- Nie powiedziałabym tak, gdybym tak nie uważała - rzekła do córki. Nie kłamała. Naprawdę była z niej dumna i jej słowa były w pełni szczere. Pewnie nie powiedziałaby nic, gdyby wyniki Wróbelek jej nie zadowoliły, ale takiej opcji w zasadzie nie było. Jaskółka była dumna z każdego, nawet najmniejszego kroku swoich kociąt, więc nieważne co by zrobiły, ona zawsze będzie dumna.
Srebrzysta pokiwała przecząco głową.
- Nie. To ty jesteś po prostu taka zdolna - nie była dobrą nauczycielką, w żadnym wypadku. To po prostu bura koteczka była taka zdolna i w mig wszystko pojmowała. Metody nauczania samotnej matki nie miały tutaj nic do rzeczy. W końcu ona, w przeciwieństwie do swojej córeczki, była we wszystkim beznadziejna i popełniała błędy na każdym możliwym kroku. Dobrze, że jej potomstwo tego po niej nie odziedziczyło.
b i r d s.flying.high.you knowhow Ifeel sun.in.the.s k y.you knowhowIfeel breeze driftin'on by.you knowhow Ifeel
it's anewdawn it's anew d a y it's an e wlife - ̗̀ FOR ME ̖́-
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
— Schlebiasz mi. — Zachichotała córka, łapką zasłaniając oczka i policzki, na których znów wyskoczyły dwa, intensywniejsze, ceglane rumieńce. Zamrugała parokrotnie, ukazując swoje rzęski, a potem kiwnięciem głowy zaproponowała mamie dalszy spacer. Ruszyła przed siebie, znowu rozglądając się dookoła, zawieszając spojrzenie na kolorowych motylkach i innych, małych robaczkach, które wiły się po skałach. Podeszła do jednej, dzióbek przystawiając bardzo blisko do czołgającej się dżdżownicy, a po chwili na jej pyszczek wdarł się wesoły, beztroski uśmiech. Usłyszawszy kolejne słowa mamy, przestała się wlepiać w małe stworzonko i przerzuciła na nią wzrok. — Znów to robisz — zauważyła — Daj się przegadać i uwierz, że jesteś wspaniała! — Gdyby nie Jaskółka, bura nadal trudziłaby się w wielu rzeczach i nie miałaby nikogo, kto mógłby przytulić i poopowiadać jakieś rzeczy. Mama była dla niej najbliższą osobą: mimo, że swoje rodzeństwo kochała nad życie, nikt nie mógł srebrzystej zastąpić. — Pościgamy się? Proszę! — Kotka zaczęła podskakiwać energicznie, chcąc pokazać ile werwy ma w sobie, co równało się z tym, że nie zaspokakając zapału, może być nieszczęśliwa. Potem zrobiła maślane oczka i pomerdała brązowym ogonkiem, który był równie żywy co ona. Rodzicielka nie mogła dać się prosić!
— Po prostu mówię prawdę! — żadne schlebianie, czy nic nie warte pochwały. Wszystko co mówiła Jaskółka było prawdą i Wróbelek miała predyspozycje do zostania naprawdę dobrą łowczynią! Tylko no, nie teraz i nie w najbliższym czasie, bo mamusia zejdzie na zawał. Chyba że jakoś sprawnie będzie ukrywała te całą zwierzynę, czy coś tam. Nie odmówiła propozycji córki i ruszyła z nią na dalszy spacerek, uważnie obserwując każde jej poczynanie. Niesamowite, że taka wspaniała, pełna radości istotka wyszła z takiej porażki życiowej jaką była srebrzysta kocia. Niesamowite. — Nie powiedziałam ci jeszcze wszystkiego o polowaniu, ale możemy to kontynuować następnym razem — mruknęła jeszcze nim zdążyły zmienić temat. Nie powiedziała jeszcze burej jak się skradać do danej zwierzyny, ale... może to i lepiej. Może to powstrzyma Wróbelek przed samotnymi polowaniami. Oby.
Zamrugała parokrotnie na słowa córeczki, nieco zszokowana, a jej pyszczek przybrał poważny wyraz. Uśmiech zniknął. — Nie lubię się okłamywać, skarbie. Czasem... czasem po prostu wiesz, że koty mówią pewne rzeczy dlatego, że tak wypada, a nie dlatego że to prawda — wytłumaczyła swoje stanowisko. Doskonale wiedziała, że nie była wspaniała. Była żałosna, beznadziejna. Nie zasługiwała na to, by w ogóle o niej myśleć cokolwiek dobrego, dlatego tak bardzo nie zasługiwała na te kocięta. One były takim promyczkiem szczęścia, tylko one potrafiły doprowadzić ją do uśmiechu. Było jej tak wstyd, że nie potrafiła im zapewnić bezpieczeństwa i miejsca w klanie. Ugh.
