiek wieść, że wężowy korzeń ma kształt liścia podobny do tego tutaj, nieco podniósł go na duchu. Nie załamywał się jednak uparł się teraz jak osioł, że wszystko zapamięta, nic zatem dziwnego, że patrzył na liście, powtarzał wszystko pod nosem i pokazywał sobie je wszystkie, żeby wiedzieć, z czym będzie miał do czynienia, jeśli trafi na sam liść albo kwiat. Toń studiował wszystko uważnie, widać było, że bardzo stara się zapamiętać to, co właśnie Łosoś mu prezentował, tym bardziej że była to na pewno uprzejmość z jego strony, niewielka, na pewno na więcej nie mógł sobie pozwolić i na tym kończył się cały pokaz. Samotnik spojrzał jeszcze w stronę reszty składzika, ale wiedział doskonale, że nie może męczyć o nic Łososia.
- Krwawnik, nawłoć, żarnowiec, podbiał i... Mógłbyś jeszcze raz? - poprosił, bo chyba coś mu jednak wypadło z głowy. Chciał jeszcze to zapamiętać, upewnić się, nim wyjdzie za Łososiem poza obręb dawnej lecznicy, do której, chyba, oboje mieli jednak spory sentyment, a może po prostu z nią wiązało się najwięcej wspólnych wspomnień, tych dobrych, tych złych, po prostu wszystkich. Toń uśmiechnął się lekko, może nieco smutno i potrząsnął łbem, by podążyć za dawnym medykiem Klanu Rzeki.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
- Nagietek - powiedział mrukliwie, nie oglądając się za siebie. Stanął u wejścia do lecznicy, czekając jednak na Tonące Słońce, nim podstawił krok poza Korzenną Norę. Dopiero gdy Tonące Słońce był już za nim, wyszedł przed lecznicę... a stary obóz nie był tym samym, co kiedyś. Wyglądał znajomo, jednak teraz, gdy nie deptały ich kocie łapy, rośliny przejęły stery i utworzył gęstą łąkę. Sny miały to do siebie, że dostosowywały się do tego, czego się oczekiwało, lub co było wygodnym narzędziem dla Gwiezdnego, który nie mógł przekazać całej swojej wiedzy dosłownie. Była to niepisana zasada, jaka obowiązywała zmarłych, którzy przychodzili w snach do najbliższych im kotów. Dobrą rzeczą było to, że nie wszystko musiało być chaotyczną zagadką lub przepowiednią, którą pozostawiałby żywemu do rozwiązania... nawet jeżeli obecnie poruszali się po subtelnej sugestii. Być może Tonące Słońce dostrzeże, że rośliny, które przejęły władzę nad dawnym obozem Klanu Rzeki, były ziołami, których zapach lub wygląd znał, bądź kojarzył ze składzika w Korzennej Norze, bądź Królikarni. Minął nagietek, żółty kwiat na wysokiej, pokrytej miękkimi włoskami łodydze, oraz rosnący obok krwawnik, który również był wysoką i miękko owłosioną rośliną, choć jego kwiaty były białe i zebrane w koszyczki.
- Chciałem cię... przeprosić - powiedział, zatrzymując się i odwracając głowę w stronę przyjaciela.
dlaczego mi nie przypomniałaś!!!! zapomniałem o tej sesji : (
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
- Nagietek - powiedział na głos, by to sobie utrwalić, a później wyszedł za Tonią z lecznicy, spodziewając się, chyba że zaraz wpadną w tłum rozgadanych gwiezdnych, którzy dawniej byli dla Łososia ważni. Tymczasem okolica była cicha, pusta i tylko rośliny zdawały się lekko kołysać na wietrze. Przez chwilę Toń przyglądał się tego z pewną dozą niedowierzania, aż w końcu zaczął się orientować, iż otacza ich prawdziwy zielnik, w tym to, co już kojarzył! Aż podskoczył i podszedł z miejsca do maku, który rozpoznał, a następnie odwrócił się i spostrzegł kolejne rośliny, jakie zdołały się utrwalić w jego głowie.
