Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Nie usłyszała odpowiedzi. Czy ten, kto ją obserwował był nieśmiały? Albo chciał ją skrzywdzić? Fala obiema rzeczami nie przejęła się za bardzo. Jeżeli chciał ją zranić, to proszę bardzo, trójkolorowa nawet nie będzie stawiać oporu. Ciekawiło ją jednak kto tam jest. Kto ją obserwuje, bo co jak co, ale czuła na sobie czyjś wzrok. Po zapachu dała radę rozpoznać, że to kocur. Nie pachniał jak pieszczoch, jak Ludwik. Pachniał bardziej jak samotnik, za pewne nim był. Opuściła Klany dość dawno, ale nigdy nie zapomni zapachu, żadnego z nich, więc klanowiczem to on nie był. Więc kim?
- Pokaż się! - nakazał starając się, aby jej głos zabrzmiał najpewniej jak się da. - Mam tylko jedno pytanie i tyle - wymruczała już łagodniej. Podczas mówienia obracała się, aby dojrzeć choć skrawek bądź oczy wlepione w jej futerko. Robiła to jednak niedokładnie, bo puki wierzyła w to, że kocur wyjdzie z kryjówki, postanowiła dać sobie małą niespodziankę.
Mistrz: Nie ma i nie będzie Płeć: kocur Partner: -
Półmrok jest szczupły, długołapy i wygląda niepozornie, może nawet przyjaźnie, jest przyjemny dla oka. Przystojny, dobrze zbudowany wysoki kocur o urodzie kota bengalskiego, którym w istocie jest. Jego ciało zdobi krótka, srebrzysta sierść, jaśniejsza na podbrzuszu i ciemniejsza na grzbiecie (srebrny charcoal). Upstrzona jest czarnymi rozetami z wyjątkiem grzbietu, gdzie pojawia się pojedyncza pręga przecinająca całe jego ciało aż do ogona. Smukła mordka ozdobiona jest długimi białymi wibrysami, dużymi oczami barwy świeżej mięty, ciemnoszarym nosem i parą uszu, z czego prawe jest w strzępach po dawnej bójce. Na jego ciele pojawiają się liczne drobne blizny, jednakże większość skryta jest pod szorstkim w dotyku futrem, niewidoczna dla niewprawnego oka, wyjątkiem jest widoczne ugryzienie na połowie ogona.
Odznaczający się dużą pewnością siebie twardo stąpający po ziemi samotnik. Nie traci zimnej krwi i ciężko go sprowokować, choć z pewnością nie jest tchórzem bojącym się każdego konfliktu, ani typem narwańca rzucającego się w paszczę każdego niebezpieczeństwa byle tylko udowodnić swoją wartość. Jest ostrożnym realistą, który chłodno ocenia swoje szanse i dopiero później, na podstawie wysnutych wniosków, działa. Półmrok jest typowym introwertykiem nauczonym by samotnie zmagać się ze wszystkimi przeciwnościami losu i problemami. Szuka sojuszników, nie przyjaźni czy relacji wiążacych się z przywiązaniem i dużym zaangażowaniem. Nie ma problemu z nawiązywaniem przelotnych znajomości, przychodzi mu to z łatwością; lubi poplotkować i powymieniać się informacjami, posłuchać nowinek i sam się nimi podzielić. Odznacza się dystansem i nieufnością, choć nie pozwala, by jego rozmówca to zauważył. Przejawia się to tym, iż rzadko mówi o sobie i na pytania o swoją przeszłość czy umiejętności odpowiada gładkimi słówkami nie niosącymi ze sobą żadnej treści.
Sztormowy Pazur (rzeka), Popielate Niebo i Barwna Ścieżka (wicher)
Rozkaz nie zrobił na nim żadnego wrażenia i gdyby kocica nie mówiła dalej prawdopodobnie nie doczekałaby się żadnej reakcji. Pchany zaciekawieniem Półmrok powoli podniósł głowę i wychynął zza krzewów, znajdując się z boku szylkretowej kotki.