— To kto pierwszy dobiegnie do tamtego drzewa? — powiedziała, wskazując głową na znajdujący się jakieś 3-4 metry od nich dąb. Wyglądał jak potencjalnie dobra meta.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Na zapewniający głos mamy, przez jej ciało ponownie przeleciała przyjemna fala ciepła. Nie wiedziała jak to wytrzyma, ale jeśli Jaskółka nadal będzie głaskać jej dumę, córka wybuchnie za chwilę z gorąca. Pochwały – i to podobnież szczere – bardzo podobały się małej Wróbelek, wówczas uważała ona matkę za swój autorytet i wzór, który musi naśladować; inaczej nie będzie tak wspaniała, choć oczywistą rzeczą było, że rodzicielce nie dorówna za nic w życiu, choćby miała stanąć na łapach. To było dosyć kuriozalne – bura nie mogła się nacieszyć, jakim sposobem dostała od losu taką mamę, a z kolei jej dawczyni życia zastanawiała się, skąd przy niej takie wesołe, beztroskie dziecię. Najwidoczniej Wróbelek miała to po srebrzystej.
— AHA! — krzyknęła, jak na siebie dosyć skromnie. — Ale JA, twoja córka, mówię to szczerze, a nie dlatego, że tak wypada. Jesteś świetna, zawsze przytulisz, opowiesz jakieś historie, uratujesz przed mrówkami, przyniesiesz jedzonko, zapewnisz zarówno mi jak i mojemu rodzeństwu bezpieczeństwo i miły czas — wyrecytowała dumnie, mrużąc ślepia o kolorze intensywnego cyjanu i lekko trąciła mamę łapą w bok. — Może i nie udało się dołączyć do tego całego Klanu, ale...! To nie jest twoja wina, a ich strata, bo nie docenili twoich szczerych intencji i zaprzepaścili szansę posiadania w swoich progach tak odjazdowej wojowniczki, bijącej na głowę koty, które urodziły się właśnie tam! Swoją drogą, to bez znaczenia, w małej grupce nam lepiej, a przynajmniej mi. No... I chcę, żebyś w siebie uwierzyła, bo będę wbijać ci to do głowy aż nie dojdzie do skutku! — Wróbelek uśmiechnęła się promiennie, podchodząc bliżej do srebrzystej i ocierając się o jej klatkę piersiową, mrucząc przy tym wesoło. Po paru sekundach odeszła, chcąc kontynuować spacer. Wzmiankę o polowaniu już zakończyła: dopyta się o to następnym razem, albo sama do tego dojdzie, ale nie mogła pozwolić na to, żeby lekcja przeszkodziła jej w nadziewaniu matki swoją wartością. Słysząc pytanie, przez jej pyszczek przeleciał chytry uśmiech i – niewiele myśląc – rzuciła się do biegu, z jednej strony chcąc wygrać, z drugiej – wiedząc, że mama i tak jest szybka. Nie był to jakiś ogromny dystans, ale jak dla Wróbelek – dostatecznie długi, żeby dobrze się bawić.
Jaskółka słuchała uważnie słów córki, otwierając przy tym szerzej oczy ze zdumienia. Nie wiedziała jak powinna się teraz czuć. Nie wiedziała jak ma się zachować. Nie wątpiła w szczerość intencji burej, nie wątpiła w to, że jej teraz nie kłamała, a jednak, z jakiegoś powodu, nie potrafiła jej uwierzyć. Nie potrafiła się zgodzić z ani jednym słowem Wróbelek. Nie była świetna. Była beznadziejna i naiwna. Dała się oszukać kocurom dwa razy, w tak krótkim odstępie czasu. Nie potrafiła się uczyć na swoich błędach i trzymać z dala od zła, od tego co ją skrzywdziła. Sparzyła się raz i dopuściła do tego, by coś takiego miało miejsce ponownie, miast wyciągnąć jakieś wnioski i poważnie się zastanowić następnym razem przed podjęciem jakiejś decyzji. Zapewnianie bezpieczeństwa kociętom było natomiast złudzeniem. Mogło się tak wydawać, ponieważ żaden drapieżnik jeszcze ich nie namierzył i nie zaatakował. Gdyby jednak coś takiego miało miejsce, Jaskółka oczywiście rzuciłaby się do walki w obronie potomstwa, jednak zginęłaby, a zaraz po niej jej dzieci. Nie potrafiła walczyć, była słaba. Nie miałaby najmniejszych szans nawet z łasicą, czy szczurem, o takim lisie nie wspominając. Nic im się jeszcze nie stało tylko dlatego, że jakaś dziwna siła sprawowała nad nimi opiekę i odganiała niebezpieczeństwa. Nie była to jednak zasługa srebrzystej i nigdy nie będzie. Odrzucenie kandydatury na członka klanu Gromu także było jej winą. Dała się nabrać Lwu, pozwoliła by nagadał jej głupot, naiwnie wierzyła w każde jego słowa, po czym zbłaźniła się przed Trzmielą Gwiazdą. Nie potrafiła przemyśleć tego co mówi i zamiast skupić się na dobru klanu, skupiła się na swoim potomstwie, o którym cały czas mówiła podczas rozmowy z tęgim kocurem. Nie potrafiła wtedy być o krok przed nim i mówić to, co chciał usłyszeć. Mówiła to, co chciała powiedzieć. Głupota. Była głupia. Nie zasługiwała na żadną dobrą rzecz w życiu, a jednak trochę ich było. Całe cztery.