- To ślaz, prawda? - spytał, gdy stanął obok rośliny o owłosionej łodydze, która zdecydowanie przewyższała go swym wzrostem. Ta konkretna miała liście pięcioklapowe o nieregularnym ząbkowaniu, a jej kwiaty pyszniły się różową barwą. - A tam jest ogórecznik! - dodał zaraz, kiedy poczuł jego charakterystyczną woń i chciał już ruszać dalej, pytać, chciał się upewnić, czy jest tu krwawnik i cała reszta, kiedy Łosoś odezwał się ponownie, a Toń aż zatrzymał się w pół kroku, bo zupełnie nie spodziewał się czegoś takiego i po prostu zamrugał, patrząc w kierunku dawnego medyka Klanu Rzeki.
- Za co? - zapytał zatem może niezbyt błyskotliwie, ale w tej chwili nie był w stanie wymyślić nic sensowniejszego, poza tym trzeba przyznać, że Łosoś nieco zbił go z tropu i spowodował, że kocur nie wiedział, w którą dokładnie się odwrócić stronę.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Kiwnął sztywno głową, potwierdzając jego słowa; nie musiał nawet patrzeć w stronę roślin, by wiedzieć, o czym mówił. W pewnym sensie wszystko wokół stworzone było przez niego i znał położenie każdej rośliny, każdego głazu i każdego źdźbła trawy. Metodycznie utworzone miejsce snu było idealne do tego, by Tonące Słońce nacieszył się widokiem leczniczych ziół i drzew, nawet jeżeli nie znał dużej części z nich. Być może jednak widok starej, białej wierzby pośrodku wielobarwnych ziół, które znał mniej lub bardziej, sprawi, że zacznie poszukiwać na własną łapę, jakie mogą być jej właściwości?
- Wszystko, co cię spotkało - odpowiedział nieco enigmatycznie, zerkając na niego kątem oka jedynie na uderzenie serca lub dwa. Wziął głębszy wdech. - Moje... nauki. Niemal cię zabiły. Nie broniłem ciebie. Innych kotów... gdy Klan Rzeki się psuł. Ostatecznie - nie dotrzymałem umowy. Zostawiłem cię. Bez wiedzy - bez wiedzy o ziołach, jaką mu obiecał, ale i bez wiedzy o swojej śmierci. Pozostało mu jedynie ukorzyć się przed przyjacielem. Przyznać do tego, co przez wiele księżyców dusił w sobie i o co się obwiniał. Pogodził się z wieloma rzeczami w Gwiezdnym Klanie, jednak wciąż myślał o dwóch rzeczach: o Kruchej Łapie, którą pragnął odnaleźć, gdziekolwiek była, nawet jeżeli miałby ją samodzielnie wyszarpać z objęć Ciemnego Lasu, a także i o Tonącym Słońcu i jego nieszczęściu, za które czuł się współwinny. Opuścił łeb, wzrok kierując na swoje łapy. Wciąż miał je pokiereszowane i nie do końca sprawne, choć pokryte gwiezdnym pyłem. Nie chciał utracić tego, co definiowało kota, jakim był - mimo wszystko odnalazł siebie w tym kalekim, przygnębiająco ciężkim ciele.