- A więc pytaj - miauknął nieco szorstko. Nie bał się jej, ale podejrzewał jakiś podstęp. Bo jakie pytanie mogłaby mieć całkiem nieznajoma kocica? Chyba że kogoś szukała, jak wiele klanowych kotów i potrzebowała informacji.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Dopiero teraz, łaskawie po jej proszeniu, tajemniczy samotnik raczył pojawić się i wyjść z krzaków. Nie wyglądał on jak każdy, albo chociażby, większość kotów jakie spotkała. Nie miał normalnego futra. Było takie srebrne, w dziwne cętki... Fala widywała już różne dziwne futerka, w końcu nie od dzisiaj szukała Algi i już się trochę naptarzyła, ale miała dziwne wrażenie, że takie coś widziała po raz pierwszy? A może i nie? Kiedyś, dawno, dawno temu, spotkała kocięta poza terenami Klanu Cienia i wyglądały podobnie. Albo inaczej? Nie były bardziej brązowe? Ten tutaj był szary. Wyglądał całkiem ładnie, ale niezbyt się tym przejęła.
- Cóż, nie wiedziałeś gdzieś, gdziekolwiek, piaskowego kocura w zbliżonym wieku do mojego? Może być w towarzystwie innego samotnika... - wymruczała starając się przypomnieć sobie wszystko z rozmowy z matką. Była ona dawno, kiedy ta ją nawiedziła. Ile Fala miała wtedy księżyców? Dwanaście? Chyba nie była wtedy wojowniczką... A teraz dobija do pięćdziesięciu... Ojeju, kiedy to minęło! Z drugiej strony, to strach, bo to tylko pięćdziesiąt księżyców, a widziała już tyle... Ciekawe czy coś jeszcze będzie w stanie ją zranić. Wątpiła w to, ale hej, Gwiezdni już tyle razy ją ranili, że bez trudu wymyślą coś nowego.
Mistrz: bezdomni Płeć: kocur Matka: Sagiko [NPC] Ojciec: Giorgio [NPC] Partner: [wheeze] Trwałe urazy: Brak palca w przedniej, prawej łapie.
Wielka, czarno-srebrna pręgowana tygrysio kula o zielonych oczach. Na pysku, brzuchu i lapach ma przebarwione futro do bieli. Jego plecy i brzuch w czasie zimy, obrasta warstwa grubego, jaśniejszego futra. Latem jest ono gładsze i ciemniejsze. Charakterystycznym dla kocura jest brak palca w przedniej lewej łapie. Jego prawe ucho jest delikatnie naderwane. Często śmierdzi podobnie do psa, bo ma z jednym kontakt niemal każdego dnia. Pod grubym futrem ma czerwoną obróżkę, której szczerze powiedziawszy nie widać, chyba że z całych sił stara się przedostać przez jego sierść do szyi.
Spokojny, posłuszny, ale jak trzeba to będzie walczył. W prawdzie nie lubi się bić, ani nawet się głupio przegadywać, ale jak ktoś go do tego zmusza, to nie będzie przecież stał i gapił się jak głupi w ser. Towarzyski, rozmowny, ciekawski, który toleruje niemal wszystko i każdego. A poza tym, wielbiciel psów.
Wężowy Błysk [KG]
Wyruszywszy na podróż o wschodzie, do miejsca dotarł gdy słońce zaczęło znikać za drzewami. Któż by pomyślał, że droga zajmie mu tak długo? Wyjątkowo nie szedł drogą wyjątkowo krętą, jak to miał w zwyczaju - trzymał się tego, by maszerować ciągle przed siebie. To dawało mu pewność, że nie zgubi się tak łatwo, jak mógłby się zgubić jeśli postanowiłby kręcić się wśród niemal identycznych drzew i krzewów. Spacerując, miał wrażenie że z oddali widzi i mija inne koty, które - najpewniej jak on - znudzone codziennością, wyszły na spacer. Nie był jednak pewien, czy nie miesza mu się w oczach z samotności i nie wmawia sobie, czy kształty na horyzoncie istnieją, czy też nie, dlatego do nikogo nie podszedł, nigdy.
Marsz nagle przerwała mu rzeka. Nie była specjalnie szeroka, ale jak długo kocur żył, nie widział tak długo ciągnącej się wody! Las miał coś do siebie, że wszystko co się w nim zaczyna to nigdy się nie kończy. Może i zwierzyna zamieszkająca tu nigdy nie umiera? Oby tak nie było. Współczułby takiej zwierzynie z całego serca. Z ogromną ostrożnością przeszedł przez kamienie spoczywające na rzece, jedynie ogon czasem mocząc w wodzie, aż wreszcie - znalazł się po drugiej stronie, znów będąc w gęstszym lesie.
