Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
- Och? - powiedziała jedynie. Gdziekolwiek nie spojrzeć będąc na gromowej granicy od strony ziemi niczyich lub terenów rybojadków, na obszarze gromu widziało się jedynie drzewa. Czyżby ukrywali w środku coś ciekawego? Coś, co z pewnością mogłaby zobaczyć, choć wątpiła, że byłoby jej to dane...? - Co jest w drugim "cześciowo"?
Kąciki pyska pręgowanej zadrżały w powstrzymywanym uśmiechu, który zniknął w momencie, w którym pręgowana powstrzymała ziewnięcie. - Nigdy nie widziałam mózgu rzeczniaka - powiedziała zgodnie z prawdą, bo, och, kto normalny widział kiedykolwiek koci mózg - ale jeśli my mamy odchody zamiast mózgów... wy musicie mieć ich więcej - powiedziała, na przysunięcie się tamtej odpowiadając tym samym. Ach, zastanawiała się, czy nie przesunąć językiem po tym nastroszonym karku. Za dużym karku, jak na jej gust, cóż jednak mogła na to poradzić? Wybrzydzanie nie było dobrą metodą na życie, jeśli nie chciało się umrzeć z głodu. - Ale... chyba nie będziemy próbować sobie udowodnić, jak to w sumie jest?
Masywna, postawna kotka, o długim, zadbanym szylkretowym futrze w kolorach: srebrzystym i jasno rudawym, przecinanym przez ciemniejsze, tygrysie pręgi. Z wiekiem przyszło jej uzyskać imponujące rozmiary dzięki którym z łatwością zalicza się go prawdziwych Gromowych gigantów o długich łapskach i ciężkim kroku. Posiada charakterystyczną, rudą plamę na pysku na której znajduje się cieniutka, biała kreska kończąca się pomiędzy chłodno-zielonymi ślepiami. Trójkątny kształt i ułożenie futra na głowie, z lekka zaokrąglone uszy i kudłate bokobrody czy kryza na szyi oraz piersi, upodabniają ją do ojca, tak samo ciągle przymrużone prawe oko i uniesiona jedna z warg wykrzywiające je pysk w wiecznym grymasie. Na wszystkich czterech łapach, piersi oraz brzuchu, ma rozdzieloną biel, która miejscami się rozlewa w inne zakamarki jej futerka. Blizny ma na: gardle; tylnej łapie; grzbiecie; czy rozerwanym uchu od zewnątrz.
Ostra; chłodna; lojalna; ambitna. Księżyce mijały, a wraz z nimi charakter Cyprys nieco ulegał zmianie. Mimo, że nie było to widoczne na pierwszy rzut oka, kocica stała się nieco bardziej rozmowna. Już odrobinę lepiej szło jej rozmawianie z kotami które darzyła jakąkolwiek sympatią czy zaufaniem. Po otrzymaniu rangi wojownika pielęgnuje swoją sumienność, odpowiedzialność i dojrzałość. Stara się dążyć do obranego przez siebie celu jakim jest zostanie szanowanym wojownikiem. Dla większości kotów jest oschła, obojętna, wredna i odznacza się kpiną oraz pogardą. Bez większych ogródek jest w stanie ostro poprzeć swoje zdanie i splunąć jadem prosto w oczy kota, który w jej oczach na to zasłużył. Nie umie okazywać emocji, oraz ich nie rozumie; ukrywa je pod grubą warstwą dystansu, dzięki czemu krytyka i ostre słowa spływają po niej jak po kaczce; Dla kotów bliższych wykazuje się poczuciem humoru czy wsparciem na swój sposób.
Popielny Żar, Pęknięta Łapa, Olcha [KC]
- Piach. - rzuciła krótko, a w jej jasnych, zielonych ślepiach coś błysnęło przed uderzenie serca. Nie była to jakaś wielka, klanowa tajemnica, a zresztą nawet jakby była - ów piach znajdował się w samym sercu Gromowych Terenów, miejscu niedostępnym dla pozostałych klanów. Szczytem głupoty byłaby chęć przejęcia skrawka tej w większości jałowej ziemi - chociaż kogo tam wie, zdarzają się i tacy głupcy oderwani od rzeczywistości by rzucać się na pożarcie przez Gromowy patrol. Przynajmniej Cyprysowa Łuska nie odpuściłaby komuś takiemu, a znała koty, które nawet mimo jasnego rozkazu Trzmielej Gwiazdy o przepędzaniu samotników - co swoją drogą dla Cyprys było dość śmieszne, bo dało tyle co nic - dalej grzecznie i milutko wypraszały te zapchlone szczury o kocich licach. Na samą myśl o tego typu bezmózgich kotach, Cyprysicy podskakiwało ciśnienie. Teraz jednak nie skupiała się za bardzo na wizji możliwego naruszania granic, a pointce przed sobą, która tak jak i ona; zrobiła krok w jej kierunku zmniejszając odległość między nimi do praktycznego minimum. Na jej kolejne słowa, Cyprys uniosła nieco wargi w drapieżnym grymasie i parsknęła pod nosem, unosząc brodę wyzywająco, delikatnie muskając swoimi wibrysami nos swojej rozmówczyni. - Szczerze powątpiewam. To nie ja prowokuje nieznanego mi kota, za to ty tak. - nie mogła zaprzeczyć, że jej się to w jakimś stopniu podobało, jednak - gdyby nie była w dobrym humorze, najpewniej przetrzepałaby kocicy skórę raz a porządnie i nie miałaby po tym żadnych wyrzutów sumienia. Chociaż z jej ostatnich słów wynikało, jakby oczekiwała tego od samego początku. Chłodne, zielone ślepia srebrzysto-miodowej nieco się zmrużyły, a ta nieco cofnęła pysk. - Słabo ci idzie, Deszczowa Dolino. - mruknęła niskim, ochrypłym tonem, a jej gruby ogon przeciął świszcząco powietrze, kiedy to wojowniczka nie spuszczała spojrzenia z ciemnej mordki swojej rozmówczyni. - Po co tu tak właściwie przyszłaś?