- Nie zmarłem w walce. Nie byłem chory - odezwał się znów po jakimś czasie, jaki spędził w milczeniu. - Borsuk. Oderwał mi łapę - to by tłumaczyło, dlaczego prawa łapa, na której zawsze opierał ciężar ciała, od nadgarstka w dół pokryta była iskrzącym pyłem. - Wybrałem śmierć. Egoistycznie. To lepsze, niż stagnacja. Bycie... wodą w kałuży - wyjaśnił. Wolność ponad wszystko. Nie chciał być od nikogo zależny, nie chciał czuć, że jest bezużyteczny. Bez niezależności utraciłby siebie, czułby się jak pies na zbyt krótkim łańcuchu. Marniałby tak długo, aż nie zdecydowałby się utopić w Grzmiącej Rzece, nie odważając się na pomniejszenie zapasów w składziku ziół. Dopiero gdy zamilkł, podniósł głowę i obrócił ją, by móc spojrzeć na pysk Tonącego Słońca. Chciał coś jeszcze powiedzieć, było widać, że próbuje zebrać się na coś jeszcze, choć przychodziło mu to z trudem.
- Byłeś moim... przyjacielem. Najlepszym - powiedział cicho, jakby z zażenowaniem, bo słowa te ciężko przechodziły mu przez gardło. Zawsze miał problem z tym, by mówić o tym, co czuł; działał jak robot na wyuczonych schematach zachowań zaobserwowanych u innych kotów, rzadko mówił szczerze o swojej sympatii do innych kotów, bo nie rozumiał tego uczucia zbyt dobrze. - Żałuję. Wszystko mogło być inaczej.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Toń rozglądał się cały czas oniemiały, bo tyle tu było wszystkiego. Co ciekawe, wiele z kwiatów i roślin poznawał, bo widywał je już na swojej drodze, tak samo nawet tę brzozę, a skoro faktycznie znajdowały się tutaj medykamenty, to starał się je zapamiętać, starał się ogarnąć je wszystkie spojrzeniem, by wkrótce móc wyruszyć na ich poszukiwanie, żeby przekonać się, co dokładnie się za nimi kryje i do czego można ich użyć. Starzał się, stawał się zapewne mniej sprawny, o czym jeszcze nie do końca wiedział, ale z drugiej strony - otrzymywał w końcu to, czego chciał i sądził, że będzie mógł jeszcze pomóc niektórym kotom, że to mu się uda, że ich nie opuści. To był wspaniały prezent od Łososia, nic zatem dziwnego, że uśmiechał się ciepło, choć wkrótce spoważniał i wysłuchał dokładnie wszystkiego, co kocur miał do powiedzenia. Spojrzał na jego łapy, a później obejrzał się, na miejsce, gdzie kiedyś, tak dawno, że już nawet tego nie pamiętał, znajdował się jego ogon. Szczerze mówiąc - nie pamiętał już nawet, jak to jest go mieć, niewiele pamiętał również z tamtego bólu, a wspomnienie nauki ponownego chodzenia było dla niego niemalże zasnute mgłą. Przede wszystkim jednak - nie widział w tym nigdy winy Łososia.
- Mogło - powiedział spokojnie. - Ale nie było. Nie możemy płakać nad tym, co już się wydarzyło, Łososiu, nie zmienimy tego. I nie mów, że byłem twoim przyjacielem, nadal nim jestem i wierzę, że pewnego dnia przybędę na Srebrną Skórkę, by móc z tobą rozmawiać i... nie wiem, co dokładnie robią Gwiezdni, ale by właśnie to robić. Nie cofniemy tego, co było. Ja też mogłem być inny, mogłem zmienić wiele, postarać się, ale nie zrobiłem tego, nie udało mi się to - dodał, uśmiechając się do niego, a jego oczy lekko zalśniły, jakby chciał się rozpłakać. Podszedł powoli do dawnego medyka Klanu Rzeki, na którego spoglądał łagodnie, w końcu za nic go nie karcił. Chciał spróbować położyć łapę na jego łapie, jeśli to w ogóle było możliwe.
- Po prostu poczekaj, kiedyś do ciebie dołączę. A teraz... pokazałeś mi więcej niż ktokolwiek inny, wiem, gdzie i czego szukać, dostałem od ciebie wiele wskazówek i wiedzy, a skoro tutaj jesteś... To znaczy, że o mnie pamiętasz i czuwasz - dodał jeszcze, bardzo poważnie, czując jednocześnie, jak coś mocno gryzie go w gardle. Nie chciał, żeby Łosoś sobie coś zarzucał, bo to nie tak działało i nie tak powinno wyglądać. Był pewien, że w ten sposób nie cofną czasu, nie naprawią go, a on nie miał do kocura żadnego żalu.