Nie potrafiła przyjąć żadnego komplementu, który padł w jej stronę z pyszczka córki. Nie były zasłużone.
W błękitnych ślepiach Jaskółki zaczęły się zbierać łzy, których nie była w stanie powstrzymać i pozwoliła, by powoli zaczęły cieknąć po jej policzkach. Odwróciła głowę, nie mogąc spojrzeć Wróbelek w oczy i zaczęła nią kręcić przecząc, licząc na to że ta zrozumie, iż matka się z nią nie zgadza. - J-ja dałam wy-wykorzystać... A-amor - zaczęła, chcąc powiedzieć jej prawdę. Nie chciała, by ta miała tak nieprawdziwy obraz matki w głowie. Chciała, by przedostatnia z miotu zdała sobie sprawę z tego, jak żałosną ma matkę, jak pozwoliła się wykorzystać, jak głupia była i jest nadal, powtarzając ten sam błąd dwa razy. Nie potrafiła. Na samo wspomnienie ojca jej kociąt dostawała ataku paniki. Zaczynała się zapowietrzać i popadać w szloch, którego nie potrafiła kontrolować. - Nie po-potra-trafię. Prze-przepraszam - wydukała, po czym pobiegła w przeciwnym kierunku. Nie miała odwagi spojrzeć w jej cyjanowe oczy i opowiedzieć o tym wszystkim. Coś ją blokowało.
zt? XDXD
b i r d s.flying.high.you knowhow Ifeel sun.in.the.s k y.you knowhowIfeel breeze driftin'on by.you knowhow Ifeel
it's anewdawn it's anew d a y it's an e wlife - ̗̀ FOR ME ̖́-
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Ojej, nie sądziła, że tymi komplementami wszystko zepsuje. Pot oblał jej łapki, a na czole pojawiły się niesforne zmarszczki, świadczące o znacznym stresie kotki. Spoglądała na matkę zrozpaczonym wzrokiem, gdy z jej błękitnych oczu zaczęły lecieć łzy. Co miała zrobić...? Dała rodzicielce ciszę, nie odzywając się ani słowem, tylko wbijając w nią intensywne spojrzenie, prawdopodobnie nakładające na srebrną duży nacisk, ale jej córka nie myślała w tym momencie w ten sposób; nie zdawała sobie sprawy, że może być natrętna. Oddychała pospiesznie, prawdopodobnie z podenerwowania i w dalszym ciągu wierciła w kocicy domagającym się spojrzeniem, do czasu gdy ta nie wydusiła z siebie dramatycznych słów.
Amor.
Bura nie znała tego imienia, ba! Pomyślała sobie na początku, że to jakiś szyfr. Delikatnie przekręciła głową, słysząc, że mama dała się wykorzystać, i w pierwszej kolejności nie chciała w to uwierzyć – wiedziała jednak, że Jaskółka nigdy jej nie okłamie, więc musiała jej zaufać. Jej twarz przybrała jeszcze bardziej przykry grymas, kompletnie do niej niepasujący, i pozwoliła sobie tyknąć błękitnooką końcówką ogona w bark, chcąc dać jej otuchy. Teraz zrozumiała, że Amor to musi być jakiś kot, według wszelkiego prawdopodobieństwa ten, który skrzywdził jej mamę. Niemal natychmiast jej pysk przybrał nieprzyjemną barwę, a sylwetka postawę godną dzielnego wojownika. Była gotów znaleźć tego frajera i wojować niczym bohater, jednak słowa i ruch matki przerwały jej entuzjazm. Spojrzała za odbiegającą rodzicielką i stała tak pewien czas w bezruchu, patrząc, jak ta się oddala, ale nie mogła tego tak zostawić, więc po jakimś czasie ruszyła za nią, ledwo wyrównując jej tempa.
— Mamo...! Zaczekaj! — krzyknęła, z trudem ją doganiając. — Ja obiecuję, że nie będę o to pytać, ale proszę, wróć ze mną do legowiska! — Fala zmęczenia oblała jej ciało, a z pyska wylatywał jej charakterystyczny, dyszący ton. W pewnym sensie kłamała, mówiąc to, ale nie pozwoli, żeby ten ktoś wrócił i ją znowu skrzywdził, więc musi dowiedzieć się kim jest tajemniczy jegomość Amor i wykluczyć go na zawsze z ich życia. Spojrzała na mamę błagalnie, ogonem wskazując przeciwną stronę, prowadzącą do ich domu i – prawdopodobnie – czekającego rodzeństwa burej.
