Jak powiedział, tak zrobił, bo niesłowny to on nie był. Chociaż nie podchodził do tego treningu tak entuzjastycznie, jak do treningu syna Kos, tak szczerze mówiąc, bo Mrozik był jeszcze młody, kiedy zaczynali, i dość prosty do kształtowania, a i tak rudy miał z nim problemy, o których musiał porozmawiać z zastępczynią. A jak ten kocur coś odwali, to już tak łatwo nie będzie.
Wschód jednak nie był byle tchórzem i nie uciekał przed wyzwaniami. Skoro Czerwona Gwiazda to jego uważała za odpowiedniego mistrza dla tego rudzielca, to nie wypadało się nie zgodzić.
Przyszedł więc w porę górowania słońca do wyjścia z obozu i usiadł po jego wewnętrznej stronie w oczekiwaniu na syna Ognistopręgiej. No już, przychodź, zobaczymy co ten dzień przyniesie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Po rozmowie z Ćmim Zmierzchem, jeszcze zanim doszczętnie przepadł na rodzinnych pogaduszkach, Kałużowa Łapa znalazł swojego Mistrza, żeby potwierdzić pierwotnie ustalony trening. Według tego mieli się spotkać jutro w samo południe, przy wyjściu z obozu. Po Pajęczą Łapę planowali natomiast ruszyć z Ćmą i Ognistopręgą za kilka wschodów słońca, nic więc nie stało na przeszkodzie, by powoli zaczął się wdrażać w życie klanu. W noc po ceremonii pochłonął go kamienny, intensywnie regenerujący sen. Chyba nawet zdarzyło mu się chrapnąć z raz czy dwa we wskazanym mu legowisku terminatorów; z niewyraźnych wspomnień nocnych wynikało, że ktoś na niego fukał i go szturchał, byleby tylko przestał z siebie wydawać odgłos spalinowej kosiarki. Nie był pewien, czy udało mu się spełnić to życzenie, tak więc całkiem możliwe, że narobił sobie wrogów wśród terminatorów. Czy tylko u nich?
Kałuża sprężystym krokiem zmierzał w stronę wyjścia z obozu, zagajając o nie mijający go patrol, i myślał sobie, że ten cały Bursztynowy Wschód też miał z nim jakiś problem. A może już taki był, skwaszony jak po wlaniu do pyska soku z całej cytryny. Rudy postanowił wyciągnąć z kogoś coś na temat swojego Mistrza, a tak poza tym, jak znowu będzie na niego krzywo patrzeć, to zapyta wprost o co mu chodzi. I tyle. Dokładnie w momencie, gdy postawił przysłowiową kropkę nad i przy swoich przemyśleniach, dołączył do już oczekującego wojownika.
- E... Dzień dobry, Bursztynowy Wschodzie - zarzucił powitaniem na dobry początek, przelotnie nań spojrzał, po czym zaczął z zainteresowaniem przypatrywać się swoim długim łapom.
Mimo, że początkowo miało treningu nie być, to jednak Kałuża poinformował Wschoda, że jednak mogą się spotkać. Kocur więc był, czekał na rudzielca, który w końcu przyszedł. A więc oboje musieli się jakoś zachowywać. Bardziej Wschód, w końcu był wojownikiem, powinien być dojrzały, wyrozumiały i inne bzdety, nawet kiedy nieszczególnie miał na to ochotę. A jednak czasem trzeba było zrobić dobrą minę do złej gry.
Patrzył więc obojętnym wzrokiem przed siebie, aż w końcu zawiesił go na zbliżającej się sylwetce terminatora.