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Milczał długo po tym, jak Tonące Słońce przestał mówić. Myślał. Analizował to, co usłyszał, analizował też to, co robił za życia i zastanawiał się, czy zasłużył sobie na rozgrzeszenie, jakim obdarzał go przyjaciel. Nie wiedział. Nie wiedział, czy naprawdę zrobił to, co mógł, czy nie odwrócił wzroku, gdy jego pozycja i przywileje w klanie mogłyby zatrzymać to, co się działo w klanie. Chociaż mięśnie jego barków i grzbietu spięły się w reakcji na nagły bodziec, jakim był dotyk, to nie cofnął łapy, chcąc choćby w ten sposób wynagrodzić mu to, co stało się w jego życiu, a czemu mógł zapobiec.
- Zawsze - odpowiedział mrukliwie, odwracając głowę w stronę Tonącego Słońca. Wziął głęboki wdech przez nos, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak odwrócił zaraz masywny łeb i przetoczył spojrzeniem po kwiatach, które łagodnie kołysały się na lekkim wietrze.
- Gdy trafiłem tutaj... szukałem Kruchej Łapy - powiedział nagle, nie unosząc wzroku. Nie wiedział, czy Tonące Słońce w ogóle pamiętał, kim była; miał wrażenie, że Kostka żyła przede wszystkim w jego pamięci, a także pamięci Małego Liścia. Mimo wszystko chciał, by wiedział, dlaczego nie przyszedł do niego wcześniej. - Była jedyną, którą... kochałem. Złamałbym dla niej wszystkie zasady - mruczał dalej, w zasadzie bardziej do siebie, niż do przyjaciela, który być może nawet nie wiedział, że Łososiowa Łuska był zdolny do tego, by wykrzesać z siebie tak silne uczucie jak to, którym darzył maleńką córkę Śliwkowej Gałązki. - Ty... też masz kogoś takiego. Tę kotkę z... Wichru - masywny łeb byłego medyka uniósł się, by nieznacznie obrócić się w stronę Tonącego Słońca. Nie był jednak zwrócony bezpośrednio do niego. - Dbaj o nią. Jest dobra, tak jak ty. Daj jej kocięta, których... ja nigdy nie mógłbym dać Kruchej. Będą moją... rodziną. Będę na nie patrzył - powiedział bardzo bezpośrednio, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że jego słowa mogą być dość... nie na miejscu? Sam jednak uważał, że jego oświadczenie było bardzo istotne. Pary prędzej czy później doczekiwały się kociąt, a sam przed sobą nigdy nie przyznał tego, jak bardzo zazdrościł kocurom, którzy urodzili się we właściwych ciałach i byli w stanie spełnić partnerski obowiązek, którego sam nigdy by nie mógł dokonać. Myślał często o tym, że dla Kruchej Łapy złamałby jedną z najważniejszych zasad Kodeksu Medyka, jaką było nieposiadanie partnerki ani kociąt, by zachować trzeźwy osąd w każdej sytuacji. Nie było mu wstyd, bo nie znał takiego uczucia; jeżeli już, czuł ogromny ból związany z tym, kim się urodził i w jaki sposób został zaprogramowany przez Przodków. A rodzina... nigdy nie był blisko związany z tymi, którzy dzielili z nim krew. Płotkowy Plusk i Karasiowy Kieł były dla niego najbliższą rodziną z tej biologicznej, ale za tą najbliższą zawsze uważał Małego Liścia, Księżycowy Pył i Tonące Słońce. Byli dla niego najważniejszymi kotami i byli dla niego bliżsi, niż jego biologiczna rodzina kiedykolwiek mogłaby być. Byli oparciem, gdy nikt inny nie zauważał, że potrzebował pomocy, a to była dla niego definicja jego własnej rodziny.