Nie chciała, żeby córka za nią podążała. Nie chciała, żeby znowu widziała jak matka płacze, jaka jest żałosna, jaka jest słaba. Potrzebowała samotności, ostatnie czego potrzebowała, to konfrontacja z Wróbelek, by ponownie pokazać się od tej najgorszej strony. Nie mogła jednak nic na to poradzić i usłyszawszy głos kotki, spięła mięśnie. Odwróciła się do niej i spojrzała oczami czerwonymi od płaczu. Chciała poprosić, żeby wróciła do legowiska sama, żeby powiedziała rodzeństwu że lepiej im będzie bez matki, że kiedy będą sami, to będzie im lepiej, jednak nie potrafiła z siebie wydusić ani słowa, jedynie dławiła się łzami. Chciała jeszcze raz przeprosić za to, że jako jej córka musi to wszystko oglądać, że musi doprowadzać matkę do porządku, co przecież nigdy nie powinno mieć miejsca, ale tego też nie potrafiła zrobić. Po prostu runęła na ziemię, zupełnie jakby zabrakło jej gruntu pod łapami i położyła się, zasłaniając oczy łapami. Nienawidziła siebie. Nienawidziła za to, że nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami, że nie potrafi powiedzieć dzieciom prawdy o ich pochodzeniu, o ojcu. Że jedyne co umie robić to użalać się nad sobą i płakać. Te maluchy, te małe promyczki zasługiwały na o wiele więcej. Na więcej niż była w stanie im zaoferować. Dlaczego nie potrafiły tego zauważyć? Dlaczego cały czas przy niej trwały, jakby na to zasługiwała? Przecież tak nie było.
b i r d s.flying.high.you knowhow Ifeel sun.in.the.s k y.you knowhowIfeel breeze driftin'on by.you knowhow Ifeel
it's anewdawn it's anew d a y it's an e wlife - ̗̀ FOR ME ̖́-
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
A Wróbelek z kolei... chciała pomóc. Widok tak zrozpaczonej matki nie działał na nią najlepiej. Czuła jak serce przerzyna jej się w pół, pozostawiając w swym miejscu jedynie szkaradną i bolesną dziurę, zapełniającą się żałosnym szlochem srebrzystej kocicy, kolejny już to raz z rzędu. Nieraz miała okazję zobaczyć płaczącą samotniczkę, niejednokrotnie mogła poczuć jej ból... ale mimo to nigdy nie przeszło jej przez myśl, żeby nazwać ją żałosną i pozwolić się osierocić. Jak straszne Jaskółka mogłaby mieć o sobie zdanie – jej przedostatnie dziecko było gotów trwać obok i przeżywać z nią te ciężkie chwile, nie będąc nawet świadom, czym były one spowodowane. Wbrew wszystkiemu, nie pytała. Była świadoma sytuacji, wiedziała, że nie powinna teraz tego drążyć... I nawet tego nie chciała. Wystarczyła jej wiadomość, że ktoś skrzywdził jej matkę. To było jedyne, co chciała na ten moment wiedzieć. Że jakiś frajer dopuścił się tak ohydnego czynu, przez który najprawdopodobniej kocica tak często ryczała.
Bura wbiła pazury w ziemię, widząc zaczerwienione od płaczu oczy matki. Nie podobało jej się to. Przeczesała spojrzeniem całą jej sylwetkę, pauzę robiąc finalnie na jej barkach. Wyjęła pazury, biorąc kilka głębszych wdechów. Nie mogła się teraz denerwować. Musiała być silna dla mamy, pokazać jej, że jej na niej zależy i nie pozwoli, aby ta cierpiała. Schyliła się ku niej, uprzednio biorąc parę głębszych wdechów.
— Wstawaj mamo! Możesz oprzeć się o mnie. Chodźmy — poleciła. Choć w jej głosie trudno było nie dostrzec radosnej nutki, w tym momencie ta była mocno przyćmiona przez chłód i narastający stres. Musiała zająć się matką tak, jak ta robiła to parę księżyców temu. Odwróciła się do srebrnej ukosem, oferując podparcie się o jej bok i pokręciła głową w stronę legowiska. Musiała ją tam dowlec, a potem sama rozwiązać zagadkę o Amorze, którego imię, swoją drogą, powodowało u niej odruch wymiotny. Nie wiedziała nawet czego się dopuścił i dlaczego rodzicielka tak przez niego cierpi, ale to wystarczało jej całkowicie, żeby wiedzieć, że trzeba skopać mu kufer. Już w tym momencie mogła nazwać go idiotą, co w połączeniu z jej pozytywnym usposobieniem, nie mogło zwiastować nic dobrego, wręcz przeciwnie: coś bardzo strasznego, czego ona sama jeszcze nie znała.
Gdyby Jaskółka wstała i podparła się o córkę – lub nie – bura poszłaby z nią do legowiska.
Nie mam siły opisywać jak źle czuła się Jaskółka, więc przyjmijmy, że było cały tak samo okropnie, bo umrę, dziękuję. Poczuła jednak... coś, czego nie potrafiła jakkolwiek nazwać, gdy pomimo tego wszystko jak się teraz zachowywała Wróbelek przy niej została i starała się jej jakoś pomóc. Z trudem wstała na łapy i przytuliła się mocno do córeczki, by wypłakać się w jej objęciu, czując ogromne zażenowanie samą sobą. Coś takiego nigdy nie powinno mieć miejsca. Żadne z jej kociąt nie powinno jej widzieć w takim stanie, a już na pewno nie powinno jej uspokajać. To było nie do pomyślenia, jednak w tym momencie starała się skupić na bliskości z córką. Na bliskości, której tak teraz potrzebowała.
Kiedy już doszła do siebie, zgodziła się, by bura ją podtrzymywała, ale nie rozmawiała z nią i unikała kontaktu wzrokowego. Było jej wstyd, chciała o tym jak najprędzej zapomnieć. Chciała po prostu położyć się w swoim legowisku i udać że to kolejny zły sen. Zresztą, tak też zrobiła, gdy już dotarły na miejsce.
zt XD
b i r d s.flying.high.you knowhow Ifeel sun.in.the.s k y.you knowhowIfeel breeze driftin'on by.you knowhow Ifeel
it's anewdawn it's anew d a y it's an e wlife - ̗̀ FOR ME ̖́-
Średniego wzrostu, nieco grubsza kotka o niebieskawej, krótkiej sierści. Łapy ma umięśnione i silne, ogon puszysty i średniej długości. Nos i poduszeczki łap ciemne, oczy okrągłe, w złotym kolorze.
Charakter kotki jest dość...ciężki do opisania. Wybuchowa, impulsywna i nieprzywidywalna - tak można ją z pewnością opisać. Jest też dumna, ale ostatnie zdarzenia sprawiły, że czuje się mniej pewna, może nawet zagrożona w klanie i żyje w ciągłym strachu na myśl o Gwiezdnych. Zależy jej na rodzinie pomimo tego, że często się kłócą. Poza tym lojalna, lekkomyślna i...może nieco naiwna i zagubiona. Ciekawa mieszanka wybuchowa.
A Irys to tu jeszcze nie było.
Ogólnie, kotka spacerowała bardzo dużo, z sumiennością chodziła na patrole i aktywnie uczestniczyła w jakichś polowaniach, ale to było mimo wszystko na terenach wichru. Tam czuła sie dobrze, swobodnie i pewnie, co sprawiało, że z tych wszystkich czynności czerpała przyjemność i była to dobra rozrywka. Na granicę chodziła równie chętnie, ale różnie bywało z nawiązywaniem kontaktów z kimkolwiek z innych klanów, w końcu, tsk, z reguły to były jakieś frajerskie dzieciaki niegodne uwagi.
Ziemie Niczyje natomiast...śmierdziały. Samotnikami, kotami wyjętymi spod kodeksu, wygnanym lisim łajnem i durnymi uciekinierami, którzy mieli dość obowiązków w klanie. Były też wprawdzie zagubione dusze, chociażby jak Poranna Łapa przez parę księżyców, ale...ale ona to ona. Wróciła do klanu. Samotnicy musieli ją skrzywdzić, znaczy, prawdopodobnie to zrobili, więc...więc są obrzydliwi. Poza nimi były też pieszczoszki, te marne, słabe jak gałązki pokraki, które się z reguły tu gubiły, czy jakoś tak. Ta, biedactwa. Niegodne uwagi Irysowego Zmierzchu, aha.
Jednak, hm, niebieska stwierdziła, że może dla odmiany się po nich przejść, lepiej je poznać. Nie są jakieś cudowne, roi się tu od podejrzanych typów, ale może być więcej zwierzyny, no a poza tym, awans jakoś tak ją zmotywował do czegoś nowego.
Takim sposobem wyruszyła na swoją cudowną wędrówkę, która miała być ledwo krótkim spacerkiem, ale...zagapiła się. Nawet bardzo, ale była po prostu nastawiona na tropienie wszystkiego, poznawanie tych miejsc, gdzieś z tyłu jeszcze przychodziły do niej różne myśli – w końcu Wilczomlecz zaginął, tata, no i nie wrócili. Co jeśli po prostu woleli gdzieś zostać...?
Nie, nie, głupi pomysł. Drżący Głos był jaki był, ale...ale był wojownikiem. Nie zostawiłby klanu od tak.
W każdym razie, dotarła do Jagodowego Zagajnika i stwierdziła, że przydałaby się jej chwila przerwy. W związku z tym, przysiadła prze najbliższym drzewie, opierając się o jego pień plecami, by zapewnić sobie takie bezpieczeństwo, chociażby od tyłu. Teraz nikt jej nie zaskoczy, nie? Zaczęła powoli przeczesywać językiem futro na swojej piersi, cały czas pozostając czujną i nasłuchując, eee, wszystkiego.
Ciało kotki, niezmiennie pokryte jest rudym, pręgowanym tygrysio, krótkim futerkiem. Na pyszczku, piersi, brzuchu i łapach, oraz spodzie ogona, delikatnie się przejaśnia, wpadając bardziej w kremowy odcień. Mimo upływu księżyców, nie uległo ono wielkiej zmianie poza tym, że na jego długości pojawiło się kilka szczególnych blizn takich jak; blizna na piersi, barku oraz tylnej, lewej łapie. Córka Traszkowego Grzbietu wyrosła, stając się wysoką i smukłą, a przede wszystkim dorosłą kocicą. Ma długie łapy, które pozwalają jej na sprawne pokonywanie sporych dystansów, kształtny łepek do którego wrócimy i długi, biczowaty ogon zakończony charakterystyczną białą plamką. Posiada żywo-pomarańczowe ślepia, ciemny, drobny nosek w kolorze cegiełki, nieco pożółkłe kły oraz uszy w tym jedno dość mocno poszarpane. Można łatwo stwierdzić, nie będąc geniuszem, że zmieniła się nie do poznania i chyba tylko najbliższe jej niegdyś koty, będą w stanie ją sklasyfikować jako Lisek z dawnych lat.
Ostra, pewna siebie i szczera wręcz do bólu. Nie kryje się ze swoim niezadowoleniem, mówi wszystko wprost tak jak to widzi i czuje. Często można ją przyłapać na nadmiernym używaniu sarkazmu czy cóż...obelg. Totalne przeciwieństwo tej, którą być może zapamiętali starsi wojownicy Klanu Cienia. Teraz? To jedynie cień jej charakteru, skryty pod taką a nie inną maską. Wewnątrz kryje się ta wesoła kotka, jednak ktoś musi ją wydobyć. Zapowiada się długie kopanie!
Nuda, nudę goni. Nie miałam co robić podczas oczekiwania na rozmowę z Płomykówkowym Lotem odnośnie przyjęcia mnie do klanu. Cóż, miałam się stawić jutro, dlatego miałam jeszcze cały dzień na to, aby się nacieszyć wolnością. Jak to zrobić? Oczywiście, że idąc się poszlajać gdzieś w okolicy. Padło na Jagodowy Zagajnik. Było to blisko Pierzastego Lasu i Leśnych Ostępów. Czyli miejsc, w których to się najczęściej zjawiałam oprócz Dużego Gradu rzecz jasna. Tam to nawet chciałam przez jakiś czas zamieszkać już na stałe, ale spotkanie z Chrząszczowym Brzuchem i Krogulczym Szponem mi to przeszkodziło. Nie żebym narzekała, bardzo dobrze się złożyło, jednak hm...Tam też był bardzo ładny teren, który mógłby służyć mi za alternatywę, gdybym do Klanu Cienia się nie dostała. Przez wilgotną pogodę, moje futro było w nieładzie. Jakby i bez tego deszczu niby byłoby w lepszym! W każdym razie...Udałam się na spacer to chyba powinnam go spędzić odpowiednio, nie? Coś tam sobie upolowałam a resztki zakopałam pod jednym z krzewów tych śmiesznych, jadalnych kuleczek, których już dawno nie było. No chyba że jakieś zgniłe tam w poszyciu, jednak to nie target dla mnie. Rozejrzałam się po terenie i dojrzałam bardzo ciekawe drzewo, którego pień był odpowiedni do wspinaczki, a niższe gałęzie odpowiednio wysoko nad ziemią i odpowiednio szerokie by móc się na nich położyć. Samotny odpoczynek w miejscu, które nie należy do nikogo - odpowiednie zwieńczenie ostatniego dnia bycia samotnikiem. W taki oto sposób wdrapałam się na drzewo i zajęłam dumne miejsce na jednej z gałęzi, kładąc się na niej z wystającą łapą i opadającym bezwładnie, długim, rudym ogonem. Przymknęłam ślepia, ciesząc się chwilami spokoju, układając przy okazji myśli po ostatnio przeprowadzonej rozmowie. No dobrze, pointka poszła rozmawiać z Wężowym Zadkiem a ja miałam czekać na werdykt do jutrzejszego dnia. Nie był to długi okres, co mnie nieco martwiło. Nie dała mi nawet się pożegnać z przyjaciółmi ze starych śmieci! Oj czekaj, ja ich nie miałam. Hm...czy te pieszczoszki co mnie ugościły, mogłabym nazwać mianem przyjaciół? Nie. Zdecydowanie nie. Zamieniłam z nimi słowo z przymusu a i tak nasze rozmowy wyglądały dość komicznie bo to zazwyczaj ktoś od nich gadał a ja przytakiwałam, burczałam, charczałam jakieś słowa w odpowiedzi. Nic więcej. Znikniecie ze stodoły bez ''do widzenia'' z mojej strony na pewno serc im nie pokruszy. Nie pierwsza i nie ostatnia co się tam przewinie i przewinęła. Powinni się przyzwyczaić. Mój spokój przerwało jednak pojawienie się nieproszonego gościa w postaci...A to ciekawe, jakiejś niebieskiej kotki! Nie pachniała jak samotnik, nie pachniała jak Klan Cienia. Poruszyłam uszami, zerkając na nią z góry - nie zaważyła mnie, spokojnie opierając się o pień drzewa, chcąc pewnie w ten sposób zapewnić sobie bezpieczeństwo. Chwile mi zajęło nim poznałam zapach którym to mnie uraczyła. Jakiś klanowy kot, tylko który? Do wyboru, do koloru, jeszcze trzy opcje! Rzeka, Grom, Wicher...Kto ma tu najbliżej? Wicher! xx- A ty dziecko, to się tu zgubiłaś czy świadomie się nadstawiasz? - zaczęłam obojętnie, patrząc na nią z góry, z lekko poruszającym się przy tym ogonem o białej końcówce. Moje połamane wibrysy nieco drgnęły kiedy przeciągnęłam się bez skrepowania na gałęzi, poprawiając tym samym pozycje na nieco bardziej wygodną do rozmowy.
cut outthe thingsthat Idon't need and Idon't careif youdisagree ̖́- IDON'TNEEDNOSYMPATHY! winningthe gameon myown
Tym razem, wyjątkowo, jadła sobie. Tak, dokładnie. Jak zazwyczaj w większości sesji spacerowała, tak tym razem jadła, konkretnie królika. Niedawno polowała, ponieważ zgłodniała, a chodzenie z pustym brzuchem nie było zbyt fajne. Udało jej się upolować właśnie tego królika, oraz dwie myszy. Miała zamiar zjeść teraz królika i jedną z myszy, a drugą postanowiła sobie zostawić na następny dzień, ponieważ było już późno i się robiło coraz ciemniej. Następnego dnia miała również zamiar w końcu sobie ogarnąć jedną i konkretną miejscówkę, zrobić sobie z niej własne, prywatne legowisko, bo... dlaczego by nie. Wciąż takowego nie miała, a może by się jej przydało jakoś, hm.
Mistrz: Nie ma i nie będzie Płeć: kocur Partner: -
Półmrok jest szczupły, długołapy i wygląda niepozornie, może nawet przyjaźnie, jest przyjemny dla oka. Przystojny, dobrze zbudowany wysoki kocur o urodzie kota bengalskiego, którym w istocie jest. Jego ciało zdobi krótka, srebrzysta sierść, jaśniejsza na podbrzuszu i ciemniejsza na grzbiecie (srebrny charcoal). Upstrzona jest czarnymi rozetami z wyjątkiem grzbietu, gdzie pojawia się pojedyncza pręga przecinająca całe jego ciało aż do ogona. Smukła mordka ozdobiona jest długimi białymi wibrysami, dużymi oczami barwy świeżej mięty, ciemnoszarym nosem i parą uszu, z czego prawe jest w strzępach po dawnej bójce. Na jego ciele pojawiają się liczne drobne blizny, jednakże większość skryta jest pod szorstkim w dotyku futrem, niewidoczna dla niewprawnego oka, wyjątkiem jest widoczne ugryzienie na połowie ogona.
Odznaczający się dużą pewnością siebie twardo stąpający po ziemi samotnik. Nie traci zimnej krwi i ciężko go sprowokować, choć z pewnością nie jest tchórzem bojącym się każdego konfliktu, ani typem narwańca rzucającego się w paszczę każdego niebezpieczeństwa byle tylko udowodnić swoją wartość. Jest ostrożnym realistą, który chłodno ocenia swoje szanse i dopiero później, na podstawie wysnutych wniosków, działa. Półmrok jest typowym introwertykiem nauczonym by samotnie zmagać się ze wszystkimi przeciwnościami losu i problemami. Szuka sojuszników, nie przyjaźni czy relacji wiążacych się z przywiązaniem i dużym zaangażowaniem. Nie ma problemu z nawiązywaniem przelotnych znajomości, przychodzi mu to z łatwością; lubi poplotkować i powymieniać się informacjami, posłuchać nowinek i sam się nimi podzielić. Odznacza się dystansem i nieufnością, choć nie pozwala, by jego rozmówca to zauważył. Przejawia się to tym, iż rzadko mówi o sobie i na pytania o swoją przeszłość czy umiejętności odpowiada gładkimi słówkami nie niosącymi ze sobą żadnej treści.