I'mnotafraidofdying,dear - ̗̀runwiththewolves,butdisappeaŕ̖ - Alwaysaround,untilyouappear Guessesaretough,theyfuckwiththatgood life
Zaznaczmy sobie na początek, że Karaś nie należała do najbardziej rozmownych kotów. Ale skoro do niej nawet dotarła informacja o kocie czytającym przyszłość z flaków to chyba coś musiało być na rzeczy. Od razu pomyślała o Łabędziu, bo o ile szarej nie ciągnęło do dowiadywania się co ją jeszcze w życiu czeka (nic ciekawego z pewnością), to już brzmiało to jak dobry pretekst do zaciągnięcia przyjaciela na większy spacer. Dogadała się też z ojcem, żeby z nimi poszedł jako obstawa (bardzo nie chciała narażać się Czereśni takim szlajaniem bez opieki), ale trzymał możliwie jak najdalej, bo już sama myśl, że z nimi pójdzie jest niezręczna. Na szczęście się zgodził. Tak samo jak i zgodził się by z najbliższego polowania przynieść Karasiowi jakiegoś wróbelka. Bo sama nie polowała jeszcze, a przecież ze stosu klanowego kraść nie będzie.
I w ten oto sposób znaleźli się w trójkę między polami przykrytymi śniegiem, drepcząc przed siebie w poszukiwaniu tajemniczego kota.
Łabędź nie był fanem pomysłu spotykania jakiegoś podejrzanego indywiduum i to daleko od obozu Rzeki. Sposobów na zabicie się znał wiele i sporo z nich było mniej spektakularnych od wpychania się pod nos samotnikowi. Ot, na przykład takie spadnięcie z drzewa. Myślisz sobie, że panujesz nad sytuacją, w końcu robiłeś to już tysiąc razy. A tu nagle koniec, pojawiasz się na Srebrnej Skórce, bo tym razem zabrakło szczęścia i łapa się omsknęła. Świat niósł wiele niebezpieczeństw i kocur nie widział powodu, by celowo pchać się w ich sidła. Pewnie gdyby nie Płonący Świt, która jakiś czas temu zauważyła, jak jej syn zamyka się na nowe doświadczenia i najchętniej spędzałby całe dnie w obozie, oraz przeogromna chęć chociaż pozornego wyjścia z dołka, nie zgodziłby się na tak szaloną wyprawę. Ale okoliczności wyglądały, jak wyglądały, a Ość nie była lekkomyślna na tyle, żeby proponować im samotne wyjście. Zadbała o opiekę w postaci Potężnego Strumienia (który, swoją drogą, trzymał się jakoś dziwnie daleko od nich). Czy w takim razie mógł odmówić? No nie mógł. Obiecał sobie, że będzie się starać być dobrym kotem. Przyjacielem.
Na poprawę kondycji psychicznej pomagała pokrzepiająca myśl brzmiąca następująco - i tak pewnie go nie spotkają! Dlaczego mieliby na niego trafić, skoro mógł być wszędzie?
Oczywiście nie podzielił się tym przemyśleniem na głos i człapał sobie (nie)spokojnie u boku Karasiowej Łapy, dzierżąc w pysku upolowanego własnymi kłami i pazurami królika. Oby nikogo nie spotkali. Miał ochotę na tego królika.
Mała, smukła kotka o drobnej budowie i dużych, zielonkawych oczach. Ślepia zdają się wręcz emanować ciepłem, wewnętrznym spokojem, życzliwością, w jej przypadku całkowicie odzwierciedlając duszę. Szaro-bura, raczej krótsza, niż dłuższa sierść przeplatana jest ciemniejszym futerkiem, tworzącym tygrysie pręgi. Najwyraźniejsze na mordce, ozdabiają ją wraz z wąsami. Jaśniejszy odcień szarości przyjmują końcówki łapek, podbrzusze oraz pyszczek. Spośród innych może wyróżniać ją lewe, ciemniejsze ucho, dzięki któremu łatwo rozpoznać jej sylwetkę z daleka.
Zmienna. To słowo powie o niej najwięcej. Trzyma się jednak ustalonych przez siebie zasad, podążając od dawna znaną ścieżką. Bez względu na wszystko pozostanie lojalna, szczera, lecz nie do bólu i ciepła, chociaż czasem tylko w głębi serca. Bywa zdystansowana, ironiczna, chociaż to jedynie pozory. Wynikają z faktu, że kotka jest nieufna i nie chce zostać zraniona. Często 'gra' kogoś innego, zazwyczaj, gdy przebywa wśród obcych. W obozie jest po prostu sobą - oddana, pomocna, ale pozostająca na uboczu. Woli słuchać niż się wypowiadać, częściej milczy, odpływając w świat własnych przemyśleń. Zdecydowanie można na niej polegać, wiedząc że dotrzyma danego słowa.
Mętna Łapa [krz], Mała Łapa vel Huba [kw]
Oj, Łabędzia Łapa prawdopodobnie nie będzie dzisiaj jadł...
Wszystko wokoło zaśnieżone, bielutkie, śnieg skrzypi pod łapami trzech kotów, ich kroki są świetnie słyszalne w tej otwartej przestrzeni, a Potężny Strumień nawet nie ma gdzie się dyskretnie ulotnić, więc człapie kilkanaście lisich długości ogona za młodymi przyjaciółmi. Wie, że nie straci ich z oczu, gdyż nie ma tu niczego, co miałoby przysłonić widok...