- Muszę iść - powiedział, pochylając się w stronę Tonącego Słońca. Nie wiedział, jak się żegnać, nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, dlatego dotknął jedynie nosem jego czoła, tak jak Gwiezdni dotykają nowo mianowanego przywódcę czy medyka; przyjemne ciepło rozlało się po ciele samotnika, a gdy otworzył oczy, okazało się, że rozmył się Łososiowa Łuska, tak jak rozmyły się kwiaty i drzewa, które przejęły władzę nad dawnym obozem Klanu Rzeki. Pozostało jedynie ciepłe legowisko w króliczej norze i odległy, lecz wciąż wyczuwalny ciężki zapach ziół, który pierworodny syn Pierzastego Serca zawsze nosił na swojej gęstej, ciemnej sierści.
zt
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Toń wyrósł, jednak nie jest wcale potężnym kotem. Wielkości bez dwóch zdań dodaje mu gęste, prążkowane futro przetykane białymi znaczeniami, które okala całe jego ciało. Całe? Niemalże. Tam, gdzie kiedyś pysznił się jego ogon, pozostał obecnie jedynie niezbyt apetyczny kikut, który porasta tę część skóry niewiele jeszcze włosów - jakby w ogóle nie chciały się tutaj przyjąć. Ten brak włosów z całą pewnością rekompensują mu całkiem ładne bokobrody i długie, śmieszne włosy, jakie wyrastają przy jego uszach, nadając mu nadal nieco komiczny, nieco starczy wygląd. Przez to, że ów uszy są wywinięte pod dziwnym kątem, jego mordka, choć już wyraźnie dorosła, nadal sprawia wrażenie nieco zdziwionej, jakby kocurek nieustannie miał uniesione brwi i spoglądał na świat z pewną dozą niedowierzania. Oczy zdążyły się już wybarwić i mają teraz kolor zielony, wpadający w złoto, a może orzech, wszystko zależy od tego, jak akurat padnie na niego światło.
Wielka tragedia, jaka dotknęła go wkrótce po mianowaniu na terminatora, wcale go nie zmieniła, ba!, być może dodała mu jeszcze więcej optymizmu. Po czasie załamania, gdy witał się już wręcz z Gwiezdnym Klanem, stał się o wiele silniejszy, pogodniejszy i wszystko co złe niszczy swym wyśmienitym humorem. Stał się również wspaniałym bajarzem, lubi zmyślać i bujać w obłokach, tam ma swój perfekcyjny, niesamowity świat pełne magii i czarów, których chociaż nie zna, umie sobie je wymyślić. Nie stąpa twardo po ziemi, zdaje się raczej ponad nią unosić. Lekko i zwiewnie. Czasem jedynie zdarzają mu się chwile melancholii, gdy wspomni się w jego obecności nie to, co by wypadało, sięgnie się tam, gdzie boli.
Nigdy nie miał żalu do Łososia. Jedynym kotem, na którego mógłby spoglądać krzywo był Świetlik. I Czerwia, o niej jednak wolał się w ogóle nie wypowiadać. Jego życie było jednak już inne, nie przejmował się właściwie tym, co spotkało go w Klanie i nie zamierzał się do niego zbliżać, skoro koty, które tam żyły wybrały takie, a nie inne ścieżki, nic mu do tego, to była ich wola, że chcą postępować tak, jakby nosiły klapki na oczach. Jakoś nie dziwił się, że ostatecznie Jeżyna i Bratek również zostawiły Rzekę daleko, daleko za sobą, to w końcu nie było miejsce dla nich, pomimo lojalności, jaką przejawiała Jeżyna. Nie była w końcu ślepa. Niemniej jednak Toń nie miał zbyt wielkiej potrzeby wracania do tego wszystkiego i właściwie rozmawiali o tym z uwagi na Łososia, który chyba chciał zamknąć pewien etap w życiu, nawet, teraz gdy był na Srebrnej Skórce.