- Dzień dobry, Kałużowa Łapo. - też się przywitał, po czym wstał. - Chodźmy. - mruknął, po czym ruszył na zewnątrz obozu, gdzie poczekał, aż Kałuża do niego dołączy, po czym ruszył spacerkiem w stronę Kociego Grzbietu. - Powiedz, pamiętasz cokolwiek z nauk? Albo ogólnie opowiedz, czego dowiedziałeś się do tej pory. - co jest przydatne w treningu. Wschód poruszył wąsami, nastawiając jedno ucho w oczekiwaniu na odpowiedź.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Rozegranie godne kocurów - chociaż ani jednemu, ani drugiemu nie było w smak wspólne spędzanie czasu, oboje postanowili zacisnąć zęby i mężnie nie zdradzić słowem, czy gestem lekkiego dystansu powodowanego tym pierwszym, niefortunnym spotkaniem na granicy. Kałuża zakręcił ogonem młynka w powietrzu, ponawiając co jakiś czas tę odprężającą procedurę i na dany sygnał poszedł za Bursztynowym Wschodem. Przez chwilę trzymał się komfortowych w jego mniemaniu tyłów, ale wkrótce, żeby polepszyć między nimi przepływ głosek i dobrych fluidów, wyrównał tak, by maszerować u boku wojownika. - Nie miałem nauk. Jeszcze przed naukami zabrali mnie Dwunogi - wyznał, nawet nieszczególnie przejmując się tym, jak zostanie to odebrane przez rudo-białego kocura. To nie była jego wina, to i nie miał potrzeby zabić się w pierś i z pyszczkiem orosiałym gorącymi łzami ubolewać nad swoją mikroskopijną wiedzą o klanowych realiach. Wprawdzie gdyby cierpiał na przerost ego albo mózgowe zapalenie ambicjonalne, omawianie tych akurat kwestii z tym akurat kotem, którego ochrzcił Strażnikiem, bolałoby okrutnie ze względu na ich lekkiej konstrukcji relację, ale na szczęście ryży był okazem zdrowia. Nawet gdyby Wschód w bezpiecznych zakamarkach swojej głowy nie sprostał profesjonalnemu podejściu i zamierzał zakpić z nowego ucznia, albo podłamać się jakże początkowym stadium jego wyedukowania, ten, jako dziejowy optymista, widział w tym tylko swoją szansę na nadrobienie braków i dołączenie do grona solidnych wojowników. - Sam więc rozumiesz, że wiem... Niewiele o klanie. Wiem tylko, że jest Gwiazda, jej Zastępca, Medyk, kocięta i Matki, starszyzna. Wojownicy i terminatorzy... - w jego głosie dało się zasłyszeć nutę zawahania. Jako nomada nie widział wielkiego sensu w ustaleniu tak ścisłej hierarchii, segregacji obowiązków, a przez to kotów. Do wielu rzeczy musiał ponownie nawyknąć.
A więc dostał mu się terminator z praktycznie zerową wiedzą na temat życia w klanie i panujących w nim zasad. Super. Wschód wiedział, że nie powinien winić za to Kałuży, ale miał na to wielką ochotę. Choć właściwie po części to była jego wina, bo wylazł z obozu jako kociak, którym tego robić nie wolno, i się doigrał, zostając terminatorem w wieku, w którym większość kotów już jest wojownikami. Rudo-biały jednak na moment zacisnął wargi. No już, trzeba być grzecznym, popielata przywódczyni musiała mieć jakiś cel w tym dopasowaniu. A przynajmniej sam może zadbać o nawet tą podstawową wiedzę kocura od samiuteńkiego początku.
- Na czele klanu stoi przywódca. - zaczął więc, kontynuując temat, który rozpoczął syn Ognistopręgiej. - Zwołuje ceremonie, rządzi klanem. Trzeba się go słuchać. Nasza przywódczyni to Czerwona Gwiazda. - rozwinął najważniejszą rangę w klanie, po czym pozwolił sobie na uderzenie serca odpoczynku i znów zaczął gadać. - Przywódca wybiera sobie zastępcę, który mu pomaga, organizuje patrole, zastępuje przywódcę jeśli trzeba, a po jego śmierci sam obejmuje stanowisko. U nas zastępczynią jest Ognistopręga. - zerknął kątem oka na Kałużę. Zapewne rudy już wiedział, że jego matka piastuje to stanowisko, a jak nie, to się właśnie dowiedział. - Medyk też jest bardzo ważny. Zna się na ziołach, leczy koty, nie walczy, jeśli nie musi. U nas to Księżycowy Pył. Medyk może mieć swojego terminatora, który uczy się ziół i tak dalej, a kiedy kończy szkolenie, zostaje pomocnikiem medyka. I jeśli medyk umrze, to pomocnik zostaje nowym medykiem klanu. - wyjaśnił, najprościej jak umiał, po czym zamilknął. Nadszedł czas na ewentualne pytania, jeśli młodszy z ich dwójki jakieś miał.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Kto bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień. Tylko święty nie miał niczego za uszami. Już taki Kałuża, a TYM BARDZIEJ Bursztyn na pewno w niejedno w życiu wdepnął... Na przykład w futro jakiejś dostępnej Wichrzaczki. Niesubordynację terminatora polegającą na zapuszczeniu się za obóz tłumaczył młody wiek, z kolei wojownika spółkującego w tajemnicy z kotkami z innego klanu, a po wszystkim i tak zawracającego głowę Kukułczemu Puchowi - nie bardzo. Aż szkoda, że nikt nie wiedział o uczynkach kryształowego tylko w teorii Wschodu.
Kara zesłana przez Gwiezdnych rudzielcowi była natomiast mocno wygórowana jak na występek malutkiego kociaka - księżyce w izolacji, jako Pieszczoszek. Dopiero teraz wychodził na czysto, z szansą na nowe życie, z której ochoczo korzystał. Słuchał więc tego, co miał do przekazania Mistrz, nie rozpraszając się na ani jeden moment. Deklarował przecież Czerwonej Gwieździe, że chce szybko wyrównać braki w klanowym wykształceniu. Nie blefował. Kiedy wędrujących spowiła cisza, Kałużową Łapę naszła myśl, że jego mama może zostać Gwiazdą po Czerwonej, tak jak Czerwona przejęła stanowisko po Świetliku. Uśmiechnął się odrobinę, z początku nie zdradzając powodów dobrego humoru przed wojownikiem, aż wreszcie wygłaszając swoje przemyślenia na głos. - Czyli moja mama będzie Gwiazdą po Czerwonej Gwieździe.
Tere fere, o tym, co się działo z pewną białofutrą wichrzaczką to wiedział tylko Wschód i owa panna, a raczej żadne z nich nie zamierzało wyjawić, do czego doszło. No, może w trakcie wpadła Kukułka, jednak zdecydowanie przed ciekawszymi wydarzeniami sobie poszła, a rudy już z nią sobie oględnie wyjaśnił, że to było właściwie takie nic. Więc tak, poza trójką zainteresowanych nikt nie wiedział tak naprawdę, co się tam działo. Było, minęło.
Wschód aż musiał powstrzymać się od kąśliwej uwagi w stylu "jeśli dożyje", w sumie tylko ze względu na Ognistopręgą. Zarówno Czerwia, jak i ruda kocica miały swoje księżyce, przy czym popielata zdecydowanie więcej, jednak żadnej z nich Wschód nie życzył źle. Ognistopręgą to nawet lubił i wszystko, jak na razie, wskazywało na to, że pewnego dnia zastąpi Czerwoną Gwiazdę na Mroźnej Skale.
- Tak. - rzucił jedynie krótko, po czym zatrzymał się, bo akurat doszli do terenów treningowych. Daleko od obozu to nie było. - To jest Koci Grzbiet, tu się będziemy spotykać od następnego razu. - mruknął. Następnego razu, czyli pewnie momentu, w którym rudy wróci z tej swojej jakże tajnej misji. Wschód odczekał ze dwa uderzenia serca i ruszył dalej, w stronę Szarych Brzóz, oczekując, że terminator pójdzie za nim.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
- Fajnie - zauważył po otrzymaniu potwierdzenia swoich przypuszczań i wyszczerzył zęby w pełniejszym, panoramicznym uśmiechu. Adresatem upuszczanego z rudzielca szczęścia nie był Strażnik, aczkolwiek tak to mogło wyglądać, ponieważ Kałuża miał akurat zwróconą w jego stronę mordkę. No nic. Może dzięki temu przełamią lody, chociaż prawdopodobniejsze było to, iż tamten udławi się własną żółcią z zazdrości, bo przecież był synem Zastępczyni, kiedyś Gwiazdy. Nie to, że zamierzał wykorzystywać od razu, ba, kiedykolwiek uprzywilejowaną pozycję uzyskaną dzięki Ognistopręgiej, niemniej nie krył dumy, że mama zaszła tak daleko i miała posłuch wśród szeregowych wojowników pokroju Bursztynka.
Ogon przelatywał z lewej na prawą, podczas gdy błyszczące zdrowo spojrzenie podniosło się na wskazywane wzniesienie. - Koci Grzbiet, huh, pasuje - mruknął, przekrzywiając odrobinę głowę, coby sprawdzić, czy pod innym kątem forma też przypominała śpiącego, zwiniętego w kłębek Dużego Brata. Postał tak jeszcze chwilę, utrwalając obraz w pamięci, po czym podgonił troszkę, jako że Wschód najwidoczniej przyjął taktykę taśmowego odhaczania punktów treningu i nie był skory do luźniejszych pogawędek, jako tako oscylujących wokół tematów szkolenia, ale nie będących nimi stricte. No nic po raz drugi.
Fajnie, bardzo. Wschód wolał udać, że nie widzi kpiącego uśmieszku. Niech sobie Kałuża nie wyobraża nie wiadomo czego, bo to, że jest synkiem Ognistopręgiej nie będzie żadną kartą przetargową, przynajmniej u tego mistrza. Dla niego to miało dość nieistotne znaczenie. Ot, na razie zamierzał przykładać się do tego treningu, bo Czerwona Gwiazda powierzyła mu nawróconą duszyczkę, a Ognistopręga była miłą kotką, która dała mu parę cennych rad odnośnie Trzaskającej Łapy, a nie dlatego, że Kałuża zamierzał być nie wiadomo kim, bo jego matka jest zastępcą.
Cóż, raczej tak się nie składało, by Wschód był skory do nic nie znaczących pogawędek właśnie z tym kocurem. Zresztą, ten sam żadnych nie inicjował, jednak nic straconego. O wiele lepiej było odbębnić, co trzeba, oczywiście w porządny sposób, i wracać do obozu.
- A więc, wojownicy. - zaczął, kiedy rudy kocur go dogonił. Wschód nie narzucił wcale jakiegoś morderczego tempa marszu, a jednak nie był to spacerek, podczas którego mogli sobie wąchać kwiatki. - Polują, chodzą na patrole, trenują terminatorów, słuchają przywódcy. Tak w skrócie. Oni są odpowiedzialni za bezpieczeństwo klanu. - zerknął na kocura. - Terminatorzy dopiero uczą się, jak być wojownikiem. Słuchają wojowników, a przede wszystkim swojego mistrza, poza tym wymieniają mech w legowisku starszyzny i w kociarni, zanoszą też starszym i matkom jedzenie. - zamilknął, skinięciem ogona dając znak rudemu, że teraz może gadać, jeśli ma jakieś pytania.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Nie musiał niczego udawać, jako że rzeczony kpiący uśmieszek nie zagościł w ogóle na licu Kałużowej Łapy! Tere fere. Jeżeli tam gdziekolwiek w rejonie którejkolwiek ze szpar między zębami starszy z kocurów znalazł drwinę i jej podobne, to ten młodszy jest długowłosą, śnieżnobiałą kotką trzepoczącą doklejonymi rzęsami. Akurat. Po prostu ucieszył się, że mama zostanie Gwiazdą, po co od razu te insynuacje, porzućmy tę wrogość. Pokój, bracie.
Zmrużył oczy do wąskich szparek, w takiej oto konfiguracji świdrując wzrokiem przez chwilę wojownika. Słowa niekoniecznie związane z treningiem cisnęły mu się na język, ale zagryzł go boleśnie, stąpając z udawanym luzem obok Bursztynowego Wschodu. Dopiero rozproszony kolejną porcją informacji dał się porwać tematyce rang, by z dość sporą pilnością przyswoić część swoich nowych obowiązków. Wymiana mchu, noszenie jedzenia, słuchanie wojowników... Tu Kałuży zapaliła się nad głową ostrzegawcza lampka.
- A jak wojownik nie ma racji? Tak przecież się może zdarzyć.
Myślał akurat o Ćmim Zmierzchu i o tym, co próbowała na nim wymóc - bezwzględne posłuszeństwo oraz podążanie za własnym ogonem podczas wyprawy na Siedlisko Dwunogów. Nieopatrzenie Bursztyn zapewne weźmie to do siebie i się o to nafuka. Sapnął cichutko, wieszcząc kłopoty i samym tylko kącikiem oka obserwując, co się teraz rozegra na pyszczku Mistrza.
I chwała Gwiezdnym czy innym bytom, które tam się nimi opiekują czy coś, że Kałuża nie zagaił na jakiś luźniejszy temacik, bo pewnie w najlepszym wypadku za odpowiedź otrzymałby jedynie zdegustowane spojrzenie, albo lakoniczne zakończenie. Soraski, taki mamy klimat, na treningu nie kłapiemy bez potrzeby dzióbkiem.
Rudy terminator mógłby w tym momencie zostać klanowym wieszczem. Oczywiście, że Wschód wziął to pytanie bardzo do siebie, w końcu nie wiedział o konszachtach Kałuży z Ćmą. Sierść na karku lekko się zjeżyła, a on cicho prychnął, jakby nie dowierzał, że kroczący obok kocur zadał tak idiotyczne pytanie. Rudy ogon smagnął w powietrzy, a rudo-biały odwrócił na moment pysk w stronę syna Ognistopręgiej z niemym pytaniem w oczach "czy ty sobie ze mnie kpisz?".
- Terminator ma słuchać się wojownika w każdym przypadku. - rzucił chłodno, a wręcz prawie wysyczał przez zęby, bursztynowe oczęta wlepiając w zielonkawe ślepia młodszego przez chwilę, po czym znów odwrócił wzrok i patrzył przed siebie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Gdy on zostanie pewnego pięknego dnia Mistrzem zdecydowanie będzie przyuczał do wojownikowania w innym stylu - to tu wyglądało jak jakaś audiowizualna prezentacja, jak treningu pod żadnym pozorem treningu NIE prowadzić. Gęsta atmosfera, którą można było ze świstem ciąć pazurami i jeszcze to bezustanne upychanie suchej treści do czaszki pod osłoną jadowitego spojrzenia nauczyciela dalekie były od warunków sprzyjających nauce. Tylko dzięki determinacji Kałużowa Łapa znosił te katusze, chociaż zapędy do pełnometrażowych rozmów, w których wymienia się poglądy w otwarty, przyjacielski sposób jeszcze zapewne nie raz miały sprowadzić na niego gniew Strażnika.
Jak teraz. Przysłowiowa żyłka pulsująca zapewne od początku treningu na skroni starszego z kocurów właśnie pękła i syn Ognistopręgiej mógł podziwiać, jak erupcja ta powoli zmienia rysy jego pyska, zalewając wolne miejsca gniewem i jawną, oczywistą antypatią. - Ej, weź wyluzuj. - burknął, mrugając. Reakcja Bursztynowego Wschodu zdziwiła go nie tyle sama w sobie, co tym, jak silna była. Wieszczył najwyżej wywrócenie oczami, albo przytyk, a nie bojowe stroszenie sierści. Raany. - Raz, że tylko spytałem, a dwa... DLACZEGO? Skoro może wiedzieć więcej od wojownika w danej kwestii? - domagał się dalej uzasadnienia. Długie łapy poruszały się w trakcie marszu gwałtowniej, poduszki łap uderzały o ziemię mocniej, ze słyszalnym niemal tąpnięciem. Nie rozumiał ani tej niespisanej reguły, ani postawy rudo-białego. A chciał.
Bawienie się ze Wschodem w takie akcje było jak rosyjska ruletka. Nigdy nie wiesz, kiedy trafi ci się nabój, który możesz wpakować sobie w głowę. Niestety lub stety, Kałuża najwidoczniej trafił na jeden z gorszych dni, ale też do tego stopnia zażonglował słowami, że wywołał co wywołał. Mini burzę kotłującą się w rudo-białym łbie, która ciskała piorunami z bursztynowych oczu i grzmieniem z pyska.
Prychnął, słysząc słowa o wyluzowaniu. Kto tu miał wyluzować, on? Był całkiem spokojny, przynajmniej jeszcze rano, kiedy spał i nie pamiętał o tym ponurym obowiązku trenowania terminatorów. Cóż, jeśli jednak Czerwia uważała, że to właśnie on ogarnie Kałużę i przygotuje go jakoś do roli wojownika. Albo popielata kocica uznała, że pozabijają się nawzajem na treningu, jakby miała już za dużo kocurów w klanie. Jedno z dwóch.
- Terminator raczej nie wie od wojownika więcej. - zmrużonymi oczami przeleciał po sylwetce syna Ognistopręgiej. - Przynajmniej normalny terminator, którego nie wzięło na wycieczki za kociaka. - znów zwrócił pysk w przód. - Poza tym niby o czym mógłby wiedzieć więcej? Terminator słucha wojownika, wojownik zastępcy, zastępca i wszyscy przywódcy. - dodał, dość ponuro, już wyjaśniając wręcz łopatologicznie ważność rang w klanie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
*wchodzi taktownie do tematu* :'D
Jak na jego niewprawione oko, dla Bursztyna każdy dzień był tym najgorszym w życiu, jako że ilekroć stykał się z synem Zroszonego Listka, tyle razy ten aż skwierczał. Ten typ tak miał i żadne tam tłumaczenia pokroju wstania lewą łapą, zupy, co była za słona, a nawet drzazgi pod ogonem nie pasowały na dłuższą metę do tego małego gburka - urodził się taki i taki umrze.
Mimo tych wszystkich niuansów zapoznawczych, Kałużowej Łapie w gruncie rzeczy przypadła do gustu podchwycona odpowiedź. Raczej stwarzało przynajmniej miejsce dla uzasadnionych wyjątków. Uniósł trochę drapieżnie kąciki w górę i przeciągnął się krótko, w tej samej chwili postanawiając odsłonić karty przez Mistrzem, skoro już przestał się trząść z gniewu i po dżentelmeńsku wszedł w konwersację. - O Osiedlu Dwunogów - zamruczał, dziarsko podnosząc łapy przy kolejnych krokach. Przyznał jeszcze Wschodowi w drodze powrotnej, że księżyce poza klanem spędził jako Pieszczoszek i, ignorując nieprzychylny wzrok bezustannie mu towarzyszący, opowiedział Mentorowi kilka anegdotek z tamtego okresu. Dzień pierwszy treningu dobiegł końca, a oba kocury - wbrew szachowemu zagraniu Czerwonej Gwiazdy - nadal żyły.
________________________________________
...a potem przez długie wschody słońca nie działo się nic. Koci Grzbiet stał się raptem jakby spokojniejszy dzięki ponownej! eliminacji z klanowego życia Kałuży. Tym razem rudy kocur utknął w lecznicy, gdzie trawiony tajemniczym, osłabiającym wolę choróbskem, stopniowo popadał w stan niemiłosiernej frustracji. Okrutnie chciał się przysłużyć klanowi, zrekompensować jakoś te księżyce, które spędził poza nim, odwdzięczyć się za ponowne przyjęcie, a tymczasem ledwo wrócił, ni to bakteria, ni to wirus, zwaliła go z łap. Dosłownie nokaut. Trup na miejscu.
Odżywszy trochę podstarzały terminator znalazł Bursztynowego Wschoda, by z wielką skruchą wyrazić gotowość odwieszenia treningu, a że ten akurat miał chwilę, tak nim ktoś z centrum obozu się obejrzał, nim zaprotestował, nim zawiesił na dwóch rudzielcach ciekawskie oko, ci już gdzieś się wymknęli. A gdzie? To już jeden skwaszony Bursztyn raczył wiedzieć.
Cóż by dużo tu opowiadać, Wschodowi koło ogona latało życie pieszczoszka i to całe osiedle Dwunogów. Tylko szaleńcy i idioci w jego mniemaniu żyli z tymi dziwnymi istotami, jednak z nieco olewczą uprzejmością wysłuchał tego, co kocur miał do powiedzenia, no innego wyjścia nie miał.
A potem nastąpiło parę księżyców przerwy. Doszły go słuchy, że Kałuża się rozchorował, jednak jakoś szczególnie się tym nie przejął. Żył swoim życiem, wydarzyło się trochę, na przykład Kukułeczka w końcu określiła, jaka relacja ich łączy, poza tym Burza zdecydował się zdechnąć a Śnieżka wziąć i wyjść w ślad za ojczulkiem. W pewnym momencie w ogóle zapomniał, że ma jeszcze jednego terminatora, do którego aż tak nie pała sympatią, chociaż można powiedzieć, że nieco mu się nudziło. Mrozik przyniósł mu hańbę, zostając matkiem, jednak nieco wcześniej wyzdrowiała Obłoczek i chociaż z nią mógł rozpocząć treningi i mieć cień nadziei, że ona przyłoży się do nauki. A tu przed nim pewnego dnia przystanął rudy kocur i poinformował o gotowości wznowienia treningu. No dobra, jak już taką okazję los podsyła, to nie można dać się jej zmarnować, prawda? Od razu więc wyszli na zewnątrz, gdzie Wschód początkowo kierował się w stronę Kociego Grzbietu, dość szybko jednak zakręcił w stronę, gdzie górowało słońce, chcąc od tejże strony obejść Błyszczące Głazy. Może i według Kałuży był skwaszony, jednak na pewno nie okrutny, nie chciał więc kocura ciągać przez całe tereny świeżo po chorobie. Sam już był w doskonałej formie, jednak pamiętał ból łapy i przede wszystkim barku oraz pulsowanie blizny, kiedy przesadzał ze spacerami. Więc, w przypływie wielkiej dobroci zdecydował się na nieco inny plan tego dnia. Ale czekała ich chwila spaceru, to Bursztyn zerknął na kocura. Nie było jednak w jego oczach tyle wrogości, co kiedyś, bowiem inne problemy do tej pory zwaliły mu się na łeb. To jednak nie znaczyło, że Kałuża może fikać i robić, co mu się podobało.
- Przypomnij, co ostatnio omawialiśmy? - zamruczał swobodnym tonem, z jednej strony dając terminatorowi czas na mały pokaz, a z drugiej coś tam mu świtało, ale nie do końca, co zdążył z nim omówić. Chyba mieli rangi do skończenia, ale które? Tego już nie był pewien.