Huczenie zwierząt było niepokojące. Nie robił sobie nic z tego, bo nie było czego się bać - w najgorszym wypadku zginie i tyle. Doszukiwał się w każdym razie w niepokojących dźwiękach czegoś przyjemnego, obcego i pobudzającego w nim ciekawość do obcych terenów. Parę chwil w skupieniu słuchał okolicy, by wreszcie znów ruszyć i skończyć w miejscu porośniętym mniejszą wersją lasu. Krzaczki - bo inaczej nie mógł tego nazwać - rosły skupione szczególnie w jednym miejscu. Było to tak urocze, że aż przycupnął by się dłużej temu przyglądać - aż nagle z zachwytu wyrwało go skrzypnięcie na śniegu, sygnalizujące że coś zdecydowanie mogło się tu kręcić. Umrzeć bać się nie bał, ale na pewno nie chciał czekać na przykry los tak po prostu, patrząc się na uschnięte krzaczki. Serce uspokoiło mu się dopiero, gdy dostrzegł koci kształt. Wówczas wypuścił powietrze z płuc, tworząc przed sobą niewielką smugę pary. - Miłego wieczoru! - rzucił przed siebie, wstając jak na rozkaz. Las był mu obcy i jakby miał uciekać, wolał nie zwlekać. Nie przewidywał w każdym razie powodu do ucieczki. - Ależ się rany dorobiłeś.
Odparł po chwili, jakoby mówił do dobrego znajomego. Nie miał co się powstrzymywać przed komentarzem, bo po chwili przyglądania się już ją widział - co znaczyło, że albo Ahab ma piekielnie dobry wzrok, albo blizna kocura była faktycznie tak konkretna, że każdy mógł się po momencie obserwacji jej dopatrzeć.
Mistrz: matka Płeć: kocur Matka: Butelka Ojciec: no podobno był Partner: -
Średniego wzrostu, krótkowłosy klasycznie pręgowany bury kocur. Białe łaty na pyszczku i gardle. Żółto-zielone oczy. Blizna na szyi, lewe ucho naderwane.
Egoista, ceniący sobie swoją wolność i niezależność. Pogodny i gadatliwy, lubi poznawać nowe koty. Dobry aktor i kłamca. Ciekawy świata, dużo podróżuje. Tchórz.
Czereśniowa Gałązka; krz , Jaśmin; kw
Słońce chyliło się ku zachodowi, dlatego Kapsel zaczął rozglądać się za miejscem w którym mógłby spokojnie spędzić noc. W tym miejscu nie było to zadaniem szczególnie trudnym — kocur zwykle sypiał na drzewach, gdyż tak czuł się bezpieczniej, a tych było w okolicy pod dostatkiem. Zanim jednak zdążył odnaleźć to najwygodniejsze, znalazł towarzystwo. Czy też może raczej towarzystwo odnalazło jego. Trochę dziwny czas sobie na to wybrało, ale hej, kim był Kapsel, by kwestionować wyroki przeznaczenia? Zwłaszcza że już od kilku dni nie miał nikogo, do kogo mógłby gębę otworzyć. Nie było to niczym dziwnym przy jego trybie życia, był do tego całkiem przyzwyczajony, lecz nie znaczyło to jeszcze, że musiał taki stan rzeczy lubić. Przystroił więc pyszczek w najbardziej promienny i uprzejmy ze swoich uśmiechów, gdyż towarzystwo nie wydawało się być wrogo nastawione i zwrócił się ku niemu, podchodząc bliżej by nie musieli krzyczeć do siebie przez las.
— A miłego, nawzajem — powiedział, dalej uśmiechając się, chociaż nie robił przy tym wrażenia nadmiernie wesołego. Starał się jedynie przekazać, że również ma przyjazne zamiary. Przy okazji obrzucił obcego kocura spojrzeniem; był masywny, o długim, jasnym futrze. Całkiem atrakcyjny, co natychmiast sprawiło, że uśmiech Kapsla stał się odrobinę... miększy. Nie całkiem flirciarski, bo nie byli jeszcze na tym poziomie (nie byli na żadnym poziomie, tak właściwie), ale odrobinę bardziej otwarty i może szczery. — A to? — Wykręcił wzrok ku miejscu, gdzie jego szyję zdobiła niezbyt chlubnie zdobyta szrama. Na moment jego uśmiech zmienił się w grymas. — A, nie ma nawet co mówić. Staroć. — Wzruszył barkami. Blizna jak blizna, nie ma co jej rozdrapywać. — Chyba nie widziałem cię nigdy w tej części lasu. Nowy? — zapytał zaraz, zręcznie kierując konwersację na przyjemniejszy temat. Kto wie, może właśnie natrafił na jakiegoś kompletnego nowicjusza w lesie, co to całe życie spędził na osiedlu i w życiu jeszcze nie widział tyle drzew. Co prawda kocur raczej na takiego nie wyglądał, ale kto tam wie.