- Mam nadzieję, że kiedyś ją znajdziesz, Łososiu. I znowu się spotkacie - powiedział łagodnie. Pamiętał Kruchą Łapę, niezbyt wyraźnie, niezbyt przejrzyście, ale tak, wiedział, o kim mówił jego przyjaciel, nie spodziewał się jednak nigdy, że jego uczucie do tej kotki było aż tak wielkie. Miał nadzieję, że pewnego dnia spotkają się pośród gwiazd i wtedy naprawdę Łosoś osiągnie już pełnię spokoju. Zdaje się, że teraz było już lepiej, a to, nie oszukujmy się, był dość znaczny plus, niemniej jednak Toń wolał aż tak nie drążyć i nie dopytywać. Zresztą zaraz lekko rozchylił pyszczek, gdy jego przyjaciel zaczął mówić o Lawendzie, a serce mocno mu zabiło. Zatem wiedział! Nie komentował słów o kociętach, bo nie wiedziałby nawet, co powiedzieć. To nie tak, że o nich nie marzył, ale jednocześnie nie wyobrażał sobie zostawić kocicy samej w tej sytuacji, a przecież przez wiele księżyców nie mógłby jej pomagać, poza tym dopiero po upłynięciu odpowiedniego czasu jego dzieci mogłyby go zobaczyć... Sprawa była mocno skomplikowana, ale nie chciał teraz tego roztrząsać, cieszył się, że Łosoś do niego przybył, cieszyły go jego słowa i zapewnienia, to wszystko, co spowodowało, że jakoś tak się uspokoił, a jego myśli popłynęły znowu całkowicie swobodnie.
- Dziękuję, Łososiu. Kiedyś... znowu się spotkamy - powiedział łagodnie, gdy jego przyjaciel go pożegnał, a całe jego ciało napełniło się tą siłą i blaskiem, jakie nosili w sobie gwiezdni. Odetchnął głęboko, chłonąc jeszcze te, co go otaczało, wracając na jakiś czas do dziecięcych dni, kiedy wszystko wydawało się mimo wszystko tak proste i uśmiechnął się lekko, zdając sobie sprawę z tego, że to nie przeminęło bezpowrotnie, bo wciąż żyło w Łososiu i jego własnych wspomnieniach. Kiedy pewnego dnia znowu się spotkają, gdy razem zasiądą na Srebrnej Skórce, wtedy w istocie połączą się na zawsze i będą mogli wędrować po ziemiach, jakie pamiętali z dawnych czasów. A sen? Pozostał z nim jeszcze na długo.
//zt
SEETHEWORLDINGREENANDBLUE seeChinarightinfront of you seethecanyonsbrokenbycloud see thetunafleetsclearingtheseaout see the Bedouinfiresat night seetheoilfieldsatfirstlight
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Przemierzanie osiedla wzdłuż i wszerz nie przynosi żadnych skutków. Na dokładkę jej nowy ziomeczek został uprowadzony na jej oczach przez dwunogi i wcale nie wraca. Poszukiwania nic nie dają. Puf, zniknął z tego świata. A frustracja szarej rośnie. I tak szczerze mówiąc? Na tym etapie już nie bardzo się łudzi, że uda jej się odnaleźć przyjaciółkę, ale nie bardzo wie co innego robić, więc dalej się za nią rozgląda. Wracać do klanu głupio skoro nic nie osiągnęła. Może trochę tęskni za bliskimi, ale jest też uparta i nie chce słuchać o tym jakie to zniknięcie było nieodpowiedzialne. Jak przyprowadzi Przepiórkę to wszyscy się zamkną, nikt nie piśnie ani słówka o byciu nieodpowiedzialną.