I oto jakiś punkcik, trochę jak iskierka, tli się w oddali. To chyba faktycznie on. Ten obcy, nie-wiadomo-skąd, wszędobylski, zjawiający-się-jak-na-zawołanie. Zdający się być wszędzie, jak ten straszny ogień, który właśnie z iskierki zmienił się w prawdziwą falę, trawiąc kilka księżyców temu Wichrowe tereny. Widać jak truchta, jego sylwetka powiększa się, choć nie jest olbrzymem. Daleko mu do niego. Wątły, ale energiczny. Jedno ze ślepi błyszczy zielenią, drugie natomiast nasuwałoby na myśl, komuś kto zna się na tajemnych spawach Dwunogów, czarodziejską kulę. Niby nic w nim nie widać, jest jasne, nie ma głębi...
– Kto dziś przepowie, co się jutro stanie? – tajemniczy, rudy, pręgowany kocur wydał z siebie pierwsze dźwięki, robiąc krótkie, rytmiczne przerwy po każdym ze słów i wyłupiając zielone oko, które ogarnęło spojrzeniem parę Rzeczniaków, a także ich ochroniarza, znacznie jednak oddalonego. W końcu rozbiegany, niesymetryczny wzrok zafiksował się na wróbelku i króliku, przyniesionych i nadal pozostających w szczękach terminatorów.
– Pochodzenie ich różne, krew inne drążyła w ciele koryta. – dodał nieznajomy i przysiadł, oddalony o jedną lisią długość ogona od pary.
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwaniazielony
Początkowo nie chciało mu się wierzyć, że ta migająca w oddali sylwetka może być właśnie tym, kogo szukali. No bo ani ich poszukiwania nie były długie i męczące, ani prawdopodobieństwo spotkania wróżącego z organów kota nie wydawało się wysokie... Krótko mówiąc, Łabędź był sceptyczny i wyłącznie bujna wyobraźnia oraz lęk trzymały go w stanie gotowości. Uniósł wyżej głowę i postawił uszy na sztorc. Raz spojrzawszy na zbliżającego się kota, nie spuszczał już z niego spojrzenia choć na moment; terminator chyba zapomniał, jak się mruga. Im bardziej dystans między ich trzyosobową grupką a nieznajomym się zmniejszał, tym więcej szczegółów dostrzegał. I nie były to bynajmniej szczegóły, które by go uspokoiły. Może i rudy kocur nie przedstawiał się spektakularnie - syn Płonącego Świtu był masywniejszy od niego, choć Gwiezdni jedni wiedzą, jak bez znaczenia to nierzadko się okazuje - lecz coś było w jego oczach... No, jednym oku z pewnością. Coś wzbudzającego niepokój.
Wzdrygnął się odruchowo na dźwięk głosu pręgusa. Powinien był spodziewać się jakichś słów, ale i tak serce podskoczyło mu w piersi. Nieznajomy nie był zainteresowany tym, skąd się tu wzięli, czego chcieli. Nie usłyszeli też od niego przywitania. Wyglądało to tak, jakby liczyły się dla niego ich zdobycze. I bardzo dobrze, bo Łabędź wolał oddać królika, a nie stracić życie.
Obdarzył ukradkowym spojrzeniem Karasiową Łapę i ostrożnie ulokował niesioną piszczkę na śniegu. Czuł się niezręcznie. Co dalej? Powinien coś odpowiedzieć? To pytanie chyba było retoryczne? Rudy usiadł i tak sobie siedział, więc najwidoczniej piłeczka była po ich stronie.
- Dzień dobry? - powiedział ostrożnie. - Jestem Łabędzia Łapa, a to Karasiowa Łapa. - Ruchem pyska wskazał na niebieską kotkę. Czuł, że to on powinien przejąć stery w tej konwersacji, co zresztą niezbyt mu się podobało. - Tam dalej jest Potężny Strumień. To ty, hm... Dzielisz się przepowiedniami?
To oni tu mieli szukać tajemniczego kota, a tymczasem nie przeszli nawet przez całe pole, a już coś zaczęło się zbliżać w ich stronę. No ewidentnie nagle się zjawiło i szło prosto na nich. I w miarę jak rudy punkt się zbliżał to z Karasia ulatniał się entuzjazm towarzyszący planowaniu tej wyprawy, a na jego miejsce wchodził dyskomfort, nakazujący skręcić gdzieś w bok i uniknąć konfrontacji. Ale również i ciekawość, która ją trzymała na miedzy. Bo co może pójść nie tak? Nieznajomy jakiś wielki nie był i powiedziałaby, że budową mu bliżej do niej niż do jej przyjaciela, więc jeszcze z obstawą w postaci ojca chyba nie powinno skończyć to się zbyt tragicznie. Chyba, bo gdy rudy zbliżył się już na tyle by można było przyjrzeć się jego mordce to cały wątły optymizm na nowo runął. Co było z tym okiem nie tak? Jedno miłe, zielone, jak Gwiezdni przykazali, normalne, ale drugie? Dziwne takie, niepokojące i to takie rzeczywiście niepokojące, a nie karasiowo niepokojące.
Była bardzo wdzięczna Łabędziowi za to, że odezwał się pierwszy, bo nie miała pojęcia o czym kocur w ogóle mówił. Może to był błąd, że go przyszli szukać. Nie z powodu miliona potencjalnych zagrożeń z jakimi wiązało się takie zaczepianie samotników, a właśnie ze względu na to, że mówił jakimiś zagadkami czego prosty umysł szarej nie umiał za bardzo pojąć. Więc gdy ten się odezwał o jakimś pochodzeniu, korytach i krwi to już w ogóle straciła wątek i miała tylko nadzieję, że w jej oczach co najwyżej odbija się widmo skonfundowania, które teraz odczuwała. Ale że o czym on teraz mówił? Tak więc dobrze, że kremowy rozumiał, że Karaś nawet jeśli była pomysłodawczynią tej wyprawy, to nie miała w sobie wystarczających umiejętności by też być przewodnikiem i przejmować rozmowy.