Sztormowy Pazur (rzeka), Popielate Niebo i Barwna Ścieżka (wicher)
Półmrok nie miał zbyt wiele do roboty i wyjątkowo się nudził. Tego dnia dał sobie spokój z klanami oraz z osiedlem, postanowił rozejrzeć się po okolicach i poszukać ciekawszego miejsca dla siebie, gdyż na razie żadne nie wpadło mu w oko. Wyszło jednak tak, że w trakcie podróży trafił na dosyć świeży koci zapach, który zaprowadził srebrzystego w stronę jeżynowego zagajnika. Kocur szedł tropem, rozglądając się co jakiś czas. Wyglądało na to, że kot był sam, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nie należy do żadnej z czterech grup, ale o tym dopiero się przekona.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
U Fali nie zmieniło się nic i to już od ponad dwóch księżyców - dalej jak głupia szukała Algi nie chcąc dopuścić myśli, że nie żyje. Że została sama na tym wielkim, podłym świecie/ Czy naprawdę tak było? Zawsze mogła sobie dopowiedzieć, że ma jeszcze rodzinę od strony Olchy... Ale nie chciała ich traktować jak rodzinę. Bury zabił jej ojca i nawet jeżeli był tak zły i podły jak wszyscy, to nadal ciężko było jej wybaczyć zbrodnię, jaką popełnił. Więc jeżeli wyłączyła i jego to kto jej został. Z przyjaciół miała Przymrozka... Ale on chyba jej nie chciał znać. W końcu i tak trenowała go od ponad dziesięciu księżyców, mimo, że wszystko robiła dobrze. I teraz zniknęła bez zapowiedzi, bez śladu... Na pewno się razem nie przyjaźnili. A Czterolistną Łapę i Jasna Kroplę znała tylko przez chwilkę, potem zniknęła. Nie chcąc zaśmiecać sobie tym myśli, ruszyła na polowanie, jednak i ono się nie powiodło. Po chwili poczuła koci zapach, najprawdopodobniej samotnika.
- Kto tam?! - spytała pewnie, niezbyt bojąc się o własne życie.
Mistrz: Nie ma i nie będzie Płeć: kocur Partner: -
Półmrok jest szczupły, długołapy i wygląda niepozornie, może nawet przyjaźnie, jest przyjemny dla oka. Przystojny, dobrze zbudowany wysoki kocur o urodzie kota bengalskiego, którym w istocie jest. Jego ciało zdobi krótka, srebrzysta sierść, jaśniejsza na podbrzuszu i ciemniejsza na grzbiecie (srebrny charcoal). Upstrzona jest czarnymi rozetami z wyjątkiem grzbietu, gdzie pojawia się pojedyncza pręga przecinająca całe jego ciało aż do ogona. Smukła mordka ozdobiona jest długimi białymi wibrysami, dużymi oczami barwy świeżej mięty, ciemnoszarym nosem i parą uszu, z czego prawe jest w strzępach po dawnej bójce. Na jego ciele pojawiają się liczne drobne blizny, jednakże większość skryta jest pod szorstkim w dotyku futrem, niewidoczna dla niewprawnego oka, wyjątkiem jest widoczne ugryzienie na połowie ogona.
Odznaczający się dużą pewnością siebie twardo stąpający po ziemi samotnik. Nie traci zimnej krwi i ciężko go sprowokować, choć z pewnością nie jest tchórzem bojącym się każdego konfliktu, ani typem narwańca rzucającego się w paszczę każdego niebezpieczeństwa byle tylko udowodnić swoją wartość. Jest ostrożnym realistą, który chłodno ocenia swoje szanse i dopiero później, na podstawie wysnutych wniosków, działa. Półmrok jest typowym introwertykiem nauczonym by samotnie zmagać się ze wszystkimi przeciwnościami losu i problemami. Szuka sojuszników, nie przyjaźni czy relacji wiążacych się z przywiązaniem i dużym zaangażowaniem. Nie ma problemu z nawiązywaniem przelotnych znajomości, przychodzi mu to z łatwością; lubi poplotkować i powymieniać się informacjami, posłuchać nowinek i sam się nimi podzielić. Odznacza się dystansem i nieufnością, choć nie pozwala, by jego rozmówca to zauważył. Przejawia się to tym, iż rzadko mówi o sobie i na pytania o swoją przeszłość czy umiejętności odpowiada gładkimi słówkami nie niosącymi ze sobą żadnej treści.
Sztormowy Pazur (rzeka), Popielate Niebo i Barwna Ścieżka (wicher)
Trudno powiedzieć, co kierowało Półmrokiem i jakie były jego motywacje, ale nie pokazał się. Ton głosu kocicy nie wskazywał na okazywany przez nią strach czy niepewność, a więc nie obawiała się jego obecności, mimo iż zdawała sobie z niej sprawę. Srebrzysty kocur postanowił zostać tam gdzie był (w cieniu krzewów) i poobserwować szylkretową kotkę. Czy zacznie go szukać? Może uzna, że coś jej się zdawało? A może zupełnie go zignoruje i powróci do swoich zajęć, jakiekolwiek by one nie były?