No, tylko problem jest taki, że Przepiórki nigdzie, na Gwiezdnych, nie ma. Więc albo Brzózka wróci z pustymi łapami, albo wcale. Wybiera drugą opcję. Póki co. Zatrzymuje się w pół kroku i siada gniewnie, by rozważyć swoje opcje raz jeszcze. Nieświadomie robi to akurat nad legowiskiem swojego ojca, ale cóż, raczej nikt jej o tym nie powie, a sama jest zbyt zdenerwowana by w ogóle zaglądać do nory.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxWywiało ją jak zwykle tam gdzie nikt by się nie spodziewał, sama ona nawet. Nie miała większych obowiązków o ile w ogóle można powiedzieć, że jakiekolwiek miała, chciała porozmawiać z Orionem, ale ten sobie zniknął i w ogóle się nigdzie nie pojawiał ostatnio. Było jej zwyczajnie przykro, że nawet jak sama go odnalazła i sama podała łapę na zgodę... tak jakby. Na swój sposób. Ten i tak nie próbował odnowić z nią żadnego kontaktu. Czy musiała go już skreślać z krótkiej i w sumie jednoosobowej listy bliski przyjaciół? Nie miała pojęcia, ale najwyraźniej lubił zostawiać ją wściekłą i bez chociaż jednego słowa, ale szkoda marnować na cynamonowego chociaż odrobinę siły. Miała ważniejsze rzeczy do roboty... myślenie o... żabci! Której dawno nie odwiedzała i powinna się do niej przejść, o. Tak.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Nigdy nie była, nie jest i nie będzie mistrzem zastanawiania się, więc jej aktualna sytuacja jest, krótko mówiąc, tragiczna. Siedząc na szczycie nory wysila wszystkie swoje szare komórki by wykminić sprytne rozwiązanie, ale... no nie udaje jej się. Niby nigdzie jej się nie śpieszy, ale jest przyzwyczajona do robienia rzeczy już i teraz. W momencie, gdy blokuje ją jedynie sprawność własnego umysłu to nic tylko pogryźć sobie ogon z frustracji.
Brzózka drapie się po szyi tylną łapą, rozkraczona jak byle kundel, gdy dostrzega sylwetkę dość wyraźnie odcinającą się na tle śniegu. Przestaje się drapać i mrużąc oczy przygląda się przez parę uderzeń serca jak typiara sobie pomyka przez zaspy. Nie no, bez kitu, to jest totalnie ona. Szara zrywa się na równe łapy i robi kilka susów w jej stronę nim zatrzymuje się sztywno.
– To ty! – ni to oskarża, ni to stwierdza fakt, ale z pewnością robi to głośno.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxx– Hm? – wydała z siebie dźwięk, by po chwili obrócić się w stronę, z której dochodził głos i... – Och, to tak. Tak, to ja – przyznała się tym razem nawet bez bicia i zmierzyła wzrokiem szarego szczura, który wtedy też miał do niej niespotykany i niefajny problem. Kotka jednak nie atakowała, a Onyks... w sumie przydałaby jej się przemoc, potrzebowała wyzbyć się wszystkich nieprzyjemnych i niejasnych myśli z głowy. xxxx– Przyszłaś dać mi szansę na rewanż? – zapytała oblizując jeden z kłów, chociaż nie zrobiła tego ostentacyjnie... było to raczej z podekscytowania, niż dla samego podjudzenia przeciwniczki. Kto by pomyślał, że spotka ją tutaj i to jeszcze w najlepszym momencie? Najwyraźniej los częściej był po jej stronie, nawet gdy tak naprawdę nie był. Wszystko się waliło, a potem zsyłał jej coś, by naprawić jej humor - kochane.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Bez problemu zwraca na siebie uwagę kocicy. Znaczy wiadomo, to trzeba by być głuchym żeby zignorować tak donośny głos. Ale zawsze mogła też rozpoznać kto to taki ją woła i truchcikiem ruszyć do ucieczki (rozczarowujące, co tu dużo mówić). Na szczęście nic takiego się nie dzieje, typiara się odwraca i odzywa. Szary ogon podryguje w zniecierpliwieniu na leniwą reakcję, ale zaraz okazuje się, że może, MOŻE, to spotkanie nie będzie równie bolesne co wyrywanie zęba.