i'mx- ̗̀ BORN TO RUN ̖́- _________________________________downrockycliffs give megrace,_bury mysins ⇢shatteredglassandblackholes⇠ can'thold mebackfrom where ineedto go
Mistrz: bezdomni Płeć: kocur Matka: Sagiko [NPC] Ojciec: Giorgio [NPC] Partner: [wheeze] Trwałe urazy: Brak palca w przedniej, prawej łapie.
Wielka, czarno-srebrna pręgowana tygrysio kula o zielonych oczach. Na pysku, brzuchu i lapach ma przebarwione futro do bieli. Jego plecy i brzuch w czasie zimy, obrasta warstwa grubego, jaśniejszego futra. Latem jest ono gładsze i ciemniejsze. Charakterystycznym dla kocura jest brak palca w przedniej lewej łapie. Jego prawe ucho jest delikatnie naderwane. Często śmierdzi podobnie do psa, bo ma z jednym kontakt niemal każdego dnia. Pod grubym futrem ma czerwoną obróżkę, której szczerze powiedziawszy nie widać, chyba że z całych sił stara się przedostać przez jego sierść do szyi.
Spokojny, posłuszny, ale jak trzeba to będzie walczył. W prawdzie nie lubi się bić, ani nawet się głupio przegadywać, ale jak ktoś go do tego zmusza, to nie będzie przecież stał i gapił się jak głupi w ser. Towarzyski, rozmowny, ciekawski, który toleruje niemal wszystko i każdego. A poza tym, wielbiciel psów.
Wężowy Błysk [KG]
Na odpowiedź, by i jego wieczór był miły, poczuł jak serce robi mu w klatce piersiowej fikołka i znów wróciło na miejsce. Buras był pierwszym kotem od wieków, jakiego spotkał na ulicy (dość teoretycznej, bo generalnie poza okolicami domostw) i mu odpowiedział te życzenia co do miłego dnia! Znaczyło to, że albo niższy jest dobrze wychowany, albo jest po prostu dobrym kotem. A będąc szczerym, znaczenia to nie miało - bo to już wystarczyło mu to, by poczuć swego rodzaju sympatię do kocura. Nawet gdyby miał jakieś złe cechy i odkryłby je potem, cóż z tego? Każdy je ma... - A wygląda jakby był wciąż bolesny - odparł troskliwie, cmokając cicho i machając głową na boki, jakby tym prostym gestem miał skarcić "ten staroć" za swoją obecność. Nie mogła być aż tak stara, bo z czasem blizny się złuszczały - a kot nie wyglądał też na takiego, który przeżył kilkadziesiąt wiosen. Określił w głowie, że blizna była średniego wieku, ale nie chciał kłócić się z burasem o to. Mógł po prostu nie lubić atencji co do rany. - Co? A, tak... Nie. Nie wiem. Nijaki w sumie. W tej części lasu jak najbardziej nowy, ale w lesie ogólnie to taki nijaki.
Wyjaśnił prosto. Gdyby powiedział że w lesie nie było go nigdy, skłamałby... Ale nie chodził po nim też tak często, by być jego stałym bywalcem. Był nijaki. Psychologia Ahaba była przesadnie prosta, a przez to bywała paskudnie zawiła. - Dziś zaszedłem tutaj pierwszy raz, postanowiłem nie skręcać nigdzie i chyba nie żałuję. Wbrew pozorom i tego co mówią inni, o koty w lesie trudno - jego głos był przepełniony smutkiem, jakby miał okropne pretensje do świata. Obiecano mu grupy pełne kotów, a tu co? Spotykał po jednego, dwa koty na cały las. I gdzie te grupy? - No, ale! Ty zdecydowanie wyglądasz na takiego, co po lesie chodzi od dawna. Jeśli naruszyłem twój teren, wybacz mi. Nie orientuję się gdzie kto ma jaki rewir, zapachy wciąż mi się w nosie kręcą, a zwad nie chcę. Rozumiesz jednak - chodzenie nocą bezpieczne nie jest, więc wyniosę się o świcie.
Nie bał się nocy - ani bestii kryjących się w mroku. Co go zatrzymywało tutaj? Rozsądek. Jeśli wszedłby na jakieś większe zwierzę, lub nie zdążyłby czmychnąć na drzewo to łatwo by się pozbył życia.
Mistrz: matka Płeć: kocur Matka: Butelka Ojciec: no podobno był Partner: -
Średniego wzrostu, krótkowłosy klasycznie pręgowany bury kocur. Białe łaty na pyszczku i gardle. Żółto-zielone oczy. Blizna na szyi, lewe ucho naderwane.
Egoista, ceniący sobie swoją wolność i niezależność. Pogodny i gadatliwy, lubi poznawać nowe koty. Dobry aktor i kłamca. Ciekawy świata, dużo podróżuje. Tchórz.
Czereśniowa Gałązka; krz , Jaśmin; kw
- To urocze, że aż tak przejmujesz się moim stanem - powiedział, w dramatycznym geście kładąc łapę na piersi. Jego wąsy drgnęły w rozbawieniu. Normalnie koty raczej nie przejmowały się aż tak tym, jak się czuł, więc Kapsel nie był do tego przyzwyczajony. W tym momencie uważał to głównie za rozczulające, w ten zabawny sposób. - No już nie aż taki nijaki, nie uwłaczaj sobie - powiedział z uśmiechem, obrzucając kocura znaczącym spojrzeniem. Jeśli o sam wygląd chodziło, z pewnością nie można było go nazwać "nijakim". - Oh, i co przywiało cię w te strony? Szukasz przygód? - Cóż, jeśli o to chodziło, z pewnością nie będzie musiał szukać długo. W lesie zwykle było się o jeden nierozważny krok od wpadnięcia w jakąś "przygodę". To czy była ona miła, czy nie, było zupełnie inną kwestią. - Myślę, że ten skandaliczny brak kotów może wynikać z tego, że jest już prawie noc i większość woli się gdzieś schować, zamiast kręcić nie wiadomo gdzie w mroku - zażartował, śmiejąc się krótko. - A tak poza tym to racja. Możesz się tu kręcić i kręcić i nie natrafić na nikogo. Jakbyś poszedł trochę dalej, trafiłbyś na koty, które żyją sobie w grupach, ale nie radzę się tam kręcić jeśli jeszcze chcesz mieć ogon. - Kapsel nie wiedział szczególnie wiele o Klanach, lecz to, co wiedział, nie było szczególnie zachęcające. Pamiętał, że Lelek opowiadał mu trochę o nich, w momencie gdy Kapsel nie wiedział jeszcze, gdzie może się swobodnie włóczyć, a gdzie nie i obraz, który mu przedstawił, wystarczył, by nie miał najmniejszej chęci zbliżania się do ich terenów. - A gdzie tam mój rewir, ja też jestem tu tylko przechodem! Więc nie martw się, możesz tu siedzieć do woli. - Jeśli Kapsel miał być szczery, uważał cały ten koncept "rewirów" za wyjątkowo głupi. Dlaczego miałby ograniczać się do jednego miejsca, podczas gdy mógł mieć dla siebie (prawie) cały świat?
i'mx- ̗̀ BORN TO RUN ̖́- _________________________________downrockycliffs give megrace,_bury mysins ⇢shatteredglassandblackholes⇠ can'thold mebackfrom where ineedto go
Mistrz: bezdomni Płeć: kocur Matka: Sagiko [NPC] Ojciec: Giorgio [NPC] Partner: [wheeze] Trwałe urazy: Brak palca w przedniej, prawej łapie.
Wielka, czarno-srebrna pręgowana tygrysio kula o zielonych oczach. Na pysku, brzuchu i lapach ma przebarwione futro do bieli. Jego plecy i brzuch w czasie zimy, obrasta warstwa grubego, jaśniejszego futra. Latem jest ono gładsze i ciemniejsze. Charakterystycznym dla kocura jest brak palca w przedniej lewej łapie. Jego prawe ucho jest delikatnie naderwane. Często śmierdzi podobnie do psa, bo ma z jednym kontakt niemal każdego dnia. Pod grubym futrem ma czerwoną obróżkę, której szczerze powiedziawszy nie widać, chyba że z całych sił stara się przedostać przez jego sierść do szyi.
Spokojny, posłuszny, ale jak trzeba to będzie walczył. W prawdzie nie lubi się bić, ani nawet się głupio przegadywać, ale jak ktoś go do tego zmusza, to nie będzie przecież stał i gapił się jak głupi w ser. Towarzyski, rozmowny, ciekawski, który toleruje niemal wszystko i każdego. A poza tym, wielbiciel psów.
Wężowy Błysk [KG]
Na jego ruch zareagował cichym śmiechem. Och, urocze! Skąd taki pomysł? Ale doceniał sobie, że za takie to wziął. Urocze znaczy, że raczej na pewno dobre - nawet jeśli w prześmiewczy sposób, kojarzyło się to z dobrem. Ahab wolał o tym myśleć prosto i wyciągać łatwe wnioski. Fakt, że rozmówca nazwał go w miły sposób bardzo mu schlebiał. - Ależ to prawda! Nie jestem w lesie nikim konkretnym - niemal od razu wyrzucił z siebie. Nie bywał tu często, w innych częściach lasu też nie dało się go widywać tak o każdego dnia. Niemniej, znał niektóre dróżki, więc całkiem nowy nie był. - Można tak powiedzieć. W moich stronach nic się od jakiegoś czasu nie dzieje, więc odrobina przygód zawsze się przyda. Chociaż i tu, jak na razie, nic wielkiego się nie stało. Jedynie - lub aż - poznałem ciebie, jednak tego samym w sobie przygodą nazwać nie mogę.
Wyjaśnił z lekkim uśmiechem, wsłuchując się w jego kolejne słowa. - Ah... ma to sens. Najwidoczniej ty jesteś inny od reszty - odparł spokojnie, uśmiechając się ciepło w stronę starszego. No, skoro się pałętał zamiast siedzieć w bezpiecznym miejscu, nie był na pewno jednym z tych, którzy unikali spacerów w mroku. - Ci! Słyszałem o nich, ale nie miałem szansy znaleźć zbyt wielu, którzy byli z Klanów. Nie mówiąc o obozach, nie widziałem żadnego.
Zniesmaczony wykrzywił pysk w grymasie. Jeśli czegoś nie widział, to tego nie ma... więc te obozy to pewnie tylko jakieś wymysły, żeby nikt nie kręcił się po terenach tych z Klanu. Nie mógł tego oceniać z góry oczywiście i szanował to, co mu wmawiali, ale powątpiewał w te historie o Klanach. - Ogon natomiast stracić w końcu jakoś trzeba - wzruszył lekko ramionami. Gróźb się nie bał, nie miał po co. I tak z życia zbyt wiele nie miał, lekceważył więc wszelkie "straszne" rzeczy. - Oho? Dobrze w takim razie. Skąd ty przybywasz, nieznajomy?
Rzucił luźno. Jakoś trzeba było podtrzymać rozmowę, a takie ogólne rozmowy chyba były w tym wypadku najlepsze. Można było się rozgadać, jak się chciało.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
Było dużo, dużo za wcześnie, by na krzewach wykwitły słodkie jagody. Nie, jak dotąd cała ziemia pod krzewami pokryta była skorupą zmarzniętego śniegu; od długiego chodzenia po nim poduszki łap nienaturalnie twardniały i puchły, a zanurzone w zaspach futro przemakało. W praktyce oznaczało to tyle, że Pomurnik musiała czujnie monitorować swój stan; księżyce spędzone na własną łapę zahartowały nieco jej zdrowie, ale nigdy nie była kotem o wyjątkowo dobrej odporności i nadal była podatna na wszelkie rodzaje infekcji. Życie poza Klanem miało tą zasadniczą wadę, że było się zdanym wyłącznie na siebie i tak, jak nikt nie dyktował ci, jak masz żyć - tak też nie można było liczyć na pomoc.
Szła wzdłuż Zagajnika, poszukując jakiejś rozrywki; nawet nie szła do żadnego ze swoich znajomych mieszkających wszędzie w okolicy. Nie, miała po prostu nadzieję na to, że coś się wydarzy i wyrwie ją z tej wszechobecnej nudy.
Malutka kotka o krótkiej sierści w kolorze kości słoniowej z ciemnobrązowym tikingiem. Ogromne zielone oczy patrzą w twoją stronę podejrzliwie, próbując przeszyć cię na wylot.
Łatwo daje się emocjom, jeszcze łatwiej ją sprowokować. Podejrzliwa. Choć równocześnie cały czas paskudnie niepewna siebie.
Wszystko tutaj było nowe, inne, ale dzięki temu równie fascynujące. Długa wędrówka z Klanem przyzwyczaiła mnie do zmieniającego się otoczenia i niemal pozbawiła myśli o ostaniu na miejscu. Jednak skoro tak już się stało, nie mogłam pozostać bezużytecznym kociątkiem bojącym się wyściubić nosa poza swoje terytorium. W ten sposób zawędrowałam tutaj, dalej nie przyzwyczaiłam się do nowych zapachów otoczenia, ale, co gorsza, innych kotów. Choć żadnego jeszcze nie spotkałam, było ich tutaj zdecydowanie więcej, niż tam skąd przybyliśmy. Nie umiałam odróżnić zapachów starych, od nowych, kotów od innych zwierząt, wszystko mi się mieszało, przez co zmysły płatały mi ciągłe figle. Dlatego, kiedy wyskakując zza drzewa niemal wpadłam na ogromną kotkę, zamarłam. Była wielka... jak Fairy, a może nawet większa. Pobliźnione ciało, oraz zielone ślepia wpatrujące się we mnie, zmroziły mi krew w żyłach. "Złamana łapa, to musi być jeden z tych wojowników klanów, na pewno! Czy wlazłam już na ich tereny? Głupia, nawet nie wiesz gdzie leziesz. Nie możesz okazać słabości, bo po tobie. AAAghaghagha, co robić!?!?" Nie mogłam się na niczym skupić, myśli przelatywały mi przez głowę, plącząc się bez ładu i składu. Spróbowałam wyprostować się by wyglądać na pewną siebie, ale trzęsące się łapy zdradzały prawdę. Jeszcze większy niż zwykle wyszczerz moich oczu, przyczynił sie do tego, że przy wysokiej kotce musiałam wyglądać jak jakieś durne kocie. -Cze.. Wita.. Kim jesteś? - Wykrztusiłam z siebie. "Kim jesteś? Naprawdę? Kto tak zaczyna rozmowę. Głupia!" Złajałam się w myślach, po czym delikatnie i niepewnie skuliłam się, co nie przeszkodziło mi nieprzerwanie i dalej równie nieudolnie, starać się wyglądać groźnie.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
No proszę, któżby się spodziewał, że ktokolwiek weźmie kiedyś Pomurnik za wojowniczkę? Na pewno nie wyżej wymieniona, którą zawsze uznawano albo za samotniczkę bez pochodzenia Klanowego - a kiedy była jeszcze w Klanie, za najbrzydszego kociaka w okolicy. Nikt jednak nigdy nie uznał jej nawet za terminatorkę, a co dopiero za wojowniczkę! To będzie dopiero zaskoczenie dla kocicy.
- Kto, ja? - zorientowała się, że ktoś jest w okolicy dopiero gdy dobiegł do niej cichy głosik. Nic dziwnego, Spinka była wręcz rozmiarów kieszonkowych, zwłaszcza w porównaniu z gigantyczną, za to chudą jak szczapa Pomurnik. - Kotem. A jeżeli chodzi o imię, to jestem Pomurnik - przysiadła na ziemi, krzywiąc się nieco, gdy chłód bijący od podłoża przeszył jej ciało na wylot. - Na przyszłość uważaj, bo cię kto zdepcze.
Malutka kotka o krótkiej sierści w kolorze kości słoniowej z ciemnobrązowym tikingiem. Ogromne zielone oczy patrzą w twoją stronę podejrzliwie, próbując przeszyć cię na wylot.
Łatwo daje się emocjom, jeszcze łatwiej ją sprowokować. Podejrzliwa. Choć równocześnie cały czas paskudnie niepewna siebie.
- Przperasza... znaczy, potrafię o siebie zadbać! - wysyczałam z urażoną dumą w głosie. Nie wyglądała jakby chciała mnie zaatakować, albo zrobić cokolwiek. "Bądź ostrożna, mimo wszystko może być niebezpieczna" Najpierw spróbowałam uspokoić łomoczące serce i oddech, nie chciałam dalej się wygłupiać. Powoli wstałam i zaczęłam obchodzić wielką kotkę by lepiej się jej przyjrzeć. Wyglądała dumnie i groźnie, siedząc, spoglądając na mnie z góry. Obrazu nie psuło nawet źle zadbane futro, wojownicy najpewniej nie przejmują się takimi drobnostkami jak schludny wygląd. - Jestem Spinka, a ty jesteś jednym z tych klanowych wojowników prawda? - zapytałam odrobinę pewniej. Miałam nadzieję że nie wkroczyłam na ich terytoria, Rojst ostrzegał nas przed tym byśmy za żadne skarby ich nie prowokowali. Przystanęłam wpatrując się w blizny kotki. Musiała stoczyć ciężkie walki, współczułam każdemu kto wszedł w drogę tej olbrzymce, miałam nadzieję że sama właśnie kimś takim nie byłam.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
No jasne, Spinka potrafiła o siebie zadbać - ale mimo to była maleńka, szczupła i ogólnie niepozorna do tego stopnia, że z trudem można było dojrzeć u niej fakt, że nie była już kociakiem, a dojrzałą kocicą. Inna rzecz, że w absolutnym przeciwieństwie do wyżej wspomnianej, Pomurnik - wbrew młodemu wiekowi - wyglądała znacznie starzej. Zmarszczki już wyżłobiły się pod oczami, garbiła się i powłóczyła nogami, miała głos staruszki. Lada dzień, lada godzina w futrze pojawią się jej siwe włosy!
- Pomurnik jestem, ale nie jestem wojownikiem. Miałam pecha się urodzić, i dodatkowo miałam pecha urodzić się w Klanie Cienia, ale nie było mnie tam od dawna - zachichotała cicho na myśl o sobie jako wojowniczce; ta wizja nadal była dla niej bardzo absurdalna, a jednak całkiem niewykluczona, zważywszy na jej starania o powrót do Klanu!
Malutka kotka o krótkiej sierści w kolorze kości słoniowej z ciemnobrązowym tikingiem. Ogromne zielone oczy patrzą w twoją stronę podejrzliwie, próbując przeszyć cię na wylot.
Łatwo daje się emocjom, jeszcze łatwiej ją sprowokować. Podejrzliwa. Choć równocześnie cały czas paskudnie niepewna siebie.
Klan Cienia! Kolejny kot na mojej drodze który został skrzywdzony przez któryś z klanów. Jak na razie wszelkie informacje które o nich posiadałam sprawdzały się, zresztą dlaczego miałoby być inaczej. Absurdalne wydawało mi się że jakaś społeczność mogłaby chcieć pozbyć się takiej kotki. Nie dziwiłabym się gdyby ktoś chciał się pozbyć mnie, w końcu byłam mała i bezużyteczna.
- Klan Cienia, tak samo jak Rojst! - Podeszłam do niej bliżej, przestałam się obawiać kotki, jeśli nie była wojownikiem klanowym to znaczy że moje niewłaściwe słowa czy zachowania nie wplatają całego klanu w większe kłopoty. - Czyli teraz jesteś sama? To znaczy nie należysz do żadnej społeczności? - Zatrzymałam się tuż przed nią, wpatrując się w te niesamowite zielone oczy, które zdawały się niemal świecić. Samotnicy, fascynujące było jak niektóre koty potrafiły same o siebie zadbać. Też musiałam to przeżyć przez kilka księżyców, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie że sobie jakkolwiek radziłam. Ledwo przeżyłam ten okres samotności, choć nawet przed samą sobą wolałabym tego nie przyznawać, byłam za słaba.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
- Jakoś mnie nie dziwi, że koty uciekają z Klanu Cienia - stwierdziła z krzywym uśmiechem. Patrząc po tym, jakiego potwora robiono z Krogulczej Gwiazdy w legendach przekazywanych wśród samotników, to Cień już dawno powinien był się wyludnić. - A Rojst to kto, swoją drogą? Ma jakąś rodzinę w Cieniu, czy coś? - zagadnęła kocicę; nie miała najmniejszego pojęcia o istnieniu Pożogi, nawet pomimo tego, że spotkała już jej ekscentrycznego przywódcę - i że nie rozpoznała w nim własnego brata.
- Owszem. Teraz nie podlegam nikomu - rzuciła obojętnie, przejeżdżając sobie po głowie kościstą łapą. Trzeba było cieszyć się tym, że pachnie jeszcze słodką samotnością, jak długo jej rzadkie futro nie przesiąknie znowu wonią Klanu Cienia, od której na kilka księżyców udało się jej uwolnić.