Wreszcie jednak i ona odłożyła trzymanego wróbelka i cofnęła się pół kroku. - Słyszeliśmy o tobie. - Chyba. Ale o tym, że pewności jej brak już wolała nie wspominać.
Mała, smukła kotka o drobnej budowie i dużych, zielonkawych oczach. Ślepia zdają się wręcz emanować ciepłem, wewnętrznym spokojem, życzliwością, w jej przypadku całkowicie odzwierciedlając duszę. Szaro-bura, raczej krótsza, niż dłuższa sierść przeplatana jest ciemniejszym futerkiem, tworzącym tygrysie pręgi. Najwyraźniejsze na mordce, ozdabiają ją wraz z wąsami. Jaśniejszy odcień szarości przyjmują końcówki łapek, podbrzusze oraz pyszczek. Spośród innych może wyróżniać ją lewe, ciemniejsze ucho, dzięki któremu łatwo rozpoznać jej sylwetkę z daleka.
Zmienna. To słowo powie o niej najwięcej. Trzyma się jednak ustalonych przez siebie zasad, podążając od dawna znaną ścieżką. Bez względu na wszystko pozostanie lojalna, szczera, lecz nie do bólu i ciepła, chociaż czasem tylko w głębi serca. Bywa zdystansowana, ironiczna, chociaż to jedynie pozory. Wynikają z faktu, że kotka jest nieufna i nie chce zostać zraniona. Często 'gra' kogoś innego, zazwyczaj, gdy przebywa wśród obcych. W obozie jest po prostu sobą - oddana, pomocna, ale pozostająca na uboczu. Woli słuchać niż się wypowiadać, częściej milczy, odpływając w świat własnych przemyśleń. Zdecydowanie można na niej polegać, wiedząc że dotrzyma danego słowa.
Mętna Łapa [krz], Mała Łapa vel Huba [kw]
Martwe zwierzęta spoczęły na śniegu bezwładnie, ale wzrok... niesymetryczny wzrok zdrowego oka jeszcze przez chwilę ogniskował się na kocich pyszczkach, zupełnie jakby ostatnie z wypowiedzianych przez dziwaka zdań tyczyło się również ich.
– Ha! – sapnął nagle, gdy w końcu świdrujące, wyłupiaste oko spoczęło na zabitych organizmach. – Czy traf wszystkim rządzi? Skoro ryba ptactwem się żywi a ptactwo na króliki poluje?
Sposobowi wypowiadania nadal towarzyszyły rytmiczne przerwy między słowami, być może, tak by każde z nich było dobrze słyszalne, mimo że... zagmatwane?
– O, gdyby mógł kot przewidzieć koniec sprawy przed dnia końcem! – nieznajomy odezwał się po chwili przerwy, tym razem w stronę masywnego kocurka. – Mam Szkiełko i oko, ale w Ducha wierzę.
Mordka zjawiającego-się-jak-na-zawołanie skierowała się tak, by przez chwilę obserwować Karasiową Łapę.
– On jest znany, wiesz? Mówią o nim. – odparł, tym razem płynniej, wskazując końcówką nosa kremowego. Jak na razie przybysz w ogóle nie zwracał uwagi na ojca niebieskiej kotki.
– Nakarmić Cię nadzieją? – spytał Łabędzią Łapę, ale... nie czekając na odpowiedź, sięgnął po królika i przyciągnął pazurem bliżej siebie. Sprawnie, jak ktoś wprawiony i działający intuicyjnie, rozpruł martwemu zwierzęciu brzuch, przeciągając pazurem po miękkiej tkance. Bez niepotrzebnego gmerania, tak jakby doskonale znał anatomię ssaka, począł oddzielać od siebie poszczególne wnętrzności i kłaść w sposób uporządkowany, według jakiegoś klucza, na śniegu. Czerwień wylała się na biel, plamiąc ją. Ciepła para zgromadziła się wokół wąsów i zaparowała niesprawne oko.
– Jeden kieł został ostatnio złamany. Nawet złamany ząb nie zapomina. Pamięta. Samice pokochały chłód i zimno. Zrodziły młode. Wuju. Jesteś odbiciem kła. – tu Szkiełko przerwał na chwilę. – Z żaru ostanie się jeno popiół?
Zamilkł nagle, tracąc zainteresowanie wypatroszonym królikiem.
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwaniazielony
"Ha!". Łabędź podskoczył w miejscu. Próbował pozostać spokojnym i uspokajać rozedrgane myśli tym, że przecież nie był sam. I nie był sam z Karasiową Łapą, przy której powinien być twardy i nieustraszony w razie konfliktu interesów. Mieli ze sobą Potężny Strumień, który nie dość, że był wojownikiem, to był też ojcem Ości i na pewno nie zostawiłby ich tu na pożarcie. Nic nie mógł na to poradzić - rudy kocur niósł ze sobą enigmatyczną, lecz jednocześnie jakby ciemną aurę. I jak syn Płonącego Świtu lubował się w tajemnicach psychiki, tak nie wiedział, czy akurat tę zagadkę chciałby rozwiązać. Niektórych rzeczy może lepiej nie wiedzieć. Na przykład tego, dlaczego jedno z oczu nieznajomego wygląda tak... Niecodziennie.
Łypnął okiem na towarzyszkę w poszukiwaniu zrozumienia w jej zielonych ślepiach. To, że on sam był otumaniony pogmatwanymi wypowiedziami, nie oznaczało tego samego u przyjaciółki, prawda? Ale niestety, wystarczyło jedno przelotne spojrzenie, by przekonać się, że Karasiowa Łapa nie rozumiała z tego o więcej od niego.
Skupił się na samotniku, który od tej chwili zdawał się mówić wyłącznie do niego. Jak na potwierdzenie tego wrażenia, wziął łabędziego królika i zaczął w nim gmerać. Nie żeby widok czy zapach krwi były kremowemu obce, ale bez dwóch zdań - przedstawienie w wykonaniu tajemniczego dziwaka zrobiło na nim nie lada wrażenie. Spływająca po śniegu krew wyglądała złowieszczo. Terminator zwątpił w duchu, czy określenie "nakarmić nadzieją" pasowało do tej sytuacji. Spodziewał się raczej złych wieści, o ile nie od razu szaleńczego wybuchu agresji ze strony rudzielca. Ich trzyosobowa ekipa przestała dawać mu poczucie bezpieczeństwa. Bo kimże byli w obliczu kota najpewniej przyjaźniącego się z duchami? I wcale nie było powiedziane, że dobrymi duchami.
Wstrzymując oddech słuchał kolejnych zagadkowych słów. Kieł? Że Lodowy Kieł? Łabędź nerwowo przełknął ślinę. A z każdym kolejnym słowem pręgusa czuł narastające wewnątrz ciepło. I to to z rodzaju nieprzyjemnych, prowadzących do zawrotów głowy. Bo, choć nadal bez większego ładu i składu, obcy mu kot mówił coś, co błękitnooki mógł przełożyć na swoje życie. Częściowo przynajmniej. To o śmierci ojca jak najbardziej miało sens, podjudzając zainteresowanie kocurka. Ale co z dalszą częścią? Tutaj już znaczenie przestawało być jasne. Samice pokochały chłód i zimno? Zrodziły młode? W u j u? Ale że co? Łabędzia Łapa aż przysiadł w miejscu, z lekko otwartą mordką wlepiając tępy wzrok w mówiącego. O co chodzi? I jeszcze to nagłe przejście z chłodu do żaru.
- Po... piół? - wymamrotał niewyraźnie. O Gwiezdni, czyżby w jego rodzinie (w klanie?) szykowała się następna tragedia? Pożar zaraz po porze nagich drzew?
Ale skąd ten wuj?!
I młode...?
O Gwiezdni, czemu ten rudy kocur rzucał dziwnymi wypowiedziami ot tak? Jaka ryba, jakie ptactwo, o co mu chodziło? Nie, dobra, Karaś, skup się, może w tym jednak jest jakiś sens. To nie może być aż tak oderwane od rzeczywistości chyba, no z powietrza tego nie wziął? Zerknęła na przyniesione truchła, bo podejrzany rudzielec właśnie na nie patrzył jak mówił zagadkami znowu. I no fakt, jest ptactwo, jest królik. Zmrużyła zielone oczy w skupieniu i nagle ją olśniło. No tak, ta ryba to ona, Karaś. Rzeczywiście ryba przyniosła wróbelka. No a Łabędź przyniósł królika, ma sens. Przez krótki moment była nawet z siebie zadowolona, że to rozgryzła. Aż do niej dotarło, że to było tylko nabijanie się z nich ubrane w ładne słówka. Innej opcji nie było skoro o jakimś trafie mówił. Śmiał się z nich, a to, że nawet o tym nie wiedzieli to chyba tylko dodatkową frajdę mu sprawiało.
I koniec, Ość już nie będzie interpretować tych wypowiedzi. W ogóle nie będzie słuchać. I ten plan by miał jakieś szanse na powodzenie, gdyby nie to, że gdy tylko Szkiełko się do niej zwrócił, od razu nastawiła uszy i zamrugała ze zdziwieniem. Że Łabędź znany? Mówią o nim? - Ale że kto mówi? - spytała tylko lekko zdezorientowana, ale uwaga rudego zaraz znowu została przeniesiona na jej przyjaciela.
Zaraz wciągnęła się w obserwowanie procesu rozpruwania królika, niby przyglądając się badawczo, ale jednocześnie nie widząc zupełnie na co patrzy, jakby jej mózg uznał, że te informacje nie są warte przetworzenia. Z transu wyrwała ją dopiero wypowiedź, zdecydowanie nie kierowana do niej, ale Ość nie mogła się powstrzymać przed słuchaniem. Ostatnio złamany kieł? Że chodziło o ojca Łabędzia? Zerknęła z niepokojem na kremowego, bo przecież ta wyprawa miała być miłym oderwaniem od rzeczywistości, nie wyciągnęła go chyba poza tereny klanowe tylko po to by mu teraz jakiś obcy kot przypominał o śmierci Lodowego Kła? Ale chyba wszystko było ok? Łabędź nie sprawiał wrażenia jakby nagle zaczął żałować, że tu przyszli? Reszta wypowiedzi nie miała dla niej najmniejszego sensu, miała nadzieję tylko, że dla pointa była jakaś bardziej czytelna. Ale jedno spojrzenie i już wiedziała, że nie. Też nie miał pojęcia o co chodzi. Albo nagle połączył wszystkie kropki i aż musiał usiąść z wrażenia.
Za to jedno słowo zwróciło jej uwagę.
- ... Wuju? - powtórzyła za rudym jako, że Łabędzia Łapa nijak tego nie skomentował.
Mała, smukła kotka o drobnej budowie i dużych, zielonkawych oczach. Ślepia zdają się wręcz emanować ciepłem, wewnętrznym spokojem, życzliwością, w jej przypadku całkowicie odzwierciedlając duszę. Szaro-bura, raczej krótsza, niż dłuższa sierść przeplatana jest ciemniejszym futerkiem, tworzącym tygrysie pręgi. Najwyraźniejsze na mordce, ozdabiają ją wraz z wąsami. Jaśniejszy odcień szarości przyjmują końcówki łapek, podbrzusze oraz pyszczek. Spośród innych może wyróżniać ją lewe, ciemniejsze ucho, dzięki któremu łatwo rozpoznać jej sylwetkę z daleka.
Zmienna. To słowo powie o niej najwięcej. Trzyma się jednak ustalonych przez siebie zasad, podążając od dawna znaną ścieżką. Bez względu na wszystko pozostanie lojalna, szczera, lecz nie do bólu i ciepła, chociaż czasem tylko w głębi serca. Bywa zdystansowana, ironiczna, chociaż to jedynie pozory. Wynikają z faktu, że kotka jest nieufna i nie chce zostać zraniona. Często 'gra' kogoś innego, zazwyczaj, gdy przebywa wśród obcych. W obozie jest po prostu sobą - oddana, pomocna, ale pozostająca na uboczu. Woli słuchać niż się wypowiadać, częściej milczy, odpływając w świat własnych przemyśleń. Zdecydowanie można na niej polegać, wiedząc że dotrzyma danego słowa.
Mętna Łapa [krz], Mała Łapa vel Huba [kw]
Rudzielec po wykonaniu pierwszego zadania począł krążyć wzrokiem po pustej okolicy, jakby zupełnie ślepy na postać trzeciego przybysza, gdzieś w oddali. Wnętrzności królika powoli przestały buchać gorącem i parować, a emocje... opadać? Kolejne słowa wszędobylski skierował bezpośrednio do Karasiowej Łapy, chcąc odpowiedzieć na jej pytanie.
– Jego odbicie mówi. I inni, temu odbiciu podobni. Mam Szkiełko i oko, ale w Ducha wierzę. Słuchać potrafię, ale też rozmawiać. – odparł, wplatając w swoją wypowiedź jedną powtórkę z być może już wątpliwej, dla słuchaczy, rozrywki. Przez moment sprawiał wrażenie do bólu poważnego, a jego rozbiegana jak dotąd mimika uspokoiła się, wręcz zgasła. Patrzył na kotkę uważnie, jakby dając czas na przyswojenie haseł, jakoś nawiązujących do poprzednich wypowiedzi, zupełnie jakby nagle zrozumiał, że ma do czynienia z trudnym przypadkiem. Poza tym słowa znacznie wolniej wypłynęły z jego niestarej mordki. Nadal frazował specyficznie, rytmicznie dzielił każde z nich, jakby chciał, naprawdę chciał pozostawić przestrzeń do przemyśleń i na interpretację. Teraz między poszczególnymi zdaniami zagościły przerwy, naprawdę znaczące, na kilka uderzeń serca. Ewidentnie zwracał się do córki Potężnego Strumienia, to jej coś przekazywał, choć Łabędzia Łapa również bez problemu mógł podsłuchiwać wyjaśnienia, dotyczącego w gruncie rzeczy, po części, jego kociej osoby...
Kocurek jednak nie doczekał się personalnych, dalszych wyjaśnień. To co padło, musiało mu wystarczyć. Nie-wiadomo-skąd patrzył nadal na Karasiową Łapę, gdy jego jednooczne spojrzenie stało się zaskakująco łagodne.
– Po niepowrotnej stracie kto się smuci, ten boleść nową do dawnej przyrzuci. Sam się okrada, kto łzy próżno leje. – wyartykułował melodyjnie, a jego ślepe oko jakby... błysnęło? Potrząsnął pyskiem, wąsem i wrócił do drugiego podarku. I ponownie...
Sięgnął po wróbelka i przyciągnął pazurem bliżej siebie. Sprawnie, jak ktoś wprawiony i działający intuicyjnie, rozpruł martwemu zwierzęciu brzuch, przeciągając pazurem po puchatej, tym razem nieco opierzonej, tkance. Bez niepotrzebnego gmerania, tak jakby doskonale znał anatomię ptaka, począł oddzielać od siebie poszczególne wnętrzności i kłaść w sposób uporządkowany, według jakiegoś klucza, na śniegu. Czerwień wylała się na biel, plamiąc ją. Ciepła para zgromadziła się wokół wąsów i zaparowała niesprawne oko. Wszystkiego było mniej i wszystko było mniejsze.
– Kryzys wiary w gwiazdy, tam za rzeką, po piaszczystej stronie. Gwiazdy nie mają blizn, zupełnie jak ja. Blizna, gdy rozdrapiesz, przyniesie złe skutki. Nie spotkałem liści agrestu. A... – tu, nie patrząc na Łabędzią Łapę, tylko lekko skinął w jego stronę, by powrócić raz jeszcze do niedawno wypowiadanych fraz. – Jego odbicie mówi. I inni, temu odbiciu podobni. Mam Szkiełko i oko, ale w Ducha wierzę. Słuchać potrafię, ale też rozmawiać.
Skończył i wzdrygnął się, jak przebudzony nagle z długiego snu. Stracił zainteresowanie wnętrznościami wróbla i wyprostował się, patrząc na kotkę.
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwaniazielony
Siedział oszołomiony, zbyt rozemocjonowany, by znaleźć większy sens w wypowiedziach kocura - owszem, różne domysły przechodziły mu przez myśl, ale jak szybko się pojawiały, tak szybko nikły pod wybijającą się na pierwszy plan obawą związaną ze wspomnieniem żaru i popiołu. Łabędź nie miał pomysłu, do czego nieznajomy mógł się odnosić, o ile to w ogóle miała być metafora, zatem zinterpretował te słowa dosłownie i przestraszył się domniemanej zapowiedzi katastrofy.
Mógł sobie na tę chwilę "nieobecności" pozwolić, bo rudy zajął się rozpruwaniem brzucha karasiowego wróbla, na co tym razem syn Lodowego Kła już nie patrzył. Zamiast tego przyglądał się licu kota, jego dziwnemu oku; choć nie dało się jednoznacznie określić, czy był to wynik przypadku, czy rzeczywiście terminator coś próbował z niego wyczytać. Dopiero gdy kolejne słowa przerwały ciszę, błękitne ślepia powędrowały w stronę Ości, a ucho przechyliło się w stronę mówiącego. Mrugał powoli, tymczasowo odrzuciwszy na bok to, co dotyczyło jego, aby skupić się na skierowanej ku córce Zroszonego Listka... przepowiedni? Chyba prędzej zagadce.
Pierwsza część była kompletnie niejasna, ale Łabędzia Łapa uznał, że to prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie zdarzyło im się rozmawiać o Gwiezdnych bardziej niż ogólnikowo, a i przyjaciółka mu każdego szczegółu z życia nie zdradza. Próbował odnaleźć w wyrazie jej pyszczka zrozumienie, bo może to tylko on taki głupi, że nie potrafił rozgryźć, o czym się do niego mówi. Otworzył szerzej oczy na wspomnienie liści agrestu, ponieważ skojarzyły mu się z imieniem siostry Karasia. Czyżby tajemniczy nieznajomy przynosił im same rodzinne wieści? Czy istniała możliwość, że pręgus beształ ich za rozgrzebywanie przeszłości? Zdania: "Po niepowrotnej stracie kto się smuci, ten boleść nową do dawnej przyrzuci" oraz "Blizna, gdy rozdrapiesz, przyniesie złe skutki" zdawały się potwierdzać tę tezę.
Ale najważniejszym pytaniem nadal było - kim on właściwie był i skąd to wszystko wiedział? Naprawdę miał jakąś łączność z Gwiezdnymi? Czy był medykiem niewiadomego pochodzenia? Nikt nie mówił, że klanowe życie kończy się na znanych im czterech klanach. Z drugiej strony Łabędź nie widział powodu, dla którego jakikolwiek medyk miałby szwendać się po świecie i mówić kotom o ich życiu.
No fajnie, że odpowiedział na jej pytanie, ale niefajnie, że rozumiała teraz jeszcze mniej. I dlaczego tak patrzył? Czy on rzeczywiście wierzył, że Karasiowej Łapie uda się zrozumieć co takiego miał na myśli, jeśli da jej więcej czasu do namysłu? Czy może właśnie do niego dotarło, że oto stoi przed nim kotka bystra niczym woda w kałuży? Błotnistej kałuży.
Może gdyby rozumiała o jakie odbicie chodzi to byłoby prościej. Rudzielec co prawda wcześniej wspominał, że Łabędź jest odbiciem kła, więc mogłoby to oznaczać, że to Lodowy Kieł mu mówił wszystkie rzeczy. Ale problem polegał na tym, że ojciec kremowego, z tego co słyszała, nigdy zbyt rozmowny nie był. No i przede wszystkim - nie żył. Może chodziło o Ciemną Mordkę? Co prawda żeby uznać ją za odbicie kremowego to by trzeba być ślepym, ale za to żyła i sprawiała wrażenie dużo przyjemniejszej i Karaś potrafiła sobie wyobrazić jak kotka obgaduje młodszego brata z obcym typem.
Położyła uszy po sobie, bo mimo że w zielonym oku nie odbijał się nawet cień agresji, poczuła się atakowana słowami kocura. Poniekąd. Miała nieodparte wrażenie, że chodzi o matkę, bo przecież zawsze o nią chodziło, zawsze prześladowała Karasia. Nawet teraz, gdy niebieska przyszła posłuchać o przyszłości, okazywało się, że Zroszony Listek nawet tam już zaczęła się wpraszać. Tylko problem polegał na tym, że z usłyszanych przed chwilą słów wynikało, że to wina Ości. Że to ona sobie dokłada problemów; że zamiast przeboleć stratę i żyć dalej to ona sobie z niej zrobiła fundament pod te wszystkie smutne cegiełki, którymi się otaczała zamiast wrzucić do rzeki i cieszyć się jak miło pluskają. I nie podobało jej się to, chciała szukać innego znaczenia słów Szkiełka, ale oczywiście wypowiedź miała sens tylko, gdy córka Potężnego Strumienia posadziła w centrum interpretacji matkę. Jak praktycznie wszystko w jej życiu.
Za drugim razem rozpruwanie nie wywoływało już takich emocji. W ciszy przyglądała się wnętrznością wróbelka, a koniec szarego ogona drgał niecierpliwie. Co tam Szkiełko zobaczy? Co takiego jej powie?
Nic zrozumiałego najwyraźniej. Jaki kryzys wiary? Ale że kto? Za jaką rzeką? Płynącą przez ich obóz czy jakąś metaforyczną? Przynajmniej to o bliznach było jasne - znowu ją atakował. Zmarszczyła brwi, obrzucając rudego krzywym spojrzeniem. Jasne, mógł sobie mówić niepokojącymi zagadkami, ale po prostu nie wiedział jak to jest. Bo może łatwo jest nie rozdrapywać w kółko jednej blizny, gdy się jest Szerszeniem, nie gdy jest się zwykłą Ością. Zaraz jednak jej spojrzenie zostało złagodzone zdziwieniem. Liście agrestu? Nie spotkał ich? Matki i jej siostry znaczy, prawda? Przed uderzenie serca, Karaś liczyła na to, że dowie się więcej na temat zaginionej siostry, że Szkiełko może i jej nie spotkał, ale zaraz flaki mu objawią gdzie szukać czarnej kotki. Ale nie, powtórzył wypowiedź o odbiciach i duchach. I już zupełnie nie zamierzał wracać do tematu Agreścik. To była strata czasu, przyszli tu dla niepokojących zagadek i by obcy kot mógł szarej wytknąć, że ma nieprzepracowane traumy, ciągnące się za nią całe życie. Świetnie. Tyle to ona wiedziała już wcześniej.
Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz w momencie gdy zrozumiała, że to głupie by odrzucać myśl o tym by to Lodowy Kieł był odbiciem jej przyjaciela. Nagle wszystko zaczęło nabierać sensu. Inni, temu odbiciu podobni to niekoniecznie kolejne wizualne kopie ojca Łabędzia, a koty ze Srebrnej Skórki. I pręgowany z nimi rozmawiał. Grzebał we flakach martwych zwierząt by mówić zagadkami, a po ocknięciu mówił jeszcze gorszymi zagadkami. Karaś nigdy nie przykładała większej wagi do Gwiezdnych i ich działania, ot, traktowała ich jako część teorii do wykucia na treningu, nic więcej. Nie wiedziała więc w jaki sposób ich połączyć z rozłożonymi na śniegu wnętrznościami oraz rudym kotem, ale była prawie pewna, że to był brakujący element układanki. I nieco ją od tego mdliło. Oto wyciągnęła Łabędzia na spotkanie z kotem, który na porządku dziennym plotkował sobie ze zmarłymi.
- Czyli... Agrest żyje? - spytała szukając potwierdzenia w zielonym oku. To miał na myśli, prawda? Nie spotkał jej plotkując ze swoimi koleżkami ze Srebrnej Skórki, więc jej siostra ciągle gdzieś krążyła po świecie?
Mała, smukła kotka o drobnej budowie i dużych, zielonkawych oczach. Ślepia zdają się wręcz emanować ciepłem, wewnętrznym spokojem, życzliwością, w jej przypadku całkowicie odzwierciedlając duszę. Szaro-bura, raczej krótsza, niż dłuższa sierść przeplatana jest ciemniejszym futerkiem, tworzącym tygrysie pręgi. Najwyraźniejsze na mordce, ozdabiają ją wraz z wąsami. Jaśniejszy odcień szarości przyjmują końcówki łapek, podbrzusze oraz pyszczek. Spośród innych może wyróżniać ją lewe, ciemniejsze ucho, dzięki któremu łatwo rozpoznać jej sylwetkę z daleka.
Zmienna. To słowo powie o niej najwięcej. Trzyma się jednak ustalonych przez siebie zasad, podążając od dawna znaną ścieżką. Bez względu na wszystko pozostanie lojalna, szczera, lecz nie do bólu i ciepła, chociaż czasem tylko w głębi serca. Bywa zdystansowana, ironiczna, chociaż to jedynie pozory. Wynikają z faktu, że kotka jest nieufna i nie chce zostać zraniona. Często 'gra' kogoś innego, zazwyczaj, gdy przebywa wśród obcych. W obozie jest po prostu sobą - oddana, pomocna, ale pozostająca na uboczu. Woli słuchać niż się wypowiadać, częściej milczy, odpływając w świat własnych przemyśleń. Zdecydowanie można na niej polegać, wiedząc że dotrzyma danego słowa.
Mętna Łapa [krz], Mała Łapa vel Huba [kw]
– Siostro... – doszeptał jeszcze sami-wiecie-kto, jakby starając się wyczarować coś ponadprogramowego, choć nie miał już z czego. – Nie spotkałem liści agrestu wśród podobnych jego odbiciu.
To było ewidentnie wszystko, na co było stać pręgowanego kocura, odnajdującego... prawdę, kłamstwa, przypuszczenia? we wnętrznościach. Wyglądał na kogoś szczerze zadowolonego z siebie, gdy tak przyglądał się jeszcze chwilę parce terminatorów i... Potężnemu Strumieniowi, którego obecność jeszcze na sam koniec go zainteresowała i wzbudziła iskierkę w zdrowym oku. Na smukły pysk wylazł nawet nieco zagadkowy uśmieszek, a Szkiełko dość wyraziście potrząsnął głową, jakby posyłając starszemu kocurowi pozdrowienie. Przez jedno uderzenie serca wyglądał na takiego, co planował rzec coś jeszcze, ale w końcu mrugnął tylko zdrowym okiem do przyjaciół, odwrócił się na pięcie i równie sprężystym krokiem jak wcześniej, tym razem oddalił się, kręcąc w powietrzu spirale cienkim ogonem. Rozprute brzuchy zwierząt zostawił za sobą.
[koniec akcji mg]
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwaniazielony
Pierwszy raz od spotkania z tajemniczym kocurem nie musiała analizować jego słów, tylko po prostu rozumiała o co chodzi, mimo że dalej mówił tymi swoimi zagadkami. Ta informacja jej starczyła, więc już nie zadawała więcej pytań, czując, że i tak już nic więcej by z rudego nie wyciągnęła. Zdziwiło ją, że Szkiełko spojrzał w stronę jej ojca i ewidentnie czegoś czegoś chciał. I może by nawet się nad tym zastanowiła na dłużej, gdyby tylko nie to, że kocur moment później ich zostawił na środku pola, a szara miała ważniejsze sprawy na głowie. Odwróciła się w stronę Łabędzia, znów podejrzanie, jak na nią, ożywiona.
- Słyszałeś? Agrest żyje. - zaczęła cicho, by ojciec na pewno jej nie usłyszał. - Muszę ją odnaleźć. - postanowiła, wbijając spojrzenie zielonych oczu w kremowego, czekając na jego reakcję.