Pojawia się kwestia rewanżu. A każdy kto zna Brzózkę dłużej niż pięć uderzeń serca wie, że w to jej graj. Musiałaby być obłożnie chora by zrezygnować z przemocy.
– A będziesz się tym razem faktycznie bić czy tylko uciekać? – oblizuje kły, którymi zaraz zresztą błyska w szerokim uśmiechu. Jej postawa prędko zmienia się ze sztywnej i zaalarmowanej na bardziej płynną. Koteczka ugina lekko łapy i obniża łeb. Zmiana nie jest tak ewidentna jak przy przejściu do pozycji łowieckiej, ale definitywnie jest gotowa na lanie po pyskach nawet teraz.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxPytanie szarej ją rozbawiło, bo owszem uciekała wtedy, ale nawet nie zamierzała się bić, a została do tego zmuszona – jak na złość – przemocą. Nie mogła też nie przyznać, że kotka dawała sobie radę i jak na jej gusta trudno się było przyznać, ale zawsze to robiła – była słabsza w klepaniu się. Zazwyczaj uciekała od walk swoim urokiem i wdziękiem osobistym, podstępem, manipulacją lub na głupa – czyli nie oglądając się za siebie, sus w krzaki, czy cokolwiek innego i zgubić. xxxx– Przekonasz się – rzuciła wesoło i mrugnęła jej okiem na dodanie wypowiedzi śmieszności, a następnie cóż... rzuciła się. Nim to jednak nastąpiło przygotowała się uginając łapy oraz kryjąc kark i dopiero potem wyskoczyła z zamiarem capnięcia w czubek głowy szarego szczurka, która to przypałętał się do niej.
Rolling 1d10+3: 6 +3 = 9
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Niestety na Brzózkę nie działają takie zagrywki jak urok osobisty czy wdzięk (to w ogóle się czymś różni??). Jest prostym organizmem i jak na prosty organizm przystało procesy myślowe zachodzące w jej głowie skomplikowane nie są. Teraz chociażby, gdy słyszy przekonasz się, nie zastanawia się nad tym zbyt wiele. Nie analizuje ani słów, ani gestów orientalnej kocicy. Niech jej będzie, szara zamierza się przekonać. Ale jeśli tylko ta znowu będzie przez większość czasu skakać tylko i nie silić na kontrataki to zarobi kłami w uszko.
Przeciwniczka od razu skacze w stronę Brzózki i celuje łapą w szare czoło. Trafia nim koteczce udaje się uskoczyć, więc zaraz ból rozlewa się po czaszce, a zielonkawe oczy przymykają się odruchowo. Więc uderzenie serca później, nieco na oślep, Brzózka próbuje odwdzięczyć się ciosem w nos, póki jest jeszcze w zasięgu jej łapy.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
Mówiła, że szaraczek się przekona i tak właśnie będzie, nie odskakuje i nie zamierza też ruszać się z miejsca. Parę ciosów przyjąć i tak zamierzała, więc czemu by nie przyjąć tego pierwszego? Dostaje prosto w nos przez co, aż czuję potrzebę go wytrzeć o coś, powstrzymuje się jednak, a jej jedyna reakcja to pokręcenie chwilę nosem. Nie czeka też na to, by przeciwniczka się ogarnęła i atakuje ponownie chcąc walnąć ją z bara prosto w jej bok, więc wcześniej wykorzystuje moment i przenosi się na odpowiednią pozycję do wykonania ataku.
Rolling 1d10+3: 4 +3 = 7
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle