Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Poza spotkaniem patrolu klanu Rzeki, niedługo po swojej ceremonii na terminatorkę (od czego minęło już dość sporo czasu), Różowa Łapa nie spotkała kota spoza klanu. Tymczasem jej pierwszy samodzielny spacer poza obóz właśnie kończył się spotkaniem takiego właśnie kogoś. Kocura, jak jej się wydawało, w podobnym wieku, o futerku w fascynującym wzorze i kolorze.
Już miała się uśmiechnąć, pamiętając, że poprzednim razem odbyła całkiem przyjemną rozmowę z Księżycową Łapą z klanu Cienia, kiedy do jej uszu dotarł głos nieznajomego. W tym głosie zabrzmiało tyle powagi i chłodu (chociaż to ostatnie mogła sobie miała koteczka dopowiedzieć), że z całą mocą, niczym uderzenie pioruna, uświadomiła sobie, że na granicy można spotkać nie tylko przyjaciół, ale i wrogów, niebezpieczne koty. Dotarło do niej, że znalazła się pysk w pysk z kocurem i to na jej barkach spoczywała obrona terytorium klanu Wichru. Czy czuła się na coś takiego gotowa? Absolutnie nie. Czy wiedziała, jak zapobiec ewentualnej groźnej sytuacji? Również nie.
To, co było widać na zewnątrz, to w zasadzie tylko rozszerzające się coraz bardziej źrenice drobnej kotki, stanowiące bardzo wyraźny dowód na to, jakie myśli na jej temat krążyły w jego głowie.
- Dzień dobry - padło z jej pyszczka, przestąpiła z łapki na łapkę. - W-wiesz, że jesteś na granicy terytorium klanu Wichru? - zapytała i przeklęła samą siebie w głowie za to, że musiała się zająknąć na początku. Zapewne bałaby się bardziej, gdyby nie widziała, że kocur jest w zasadzie w podobnym do niej wieku. Był większy, to jasne, ale jego przewaga nie była… przygniatająca.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Mustang był zdecydowanie bliżej bycia wrogiem. Co więcej, takim bezdusznym. Wyprostował się, gdy ta się odezwała... dając mu ostrzeżenie? Nie wiedział, czy powinien to wyśmiać, czy wziąć to jako cenną informację. Nie znał tych terenów, ale z drugiej strony, sposób w jaki mu to przedstawiła...
Matka miała rację. Klanowicze są żałosnymi robalami. Słabe, przerażone, na widok pojedynczego samotnika. Mustang, rzeczywiście, mógł wyglądać strasznie, ale aby od razu zachowywać się w taki sposób? Kocięta mają więcej pewności siebie i odwagi. - Zdaję sobie z tego sprawę. Wasze tereny mają zapach na tyle intensywny, że trudno byłoby go przeoczyć. Nie mam stępionego węchu - odpowiedział, usiłując utrzymać poważny ton głosu. Powagę trzymało się trudno, gdy nie wiedziało się co mówić. Mustang, choćby nie wiadomo jak chciał, nie potrafił prowadzić żadnej rozmowy. Nie pozwolił po sobie tego pokazać, ale poczuł jak nieprzyjemnie szybko zabiło mu serce....w stresie? - Gdzie są wszystkie inne koty, o których się mówi? Klany stanowi grupa, która się nie rozdziela.
To zaś pociągnął chyba z ciekawości. Nie tak to sobie wyobrażał. Był pewien, że jeśli spotka się z kimś z Klanu, zaraz będą starali się zrobić coś. A tak? Mustang chyba nie był aż tak straszny, że cały Klan by od niego zwiał, na boga.
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Pokiwała króciutko głową, kiedy odpowiedział, ignorując jego małą złośliwość, mimo że nie uszła ona uwadze Różowej Łapy.
- G-gdzie? - zapytała, strzygąc białymi uszami, co wyraźnie dawało znać, że terminatorka nie była pewna, czy dobrze zrozumiała zadane jej pytanie. Mimo wszystko, zaraz po tym jak zadała pytanie, odezwała się, starając się ukryć, że być może nie jest najbystrzejszą rybą w potoku. - Koty z Wichru? Polują, patrolują, trenują, są na całych terenach. Nie są razem tak przez cały czas, nie dosłownie. - wyjaśniła, chociaż pytanie dalej wydawało jej się dość abstrakcyjne.
- To, mmmm, szukasz kogoś? - zapytała, trzepiąc ogonem. Skoro wiedział, że stoi na granicy klanu, nie wydawał się tak przyjazny, by szukać po prostu przyjaciół, co jeszcze tam robił? Zastanawiał się, czy ujdzie mu na sucho polowanie na terenie klanu? Myślał o tym, jak zaszkodzić klanowi?
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Dla niego to nie było abstrakcyjne. Abstrakcją była wizja, że koty mające trzymać się w grupie są... rozdzielone. Rozejrzał się na boki, w głowie gdzieś zapisując tę informację. Najwidoczniej, na każdym kroku mógł się spodziewać starcia pysk w pysk z kimś obcym, czy całą grupą kotów, która akurat patrolowała czy polowała. - Nie - zaprzeczył szybko, nie mając powodów w tym wypadku kłamać. - Poznaję okolicę i sprawdzam, czy informacje jakie słyszałem są fałszem.
To zaś - jego zdaniem - miało po prostu sens. Mówienie, że wie dokładnie gdzie jest i że zna się na tych terenach było o tyle bez sensu, że... zwyczajnie, nie uzyskałby żadnych nowych informacji. Do tego, wprost przyznał, że chce wiedzieć jak działają Klany. Co za tym szło, nie miał pojęcia o tych terenach. - ...I już wiem, że jedna rzecz była, skoro nie trzymają się razem cały czas.
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Poczuła, że jej spięte mięśnie rozluźniają się nieznacznie. Odniosła wrażenie, że z głosu nieznajomego przynajmniej na jakiś czas zniknęła część wcześniejszej wrogości, dlatego też nieco łatwiej było jej myśleć o kontynuowaniu tej rozmowy. I chociaż nie wiedziała, do czego ona zmierza, to z ciekawości i uprzejmości, była gotowa ją kontynuować.
- I… czego jeszcze się dowiedziałeś? - wraz z tym pytaniem biała głowa terminatorki przechyliła się lekko na bok, wyrażając jej szczere zainteresowanie. Samotnik lub pieszczoch tak zainteresowany w klanami? Była ciekawa, jaki był powód tego zainteresowania, ale zabrakło jej śmiałości, by zadać to pytanie na głos. Może dowie się tego spomiędzy jego zdań za jakiś czas?
- Jak… się nazywasz? - rzuciła jeszcze jednym pytaniem, uznawszy, że skoro rozmawiają już dłuższą chwilę, uprzejmie byłoby się sobie przedstawić. - Jestem Różowa Łapa - uśmiechnęła się lekko, wypowiadając swoje imię, bo lubiła wymawiać je na głos. Ale również dlatego, że bardzo często jej reakcją na zakłopotanie był właśnie łagodny uśmiech.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
- Właściwie to... chyba jedynie tyle - bo przekazał już wszystko co wiedział. Klany są, mają granice, trzymają się razem....ale nie do końca. Dziwactwo. - Chyba jeszcze wiem, że macie takie dziwne imiona. Dwuczęściowe. I nie lubicie nie swoich.
Na to skrzywił się pod nosem, nie kryjąc urazu. Z jednej strony faktycznie - był urażony. Od kocięcia uczony był jakie to Klany są złe i niedobre za to niesprawiedliwe traktowanie. Z drugiej, usiłował brzmieć jakoby to było jakimś głupim żartem. Uśmiechnął się zaraz, podbijając teorię, że jedynie sobie żartował. - Mustang - chyba pierwszy raz się komuś przedstawił w lesie. Jakże dumnie to brzmiało! Tak dostojnie!... - O, właśnie, o takie imiona mi chodziło. Nigdzie u mnie takich nie ma... poza moim ojcem.
Co nie było tajemnicą. Raczej nigdy nikt mu nie powiedział, że ma tego nie zdradzać. Co więcej, jeśli w duszy to wyszydzał, chyba nawet należało. Mama byłaby zadowolona. - Nie jesteś zbyt różowa jak na takie imię. To od nosa? Masz go wyjątkowo różowy - mruknął zaraz, wskazując łapą na jej kinol. Nie był w tym wypadku w żaden sposób złośliwy. Raczej starał się zabrzmieć, jakoby szczerze mu się podobał. Bo nie był brzydki. Pasował jej do pyszczka.
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Nie potrafiła się nie uśmiechnąć, kiedy kocur mówił o jej imieniu i jej różowym nosie. Mimo, że dalej mu nie ufała, fakt że zwrócił uwagę na ten szczegół, wydał jej się sympatyczny, o ile nie uroczy. Dlatego na jej pyszczku pojawił się lekki uśmiech, ładnie rozświetlając na chwilę biały pyszczek kotki.
- Te imiona nadaje nam przywódca i nie zawsze… nie zawsze wiemy dlaczego tak zrobił. - wyjaśniła po chwili zastanowienia, ostrożna czy nie zdradza samotnikowi ważnych, klanowych informacji. Wiedza na temat sposobu, w jaki nadawano klanowe imiona wydała jej się zupełnie niegroźna. - Bo… starsza siostra nazwała mnie Szałwia. - dodała, bo bez tej informacji ta pierwsza może nie mieć sensu. - Ale… lubię Różową Łapę. To taki… kwiatowy kolor. - dodała, ciszej niż wcześniej.
- Podoba mi się… Mustang - przyznała szczerze, po tym przez dwa uderzenia przyglądała się kocurowi. Ten moment mógł wydać się kocurowi wyjątkowy, bo wichrowa kotka po raz pierwszy spojrzała na niego bezpośrednio; na dłużej niż mgnienie oka. Do tej pory tylko przelotnie zerkała na jego pysk, przesuwając po nim bardzo przelotnie. - Ono coś znaczy? - zapytała z głową lekko przechyloną na prawo.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Jemu zaś nie umknął fakt, że lekko się uśmiechnęła. Skłamałby, mówiąc że mu się to nie podoba. Nie do końca rozumiał to uczucie - nijak miał szansę kiedyś coś takiego poczuć wcześniej. Nieznane uczucie, niemniej, nie zbiło go nazbyt z tropu. Z delikatnym łaskotaniem w sercu, uśmiechnął się sam szerzej. Wszak, jak pokaże, że jest zagubiony, to... źle. Musiał zawsze dawać choćby pozory, że wie co i jak. - ...I to normalne, że je wam zmienia? Skoro wcześniej miałaś na imię Szałwia? - bo... ojciec, jak kiedyś zdążył szepnąć, od początku miał w imieniu coś z Mrokiem. A tu, no... nie wiedział, może szałwie są różowe? Tak czy inaczej, średnio mu się to podobało. On był bardzo, bardzo przywiązany do swojego imienia. Gdyby ktoś mu je zmienił, prawdopodobnie by go zatłukł. Przywódca czy nie... - Kwiatowy... tak, raczej tak. Nie wiem, nigdy się nie przyglądałem kwiatom. Na osiedlu nie było ich zbyt wielu. Widziałem kilka w doniczkach, ale nie miałem szans i tak się przyjrzeć jakie mają kolory.
No, i chyba mama by mu odgryzła ogon za takie sentymentalne bzdury jak oglądanie kwiatków. - Ale... lubię je wąchać, jak przechodzę. Bardziej te drzewa, co mają kwiatki, niż same kwiatki. Są takie jedne, które bardzo lubię - co zaś nie było kłamstwem, ale w razie czego - udawałby, że blefuje. To jednak, być może, nieco ostudzi atmosferę i Mustang wzbudzi większe zaufanie jak się otworzy? Z taką pierdołą to raczej mógł się otwierać... - Mhm - machnął głową, chwilę wcześniej dumnie wypinając pierś do przodu na pochwałę imienia. Sam sobie je wybrał, hihi! - To ogromny, dziki, silny koń. Taki, którego nikt i nic nie może złapać. Jest sam dla siebie i radzi sobie z każdym.
Odpowiedział, szczerząc się półpyskiem. Był z tego dumny, chyba zbyt bardzo. Wyjątkowo, nie w taki pyszny sposób, a jak kocię, co się czymś chwali. Bo to go nieco zbyt cieszyło, że takie miano sobie dał! Co prawda, bardziej z brzmienia, bo czy jego definicja mustanga była prawdziwa, nie wiedział. Miał jedynie pojęcie, że to koń. Cała reszta po prostu musiała mu fajnie zabrzmieć.
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
- Dość normalne - przytaknęła z lekkim kiwnięciem głową. Zupełna zmiana imienia zdarzała się co jakiś czas, z tego, co koteczka wiedziała. Często, podczas ceremonii na wojownika kot mógł wrócić do swojego kocięcego imienia w ten czy inny sposób. Czy ona miała zostać w przyszłości Różową Szałwią? Czemu nie, brzmiało to całkiem miło. I tak, jak lubiła, dotyczyło kwiatu. Szkoda, że nigdy nie będzie miała w sobie na tyle odwagi, by poprosić Iskrzącą Gwiazdę o takie imię.
Wypowiedź Mustanga na temat kwiatów była zupełnie niespodziewana. Nie zrozumiała słowa “doniczka”, ale nadzwyczajnie przenikliwie jak na siebie, uznała, że musi to być jakaś rzecz, w której dwunogi trzymają kwiaty, więc uznała, że w zasadzie to nie musi pytać. Potem wspomniał jeszcze o kwiatach na drzewach, a jego rozmówczyni była tak zaskoczona (i zachwycona jednocześnie), że otworzyła szerzej oczy, której źrenice zbliżyły się swoim kształtem znacznie bliżej do koła.
- Ja też kocham kwitnące drzewa! Szczególnie lubię wiśnie i kasztanowce! - wyrzuciła biała, a jej cienki ogonek zadrżał znacząco w podekscytowaniu. Czy to możliwe, żeby ten kocur, który wydawał się na początku być zupełnie inny, w rzeczywistości miał łagodną i wrażliwą stronę?
- Imponujące - powiedziała szczerze, wysłuchawszy jego wypowiedzi na temat mustanga. W jakiś sposób to słowo pasowało do samotnika, kotce przeszło przez myśl, że jego mama wiedziała, co robi, dając mu tak na imię.
- Słuchaj, ja… mmmmm, będę musiała zaraz iść. - te słowa opuściły pyszczek wichrowej terminatorki nieco nieśmiało.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Zmarszczył brwi. - Nigdy bym się nie zgodził na zmianę mojego imienia - co było prywatną, aczkolwiek - bardzo pewną i ostrą opinią. Mustang kochał swoje imię. Nadał je sobie sam, przywiązał się do niego. Było dumne, mocne, potężne... i co, ktoś miałby mu je zabrać? Wolne żarty. Na szczęście, wcale nie musiał się o to martwić - w końcu nawet nie myślał o wejściu do Klanu.
Ekspresja zaraz mu się poluzowała. Jej ekscytacja była... nie umiał tego określić. Na pewno sprawiała, że czuł się nieco mniejszy, niż jakby tego chciał. Bo nie rozumiał tego, jak się sam czuje, kiedy ktoś przy nim się cieszy. Mimowolnie się uśmiechnął, uznając że to najlepsza odpowiedź na tak silne emocje z jej strony. - Nie wiem jak wyglądają kasztanowce, ale widziałem kilka wiśni. Są...ładne - bo to chyba te różowe? - Ale wydaje mi się, że jaśmin jest najlepszy.
Chyba. Nie był pewien, czy myśli o odpowiednim drzewie, ale w jego głowie - to właśnie ono pachniało najpiękniej. Tak czy inaczej, chyba szło dobrze? Chyba teraz mógł uznać, że mu ufa? Wyglądało to tak, jakby się zaczynali dogadywać. Takie miał wrażenie.
Uśmiech na jego mordce się powiększył, gdy ta pochwaliła jego imię. Wiedział. Było to najbardziej imponujące imię, jakie mógł tylko mieć. - ...W porządku - szybko. Miał wrażenie, że dopiero się zaczynali dogadywać? Ledwo minęło kilka uderzeń serca. - Gdzieś jeszcze cię spotkam, Różowa Łapo?
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Nie wiedziała, jak mu odpowiedzieć. Na pyszczek cisnęło jej się coś w rodzaju “jako samotnik na szczęście nie musisz tego robić”, ale coś w tej wypowiedzi wydało jej się niemiłe, nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co dokładnie. Jej uszy rozłożyły się na boki, a ona kiwając głową powiedziała tylko:
- Mmokej
Na szczęście, czy nie, rozmowa o imionach w tamtym momencie dobiegła końca, a dwa młode koty wróciły do rozmowy o kwiatach.
- Pachnie chyba najpiękniej na świecie. - powiedziała terminatorka, biorąc głęboki oddech, jakby liczyła, że znajdzie w nim choćby wspomnienie woni jaśminu.
Brwi nad niebieskimi oczami zmarszczyły się, a biała głowa znów przechyliła lekko na bok. Czy dobrze słyszała?
– A, emmmm, chciałbyś? - zapytała terminatorka, niezdolna do ukrycia swojego zaskoczenia. Odpowiedzi zupełnie nie potrafiła wyczytać z jego pyska (w czym, warto wspomnieć, nigdy nie była dobra). Pytał z grzeczności, czy naprawdę chciałby jeszcze z nią porozmawiać? To dziwne, nie odniosła wrażenia, żeby ją polubił. Inna sprawa, że to pytanie wymknęło się z jej pyska jeszcze zanim zdążyła zastanowić się, czy jest gotowa przyjąć każdą na nie odpowiedź. Prawda była taka, że zdecydowanie nie, odpowiedzi “wiesz co, masz rację, nie chciałbym”, trudno byłoby jej znieść, mimo że jej własne uczucia względem Mustanga były dość mieszane.
- M-mogę się tutaj pojawiać co jakiś czas, to w końcu ładne miejsce na spacer. - rozejrzała się po Bylicowej Łące, mając nadzieję, że mówi prawdę. - M-m-może na siebie trafimy? - uzupełniła nieśmiało, z białymi uszkami ponownie rozłożonymi na boki głowy. W czasie tej, jak i poprzedniej wypowiedzi, po jej pyszczku błąkał się pełen zakłopotania uśmiech.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Zgoda chyba była faktycznie najlepszą z opcji. Mustang nie miał się do czego przyczepić, jak ciągnąć rozmowy by szła na jego stronę, nie mógł też się obrażać. Mógł się głupio cieszyć małym sukcesem i tym, że silnie stawia łapy, że nikt nie chce mu się sprzeciwiać. Uśmiechnął się więc, zupełnie tak jakby za zgodą czaiło się znacznie więcej, niż jedynie głupie potwierdzenie wobec tego, że chciałby zachować swoje imię i nigdy by się nie zgodził na inne.
Z pewną dozą niepewności, bardzo ostrożnie machnął głową, zupełnie tak, jakby się zastanawiał jeszcze nad odpowiedzią na jej pytanie. Nie spuszczał z niej oka, mając nadzieję, że chociaż kontakt wzrokowy doda pewności, jeśli nie pozostałe jego ruchy. Nie musiała się więc tyle co obawiać, że nie chciał się z nią widzieć, a chyba jedynie nie umiał na głos tego powiedzieć. Z jednej strony, bo nie potrafił i uważał to za bardzo głupiutkie, by chcieć się z kimś tak o spotykać dla zabawy. Z drugiej strony, nie wiedział czy właściwie odpowiednio umiałby to przekazać. Mustang nie potrafił wykazywać żadnych specjalnych uczuć. Nie rozumiał ich, jeśli były w jakikolwiek sposób pozytywne. Jego matka wszak by za to takowe go zgniotła, wtarła w ziemię, i zakopała. Stąd, nie wiedząc jak wyrazić jakiekolwiek zainteresowanie, radość czy ekscytację, wolał się zachowywać jak umiał. Cwanie, zbyt pewnie, uśmiechając się do złej gry. Czyli właściwie jak całą tę ich rozmowę.
Chociaż teraz, chociaż nadal się uśmiechał, chociaż nadal był rozluźniony, chociaż był pewien tego, co robił - w jego oczach dało się zauważyć tę nutkę... onieśmielenia. - Będę tu się pojawiał - odpowiedział w końcu, uznając to za coś, co zdarzy się na pewno. Bo musi się wydarzyć, bo wiedział że tak będzie. - Liczę na to, że trafimy na siebie znacznie szybciej, niż później.
Dorzucił, samemu zaraz robiąc delikatny ruch łapą w bok, gotów do odejścia. Rzecz jasna, tylko jeśli i ona będzie już chciała iść...?
Malutka, drobna, jednolicie biała, krótkowłosa o ładnych, niebieskich oczach
Słodka, naiwna, niepewna siebie, łagodna koteczka. Niewiele wie o świecie, ma niewiele swoich opinii i przekonań, mimo tego że sporo czasu spędza na przemyśleniach i wyobrażaniu sobie scenariuszy. Bardzo kocha swoją mamę, która jest jej najważniejszym źródłem poczucia bezpieczeństwa, kocha też rodzeństwo, tylko wśród najbliższej rodziny czuje się zupełnie swobodnie i zdaje się, że tylko przy nich jest prawdziwą sobą: rozchichotaną, o ogronych zasobach dobra i empatii.
Przyglądała się jego uśmiechowi, w którym w tamtym momencie było coś niespodziewanego, coś czego nie potrafiła zrozumieć, zinterpretować. Nie była w tym zbyt dobra, co uświadomiła sobie już jakiś czas wcześniej. Nie potrafiła odczytywać wiele z pysków kotów, chociaż przynajmniej tym razem zauważyła subtelną różnicę w mustangowym wyrazie.
- Do zobaczenia - powiedziała przyszła wojowniczka, wciąż nieco zaskoczona tym, jak przebiegła jej pierwsza dłuższa interakcja z kimś spoza klanu Wichru. W głowie miała mieszaninę uczuć ze wszystkich możliwych kategorii: pozytywne, negatywne i neutralne. Nad nimi wszystkimi górowało, rzucając tłumiący cień, oszołomienie.
Odchodząc obejrzała się na kocura przez ramię, chcąc przyjrzeć mu się jeszcze raz, choćby przez uderzenie serca. Brwi miała zmarszczone, ale to mógł Mustang zobaczyć tylko, jeżeli sam również spojrzał na nią już chwilę po tym, jak dwójka kotów się rozeszła.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Rozeszli się. Posłał jej jeszcze krótki uśmiech, szybko zauważając ostatnią reakcję. Mógłby pomyśleć o tym coś, ale... czemu miałby? Całe spotkanie było relatywnie przyjemne, umówili się na kolejny raz. Najwidoczniej, starała się zapamiętać jak wygląda - chociaż, czy trzeba było... raczej w lesie nie ma wielu takich jak on.
Byleby tylko szybko minęło i mogli się serio zobaczyć jak najszybciej.
Księżyce: 42 Mistrz: Donośny Krzyk Płeć: kotka Matka: Nakrapiana Mordka (i Zakurzona Ścieżka) Ojciec: kto? [Kudłaty] Trwałe urazy: krótki ogon (od urodzenia); podłużna szrama po lewej stronie szyi
Księżyce: 42 Mistrz: Donośny Krzyk Płeć: kotka Matka: Nakrapiana Mordka (i Zakurzona Ścieżka) Ojciec: kto? [Kudłaty] Trwałe urazy: krótki ogon (od urodzenia); podłużna szrama po lewej stronie szyi
KRÓTKI OGON (BOBTAIL) | niższa niż przeciętna, szczupła, ale atletyczna | bury klasyk z drobnymi plamkami rudego, ogólnie głównie brązowa | duża głowa, małe uszy, wielkie gały | oczy pomarańczowe | wyraźnie przerzedzona sierść
introwertyczna, wycofana i emocjonalna, łatwo wpada w złość. nie lubi głośnych kotów. poświęca się dbaniu o bezpieczeństwo klanu, przestrzega kodeksu, chociaż z coraz mniejszym entuzjazmem.
prywatnie fanka kopania dołów i bezkręgowców.
Rzepik [KG] | Czwarta Łapa [MG]
Kolejny zły dzień, kolejny dodatkowy patrol w pojedynkę. Obchodziła tylko dwie granice, a nie wszystkie cztery, dzięki czemu wędrówka nie zabierała jej aż tyle czasu i mogła wplatać ją w resztę codziennych obowiązków. Kosztem większego zmęczenia wieczorem, ale co to była za cena? Zagrożenie ze strony samotników wzrosło porażająco, podczas gdy kotka, która wcześniej trzymała pieczę nad granicami, już nie żyła. Była to praca konieczna. Zwiększyć liczbę zwykłych patroli – dobry pomysł; jeśli Truflowy Nosek rzeczywiście tak nadawała się na swoje stanowisko, powinna wpaść na niego sama. Ona nie zamierzała nic jej proponować, ale własne obowiązki wykona sumiennie do bólu. Nawet jeśli coraz częściej chwytało ją poczucie, że mierzy się z czymś tak mrocznym i złowrogim, że wszystkie jej wysiłki pójdą na nic – szła dalej. O ile choćby jeden terminator nie musiał dzięki temu zetrzeć się ze śmiercią, była w stanie na granicy oddać własne życie. Czasami nawet chciałaby, żeby tak się stało. Nie przydawała się do wielu innych rzeczy tak czy siak.
Przemieszczała się wzdłuż granicy truchtem, zastygając przy najmniejszym śladzie czyjejś obecności i badając wszelkie podejrzane znaki, na które mogła się natknąć.
//Klacz!
╭ Co my tu mamy?
Nasz majestatyczny, zapyziały grajdoł.
Jesteśmy tak nisko w łańcuchu pokarmowym, że to już podziemie ╮
〰 〰 〰 ๑ï 〰 〰 〰
≽(•⩊ •マ≼
Kopcie, robiąc największy gest
Nasze życie tunelem jest
O kopaniu śpiewamy dziś
Ma kopanie do przodu iść ─╮
╰─ Glina tu, mokry piasek tam
Wcale to nie przeszkadza nam
A kiedy koniec zaskoczy nas
To kopiemy kolejny raz